„ To On mój los zabezpiecza…”
Takiej śnieżycy w listopadzie nikt się nie spodziewał. Wracali właśnie służbowym samochodem z delegacji. Byli zadowoleni, bo udało się spotkanie z kontrahentami i wracali wymieniając jeszcze uwagi, co to dobrego przyniesie dla ich firmy. Śnieg sypał i od razu na drodze przymarzał do nawierzchni. Nic dziwnego, na zewnątrz było prawie trzydzieści stopni mrozu.
Gdy mimo pługów odgarniających śnieg i jadących za nimi piaskarek trudno było przebić się przez nieustannie nawiewane przez wiatr zaspy, zdecydowali, że zatrzymają się przy najbliższej stacji benzynowej lub przydrożnym barze. Zdecydować było łatwo, gorzej wprowadzić w życie. Wszystkie podjazdy pod ewentualne miejsca zatrzymania się były już zablokowane przez inne samochody i dodatkowo zasypane śniegiem. Ratowało ich jedynie to, że ich auto miało napęd na cztery koła i jakoś poruszali się wolno do przodu. Udało się im nawet ominąć jakiś bus, który nie mógł wyjechać z zaspy. W innych okolicznościach chętnie pomogliby i może podciągnęliby go na lince, ale teraz nie było na to szans. Kierowca zdenerwowanym tonem poinformował pasażerów, że przy takim sposobie poruszania się i przy włączonym ogrzewaniu paliwa wystarczy im może na dwadzieścia, trzydzieści kilometrów. Postanowili dzwonić na numer alarmowy i prosić o pomoc, a chociaż o jakieś wskazówki, co mają dalej robić.
Szefem wyjazdu był Tomasz, więc on
odpowiadał za bezpieczny powrót. Zadzwonił na numer pomocy, ale długo nikt nie
odbierał. W końcu miły, kobiecy głos przyjął zgłoszenie i zapewnił, że po
zasięgnięciu opinii kolegów, za kilkanaście minut oddzwoni. Rzeczywiście, za
niecałe dwadzieścia minut zadzwoniła komórka i tym razem męski głos zapytał:
- Czy jesteście
całkowicie zasypani, czy możecie się poruszać do przodu? –
Odpowiadał Tomasz: - Na
razie jedziemy, obawiamy się, że za parę kilometrów zabraknie nam paliwa. –
- Określcie w miarę
możliwości wasze obecne położenie. –
Tym razem odpowiedział
kierowca: - Jesteśmy około pięciu kilometrów od tablicy wsi Wiśniewo na drodze
krajowej. –
- Rozumiem. Za około
dziesięć kilometrów będzie zjazd na drogę w kierunku linii kolejowej i dworca.
Jeśli się tam dostaniecie macie dwie szanse: albo spróbować gdzieś zdobyć
paliwo, albo zostawić auto i szukać połączenia kolejowego. Wiele pociągów nie
zatrzymuje się na tej stacji, ale jeżeli zawiadowca powiadomi maszynistę o
waszej sytuacji, może zatrzyma się na krótką chwilę, abyście wsiedli. Tyle ode
mnie. Życzę powodzenia. –
Rzeczywiście, dotarli do zjazdu i jakoś przebili
się podrzędną drogą do przystanku
kolejowego. Budynek dworca był niewielki, ale spodziewali się znaleźć w nim
chociaż niewielki bar, żeby wypić coś gorącego. Niestety główne wejście było zamknięte
i zasypane śniegiem. Postanowili obejść budynek dookoła i znaleźć zawiadowcę.
Okazało się, że od strony torów śnieg był odgarnięty w pryzmy, wąskie przejście
posypane piaskiem. Ucieszyli się, gdy okazało się, że drzwi do poczekalni i kas
dało się otworzyć, ale w środku nie było nikogo. Tomasz powiedział: - Ale musi
tu być ktoś, bo przecież nie zostawiliby otwartego, pustego dworca. –
Zaczęli nawoływać z
dobrym skutkiem, bo otworzyły się wewnętrzne drzwi i wyszedł do nich starszy
pan w kolejarskim mundurze.
- A panowie skąd się tu wzięliście?
Od paru dni, to znaczy od początku śnieżycy nikt tu nie zaglądał. Pewnie
jesteście zmarznięci i głodni? Postaram się coś wymyśleć, a teraz zapraszam do
mojego biura, mam tam ogrzewanie. Niestety, sam muszę palić w piecu, bo gdzieś
przerwały się przewody i prąd do budynku nie dochodzi. Dobrze, że mam w miarę
silny sygnał na komórce, bo nie mógłbym odprawiać pociągów. Mało ich się tutaj
zatrzymuje, ale czuwać trzeba i meldować. Moi koledzy dbają o odśnieżanie torów,
bo jeżdżą tędy nawet składy międzynarodowe. Ale się rozgadałem, przepraszam. To
dlatego, że jestem tu cały czas sam, mój zmiennik się rozchorował. –
Gdy już usiedli w biurze zawiadowca wstawił
wodę na kuchence gazowej i zajrzał do lodówki. Podejrzeli, że była prawie
pusta, więc Tomasz powiedział: - Proszę nie częstować nas żadnym jedzeniem.
Przewidująco mamy jeszcze trochę zakupów, które kupiliśmy w stolicy, wędliny i
słodycze, mamy tylko mało pieczywa. Ale podzielimy się z panem. –
- A to ci dopiero, ja powinienem
ugościć wędrowców, a to oni będą mnie częstować – pomruczał do siebie
zawiadowca. –
- Niech pan nam powie w
zamian, czy można gdzieś w pobliżu kupić paliwo? Powiedziano nam, że jeśli nie
zakupimy paliwa, to będzie możliwość zostawienia tutaj auta i skorzystania z
pociągu. Co by pan nam radził? -
- Panowie, następny pociąg, który tutaj staje będzie za pięć godzin. Te międzynarodowe nie staną tutaj, a już na pewno w taką pogodę. Stacji benzynowej w pobliżu nie ma, ale wiem, że jeden z moich znajomych zawsze ma zapas w kanistrach, bo dużo jeździ, a ma też maszyny na benzynę. Zaraz do niego zadzwonię. –
Okazało się, że może trochę niechętnie, ale
znajomy zdecydował się podzielić zapasem paliwa i serdecznie pożegnawszy
zawiadowcę ruszyli w dalszą drogę. Zdawali sobie sprawę, że nie będzie ona
łatwa, tym bardziej, że opady, co prawda, zmalały, ale zbliżał się zmrok. Gdy
wyjechali na główną trasę z radością zobaczyli, że droga jest w miarę
oczyszczona i można nawet zwiększyć prędkość. Po przejechaniu kilku kilometrów
Dawid krzyknął:
- Tam w zaspie leży
człowiek, musimy się zatrzymać! Panie Władku, proszę się zatrzymać, ja do niego
pobiegnę! –
- Sam nie dasz rady,
pójdę z tobą – powiedział Tomasz.
Był to młody mężczyzna,
dość ciepło ubrany, ale twarz jego była nieruchoma i nie odpowiadał na ich
pytania. Wzięli go, więc pod pachy i zaciągnęli do auta. Nawet nikt nie zdawał
pytań, patrzyli tylko na siebie bezradnie. W końcu kierowca zaproponował:
- Zdejmijmy z niego te
zmarznięte ubrania i owińmy go kocem. Ja mam termos z ciepłą herbatą, staram
się zawsze mieć coś na rozgrzanie. Herbata jest gorąca, bo nalałem ją u
zawiadowcy. –
Zdjęcie zmarzniętego płaszcza nie było
łatwe, ale pod nim odkryli, że mężczyzna miał na piersiach przewieszony przez
szyję biały, płaski, wykonany z materiału przedmiot. Jego zaciśnięta prawa ręka
trzymała w ręku sznur drewnianych koralików. Kierowca aż wykrzyknął:
- To chyba ksiądz! On
pewnie szedł do chorego z wiatykiem. –
- Nie bardzo rozumiem, o
co w tym chodzi. Wytłumacz mi, proszę – powiedział Tomasz.
- W tej białej torebce
jest schowana Hostia i olej do namaszczania chorych. Kiedy rodzina uzna, że
chory jest w ostatnich chwilach życia zaprasza księdza, aby go wyspowiadał,
rozgrzeszył i namaścił na drogę do nieba. –
- Jakiego nieba? Przecież
to zabobony, ja tam nie wierzę w życie po śmierci. Umieramy i znikamy. –
Tą rozmowę przerwał im
Dawid: - Słuchajcie, szybko trzeba dzwonić na numer alarmowy. Na szczęście jest
tutaj wystarczająco dużo miejsca na lądowanie helikoptera. Wy go rozgrzewajcie
i próbujcie napoić, a ja będę dzwonił. –
- Nie trzeba, nie trzeba –
słabym głosem przemówił ksiądz. Proszę nie zabierajcie mi Pana Jezusa, ja muszę
z Nim iść dalej. Zakręciło mi się w głowie i upadłem, ale już mi lepiej. Tam na
mnie czekają. Proszę was w Jego Imię. –
- Ale drogi księże,
przecież nie dasz rady, znowu upadniesz i następnym razem może nie będzie nikogo,
kto by cię podniósł – powiedział Tomasz i zwrócił się do kierowcy: Panie
Władku, podwieziemy księdza? –
- Nie będzie to łatwe,
ale powieziemy. Proszę, żeby nas ksiądz pokierował – odpowiedział zapytany.
Dom, który wskazał im ksiądz stał niezbyt
daleko od głównej drogi, ale dojazd do niego był nieodśnieżony i postanowili,
że kierowca zostanie w samochodzie i będzie pilnował, aby się nie wyziębił. Natomiast
oni dwaj pomogli księdzu wysiąść i podtrzymywali go z obu stron.
W domu faktycznie oczekiwała ich zapłakana
rodzina i chory, starszy człowiek leżący na łóżku. Miał zamknięte oczy i
wyglądał, jakby już nie żył, ale jego ciało przykryte kołdrą, co jakiś czas
gwałtownie się poruszało. Ksiądz wszedł do pokoju i zamknął drzwi. Zebrani
przed drzwiami jakby zastygli w oczekiwaniu. W pewnym momencie odezwała się
dziewczynka trzymająca za rękę swoją matkę:
- To dziadek na pewno
pójdzie do nieba i spotka Pana Jezusa? On przecież nie chodził do kościoła i
nie modlił się razem z nami. –
Matka odpowiedziała: - Kiedyś
chodził, ale ostatnio nie pozwalała mu choroba. Właśnie dlatego Pan Jezus
przyszedł teraz do niego, żeby miał możliwość Go przeprosić. Pan nie chce
śmierci grzesznika, ale żeby się nawrócił i miał życie wieczne, żeby mógł się cieszyć
razem z wszystkimi świętymi i chwalić Pana Boga. Ja się bardzo martwiłam, że w
taką pogodę ksiądz może nie zdążyć odwiedzić dziadka i podać mu Komunię. Ale
teraz jestem już spokojna, że twój dziadek pójdzie do nieba. Może nie od razu,
może będzie musiał się jeszcze oczyścić, żeby stanąć przed Panem Jezusem, ale
dostał tą ostatnią szansę. Wielu jest takich, którzy jej nie dostają i idą na
wieczne potępienie. Opowiem ci o tym później, a teraz módlmy się i dziękujmy
Panu Bogu za całe życie waszego dziadka. Był dobrym człowiekiem i pomógł wielu
ludziom. Będą go wspominać i też modlić się za niego. –
Trwali znowu w ciszy, aż
drzwi się otworzyły i wyszedł ksiądz. Miał łzy w oczach, cichym głosem
powiedział:
- Wielu umierających
odprowadzałem na tamtą, drugą stronę, ale myślę, że niewielu z nich tak kochało
Pana Boga, jak pan Stanisław. Nosił Go całe życie w sercu, jak mi powiedział. On
już odszedł, z uśmiechem, bez strachu. Dziękuję Bogu, że mogłem być z nim w
tych ostatnich minutach. Muszę wracać, a tutaj mam różaniec dla państwa,
pomódlcie się jeszcze za pana Stanisława. A tych dwóch panów ma duże zasługi u
Boga: uratowali mi życie, a ja dzięki nim mogłem uratować życie wieczne waszemu
bliskiemu. A może oni są aniołami wysłanymi z nieba? Jak myślisz mała kobietko?
– zwrócił się z uśmiechem do dziewczynki.
Jednym głosem, jakby się
umówili Tomasz i Dawid powiedzieli: - Odwieziemy księdza. –
Ale jeden z mężczyzn z
rodziny zaprotestował: - W żadnym wypadku, to nasz obowiązek. Dziękujemy panom
za ich życzliwość. –
Usłyszeli, jak jeszcze
ksiądz prosił mężczyznę, aby zajrzał do jego niesprawnego auta. – Mój staruszek
powinien trafić do muzeum motoryzacji. Ale szkoda mi się z nim rozstawać.
Gdy Tomasz i Dawid wrócili już do samochodu zastali
kierowcę drzemiącego z głową na kierownicy. Zbudzili go, a kiedy się ocknął
powiedział: - Chcą po nas przyjechać, czekają tylko co wy powiecie, czy jest
taka potrzeba. –
- No, to pan niech
zdecyduje, panie Władku, jakie mamy szanse dojechać do domu bez ich przyjazdu. Mnie
się wydaje, że najgorsze już za nami, mniej sypie i więcej odśnieżają. Problem
będzie jedynie, gdy zabraknie nam paliwa. Tak im odpowiemy, że w przypadku
problemów z paliwem poprosimy ich o pomoc. To jeszcze chyba tylko około stu
kilometrów. Zatem niech pan do nich dzwoni. –
Była to trafna decyzja,
bo za piętnaście minut zobaczyli znaki stacji benzynowej. Ustawili auto w
długiej kolejce do dystrybutora z czuwającym w środku kierowcą i poszli do
budynku stacji, aby coś zjeść i zakupić jedzenie oraz napoje na dalszą drogę.
Siedząc przy stoliku i czekając na zamówione danie zachowywali milczenie. W
końcu Tomasz zaczął mówić:
- Wszystkiego bym się
spodziewał, ale tego, że będę obecny przy czyjejś śmierci – nigdy. Zawsze
unikałem takich sytuacji, a nawet rozmów na ten temat. A przecież nie da się
przed tym uciec, każdy ma wyznaczony swój moment odejścia. –
Dawid odpowiedział: -
Wiesz, że jestem wierzący i nawet praktykujący. Zacytuję ci zatem słowa
Chrystusa: „ Któż z was, przy całej swej trosce, może choćby jedną chwilę
dołożyć do swojego życia?„ To nasz Stwórca tak postanowił, że moment przejścia
do innego świata jest przed nami zakryty i musimy być ciągle przygotowani.
Przecież w tej naszej dzisiejszej przygodzie moglibyśmy nie znaleźć pomocy i
zamarznąć w zasypanym śniegiem aucie. Ale żyjemy, żyjemy po coś, Bóg ma jeszcze
dla nas jakiś plan. Często sobie powtarzam: "To On mój los zabezpiecza..." i jest mi łatwiej przyjąć moje zmagania z życiem.
- Może masz rację kolego,
tylko nie potrafię tego zrozumieć. Co prawda nie zagłębiam się zbytnio w
poznanie tej religii, ale mam wewnętrzne przekonanie, że istnienie Boga zostało
wymyślone w bardzo dawnych czasach. Żyjący wówczas ludzie mieli powody, aby
cały czas żyć w strachu, więc wymyślili sobie na pociechę jakiegoś boga i było
im lżej, gdy wierzyli, że ich chroni. –
- Też kiedyś tak
myślałem, ale przez pewne zdarzenie, jest ono bardzo osobiste, więc nie będę o
nim mówił, poczułem, że Ktoś trzyma moją rękę i prowadzi mnie w zupełnie inną
stronę niż zamierzałem. To prowadzenie uratowało mnie od śmierci. Może ci o nim
kiedyś opowiem. A teraz może zmieńmy pana Władka, niech i on się ogrzeje i
posili. -
***************************************************

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz