czwartek, 14 maja 2026

Radosne oczekiwanie... (?)

 


                                   Radosne oczekiwanie…(?)

        Był ciepły, wiosenny wieczór. Na werandzie w wiklinowych fotelach siedziały w milczeniu dwie osoby. Jedna z nich okryta była ciepłym pledem, druga miała kolorową bluzę z krótkimi rękawami. Ich ręce były splecione w uścisku. Wokół werandy rosły owocowe drzewa, które były w pełnym rozkwicie: białe kwiaty wiśni i śliw wyglądały, jak puszyste chmurki, a pomiędzy nimi zachwycały jabłonie swoimi różowymi kwiatami. Trudno opisać piękno tego miejsca. Światła na tarasie były wygaszone, jedynie latarnia uliczna oświetlała sad. Lekki wiatr kołysał gałęzie i wtedy smugi padającego światła nadawały drzewom czarującą poświatę. Gdzieś w oddali słychać było szczekającego psa, ale nawet to szczekanie nie zagłuszało pięknego, radosnego śpiewu ptaków.

W pewnym momencie jedna z osób wstała i w nikłym świetle okazało się, że jest wysoką  dziewczyną z rozpuszczonymi, długimi włosami. Cicho powiedziała do tej siedzącej obok:

- Trochę robi się chłodno, może okryję cię dodatkowym kocem? –

- Wiesz, myślę, że czas już na ciebie. Zaprowadź mnie, proszę, do domu i leć do rodzinki. Na pewno już bardzo tęsknią za tobą. Ja dam sobie radę, kolację przygotowałam wcześniej, tylko ją zagrzeję, potem mała kąpiel i pójdę do łóżka. Bardzo ci dziękuję, że mnie odwiedziłaś. Od razu inaczej się czuję i moje boleści mi nie dokuczają. Ucałuj Staszka i dzieciaki. –

- Mamo, pamiętasz o tym, co mówiłam wcześniej, że wyjeżdżamy na kilka dni nad morze. Dzieci bardzo chcą wykąpać się w morskiej wodzie. Nie będzie nas do czwartku. W tym czasie częściej będzie przychodzić twoja opiekunka. A tak na marginesie – jak ona się sprawuje? Jesteś zadowolona z opieki? –

Mówiąc te słowa młoda kobieta cały czas łagodnie głaskała włosy starszej pani.

- Kochanie, jakże mogę być niezadowolona?  Ona oddaje mi swój czas i troszczy się o moje potrzeby aż za bardzo. Jest cierpliwa i wyrozumiała.  Każdego dnia dziękuję Bogu za nią.  Dziękuję ci, że taką osobę dla mnie znalazłaś. –

    Młoda kobieta ucałowała włosy matki i ostrożnie przesadziła ją na wózek inwalidzki. Wózek miał elektryczny napęd, więc staruszka mogła przemieszczać się sama, a że dom był parterowy, bez progów i stopni radziła sobie doskonale.

- Pomyślę, mamo, w czym jeszcze mogłabym ci ułatwić i umilić to trochę monotonne życie. Dla ciebie, takiej zawsze ruchliwej i zapracowanej, jest pewnie trudno przyzwyczaić się do zwolnienia tempa i poddania się opiece innych osób. –

- Irenko, tak za bardzo nie przesadzaj z troskliwością. Wiesz, że umiałam sobie radzić w wielu różnych tarapatach, więc już powoli przystosowałam się do moich ograniczeń. Pamiętasz, że rzadko narzekałam na swój los, a przecież nie było mi łatwo samej was wychowywać. -

       Jeszcze tego samego wieczoru, gdy starsza pani układała się do spania zadzwoniła komórka. Zastanawiała się, czy nie za późno na rozmowę i czy w ogóle ją odebrać. Sprawdziła kto to do niej dzwoni o tej porze. Okazało się, że to Konrad, przyjaciel jej zmarłego męża. Po głosie poznała, że ma jej coś ważnego do powiedzenia.

- Witam cię Helenko. Przepraszam, że tak późno dzwonię, ale przed chwilą dowiedziałem się, że jutro jest pogrzeb Halinki. Byłaś z nią dość blisko, więc postanowiłem przekazać ci tą smutną wiadomość. –

Odpowiedziała dość surowo:

- Nie mogłeś mi tego jutro rano powiedzieć? Trudno odbierać takie wiadomości przed zaśnięciem. Po chwili dodała: - No, przepraszam za mój ton. Dziękuję, że w ogóle do mnie zadzwoniłeś, już od dawna mój telefon jakby zamilkł, nikt do mnie nie dzwoni. –

W głosie Heleny słychać było rozżalenie. Po chwili ciszy mówiła dalej:

- Drogi Konradzie, znasz moją sytuację zdrowotną. Sama na wózku nie zajadę na cmentarz, a dzieci wyjeżdżają gdzieś nad ciepłe morze. Przykro mi, że nie pożegnam mojej Halinki. –

- Ale ja właśnie mam dla ciebie propozycję. Jadę razem z naszym kolegą Józkiem jego autem. Auto jest duże i wózek doskonale się w nim zmieści. Jeśli nie będzie to dla ciebie za trudne zabierzemy cię. Msza jest o dwunastej, a pogrzeb około trzynastej. Pomyśl nad tą propozycją, zadzwonię wcześnie rano. O której już można do ciebie dzwonić? –

- Ja wstaję dość wcześnie, przeważnie od ósmej już jestem „na nogach” – powiedziała dowcipnie i ze śmiechem.

- Wiesz - dodała - jest tylko jeden problem: ja nie chcę iść do kościoła. Pewnie coś na ten temat mówił ci Leszek. On był mocno wierzący, nie opuszczał żadnej Mszy niedzielnej, często chodził w dni powszednie, mówił, że to pomaga mu w życiu. Myślę, że może pomogło mu i w śmierci, bo zmarł spokojnie i bez bólu. Ciągle powtarzał, że w wieczności się spotka z Jezusem. A ja, cóż ja, od młodości sceptyczna ateistka. –

- Pomyślimy nad tym Helenko. Jest dość ciepło, więc zostanę z tobą przed kościołem. Naprawdę, tak bardzo by ci to przeszkadzało stanąć z wózkiem choćby w kruchcie? –

- Dobrze Konradzie, posiedzę w kruchcie. Na dziś może zakończmy rozmowę. Jeszcze raz dziękuję ci, że mnie powiadomiłeś i zaproponowałeś podwózkę. Śpij dobrze. – 

     Helena nie była zbyt zaskoczona wiadomością o śmierci koleżanki, bo wiedziała o jej ciężkiej chorobie. Miała wielką ochotę spotkać się z nią, może pocieszyć, może pożegnać, ale rodzina nie zgadzała się na odwiedziny. Było jej przykro, ale nic nie mogła na to poradzić. A teraz była wdzięczna Konradowi, że o niej pomyślał i nawet zatroszczył się o jej możliwość uczestniczenia w pogrzebie.

      Długo nie mogła zasnąć, wspominała lata młodości i pięknej przyjaźni z Haliną. Obie kończyły ten sam ogólniak, obie studiowały medycynę, w tym samym roku skończyły i w tym samym roku wyszły za mąż. Bardzo często spotykały się lub choćby dzwoniły do siebie. Znajomość się rozluźniła, gdy urodziły się dzieci, a poza tym Halina z rodziną przeprowadziła się do mieszkania w odległej dzielnicy. Obie brały także wiele dyżurów, aby zarobić na spłatę rat za mieszkania. Było to również utrudnienie w kontynuacji przyjaźni. Ale pamiętały o sobie z życzliwością, brały udział w ważnych wydarzeniach obu ich rodzin.

      Helena miała żal do rodziny swojej przyjaciółki, że nie pozwolili spotkać się z nią przed śmiercią. W głębi duszy czuła, że było to spowodowane jej własnym sceptycyzmem dotyczącym życia po śmierci i odrzuceniem wiary w Boga. Nawet i teraz, gdy nachodziły ją myśli o własnym odejściu i o tym, czy jest tam coś po drugiej stronie, odganiała je od siebie i szybko znajdowała sobie jakieś zajęcie. Jutro, niestety, będzie musiała zmierzyć się z tym problemem. Jako lekarz wiele razy nie tylko była obecna przy odchodzeniu chorych, ale walczyła jak potrafiła o przywrócenie ich do życia. Tylko, że byli to dla niej obcy ludzie, więc stopniowo nauczyła się opanowywać emocje i reagować nieomal automatycznie. Teraz śmierć dotknęła kolejną, bliską sercu osobę. Już odchodzenie męża, Leszka, mocno zachwiało jej pewnością, co braku  działania w życiu jakiej Siły Sprawczej, Kogoś kto czeka gdzieś tam w wielkich przestrzeniach Wszechświata i przyjmuje niewidzialną część nas. Obecnie te myśli powróciły, a ponieważ była już noc, nie bardzo mogła odgonić je od siebie i znaleźć sobie jakieś zajęcie. Jednak postanowiła przemieścić się na wózek i zażyć tabletkę na sen. To pozwoliło jej przespać noc.

    Rano zadzwonił Konrad. Był dawnym przyjacielem jej męża, ale ona nie przepadała za jego towarzystwem, szczególnie od czasu, gdy dowiedziała się, że nosi chorągwie w procesjach kościelnych. Ale teraz zaczęła myśleć o nim z życzliwością i wdzięcznością.

- Co jeszcze chcesz mi przekazać Konradzie? – zapytała.

- Przyjedziemy po ciebie o wpół do dwunastej, myślę, że będziesz gotowa na czas. –

- Tak, tak. Dziś przyjdzie moja opiekunka i pomoże mi się przygotować – odpowiedziała.

- Jest jeszcze jedna wiadomość. Rodzina Halinki prosiła mnie, żebym cię namówił na spotkanie na obiedzie po pogrzebie. Jak się na to zapatrujesz? -

 - O nie, nie chcę się z nimi spotkać. Cały czas czuję do nich uprzedzenie, że nie pozwolili mi spotkać się z Halinką. Podziękuj im w moim imieniu, powiedz, że jestem słaba i nie dam rady. -

 Dzień był upalny i Helena ucieszyła się, że w kruchcie kościelnej było dość chłodno. Cała świątynia była zapełniona ludźmi, wiele osób stało ze względu na brak miejsc w ławkach. Pomyślała, że jej przyjaciółka musiała być życzliwa i kompetentna w wykonywaniu swojego zawodu. Myśl jej pobiegła w przyszłość i wyobraziła sobie swój pogrzeb:

- Kto tam będzie o mnie pamiętał? Tyle lat przecież minęło od czasu, gdy pracowałam w przychodni.  Poza tym, nie życzę sobie tych kościelnych uroczystości, tylko pożegnanie na cmentarzu, zasypią mnie i koniec historii Heleny Mazur. -           Zrobiło jej się dziwnie smutno, a gdy jeszcze, chcąc nie chcąc, wysłuchała kazania, które było o życiu w zaświatach. Ksiądz mówił też o skarbie, który nosiła w sobie zmarła, o jej głębokiej wierze w Odkupienie, Zmartwychwstanie i życie wieczne z Bogiem w niebie. To było jakby mówił bezpośrednio do niej:

” nie wyobrażasz sobie, siostro i bracie, co tracisz odrzucając główny Kerygmat naszej wiary, że Pan Jezus Zmartwychwstał, wstąpił do nieba, że każdy z nas ma tam przygotowane miejsce u Jego boku”.

- I po co ja tu siedzę? Po co wysłuchuję tych wymysłów nawiedzonych ludzi, którzy boją się, że śmierć ich unicestwi na zawsze? Tak myślą tylko tchórze – utwierdzała się w swoim uporze odrzucenia wiary.

Postanowiła skierować wózek do wyjścia i zjechać po pochylni na zewnątrz kościoła. Nie wiedziała, że przy wejściu zamontowane są głośniki, które nie tylko nagłaśniały głos księdza, ale odbijały echem jego słowa. Próbowała zatkać uszy, ale to nie pomagało.

- To moja wina, powinnam zrezygnować z tej podwózki Konrada i wziąć odpowiednią taksówkę od razu na cmentarz. Była na siebie zła. Starała się całe życie unikać pogrzebów. Kondukt żałobny, w którym ludzie rozmawiali, a nawet śmiali się zamiast zachować ciszę bardzo ją denerwował. Wolała iść i złożyć kwiaty, czy zapalić znicz już po uroczystościach.

- Tym razem też tak powinnam zrobić, złożyć kwiaty na przykład jutro. –

   Zakończono pożegnanie w kościele. Gdy zobaczyła Konrada zmierzającego w jej kierunku poprosiła go, żeby przywołał taksówkę i pomógł jej wsiąść. Powiedziała:

- Bardzo cię proszę, Konradzie. Ja naprawdę nie dam rady. Muszę wrócić do domu. Mam nadzieję, że taksówka szybko przyjedzie. –

Konrad był nieco rozczarowany, ale spełnił prośbę Heleny. Jadąc już do domu ona rozmyślała:

- Przecież ja wcale nie jestem aż tak zmęczona. Sądzę, że dałabym radę, ale pewnie nie dałyby rady moje emocje. –

      Po powrocie już sama musiała poradzić sobie z przemieszczeniem się na kanapę w salonie. Poszło jej to nawet dość sprawnie. Potem jak to zwykle robiła sięgnęła po pilota i włączyła jakiś program telewizyjny. Nie obchodziło jej kto tam się wypowiada i o czym mówi, ważne było tylko, że głos z telewizora zagłuszał panującą ciszę. Po dłuższej chwili zasnęła.       

        Starsza pani nie odczuła zbytnio tygodniowej nieobecności jej najbliższej rodziny. Wnuki, wychowywane były przez rodziców z wielką miłością, ale nie nauczono ich, że nie są centrum całego świata. Każda ich zachcianka była zaspokajana, nie miały żadnych obowiązków pomagania w codziennych zajęciach, a rodzice, szczególnie matka, wyręczali je nawet w pakowaniu szkolnych plecaków. Nie miały potrzeby odwiedzania babci na wózku, chyba, że spodziewały się jakiegoś prezentu, a najchętniej kasy. Wiedziały, że mama odwiedza babcię dość często, ale tata zawsze zostawał w domu i wolały zostawać z nim zabawiając się grami komputerowymi lub oglądając głupie filmiki. Helena, początkowo próbowała zwracać uwagę, że dzieci mogą wyrosnąć na snobów i egoistów. Niestety, traktowano te dość delikatne napominania jako napaść na ich rodzicielską „mądrość” i wtedy obrywało się staruszce. Początkowo było jej przykro, ale z czasem przyzwyczaiła się do tego, że tak naprawdę, to oprócz kochanej Dorotki, reszta rodzinki ma ją w nosie.

      Pewnego dnia opiekunka przyniosła dość sporą kopertę oklejoną amerykańskimi znaczkami i powiedziała:

- Dzień dobry kochana pani Helenko. Ta kopertę wręczył mi listonosz, gdy dochodziłam do furtki. To pewnie coś bardzo ważnego, bo jest mocno zaklejona i ma tak dużo znaczków. Czy pani wnuki zbierają znaczki? Gdyby nie, to chętnie je wezmę. Mój starszy wnuk ma klaser i prosił mnie, żebym mu pomogła zbierać. –

Helena była zaciekawiona, co jest w liście i nie bardzo słyszała, o co pytała opiekunka. Ale kiwnęła głową na znak, że się zgadza.

- Mój wnuk lubi przychodzić do mnie, żebym opowiadała mu o wszystkich krajach, z których znaczki są w jego klaserze. –

- O, to wspaniale. Ale pozwoli pani, że teraz zajmę się listem. – odpowiedziała Helena.

   List był napisany po angielsku, miał na pierwszej stronie logo jakiegoś biura. Domyśliła się, że to kancelaria notarialna. Sięgnęła po słownik i zaczęła tłumaczyć wyraz po wyrazie. Zajmowało to dużo czasu i w końcu postanowiła poprosić Konrada o radę, kto znał na tyle angielski, że mógłby jej przetłumaczyć cały list. Zorientowała się już z tych pierwszych przetłumaczonych zdań, że sprawa dotyczy dziedziczenia.

- Czyżby moja siostra zmarła? Czemu nikt mnie o tym nie powiadomił? – pomyślała.

Było jej przykro i pomyślała:

- Biedna Frania. Pewnie nie było przy niej nikogo. Alek już chyba dziesięć lat jak odszedł. Tak, to było rok po moim Leszku. Nie wiem czemu nie mieli dzieci, nigdy nie ośmieliłam się o to zapytać. –

Westchnęła i zadzwoniła do Konrada. Obiecał jej pilnie pomóc i znaleźć kogoś zaufanego. Wzięła jeszcze raz list do ręki i szukała miejsca, w którym byłaby określona wielkość spadku.

Nie chciało jej się wierzyć, że Frania zapisała jej w testamencie tak wielką kwotę, która była wymieniona w liście. Oprócz tego były jeszcze chyba jakieś nieruchomości, ale postanowiła, że na szczegóły zaczeka do momentu otrzymania dokładnego tłumaczenia.

Pomyślała:

 - Po co mnie to wszystko? Co ja z tym zrobię? Oczywiście przekażę Dorocie, ale jak my będziemy w stanie załatwić te wszystkie formalności i przejąć spadek? Tam trzeba by było polecieć, a przecież to już nie dla mnie. Nie będę się tym teraz przejmować, jak wrócą z wakacji to niech coś wymyślą. -

 Jeszcze przed powrotem Doroty z rodziną z wakacji Konrad przekazał Helenie zalakowany list od przysięgłego tłumacza. Powiedział:

- Trochę to kosztowało, ale proszę, masz Helenko oficjalne tłumaczenie. Pan powiedział do mnie tylko, że będziesz nieco zaskoczona. Oczywiście, nie przekazał mi czego to zaskoczenie może dotyczyć. –

- Dziękuję ci bardzo. Przepraszam, że obarczam cię moimi problemami. Powiedz mi, ile mam ci zwrócić. –

Gdy już się rozliczyli Helena powiedziała:

- Moja siostra była bardzo dobrą osobą, ale upartą i nieprzewidywalną. Od dawna kochałyśmy się tylko na odległość, ostatnie spotkanie miałyśmy chyba dziesięć lat temu. Pamiętam, że rozstawałyśmy się trochę pokłócone, ale już nie pamiętam o co. –

- Zostawiam cię teraz samą, żebyś mogła dokładnie przeczytać pismo od notariusza. – powiedział Konrad i wyszedł.

     Nie od razu otworzyła kopertę. Najpierw przemieściła się do kuchni i zrobiła sobie mocną kawę. Miała przy wózku stolik, więc nie obawiała się rozlania. Dosyć długo trwało jej rozlokowanie się na kanapie i wypicie kawy. W końcu złamała pieczęć i zabrała się do czytania. 

     Na początku listu było sporo formułek prawnych wymaganych przy tego rodzaju dokumentach. Gdy doszła do sedna testamentu swojej siostry chciała w zdenerwowaniu po prostu go podrzeć. Ale potem, kiedy już minął gniew zaczęła się głośno śmiać, aż zanosiła się od śmiechu. 

Otóż, okazało się, że otrzymanie spadku było uwarunkowane przyjęciem przez Helenę Sakramentów Świętych: odbycia spowiedzi, przyjęcia Komunii i namaszczenia chorych. Frania zastrzegła, że spełnienie warunków nie musi być w żaden sposób udokumentowane. Wystarczy jedynie oświadczenie ustne lub na piśmie, że został on spełniony. I to był celny strzał w poczucie niezależności i uporu Heleny. Siostra, mimo odległości, która je dzieliła, pamiętała o głównych wadach Heleny „panny wszystko najlepiej wiedzącej”, jak ją w dzieciństwie i młodości nazywano.

- A to małpiszon jeden. Nawet po śmierci chce mnie wychowywać. –

    W uzasadnieniu podanego warunku było, co prawda, napisane, że jest to „dla dobra ukochanej Helenki, z troski, aby była zbawiona i aby spotkały się kiedyś razem w niebie”. Jednakże takie postawienie sprawy już do reszty rozsierdziło Helenę. Pomyślała:

- Przecież nie mogę takiego zapisu pokazać Dorocie, a szczególnie Staszkowi. To byłoby dla mnie upokarzające. Jak z tego wybrnąć? –

    Okazja nadarzyła się sama. Otóż, opiekunka znowu przyniosła dla niej małą paczuszkę, ale tym razem przesyłka leżała w skrzynce na listy. Być może, że przeleżała tam dość długo, bo stempel miał datę sprzed miesiąca. Tym razem był to list od jej zmarłej siostry i małe wydanie Nowego Testamentu. - Napisała go, zapewne, krótko przed śmiercią – pomyślała Helena.

Była bardzo poruszona, zastanawiała się, czy w ogóle go otworzyć. Miała już dość na ten dzień przeżyć i nie miała ochoty pogłębiać swojej frustracji. Odłożyła go na nocny stolik i włączyła jakiś program w telewizji, żeby się odprężyć. Ale nie mogła przestać myśleć o Frani, o jej życiu na obczyźnie przez tak wiele lat, bez dzieci, bez bliskiej rodziny. Gdy rozmawiały ze sobą przez telefon ona zawsze była pogodna, nawet radosna. Należała do jakiegoś Stowarzyszenia pomagającego ludziom w kryzysie bezdomności, a także wspierającego sierocińce. Była członkiem Koła Polonii i udzielała się w organizowaniu wielu imprez integracyjnych. O tym opowiadała w każdej wspólnej rozmowie aż do znudzenia, ale przecież to było całe jej życie.

    List leżał jeszcze nieotwarty przez kilka dni. W końcu, w kolejny poranek zdecydowała się na przeczytanie go. Znalazła sobie miejsce w ogrodzie, w cieniu drzew i pomyślała:

- To właściwie list zza grobu. Moja kochana siostrzyczko, gdzie teraz jesteś? –

List był napisany odręcznie, ale nie było to pismo Frani. Musiała, zatem komuś go podyktować. Rozpoczynał się od bardzo serdecznych słów opisujących miłość siostrzaną, którą zawsze darzyła Helenę. W dalszej części listu było przypomnienie o ich wspólnym dzieciństwie, o rodzicach i bracie, który zmarł wiele lat temu. Potem Frania starała się opisać, jak postrzegała sens i cel swojego  życia. Jej jedynym marzeniem i dążeniem było zostać świętą w oczach Boga. Zacytowała nawet fragment Biblii: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.” Duży fragment listu był opisem kerygmatu wiary w Jezusa Chrystusa jedynego Pana i Zbawiciela, Który umarł za każdego człowieka, aby wykupić go od grzechów i dać mu życie wieczne. W dalszym fragmencie Frania opisała swoją miłość do Pana Jezusa i swoje oddanie Mu całego życia.  Na zakończenie listu napisała: „ Czuję niesamowitą radość, że jestem dzieckiem Boga i ufam, że niedługo przejdę poprzez śmierć do życia z Nim. Trwam w radosnym oczekiwaniu. Tego życzę również Tobie ukochana Helenko, gdy zostaniesz wezwana…”

Helena przytuliła list do piersi i cichutko płakała. Rozmyślała:

 - A może ona ma rację? Może to moja pycha i upór odbierają mi szansę na szczęśliwe życie po drugiej stronie? A może to po prostu strach i odganianie myśli o odejściu? Chyba jednak porozmawiam z Dorotą jak wróci. Ona była zapatrzona w tatusia i właśnie Leszek nauczył ją głębokiej wiary. Zawsze ją strofowałam, gdy chciała podzielić się ze mną sprawami związanymi z Kościołem. Może ona się ucieszy, że teraz ją proszę o wskazówki, jak tą wiarę odzyskać. A zanim się zjawi postaram się przeczytać tę ważną książeczkę od Frani. Ale jeszcze nie pokażę jej testamentu, żeby nie pomyślała, że to tylko wyrachowanie w spełnieniu warunku przyjęcia spadku. – 

     Dorota faktycznie bardzo się ucieszyła zmianą nastawienia matki do wiary. Chętnie odpowiadała na zadawane pytania i obiecała przynieść parę książek mądrych ludzi, którzy opowiadali o swoim nawróceniu. Na grubym papierze wydrukowała dwie „złote” myśli do częstego czytania:


"Są dwie możliwości: albo Bóg jest, albo Go nie ma. 

Jeżeli przyjmę, że Bóg jest, a Boga nie ma, 

ryzykuję swoim skończonym, krótkim życiem.

Właściwie czym ryzykuję?

Chyba tylko tym, że gdybym uważał, że Boga nie ma, 

mógłbym nie wkładać tyle wysiłku w to, by żyć uczciwie...

Jeżeli jednak przyjmę, że Boga nie ma, a Bóg jest,

ryzykuję nieskończoną wiecznością.

Zysk i strata są niewspółmierne.

Mają się do siebie, jak skończona liczba do nieskończoności.

Wybór powinien więc być oczywisty.

Ale dla wielu ludzi nie jest..." Blaise Pascal
xxx
„Pascal uważał, że życie jest grą hazardową.
Mamy przed sobą do wygrania lub stracenia wielką stawkę.
Dostrzegał on brak proporcji między
krótkim życiem człowieka a nieskończoną wiecznością.

W naszej religii wiary w życie wieczne nie opieramy
na obliczeniach prawdopodobieństw,
lecz na zaufaniu Jezusowi Chrystusowi...”

ks. prof. Michał Heller

xxx

Helena nie bardzo jeszcze potrafiła się wgłębić w to przesłanie, ale położyła kartki na półce i czasem je czytała.

Dorota wcześniej nigdy nie pytała matki, czy przyjęła w dzieciństwie Sakramenty, domyślała się, że pewnie tak, bo inaczej nie mogłaby poślubić ojca.

     W końcu przyszedł czas na odczytanie córce testamentu Frani. Pierwszą jej reakcją było zdziwienie i niedowierzanie, ale po chwili Dorota zaczęła się głośno śmiać, a właściwie aż zanosić od śmiechu. Matka zaczęła ją strofować i powiedziała:

- Tego się najbardziej obawiałam – twojej reakcji. -

Córka spostrzegła w jej oczach łzy, serdecznie ją przytuliła i powiedziała:

- Mamusiu, ja nie śmieję się z ciebie, śmieję się z cioci Frani, jak ona to wymyśliła i przygotowała z troski o ciebie. Piękne przesłanie dokładnie przekazała ci w liście. Musiała bardzo cię kochać. –

- Ja też ją kochałam i chyba kocham nadal, ale miłość potrzebuje nieustannego potwierdzania, na odległość jest trudno kochać. Jeszcze teraz, kiedy nie wiem, gdzie ona jest. –

- Napisała ci, gdzie spodziewa się być: z Tym, Któremu oddała całe swoje życie i postępowała według Jego wskazówek. Jeżeli przyjmiesz taką prawdę i też taką, że „ostatni będą pierwszymi” w drodze do nieba, to już możesz, jak ciocia Frania „radośnie oczekiwać”. Przecież wiesz, że życzę ci jeszcze długich lat, ale można je przeżyć w tłumionym lęku, a można zaufać i mieć w sercu radość. –

- Jaka ty jesteś mądra, Dorotko. Skąd to wszystko wiesz? –

- Przecież obserwujesz mnie, mamo i wydaje mi się, że idę dobrą drogą do ostatecznego celu. Uczę się, czytam, spotykam się z Panem Jezusem w Eucharystii, przyjmuję Sakramenty. Tego wszystkiego nauczył mnie kiedyś tatuś. Ty, niestety, odrzucałaś jego prośby o wspólną modlitwę, czy rozmowę na temat wiary. Nie mam prawa za to cię potępiać, ale cieszę się, że dzięki pośmiertnemu listowi cioci może spróbujesz uwierzyć? To dla twojego największego dobra. Jesteś wspaniałą osobą, z wielkim sercem, tylu ludziom pomogłaś. Teraz pomóż sobie. Kocham cię mamusiu. –

Gdy to mówiła głos Doroty drżał. Po namyśle usłyszała odpowiedź matki:

- Dobrze, że mam ciebie , kochanie. Jesteś moim największym skarbem. –

- W niedzielę zabiorę cię na Mszę, staramy się chodzić razem, całą rodziną. Mam to szczęście, że Staszek wychował się w rodzinie chrześcijańskiej. Dołączysz do nas, jeżeli zechcesz. –

- Nie, Dorotko, potrzebuję rozpocząć moją naukę przebywając sam na sam z Tym Bogiem, Którego mi poleciłaś. Zaczęłam już czytać Ewangelię i będę próbowała zrozumieć i zapamiętać co głosił Jezus. Wiesz, że zawsze starałam się radzić sobie sama. A teraz przejdźmy do testamentu. Wiesz, że nie potrzebuję tych pieniędzy i tych nieruchomości, więc nie broń mi czasem zapisać to wszystko tobie. Ale wymaga to wyjazdu do Stanów i pewnie dość długiego pobytu, aby załatwić wszystkie formalności. Pomyśl, kiedy moglibyście polecieć. Całe szczęście, że nadchodzą wakacje. -

- Myślę, że ciocia chciałaby najbardziej uszczęśliwić ciebie. Dla nas to chyba jedynie kłopot, bo jak wiesz, nie jesteśmy pazerni i wystarcza nam to co mamy. Ale rozmówię się ze Staszkiem, podejmiemy decyzję i powiadomię cię. Na pewno z przyjęciem tego spadku związane są olbrzymie formalności prawne, jakieś podatki, zmiany własności nieruchomości. Trochę się tego obawiam i sądzę, że uratować nas może jedynie dobry prawnik znający prawo amerykańskie. Ale to będzie nie mało kosztować. –

- Oj, myślę, że jeszcze coś dla was zostanie – zaśmiała się Helena.

      Wyjazd zaplanowano na sierpień. Ustalili, żeby wziąć ze sobą doświadczonego prawnika, który zobowiązałby się umownie do sfinalizowania całej sprawy. Procedury spadkowe w Polsce przebiegły dość szybko i rodzina zaczęła planować, jak będą rozdysponowywać spadek po jego przejęciu. Początkowo dzieci wspólnie z ojcem byli bardzo podnieceni otrzymaniem wielkiej ilości pieniędzy i nawet rozmawiali o kupnie wielkiego domu z ogrodem i sadem, przy którym znalazłoby się miejsce dla dwóch koni i trzech samochodów. Wszystkie rozmowy rodzinne dotyczyły tylko tego tematu. Dzieci rozpowiedziały w szkole, że wkrótce będą bardzo bogaci, stały się zarozumiałe i koledzy zaczęli od nich stronić. Mąż Doroty, co prawda, nie zwierzał się wszystkim w pracy, ale wystarczyło, że powiedział dwom najbliższym współpracownikom i za kilka dni już całe biuro o niczym innym nie rozmawiało. 

       Wylot zabukowano na piętnastego sierpnia licząc na to, że z pomocą prawnika uda się im w ciągu dwóch tygodni wszystko pozałatwiać, aby dzieci mogły wrócić na czas do szkoły. Niestety na miejscu okazało się, że procedury są bardzo skomplikowane i długotrwałe, gdyż żadne z nich nie posiada obywatelstwa USA. Staszek był przygotowany na dłuższy pobyt i wziął sobie urlop bezpłatny, ale Dorota musiała wrócić przed pierwszym września, żeby wyprawić chłopców do szkoły. Zgodnie z zaleceniem prawnika, przed wyjazdem do Polski pozostawiła notarialne upoważnienie dla męża do jej reprezentowania. Gdy już wróciła z chłopcami do Polski ciągle słyszała od nich narzekania jakie tutaj mają beznadziejne życie,   mieszkanie w bloku, przy ruchliwej ulicy, w hałasie. Chcieli z powrotem wracać do Stanów i zamieszkać w apartamencie zmarłej cioci, a na weekendy wyjeżdżać do domu z ogrodem.

Dorocie sprzykrzyło się ich narzekanie i stanowczo powiedziała:

- Już więcej ani słowa na ten temat! Zostało już postanowione, że będziemy tutaj mieszkać. A jak tata wróci po załatwieniu spraw, to postaramy się kupić nowe mieszkanie. -  

     Przynajmniej raz w tygodniu odbywali ze Staszkiem telefoniczne narady dotyczące jego dalszych działań. Główny problem to była sprzedaż domu z ogrodem położonego w bardzo ekskluzywnej, podmiejskiej dzielnicy, w otulinie parku krajobrazowego.  

      Gdy spodziewała się już powrotu męża do kraju otrzymała wiadomość, że przedłużył swój bezpłatny urlop, bo jeszcze kilka spraw musi załatwić w Stanach. Nie powiedział jej wtedy, że przedłużył go aż o pół roku. Gdy minął kolejny miesiąc  zaczął tłumaczyć Dorocie, że tak naprawdę, to on wolałby tu zostać:

- Mam już zezwolenie na pracę, odnalazłem kolegę ze studiów, który ma swoją firmę i proponuje mi dobre stanowisko. Myślę, że chłopcy mieliby tutaj lepszą przyszłość, możliwość nauki na słynnych uniwersytetach. Pomyśl, o tym, proszę, i nie mów mi od razu, że się nie zgadzasz. –

Dorocie głos się trząsł, gdy mu odpowiadała:

- Jesteś bezdusznym egoistą, przecież to mama oddała nam swoją własność, a teraz zostawilibyśmy ją samą w Polsce? Jak mogłeś o tym zapomnieć! -

 - Ale zabierzemy ją tutaj. Warunki są luksusowe i opieka zdrowotna pewnie lepsza niż w Polsce. Dorotko, opanuj się, przecież znasz mnie i wiesz, że nigdy nie chciałbym jej krzywdy. –

- No, tak. Ale przecież nasi chłopcy nie znają na tyle angielskiego, żeby mogli od razu tam iść do szkoły. –

- No to będą przez pierwszy rok uczyć się języka. Nie stracą na tym, a zyskają szanse na lepsze życie w przyszłości. –

- Jestem zaskoczona twoją propozycją, pozwól, że pomyślę nad tym, a przede wszystkim porozumiem się z mamą. –

- Okey, okey. Tylko proszę, nie przedłużaj decyzji w nieskończoność. Porozmawiamy jeszcze jak tu przylecisz, bo bez ciebie żadna transakcja nie może być zakończona. –

- Do usłyszenia Staszku. Zadzwonię. –

W tym miejscu Dorota przerwała rozmowę i zdenerwowana wyszła z domu, aby na spacerze odreagować emocje. Główna myśl, która nie dawała jej spokoju to była sprawa przekazania propozycji Staszka swojej mamie:

- Przecież to będzie dla niej cios. Ma tutaj swój mały domek, ogródek, miłą opiekunkę, swoje przyzwyczajenia i dostępność pomieszczeń. Wątpię, żeby z jej niepełnosprawnością zechciała na nowo przystosowywać do odmiennych warunków życia, uczyć się języka i poznawać zwyczaje innego kraju. Powiem jej dopiero w niedzielę. –

Tak postanowiła i wróciła do codziennych zajęć. 

    Reakcja Heleny, gdy usłyszała o pomyśle swojego zięcia była dla Doroty szokująca, bo matka uśmiechnęła się i powiedziała:

- Przeczuwałam, że tak będzie i już rozmyślałam nad odpowiedzią. Wiesz, córeczko, jak ważne jest dla mnie wasze szczęście. Nie wyjadę z Polski, jak długo to będzie możliwe pragnę mieszkać w tym domu. Są w nim wspomnienia, których bardzo by mi brakowało. Jestem tutaj szczęśliwa, a dodatkowo odkrywam nowy świat, świat duchowy i jestem tym zafascynowana. Na prośbę Konrada, tego przyjaciela taty, odwiedza mnie dość często zakonnik, franciszkanin i toczymy z nim długie rozmowy o wierze. Coraz bardziej zaczynam ufać Bożemu miłosierdziu i Jego miłości do mnie. Musiałabym te spotkania utracić przenosząc się z wami do Stanów.

Dlatego, kochana moja, jedź za Staszkiem, bo rozłam w rodzinie, to największa tragedia. Będę tęsknić, ale mam już swoje lata i bliżej mi do śmierci niż do intensywnego życia. Uczę się teraz „radosnego oczekiwania”, jak poradziła mi moja siostrzyczka. –

Przytuliły się mocno i długo siedziały w ciszy.

 

  

 

 

 

 

 

 

 

   

 

 

 

   

 

 

  

 

Brak komentarzy: