A ja się spodziewałem…
Pierwsze pytanie jakie sobie zadał
dotyczyło szansy na dotarcie do niego pomocy z zewnątrz. Zdecydował, że nikt do
niego nie da rady dotrzeć zanim woda nie wtargnie do wnętrza domu. Musi zatem
działać sam. Jedyną pocieszającą myślą było to, że jego żona i dzieci wyjechały
na krótkie ferie i nie muszą przeżywać tej traumy.
W wielkim pośpiechu pakował
najpotrzebniejsze i najcenniejsze rzeczy, po czym biegł po schodach na
najwyższe piętro domu. Był tam taki schowek na potrzebne i niepotrzebne
starocie, na bibeloty i ubrania, których prawdopodobnie nikt już nie będzie
nosił i mały warsztat na potrzeby konserwacji domu. Trochę to próbował
porządkować i składać przyniesione pakunki na górze szaf i na regałach.
Wzruszył się, gdy zbierał rzeczy z
pokoju dzieci i zobaczył wielkiego misia, ulubieńca Tereski. Oczywiście jego
również przetransportował na górę.
W końcu wszedł na dach domu i próbował
ocenić sytuację. Było nawet gorzej niż się spodziewał. Już nie miał szans
wydostania się na zewnątrz, ulice i chodniki zalewała spieniona, brudno-szara
woda. Był to właściwie rwący, głęboki potok. Dopiero teraz mógł ocenić jak duży
spadek miała ulica, przy której mieszkał.
Pomyślał, że jeżeli rzeka wylała to może będzie
musiał spędzić wiele dni w tym
osamotnieniu. Musi zatem zatroszczyć się o zapasy żywności, tylko jak je
przechowa? Nie zatarga przecież sam na górę wielkiej lodówki? Ale okazało się,
że prowiant, który przygotowała mu Regina na czas swojego wyjazdu był w
większości zamknięty hermetycznie i zawekowany w słoikach. Z wdzięcznością
pomyślał o żonie. Sprawdził jeszcze pierwsze piętro, wyjrzał przez okno i
doznał szoku. Zobaczył mężczyznę uczepionego obiema rękami do ulicznej latarni,
miotanego rwącym strumieniem wody. Nie miał on szans utrzymać się długo w tej
pozycji, bo napór wody zwiększał się z każdą chwilą.
- Co ja mam zrobić? Jak mu pomóc? –
krzyczały pytania w jego głowie.
Odruchowo zaczął się modlić: - Boże spraw,
żeby ten człowiek nie utonął. Proszę, pomóż mi coś wymyśleć. –
A gdybym wyrzucił przez okno na zalany
chodnik wszystkie ciężkie meble z pokoju na parterze, może woda nie dałaby rady
je porwać?
Tak zrobił. Mimo zmęczenia noszeniem na górę tak wielu rzeczy,
zmobilizował resztki sił i utworzył piramidę z kanapy, części szaf, biurka i
komody. Uczepiony do latarni człowiek zauważył jego działanie i widać było, że
planuje uchwycić, któryś z mebli. Roman opuścił nogi na zewnątrz okna, aby
próbować rzucić mężczyźnie splecione prześcieradło i pomóc mu dostać się na
parapet okna. Nie było to łatwe, ale w końcu się udało. Zajęci całą akcją nie
zauważyli nawet, że ulewa nieco zmalała, a wiatr zmienił kierunek.
Mężczyzna był skrajnie wyczerpany, obolały i
dusił się wykaszlując wodę, której mocno się opił.
Gdy już kaszel pomału ustawał Roman
przeprowadził uratowanego, a właściwie prawie przeniósł go do pokoju obok,
posadził na fotelu i okrył kocem. Mężczyzna z wdzięcznością poddawał się tym
wszystkim czynnościom.
W końcu Roman uśmiechnął się do niego i
powiedział:
- Niewiele brakowało a popłynąłby pan z
nurtem rzeki. Cieszę się, że się pan uratował. Myślę, że teraz najważniejsze to
odpocząć i rozgrzać się. Deszcz nie jest już tak intensywny, a więc może i woda
się cofnie. Przyniosę panu ubranie i zrobię coś ciepłego do picia. Widzi pan,
ja od rana przenoszę potrzebniejsze rzeczy na górne piętro i również jestem
zmęczony. Te meble wyrzucałem przez okno już ostatkiem sił. Ale dałem jakoś
radę. –
Widać było, że mężczyzna chce coś
powiedzieć, ale gdy próbował wydobyć z siebie głos chrypiał tylko i trudno było
zrozumieć co mówi. Próbował zasnąć, ale najpierw Roman pomógł mu zmienić
ubranie. Wytłumaczył mu, że zostawi go w fotelu, aby w czasie snu nie
zakrztusił resztkami połkniętej wody.
Odpoczynek trwał około dwóch godzin. W tym czasie Roman zaglądał do
śpiącego i sprawdzał, czy prawidłowo oddycha. Obserwował też, co dzieje się na
zewnątrz, czy woda zabrała wszystkie jego meble, czy może uda się coś z nich
uratować.
Okazało się, że woda tak samo jak nagle
zalała ulice, tak szybko również po ustaniu deszczu opadała. Ocenił, że do
jutrzejszego poranka zupełnie opadnie i będzie można wyjść. Nie zdawał sobie
jeszcze sprawy ile błota i śmieci
pozostanie na ulicach i chodnikach po
ustąpieniu wody.
Przypomniał sobie, że dawno nie dzwonił do żony i dzieci. Zaczął nerwowo
szukać komórki, ale mógł jej znaleźć. Gdzieś ją położył w bezpieczne miejsce
chcąc ją ochronić przed powodzią, ale
gdzie?. Może na strychu? A może była w jego biurku wyrzuconym za okno? To
byłaby tragedia. Po żmudnych poszukiwaniach okazało się, że komórka leżała w
kuchni wysoko na lodówce. Natychmiast zadzwonił. Okazało się, że jego najbliżsi
byli bezpieczni, a w okolicy, gdzie przebywali jedynie lekko pokropiło. Nie
przekazał im szczegółów, co działo się u niego, aby ich nie przerazić.
Usiadł jeszcze na chwilę i zastanawiał się,
co po kolei musi załatwić.
- Teraz telefon do mamy, co tam u nich,
czy są bezpieczni? –
Nacisnął numer do matki, ale po drugiej
stronie była cisza. Próbował znowu, ale telefon był głuchy. Trochę się zmartwił
tą ciszą, bo mama zawsze nosiła komórkę przy sobie, aby mieć kontakt z leżącym
od pewnego czasu ojcem. Miał on niewydolność krążenia i trudności z
jakimkolwiek wysiłkiem.
- No, tak. Powinienem wcześniej o nich
pomyśleć. - Zdenerwowany zadzwonił do siostry, która mieszkała w pobliżu
rodziców. Ale ona również nie odebrała telefonu.
W tym momencie pojawiły się w głowie
czarne myśli:
- Może wzięli tatę do szpitala? A może mamie
coś się stało, ostatnio też była słaba. Od kogo jeszcze mógłbym się czegoś
dowiedzieć? –
Przypomniał sobie jedną ze „złotych”
myśli: „Nie zamartwiaj się, dopóki nie dowiesz się, że masz czym się martwić.”
Powtarzał ją sobie, ale to mało pomagało.
Usłyszał wołający go głos uratowanego mężczyzny:
- Panie Romanie, panie Romanie. Czy mógłby
mi pan pomóc wstać? Potrzebuję do toalety. –
Pospiesznie podniósł mężczyznę i
asekurował go w dojściu do ubikacji. Dopiero teraz zorientował się, że jest on
znacznie starszy niż oceniał wcześniej, mógł mieć ponad siedemdziesiąt lat. Był
krępy, niezbyt wysoki i miał siwiejący zarost. Mimo jego krępej budowy
wyczuwało się w jego ciele jakąś nieokreśloną bliżej kruchość, jakby miał
rozpaść się na kawałki przy każdym dotknięciu Romana.
Po powrocie na miejsce w fotelu mężczyzna zachrypniętym nieco głosem
powiedział:
- Dziękuję ci za wszystko. Wyjdę stąd
najszybciej jak tylko będzie możliwe. Już się wzmocniłem, ogrzałem i wyspałem.
Jeszcze raz dziękuję. Byłem przekonany, że to ostatnie chwile mojego życia. A
jednak Bóg zesłał ciebie, ale nie wiem, po co chce mnie jeszcze trzymać na tym
świecie. Byłem pogodzony ze śmiercią i powinienem puścić tą latarnię wcześniej,
ale w takich chwilach działamy instynktownie. Ja nie jestem już nikomu
potrzebny i właściwie to chyba w tej powodzi straciłem moje miejsce do spania.
Schroniłem się od niedawna do takiego drewnianego domku na działkach. Nikt mnie
do tej pory nie przegonił. –
- Ależ, co ty mówisz: „nie jestem nikomu
potrzebny”. Nie chcę tego słuchać. Każdy ma coś do wykonania lub przekazania
światu za nim Bóg go zabierze. Trzeba to tylko odkryć. A teraz dość smucenia,
zaraz zniosę ze strychu jakiś słoik z obiadem, który przygotowała moja żona.
Zjemy i od razu humor ci się poprawi. A w ogóle, to nie dosłyszałem wczoraj
twojego imienia: mówiłeś „Alek”, nazywasz się Alek? Aleksander? –
- Nie Aleksander tylko Alfred, a mówią do
mnie Alek. Mówiłeś o obiedzie, ale ja nie chcę cię objadać. –
- Co znaczy objadać? Chcesz tu kipnąć z
głodu? Z serca cię poczęstuję, zjemy razem. Najwyżej doleję trochę wody do zupy
i wrzucę kostkę bulionu. –
Kiedy już zjedli Roman poprosił:
- Dokończ proszę tę historię o twoich
problemach życiowych. –
- E, dajmy spokój. Nie będę cię zanudzał
moim nieciekawym życiem. Jakoś muszę dać sobie radę. Mam przy sobie trochę
kasy… –
I w tym momencie zawiesił na chwilę głos:
- O rany, przecież one pewnie się
rozmoczyły w moich spodniach. Zawinąłem je w folię, ale może i ona przemokła.
Przynieś mi, proszę moje portki. –
- Bądź spokojny, twoja forsa już się
suszy. Pozwoliłem sobie zajrzeć do twoich kieszeni, wyjąłem dokumenty i
pieniądze, jest ich sporo, nie trzymasz ich w banku? – z uśmiechem powiedział
Roman i dodał: - Chyba nikogo nie okradłeś? –
- Jak możesz! – zdenerwował się Alek
- jak mogłeś tak w ogóle pomyśleć? –
- Ale ja przecież tylko żartowałem –
tłumaczył się Roman.
A Alkowi aż łza zakręciła się w oku i
cichym głosem powiedział:
- Te pieniądze to z całego mojego życia.
Harowałem jak osioł, miałem gospodarstwo niedaleko Sieradza. Było zadbane,
ziemia dobrze rodziła, mieliśmy parę krów, stadko kur i niewielką chlewnię.
Jakoś radziliśmy sobie z żoną i pomagaliśmy dzieciom. Oboje są wykształceni,
córka jest lekarzem, mieszka tu, niedaleko trzy ulice stąd. A syn został informatykiem
i wyjechał za granicę. Rzadko nas odwiedzali, a my nie bardzo mieliśmy jak do
nich przyjechać, bo przecież trzeba było codziennie obrządzać inwentarz. Ale
moja żona zmarła w zeszłym roku, a bez niej nic mi się nie udawało. Najmowałem
ludzi do pomocy, ale więcej z tego było szkody niż pożytku.
Przerwał opowiadanie i zapytał:
- Pewnie jesteś już znudzony tym moim
gadaniem. Może już dość? –
- Ależ nie, opowiadaj dalej. Jestem
ciekawy, co się dalej działo – zachęcił go Roman.
- Co się działo? Nic takiego, sprzedałem
gospodarkę, wyciągnąłem oszczędności i pomyślałem, że czas teraz odpocząć. Umyśliłem sobie, że dam
całe te pieniądze mojej Hani, to znaczy doktor Hani, mojej córce, żeby mnie
przyjęła na starość do swojego domu. Ten dom, to właściwie myśmy z żoną
finansowali, jeszcze jak Hania była na stażu. A jak wychodziła za mąż to dom
był gotowy. Tak po cichu już wcześniej planowaliśmy z żoną, że na starość nas
przygarnie do swojej rodziny. Dom był duży, więc jeden pokój z dostępem do
kuchni naszej dwójce by wystarczył. No i po roku od śmierci Agaty przyjechałem tutaj
spodziewając się serdecznego przyjęcia i opieki.
W tym miejscu przerwał, odwrócił głowę i
widać było, że bardzo przeżywa chwilę spotkania ze swoją córką. Po chwili mógł
już mówić:
- Owszem, przywitali mnie serdecznie,
poczęstowali obiadem, ale kiedy im przedstawiłem cel mojego przyjazdu doznali
szoku. Córka zerwała się z miejsca i zapytała:
< Jak to sobie wyobrażasz? Chcesz z
nami zamieszkać? Ale wszystkie pokoje są zajęte, dzieci już są prawie dorosłe,
mają swoje sympatie, czasem nawet któreś z nich ma gości na całą noc. Mamy z
Leszkiem prywatne gabinety i przychodzi nieraz sporo pacjentów. Gdzie ty się w
tym wszystkim odnajdziesz? Tu jest miasto, tu się zupełnie inaczej żyje. Możemy
cię dziś jakoś przenocować, może jeszcze jutro, ale nie ma możliwości, żebyś z
nami zamieszkał. > I tak zakończyły się moje plany. Podziękowałem za obiad,
nacisnąłem czapkę i bez pożegnania wyszedłem. Wiesz, mogłem sobie załatwić
nocleg w hotelu, czy wynająć jakiś pokój, ale byłem tak rozgniewany i
zrozpaczony, że postanowiłem zaszyć się gdzieś w kąt i marzyłem, żeby natychmiast
spokojnie umrzeć. Widzisz, to moja głupota była, że ja się spodziewałem innego
przyjęcia. Teraz już się wygadałem i chyba mi trochę ulżyło. –
- Jestem wierzącym chrześcijaninem, a więc
ty jesteś moim bratem. Nie martw się, nie zostawię cię w takiej sytuacji
samego. Wyremontujemy wspólnie jeden z pokoi na stryszku, tam na razie
zamieszkasz. A jak wróci żona pomyślimy, co dalej. Jak tylko wszystko wróci do
normy po tym kataklizmie wpłacimy twoje pieniądze do banku. Nie chcę, żebyś
myślał, że pomagam ci dla kasy.-
Spojrzał z czułością na twarz starego człowieka i zobaczył duże krople
sączących się łez.
Agata po obejrzeniu w telewizji wiadomości o nawałnicy postanowiła jak
najszybciej wrócić do męża. Obawiała się jedynie o to, czy dzieci nie doznają
traumy widząc spustoszenia.
W rozmowie z Romanem ustalili, że jednak wrócą do domu dopiero za
tydzień. Na koniec Roman powiedział:
- Mam dla was niespodziankę, z której
pewnie szczególnie ucieszą się dzieciaki. W następnej rozmowie powiem ci nieco
więcej, żeby twoje zaskoczenie nie było zbyt
gwałtowne – zaśmiał się.
Dni szybko mijały. Alek bardzo się starał być pomocny przy wszelkiego
rodzaju pracach i w przygotowaniu swojego lokum na strychu, i w oczyszczaniu
ogrodu z błota i szlamu. Najtrudniejszą sprawą było oczyszczenie pomieszczeń w
piwnicy. Strażacy, co prawda,
wypompowali wodę, ale pracy przy zaprowadzeniu jakiego takiego porządku było na
parę miesięcy.
Roman był wdzięczny Opatrzności, że dostał pomocnika i kompana w osobie
Alka. Obaj nie ukrywali swojej radości że tak ich los ze sobą skojarzył.
Dzieliło ich wiele lat, a Alek mógłby być ojcem Romka, ale traktowali się
wzajemnie jak kumple.
Pewnego razu Roman zapytał:
- Alek, czy zechciałbyś zostać dziadkiem
dla moich dzieciaków? Są może nieco hałaśliwi i chcą być zawsze w centrum
uwagi, ale mają dobre serduszka. Tereska ma pięć, a Radek dziesięć lat. Na
pewno cię polubią i super by było, żebym mógł cię im przedstawić jako drugiego
dziadka. –
Alek oczywiście się zgodził i podziękował
za taką propozycję.
Czuł się już w tym domu bardzo swobodnie, nie stresował się, że coś źle zrobił, bo o wszystko pytał, podsuwał też Romanowi nowe pomysły na czasowe zastąpienie zniszczonych mebli. Już wcześniej wymusił na Romku zgodę, że jak tylko zrobi się po powodzi w miarę normalnie, to pojadą do meblowego sklepu i Alek za swoje pieniądze odkupi te sprzęty i meble, których nie dało się ocalić.
Przyszedł wreszcie moment powrotu Agaty i dzieci. Odwiózł ich kuzyn
samochodem terenowym, bo zwykłym autem nie dałoby się miejscami przejechać.
Dzieci były przeszczęśliwe: po pierwsze, że są już w domu z tatusiem, a po
drugie, że mają nowego dziadka. Początkowo trochę były zawstydzone i
zakłopotane, ale okazało się, że już tego samego dnia Alek świetnie się z nimi
dogadał i nawet próbował uczyć je nowych zabaw.
Agata również zaakceptowała obecność
nowego lokatora, chwaliła go do Romka, że jest taki cichy i samodzielny.
Gdy zapraszali go na posiłki on wylewnie dziękował, pomagał w
sprzątaniu, a nawet chciał zmywać, na co nie pozwalała Agata. Kiedy nie było
dla niego zajęcia w domu (nawet piwnica już została przez niego uprzątnięta)
szedł na górę do swojego pokoju.
Zastanawiali się, czy nie jest mu
smutno, gdy siedzi sam w tej ciszy, bo nie miał nawet radia. Ale przypomnieli
sobie, że przecież ma telefon.
Pewnego dnia poprosił ich oboje o chwilę rozmowy o ważnych sprawach.
Domyślali się, o czym będzie z nimi rozmawiał, a już wcześniej dyskutowali
między sobą, co będzie dalej z życiem Alka. Mogli mu zapewnić dom, ale nie będą
mogli opiekować się nim w czasie jakiejś obłożnej choroby, czy niepełnosprawności.
Gdy wreszcie wieczorem usiedli wspólnie przy herbacie Alek z uśmiechem
zapytał:
- Chyba macie mnie już dość? –
Oboje w tym samym momencie głośno
zaprzeczyli:
- Jak możemy mieć dość dziadka naszych
dzieci? Przecież bardzo się lubicie, one potrzebują ciebie, a ty pewnie ich. W
niczym nam nie przeszkadzasz. –
- Dziękuję, że tak mówicie, ale ja wiem
swoje. Tak dużo dla mnie zrobiliście, że do końca życia wam się nie wypłacę. A
teraz chciałbym was prosić o przyjęcie tego drobnego zadośćuczynienia. –
I Alek położył na stole kopertę, w której
była dość duża kwota w dolarach.
- Słuchajcie, nie dam tego moim dzieciom,
które mnie nie chcą, więc proszę przyjmijcie. Jeżeli to możliwe to
przeznaczyłbym te pieniądze na naukę waszych dzieci, kiedyś, na dobrych
uczelniach. Nie odmawiajcie mi, proszę. Ja już szukam w Internecie jakiegoś
małego mieszkania dla mnie. Pokój z kuchnią mi wystarczy, byle nie było daleko
do sklepu, do kościoła i do jakiegoś parku. Nie martwcie się o mnie. To, co
zostanie, razem z emeryturą, wystarczy mi na skromne utrzymanie. A drzwi dla
was, szczególnie dla dzieci będą u mnie stale otwarte.
Odpowiedział Roman:
- Nasz drogi Alku, poznaliśmy się przez ten ponad miesiąc chyba dobrze.
Bardzo cię cenimy, lubimy, a może nawet kochamy, jak kogoś bliskiego. Dobrze
nam z tobą. Nie wiemy tak do końca, czy ty również czujesz się tutaj dobrze i
nieskrępowanie. Mógłbyś z nami mieszkać jeszcze bardzo długo. Ale rozumiemy, że
masz też swoje potrzeby, może zapoznasz jakąś sympatyczną, starszą panią, z
którą spędzisz resztę życia. Planów Pana Boga nie znamy. Szanujemy twoją
decyzję, a kopertę z pieniędzmi zabierz, proszę. Dla nas najważniejsza jest
twoja wdzięczność i prosimy o modlitwę w naszej intencji. Mam nadzieję, że
twoje poszukiwanie mieszkania jeszcze trochę potrwa, aby dzieci zostały
przygotowane do rozstania z tobą. Na pewno będą to przeżywać. –
Alek odpowiedział:
- Koperty nie wezmę i jak powiedziałem,
przeznaczcie te pieniądze na kształcenie waszych dzieci, a moich wnuków. –
Rozmawiali jeszcze długo. Alek opowiadał o
swoim życiu, o ciężkiej pracy, która, dopóki był sprawny, przynosiła mu
zadowolenie. Opowiadał o swojej ukochanej żonie, której odejścia jeszcze nie
przebolał.
Już ponad miesiąc minął od ich ważnej rozmowy. Mieszkanie zostało
kupione i było w trakcie drobnych ulepszeń i odświeżania. Brakowało tylko
wymiany wanny na prysznic, urządzenie wygodniejsze dla starszych osób.
W tym czasie zachorowała Tereska i zdecydowano się na pójście do
lekarza. Od razu, gdy tylko Agata weszła z córką do gabinetu przeleciała jej
przez głowę myśl, czy lekarka nie jest czasem córką Alka. Już po zbadaniu i
zapisaniu leków odważyła się zapytać:
- Pani doktor, czy Alfred Konkel nie jest
przypadkiem pani ojcem? –
Wzrok lekarki skierowany na Agatę wyrażał
jej zdumienie, ale i złość.
- A skąd pani to przyszło do głowy? I w
ogóle to po co pani ta wiadomość? – z gniewem zapytała doktor.
- No, bo od kilku miesięcy mieszka u nas
bezdomny pan Alek, któremu mój mąż uratował życie, gdy tonął. –
Wzrok lekarki złagodniał, powiedziała
cicho:
- Jak to się stało, że nie zwrócił się do
mnie? –
- Tego nie wiem, musiałaby pani sama go o
to zapytać – odpowiedziała Agata i wyszła z gabinetu.
Minęło kilka dni, choroba Tereski minęła, gdy późnym popołudniem do
drzwi zadzwoniła jakaś kobieta. Okazało się, że była to lekarka z przychodni,
która badała Tereskę.
Otworzyła jej Agata i powiedziała:
- Dzień dobry pani doktor, czy przyszła
pani na kontrolę?
Córka jest już zupełnie zdrowa, proszę
spojrzeć, jak biega po ogródku. –
- Ale ja przyszłam zobaczyć się z moim
ojcem, czy może go pani poprosić? –
- Poprosić mogę, ale nie wiem, czy do pani
wyjdzie. Proszę usiąść w saloniku, zrobię pani kawę i pójdę po niego. Ma swój
pokój na górze. –
Agata długo musiała namawiać Alka, żeby zszedł na dół i porozmawiał z
córką. W końcu powiedział:
- Pójdę, pod warunkiem, że będziesz przy
tej rozmowie.
- Alku drogi, nie wypada mi być świadkiem
waszej rozmowy, bo przecież ona jest lekarką moich dzieci i czułaby się skrępowana,
gdy znowu ją odwiedzę w przychodni. –
- No, dobrze – odpowiedział po namyśle.
Agata poszła do kuchni przygotowywać
kolację, dzieci bawiły się w ogrodzie, a Roman jeszcze pracował w swoim pokoju.
W tej ciszy nagle usłyszała podniesiony głos Alka:
- Czy ty myślisz, że ja nie mam swojego
honoru? Za tyle pomocy, tyle starań, żebyście mogli się wykształcić i mieć
dobre warunki życia, co mnie spotkało? Wyrzuciłaś mnie z domu, na który to ja z
matką zapracowaliśmy, żebyś miała luksus. A ja się spodziewałem, że ucieszycie
się z mojego pomysłu. Marzyłem sobie jeszcze będąc w swoim domu, że wybiegną
moje wnuki, uściskają i powiedzą: „Dziadku, cieszymy się, że będziesz z nami.”
Jak sięgnę pamięcią, to twoje dzieci
odwiedzały nas tylko z okazji świąt, oczywiście na krótko, bo zawsze były
ważniejsze sprawy. Jak już dorosły, to nawet z tobą nie przyjeżdżały, bo pewnie
nie przepadają za towarzystwem starszych ludzi. I tak to się stało, że nie mam
rodziny, a właściwie to Bóg dał mi rodzinę, bo tutaj czuję się potrzebny i
kochany. Mam też kochające wnuki. – „
Agata starała się nie podsłuchiwać, co na to odpowie córka Alka, ale
ciekawość zwyciężyła i lekko otworzyła drzwi od kuchni. Słyszała jedynie dwa
słowa, które ze szlochem wypowiadała kobieta:
- Wybacz mi tato, wybacz mi. Za bardzo
mnie kochaliście i rozpieszczaliście. Wyrosłam w poczuciu, że wszystko mi się
należy i nie nauczyłam się wdzięczności. Wybacz mi tato, proszę. Już
opróżniliśmy dla ciebie pokój na parterze, żebyś miał wygodniej. Nie gniewaj
się już. Teraz ja postaram się wynagrodzić ci, że nie okazałam ci należytego
szacunku i serca. -
Rozmowa ucichła i po chwili Agata
usłyszała trzask zamykanych drzwi wejściowych. I nie wiedziała jaki był koniec
spotkania ojca z córką.
Agata wyszła z kuchni i udała się do
pracowni Romana.
Ze łzami w oczach zreferowała mu, co
takiego wydarzyło się przed chwilą. Po wysłuchaniu Romek powiedział:
- Trzeba będzie nakłaniać Alka, żeby
wybaczył córce jej zachowanie. Zrobi jak zechce, ale gorycz w sercu, jaka mu
zostanie nie pozwoli mu szczęśliwie dożyć swoich lat. Agatko, musimy bardziej
zadbać o relacje z naszymi bliskimi. Jak tylko Alek się wyprowadzi zaprosimy
najpierw moich rodziców. Pozwolisz, prawda? Może tata
wróci do zdrowia, może znajdziemy
specjalistę, który bardziej się nim zaopiekuje, a mama trochę odpocznie. Co ty
na to? -
- Tak, Romku, zgadzam się. Tylko zastanawiam się, dlaczego dopiero ta historia z Alkiem uświadomiła nam, że coś przegapiamy, że za mało w nas empatii i troski o najbliższych…-
