sobota, 18 kwietnia 2026

A ja się spodziewałem...

 



                       A ja się spodziewałem…

       Takiej burzy nie było w tych okolicach od wielu lat. Wiatr łamał gałęzie, a niebo rozświetlały co chwila oślepiające zygzaki błyskawic. Dziwne było, że nie spadła dotąd ani jedna kropla deszczu. Tak pomyślał i właśnie wtedy nadeszła nawałnica. Wiele razy oglądał takie sceny w informacjach ze świata, ostatnio nawet i w Polsce burze narobiły ogromnych szkód. Ale przelatywał na ekranie te chwile grozy nie przywiązując do nich wielkiej wagi. Owszem, współczuł tym bezradnym wobec żywiołu ludziom, ale to się działo tak daleko i nie dotyczyło jego bezpośrednio, że szybko o tym zapominał. No i teraz sam znalazł się w samym centrum takiej sytuacji.

Pierwsze pytanie jakie sobie zadał dotyczyło szansy na dotarcie do niego pomocy z zewnątrz. Zdecydował, że nikt do niego nie da rady dotrzeć zanim woda nie wtargnie do wnętrza domu. Musi zatem działać sam. Jedyną pocieszającą myślą było to, że jego żona i dzieci wyjechały na krótkie ferie i nie muszą przeżywać tej traumy.

W wielkim pośpiechu pakował najpotrzebniejsze i najcenniejsze rzeczy, po czym biegł po schodach na najwyższe piętro domu. Był tam taki schowek na potrzebne i niepotrzebne starocie, na bibeloty i ubrania, których prawdopodobnie nikt już nie będzie nosił i mały warsztat na potrzeby konserwacji domu. Trochę to próbował porządkować i składać przyniesione pakunki na górze szaf i na regałach. Wzruszył się, gdy  zbierał rzeczy z pokoju dzieci i zobaczył wielkiego misia, ulubieńca Tereski. Oczywiście jego również przetransportował na górę.

W końcu wszedł na dach domu i próbował ocenić sytuację. Było nawet gorzej niż się spodziewał. Już nie miał szans wydostania się na zewnątrz, ulice i chodniki zalewała spieniona, brudno-szara woda. Był to właściwie rwący, głęboki potok. Dopiero teraz mógł ocenić jak duży spadek miała ulica, przy której mieszkał.

Pomyślał, że jeżeli rzeka wylała to może będzie musiał  spędzić wiele dni w tym osamotnieniu. Musi zatem zatroszczyć się o zapasy żywności, tylko jak je przechowa? Nie zatarga przecież sam na górę wielkiej lodówki? Ale okazało się, że prowiant, który przygotowała mu Regina na czas swojego wyjazdu był w większości zamknięty hermetycznie i zawekowany w słoikach. Z wdzięcznością pomyślał o żonie. Sprawdził jeszcze pierwsze piętro, wyjrzał przez okno i doznał szoku. Zobaczył mężczyznę uczepionego obiema rękami do ulicznej latarni, miotanego rwącym strumieniem wody. Nie miał on szans utrzymać się długo w tej pozycji, bo napór wody zwiększał się z każdą chwilą.

- Co ja mam zrobić? Jak mu pomóc? – krzyczały pytania w jego głowie.

Odruchowo zaczął się modlić: - Boże spraw, żeby ten człowiek nie utonął. Proszę, pomóż mi coś wymyśleć. –

A gdybym wyrzucił przez okno na zalany chodnik wszystkie ciężkie meble z pokoju na parterze, może woda nie dałaby rady je porwać?

     Tak zrobił. Mimo zmęczenia noszeniem na górę tak wielu rzeczy, zmobilizował resztki sił i utworzył piramidę z kanapy, części szaf, biurka i komody. Uczepiony do latarni człowiek zauważył jego działanie i widać było, że planuje uchwycić, któryś z mebli. Roman opuścił nogi na zewnątrz okna, aby próbować rzucić mężczyźnie splecione prześcieradło i pomóc mu dostać się na parapet okna. Nie było to łatwe, ale w końcu się udało. Zajęci całą akcją nie zauważyli nawet, że ulewa nieco zmalała, a wiatr zmienił kierunek.

     Mężczyzna był skrajnie wyczerpany, obolały i dusił się wykaszlując wodę, której mocno się opił.

Gdy już kaszel pomału ustawał Roman przeprowadził uratowanego, a właściwie prawie przeniósł go do pokoju obok, posadził na fotelu i okrył kocem. Mężczyzna z wdzięcznością poddawał się tym wszystkim czynnościom.

W końcu Roman uśmiechnął się do niego i powiedział:

- Niewiele brakowało a popłynąłby pan z nurtem rzeki. Cieszę się, że się pan uratował. Myślę, że teraz najważniejsze to odpocząć i rozgrzać się. Deszcz nie jest już tak intensywny, a więc może i woda się cofnie. Przyniosę panu ubranie i zrobię coś ciepłego do picia. Widzi pan, ja od rana przenoszę potrzebniejsze rzeczy na górne piętro i również jestem zmęczony. Te meble wyrzucałem przez okno już ostatkiem sił. Ale dałem jakoś radę. –

Widać było, że mężczyzna chce coś powiedzieć, ale gdy próbował wydobyć z siebie głos chrypiał tylko i trudno było zrozumieć co mówi. Próbował zasnąć, ale najpierw Roman pomógł mu zmienić ubranie. Wytłumaczył mu, że zostawi go w fotelu, aby w czasie snu nie zakrztusił resztkami połkniętej wody.

     Odpoczynek trwał około dwóch godzin. W tym czasie Roman zaglądał do śpiącego i sprawdzał, czy prawidłowo oddycha. Obserwował też, co dzieje się na zewnątrz, czy woda zabrała wszystkie jego meble, czy może uda się coś z nich uratować.

Okazało się, że woda tak samo jak nagle zalała ulice, tak szybko również po ustaniu deszczu opadała. Ocenił, że do jutrzejszego poranka zupełnie opadnie i będzie można wyjść. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy ile błota i śmieci

pozostanie na ulicach i chodnikach po ustąpieniu wody.

    Przypomniał sobie, że dawno nie dzwonił do żony i dzieci. Zaczął nerwowo szukać komórki, ale mógł jej znaleźć. Gdzieś ją położył w bezpieczne miejsce chcąc  ją ochronić przed powodzią, ale gdzie?. Może na strychu? A może była w jego biurku wyrzuconym za okno? To byłaby tragedia. Po żmudnych poszukiwaniach okazało się, że komórka leżała w kuchni wysoko na lodówce. Natychmiast zadzwonił. Okazało się, że jego najbliżsi byli bezpieczni, a w okolicy, gdzie przebywali jedynie lekko pokropiło. Nie przekazał im szczegółów, co działo się u niego, aby ich nie przerazić.

Usiadł jeszcze na chwilę i zastanawiał się, co po kolei musi załatwić.

- Teraz telefon do mamy, co tam u nich, czy są bezpieczni? –

Nacisnął numer do matki, ale po drugiej stronie była cisza. Próbował znowu, ale telefon był głuchy. Trochę się zmartwił tą ciszą, bo mama zawsze nosiła komórkę przy sobie, aby mieć kontakt z leżącym od pewnego czasu ojcem. Miał on niewydolność krążenia i trudności z jakimkolwiek wysiłkiem.

- No, tak. Powinienem wcześniej o nich pomyśleć. - Zdenerwowany zadzwonił do siostry, która mieszkała w pobliżu rodziców. Ale ona również nie odebrała telefonu.

W tym momencie pojawiły się w głowie czarne myśli:

- Może wzięli tatę do szpitala? A może mamie coś się stało, ostatnio też była słaba. Od kogo jeszcze mógłbym się czegoś dowiedzieć? –

Przypomniał sobie jedną ze „złotych” myśli: „Nie zamartwiaj się, dopóki nie dowiesz się, że masz czym się martwić.” Powtarzał ją sobie, ale to mało pomagało.

    Usłyszał wołający go głos uratowanego mężczyzny:

- Panie Romanie, panie Romanie. Czy mógłby mi pan pomóc wstać? Potrzebuję do toalety. –

Pospiesznie podniósł mężczyznę i asekurował go w dojściu do ubikacji. Dopiero teraz zorientował się, że jest on znacznie starszy niż oceniał wcześniej, mógł mieć ponad siedemdziesiąt lat. Był krępy, niezbyt wysoki i miał siwiejący zarost. Mimo jego krępej budowy wyczuwało się w jego ciele jakąś nieokreśloną bliżej kruchość, jakby miał rozpaść się na kawałki przy każdym dotknięciu Romana.

   Po powrocie na miejsce w fotelu mężczyzna zachrypniętym nieco głosem powiedział:

- Dziękuję ci za wszystko. Wyjdę stąd najszybciej jak tylko będzie możliwe. Już się wzmocniłem, ogrzałem i wyspałem. Jeszcze raz dziękuję. Byłem przekonany, że to ostatnie chwile mojego życia. A jednak Bóg zesłał ciebie, ale nie wiem, po co chce mnie jeszcze trzymać na tym świecie. Byłem pogodzony ze śmiercią i powinienem puścić tą latarnię wcześniej, ale w takich chwilach działamy instynktownie. Ja nie jestem już nikomu potrzebny i właściwie to chyba w tej powodzi straciłem moje miejsce do spania. Schroniłem się od niedawna do takiego drewnianego domku na działkach. Nikt mnie do tej pory nie przegonił. –

- Ależ, co ty mówisz: „nie jestem nikomu potrzebny”. Nie chcę tego słuchać. Każdy ma coś do wykonania lub przekazania światu za nim Bóg go zabierze. Trzeba to tylko odkryć. A teraz dość smucenia, zaraz zniosę ze strychu jakiś słoik z obiadem, który przygotowała moja żona. Zjemy i od razu humor ci się poprawi. A w ogóle, to nie dosłyszałem wczoraj twojego imienia: mówiłeś „Alek”, nazywasz się Alek? Aleksander? –

- Nie Aleksander tylko Alfred, a mówią do mnie Alek. Mówiłeś o obiedzie, ale ja nie chcę cię objadać. –

- Co znaczy objadać? Chcesz tu kipnąć z głodu? Z serca cię poczęstuję, zjemy razem. Najwyżej doleję trochę wody do zupy i wrzucę kostkę bulionu. –

     Kiedy już zjedli Roman poprosił:

- Dokończ proszę tę historię o twoich problemach życiowych. –

- E, dajmy spokój. Nie będę cię zanudzał moim nieciekawym życiem. Jakoś muszę dać sobie radę. Mam przy sobie trochę kasy… –

I w tym momencie zawiesił na chwilę głos:

- O rany, przecież one pewnie się rozmoczyły w moich spodniach. Zawinąłem je w folię, ale może i ona przemokła. Przynieś mi, proszę moje portki. –

- Bądź spokojny, twoja forsa już się suszy. Pozwoliłem sobie zajrzeć do twoich kieszeni, wyjąłem dokumenty i pieniądze, jest ich sporo, nie trzymasz ich w banku? – z uśmiechem powiedział Roman i dodał: - Chyba nikogo nie okradłeś? –

- Jak możesz! – zdenerwował się Alek -  jak mogłeś tak w ogóle pomyśleć? –

- Ale ja przecież tylko żartowałem – tłumaczył się Roman.

A Alkowi aż łza zakręciła się w oku i cichym głosem powiedział:

- Te pieniądze to z całego mojego życia. Harowałem jak osioł, miałem gospodarstwo niedaleko Sieradza. Było zadbane, ziemia dobrze rodziła, mieliśmy parę krów, stadko kur i niewielką chlewnię. Jakoś radziliśmy sobie z żoną i pomagaliśmy dzieciom. Oboje są wykształceni, córka jest lekarzem, mieszka tu, niedaleko trzy ulice stąd. A syn został informatykiem i wyjechał za granicę. Rzadko nas odwiedzali, a my nie bardzo mieliśmy jak do nich przyjechać, bo przecież trzeba było codziennie obrządzać inwentarz. Ale moja żona zmarła w zeszłym roku, a bez niej nic mi się nie udawało. Najmowałem ludzi do pomocy, ale więcej z tego było szkody niż pożytku.

Przerwał opowiadanie i zapytał:

- Pewnie jesteś już znudzony tym moim gadaniem. Może już dość? –

- Ależ nie, opowiadaj dalej. Jestem ciekawy, co się dalej działo – zachęcił go Roman.

- Co się działo? Nic takiego, sprzedałem gospodarkę, wyciągnąłem oszczędności i pomyślałem, że  czas teraz odpocząć. Umyśliłem sobie, że dam całe te pieniądze mojej Hani, to znaczy doktor Hani, mojej córce, żeby mnie przyjęła na starość do swojego domu. Ten dom, to właściwie myśmy z żoną finansowali, jeszcze jak Hania była na stażu. A jak wychodziła za mąż to dom był gotowy. Tak po cichu już wcześniej planowaliśmy z żoną, że na starość nas przygarnie do swojej rodziny. Dom był duży, więc jeden pokój z dostępem do kuchni naszej dwójce by wystarczył. No i po roku od śmierci Agaty przyjechałem tutaj spodziewając się serdecznego przyjęcia i opieki.

W tym miejscu przerwał, odwrócił głowę i widać było, że bardzo przeżywa chwilę spotkania ze swoją córką. Po chwili mógł już mówić:

- Owszem, przywitali mnie serdecznie, poczęstowali obiadem, ale kiedy im przedstawiłem cel mojego przyjazdu doznali szoku. Córka zerwała się z miejsca i zapytała:

< Jak to sobie wyobrażasz? Chcesz z nami zamieszkać? Ale wszystkie pokoje są zajęte, dzieci już są prawie dorosłe, mają swoje sympatie, czasem nawet któreś z nich ma gości na całą noc. Mamy z Leszkiem prywatne gabinety i przychodzi nieraz sporo pacjentów. Gdzie ty się w tym wszystkim odnajdziesz? Tu jest miasto, tu się zupełnie inaczej żyje. Możemy cię dziś jakoś przenocować, może jeszcze jutro, ale nie ma możliwości, żebyś z nami zamieszkał. > I tak zakończyły się moje plany. Podziękowałem za obiad, nacisnąłem czapkę i bez pożegnania wyszedłem. Wiesz, mogłem sobie załatwić nocleg w hotelu, czy wynająć jakiś pokój, ale byłem tak rozgniewany i zrozpaczony, że postanowiłem zaszyć się gdzieś w kąt i marzyłem, żeby natychmiast spokojnie umrzeć. Widzisz, to moja głupota była, że ja się spodziewałem innego przyjęcia. Teraz już się wygadałem i chyba mi trochę ulżyło. –

      Roman długo się nie odzywał, siedział zamyślony i zastanawiał się, co może Alkowi powiedzieć, jak go pocieszyć. Doszedł do wniosku, że żadne słowa nie pomogą, więc podszedł do niego i serdecznie go przytulił. Po chwili powiedział:

- Jestem wierzącym chrześcijaninem, a więc ty jesteś moim bratem. Nie martw się, nie zostawię cię w takiej sytuacji samego. Wyremontujemy wspólnie jeden z pokoi na stryszku, tam na razie zamieszkasz. A jak wróci żona pomyślimy, co dalej. Jak tylko wszystko wróci do normy po tym kataklizmie wpłacimy twoje pieniądze do banku. Nie chcę, żebyś myślał, że pomagam ci dla kasy.-

    Spojrzał z czułością na twarz starego człowieka i zobaczył duże krople sączących się łez.

 

     Agata po obejrzeniu w telewizji wiadomości o nawałnicy postanowiła jak najszybciej wrócić do męża. Obawiała się jedynie o to, czy dzieci nie doznają traumy widząc spustoszenia.

     W rozmowie z Romanem ustalili, że jednak wrócą do domu dopiero za tydzień. Na koniec Roman powiedział:

- Mam dla was niespodziankę, z której pewnie szczególnie ucieszą się dzieciaki. W następnej rozmowie powiem ci nieco więcej, żeby twoje zaskoczenie nie było zbyt  gwałtowne – zaśmiał się.

    Dni szybko mijały. Alek bardzo się starał być pomocny przy wszelkiego rodzaju pracach i w przygotowaniu swojego lokum na strychu, i w oczyszczaniu ogrodu z błota i szlamu. Najtrudniejszą sprawą było oczyszczenie pomieszczeń w piwnicy.  Strażacy, co prawda, wypompowali wodę, ale pracy przy zaprowadzeniu jakiego takiego porządku było na parę miesięcy.

   Roman był wdzięczny Opatrzności, że dostał pomocnika i kompana w osobie Alka. Obaj nie ukrywali swojej radości że tak ich los ze sobą skojarzył. Dzieliło ich wiele lat, a Alek mógłby być ojcem Romka, ale traktowali się wzajemnie jak kumple.

   Pewnego razu Roman zapytał:

- Alek, czy zechciałbyś zostać dziadkiem dla moich dzieciaków? Są może nieco hałaśliwi i chcą być zawsze w centrum uwagi, ale mają dobre serduszka. Tereska ma pięć, a Radek dziesięć lat. Na pewno cię polubią i super by było, żebym mógł cię im przedstawić jako drugiego dziadka. –

Alek oczywiście się zgodził i podziękował za taką propozycję.

 Czuł się już w tym domu bardzo swobodnie, nie stresował się, że coś źle zrobił, bo o wszystko pytał, podsuwał też Romanowi nowe pomysły na czasowe zastąpienie zniszczonych mebli. Już wcześniej wymusił na Romku zgodę, że jak tylko zrobi się po powodzi w miarę normalnie, to pojadą do meblowego sklepu i Alek za swoje pieniądze odkupi te sprzęty i meble, których nie dało się ocalić.

     Przyszedł wreszcie moment powrotu Agaty i dzieci. Odwiózł ich kuzyn samochodem terenowym, bo zwykłym autem nie dałoby się miejscami przejechać. Dzieci były przeszczęśliwe: po pierwsze, że są już w domu z tatusiem, a po drugie, że mają nowego dziadka. Początkowo trochę były zawstydzone i zakłopotane, ale okazało się, że już tego samego dnia Alek świetnie się z nimi dogadał i nawet próbował uczyć je nowych zabaw.

Agata również zaakceptowała obecność nowego lokatora, chwaliła go do Romka, że jest taki cichy i samodzielny.

     Gdy zapraszali go na posiłki on wylewnie dziękował, pomagał w sprzątaniu, a nawet chciał zmywać, na co nie pozwalała Agata. Kiedy nie było dla niego zajęcia w domu (nawet piwnica już została przez niego uprzątnięta)

szedł na górę do swojego pokoju. Zastanawiali się, czy  nie jest mu smutno, gdy siedzi sam w tej ciszy, bo nie miał nawet radia. Ale przypomnieli sobie, że przecież ma telefon.

      Pewnego dnia poprosił ich oboje o chwilę rozmowy o ważnych sprawach. Domyślali się, o czym będzie z nimi rozmawiał, a już wcześniej dyskutowali między sobą, co będzie dalej z życiem Alka. Mogli mu zapewnić dom, ale nie będą mogli opiekować się nim w czasie jakiejś obłożnej choroby, czy niepełnosprawności.

     Gdy wreszcie wieczorem usiedli wspólnie przy herbacie Alek z uśmiechem zapytał:

- Chyba macie mnie już dość? –

Oboje w tym samym momencie głośno zaprzeczyli:

- Jak możemy mieć dość dziadka naszych dzieci? Przecież bardzo się lubicie, one potrzebują ciebie, a ty pewnie ich. W niczym nam nie przeszkadzasz. –

- Dziękuję, że tak mówicie, ale ja wiem swoje. Tak dużo dla mnie zrobiliście, że do końca życia wam się nie wypłacę. A teraz chciałbym was prosić o przyjęcie tego drobnego zadośćuczynienia. –

I Alek położył na stole kopertę, w której była dość duża kwota w dolarach.

- Słuchajcie, nie dam tego moim dzieciom, które mnie nie chcą, więc proszę przyjmijcie. Jeżeli to możliwe to przeznaczyłbym te pieniądze na naukę waszych dzieci, kiedyś, na dobrych uczelniach. Nie odmawiajcie mi, proszę. Ja już szukam w Internecie jakiegoś małego mieszkania dla mnie. Pokój z kuchnią mi wystarczy, byle nie było daleko do sklepu, do kościoła i do jakiegoś parku. Nie martwcie się o mnie. To, co zostanie, razem z emeryturą, wystarczy mi na skromne utrzymanie. A drzwi dla was, szczególnie dla dzieci będą u mnie stale otwarte.

Odpowiedział Roman:

    - Nasz drogi Alku, poznaliśmy się przez ten ponad miesiąc chyba dobrze. Bardzo cię cenimy, lubimy, a może nawet kochamy, jak kogoś bliskiego. Dobrze nam z tobą. Nie wiemy tak do końca, czy ty również czujesz się tutaj dobrze i nieskrępowanie. Mógłbyś z nami mieszkać jeszcze bardzo długo. Ale rozumiemy, że masz też swoje potrzeby, może zapoznasz jakąś sympatyczną, starszą panią, z którą spędzisz resztę życia. Planów Pana Boga nie znamy. Szanujemy twoją decyzję, a kopertę z pieniędzmi zabierz, proszę. Dla nas najważniejsza jest twoja wdzięczność i prosimy o modlitwę w naszej intencji. Mam nadzieję, że twoje poszukiwanie mieszkania jeszcze trochę potrwa, aby dzieci zostały przygotowane do rozstania z tobą. Na pewno będą to przeżywać. –

Alek odpowiedział:

- Koperty nie wezmę i jak powiedziałem, przeznaczcie te pieniądze na kształcenie waszych dzieci, a moich wnuków. –

Rozmawiali jeszcze długo. Alek opowiadał o swoim życiu, o ciężkiej pracy, która, dopóki był sprawny, przynosiła mu zadowolenie. Opowiadał o swojej ukochanej żonie, której odejścia jeszcze nie przebolał.

 

       Już ponad miesiąc minął od ich ważnej rozmowy. Mieszkanie zostało kupione i było w trakcie drobnych ulepszeń i odświeżania. Brakowało tylko wymiany wanny na prysznic, urządzenie wygodniejsze dla starszych osób.

      W tym czasie zachorowała Tereska i zdecydowano się na pójście do lekarza. Od razu, gdy tylko Agata weszła z córką do gabinetu przeleciała jej przez głowę myśl, czy lekarka nie jest czasem córką Alka. Już po zbadaniu i zapisaniu leków odważyła się zapytać:

- Pani doktor, czy Alfred Konkel nie jest przypadkiem pani ojcem? –

Wzrok lekarki skierowany na Agatę wyrażał jej zdumienie, ale i złość.

- A skąd pani to przyszło do głowy? I w ogóle to po co pani ta wiadomość? – z gniewem zapytała doktor.

- No, bo od kilku miesięcy mieszka u nas bezdomny pan Alek, któremu mój mąż uratował życie, gdy tonął. –

Wzrok lekarki złagodniał, powiedziała cicho:

- Jak to się stało, że nie zwrócił się do mnie? –

- Tego nie wiem, musiałaby pani sama go o to zapytać – odpowiedziała Agata i wyszła z gabinetu.

     Minęło kilka dni, choroba Tereski minęła, gdy późnym popołudniem do drzwi zadzwoniła jakaś kobieta. Okazało się, że była to lekarka z przychodni, która badała Tereskę.

Otworzyła jej Agata i powiedziała:

- Dzień dobry pani doktor, czy przyszła pani na kontrolę?

Córka jest już zupełnie zdrowa, proszę spojrzeć, jak biega po ogródku. –

- Ale ja przyszłam zobaczyć się z moim ojcem, czy może go pani poprosić? –

- Poprosić mogę, ale nie wiem, czy do pani wyjdzie. Proszę usiąść w saloniku, zrobię pani kawę i pójdę po niego. Ma swój pokój na górze. –

     Agata długo musiała namawiać Alka, żeby zszedł na dół i porozmawiał z córką. W końcu powiedział:

- Pójdę, pod warunkiem, że będziesz przy tej rozmowie.

- Alku drogi, nie wypada mi być świadkiem waszej rozmowy, bo przecież ona jest lekarką moich dzieci i czułaby się skrępowana, gdy znowu ją odwiedzę w przychodni. –

- No, dobrze – odpowiedział po namyśle.

Agata poszła do kuchni przygotowywać kolację, dzieci bawiły się w ogrodzie, a Roman jeszcze pracował w swoim pokoju. W tej ciszy nagle usłyszała podniesiony głos Alka:

- Czy ty myślisz, że ja nie mam swojego honoru? Za tyle pomocy, tyle starań, żebyście mogli się wykształcić i mieć dobre warunki życia, co mnie spotkało? Wyrzuciłaś mnie z domu, na który to ja z matką zapracowaliśmy, żebyś miała luksus. A ja się spodziewałem, że ucieszycie się z mojego pomysłu. Marzyłem sobie jeszcze będąc w swoim domu, że wybiegną moje wnuki, uściskają i powiedzą: „Dziadku, cieszymy się, że będziesz z nami.”

Jak sięgnę pamięcią, to twoje dzieci odwiedzały nas tylko z okazji świąt, oczywiście na krótko, bo zawsze były ważniejsze sprawy. Jak już dorosły, to nawet z tobą nie przyjeżdżały, bo pewnie nie przepadają za towarzystwem starszych ludzi. I tak to się stało, że nie mam rodziny, a właściwie to Bóg dał mi rodzinę, bo tutaj czuję się potrzebny i kochany. Mam też kochające wnuki. – „

      Agata starała się nie podsłuchiwać, co na to odpowie córka Alka, ale ciekawość zwyciężyła i lekko otworzyła drzwi od kuchni. Słyszała jedynie dwa słowa, które ze szlochem wypowiadała kobieta:

- Wybacz mi tato, wybacz mi. Za bardzo mnie kochaliście i rozpieszczaliście. Wyrosłam w poczuciu, że wszystko mi się należy i nie nauczyłam się wdzięczności. Wybacz mi tato, proszę. Już opróżniliśmy dla ciebie pokój na parterze, żebyś miał wygodniej. Nie gniewaj się już. Teraz ja postaram się wynagrodzić ci, że nie okazałam ci należytego szacunku i serca. -

Rozmowa ucichła i po chwili Agata usłyszała trzask zamykanych drzwi wejściowych. I nie wiedziała jaki był koniec spotkania ojca z córką.

Agata wyszła z kuchni i udała się do pracowni Romana.

Ze łzami w oczach zreferowała mu, co takiego wydarzyło się przed chwilą. Po wysłuchaniu Romek powiedział:

- Trzeba będzie nakłaniać Alka, żeby wybaczył córce jej zachowanie. Zrobi jak zechce, ale gorycz w sercu, jaka mu zostanie nie pozwoli mu szczęśliwie dożyć swoich lat. Agatko, musimy bardziej zadbać o relacje z naszymi bliskimi. Jak tylko Alek się wyprowadzi zaprosimy najpierw moich rodziców. Pozwolisz, prawda? Może tata

wróci do zdrowia, może znajdziemy specjalistę, który bardziej się nim zaopiekuje, a mama trochę odpocznie. Co ty na to? -

- Tak, Romku, zgadzam się. Tylko zastanawiam się, dlaczego dopiero ta historia z Alkiem uświadomiła nam, że coś przegapiamy, że za mało w nas empatii i troski o najbliższych…-


Brak komentarzy: