Radosne
oczekiwanie…(?)
Był ciepły, wiosenny wieczór. Na werandzie w wiklinowych fotelach
siedziały w milczeniu dwie osoby. Jedna z nich okryta była ciepłym pledem,
druga miała kolorową bluzę z krótkimi rękawami. Ich ręce były splecione w
uścisku. Wokół werandy rosły owocowe drzewa, które były w pełnym rozkwicie: białe
kwiaty wiśni i śliw wyglądały, jak puszyste chmurki, a pomiędzy nimi zachwycały
jabłonie swoimi różowymi kwiatami. Trudno opisać piękno tego miejsca. Światła
na tarasie były wygaszone, jedynie latarnia uliczna oświetlała sad. Lekki wiatr
kołysał gałęzie i wtedy smugi padającego światła nadawały drzewom czarującą
poświatę. Gdzieś w oddali słychać było szczekającego psa, ale nawet to
szczekanie nie zagłuszało pięknego, radosnego śpiewu ptaków.
W pewnym momencie jedna z osób wstała i w
nikłym świetle okazało się, że jest wysoką
dziewczyną z rozpuszczonymi, długimi włosami. Cicho powiedziała do tej
siedzącej obok:
- Trochę robi się chłodno, może okryję cię
dodatkowym kocem? –
- Wiesz, myślę, że czas już na ciebie.
Zaprowadź mnie, proszę, do domu i leć do rodzinki. Na pewno już bardzo tęsknią
za tobą. Ja dam sobie radę, kolację przygotowałam wcześniej, tylko ją zagrzeję,
potem mała kąpiel i pójdę do łóżka. Bardzo ci dziękuję, że mnie odwiedziłaś. Od
razu inaczej się czuję i moje boleści mi nie dokuczają. Ucałuj Staszka i
dzieciaki. –
- Mamo, pamiętasz o tym, co mówiłam wcześniej,
że wyjeżdżamy na kilka dni nad morze. Dzieci bardzo chcą wykąpać się w morskiej
wodzie. Nie będzie nas do czwartku. W tym czasie częściej będzie przychodzić twoja
opiekunka. A tak na marginesie – jak ona się sprawuje? Jesteś zadowolona z
opieki? –
Mówiąc te słowa młoda kobieta cały czas
łagodnie głaskała włosy starszej pani.
- Kochanie, jakże mogę być
niezadowolona? Ona oddaje mi swój czas i
troszczy się o moje potrzeby aż za bardzo. Jest cierpliwa i wyrozumiała. Każdego dnia dziękuję Bogu za nią. Dziękuję ci, że
taką osobę dla mnie znalazłaś. –
Młoda kobieta ucałowała włosy matki i ostrożnie przesadziła ją na wózek
inwalidzki. Wózek miał elektryczny napęd, więc staruszka mogła przemieszczać
się sama, a że dom był parterowy, bez progów i stopni radziła sobie doskonale.
- Pomyślę, mamo, w czym jeszcze mogłabym
ci ułatwić i umilić to trochę monotonne życie. Dla ciebie, takiej zawsze
ruchliwej i zapracowanej, jest pewnie trudno przyzwyczaić się do zwolnienia
tempa i poddania się opiece innych osób. –
- Irenko, tak za bardzo nie przesadzaj z troskliwością. Wiesz, że umiałam sobie radzić w wielu różnych tarapatach, więc już powoli przystosowałam się do moich ograniczeń. Pamiętasz, że rzadko narzekałam na swój los, a przecież nie było mi łatwo samej was wychowywać. -
Jeszcze tego samego wieczoru, gdy starsza pani układała się do spania
zadzwoniła komórka. Zastanawiała się, czy nie za późno na rozmowę i czy w ogóle
ją odebrać. Sprawdziła kto to do niej dzwoni o tej porze. Okazało się, że to
Konrad, przyjaciel jej zmarłego męża. Po głosie poznała, że ma jej coś ważnego
do powiedzenia.
- Witam cię Helenko. Przepraszam, że tak
późno dzwonię, ale przed chwilą dowiedziałem się, że jutro jest pogrzeb
Halinki. Byłaś z nią dość blisko, więc postanowiłem przekazać ci tą smutną
wiadomość. –
Odpowiedziała dość surowo:
- Nie mogłeś mi tego jutro rano
powiedzieć? Trudno odbierać takie wiadomości przed zaśnięciem. Po chwili
dodała: - No, przepraszam za mój ton. Dziękuję, że w ogóle do mnie zadzwoniłeś,
już od dawna mój telefon jakby zamilkł, nikt do mnie nie dzwoni. –
W głosie Heleny słychać było rozżalenie.
Po chwili ciszy mówiła dalej:
- Drogi Konradzie, znasz moją sytuację
zdrowotną. Sama na wózku nie zajadę na cmentarz, a dzieci wyjeżdżają gdzieś nad
ciepłe morze. Przykro mi, że nie pożegnam mojej Halinki. –
- Ale ja właśnie mam dla ciebie
propozycję. Jadę razem z naszym kolegą Józkiem jego autem. Auto jest duże i
wózek doskonale się w nim zmieści. Jeśli nie będzie to dla ciebie za trudne
zabierzemy cię. Msza jest o dwunastej, a pogrzeb około trzynastej. Pomyśl nad
tą propozycją, zadzwonię wcześnie rano. O której już można do ciebie dzwonić? –
- Ja wstaję dość wcześnie, przeważnie od
ósmej już jestem „na nogach” – powiedziała dowcipnie i ze śmiechem.
- Wiesz - dodała - jest tylko jeden
problem: ja nie chcę iść do kościoła. Pewnie coś na ten temat mówił ci Leszek.
On był mocno wierzący, nie opuszczał żadnej Mszy niedzielnej, często chodził w
dni powszednie, mówił, że to pomaga mu w życiu. Myślę, że może pomogło mu i w śmierci,
bo zmarł spokojnie i bez bólu. Ciągle powtarzał, że w wieczności się spotka z
Jezusem. A ja, cóż ja, od młodości sceptyczna ateistka. –
- Pomyślimy nad tym Helenko. Jest dość
ciepło, więc zostanę z tobą przed kościołem. Naprawdę, tak bardzo by ci to
przeszkadzało stanąć z wózkiem choćby w kruchcie? –
- Dobrze Konradzie, posiedzę w kruchcie. Na dziś może zakończmy rozmowę. Jeszcze raz dziękuję ci, że mnie powiadomiłeś i zaproponowałeś podwózkę. Śpij dobrze. –
Helena nie była zbyt zaskoczona wiadomością o śmierci koleżanki, bo
wiedziała o jej ciężkiej chorobie. Miała wielką ochotę spotkać się z nią, może
pocieszyć, może pożegnać, ale rodzina nie zgadzała się na odwiedziny. Było jej
przykro, ale nic nie mogła na to poradzić. A teraz była wdzięczna Konradowi, że
o niej pomyślał i nawet zatroszczył się o jej możliwość uczestniczenia w
pogrzebie.
Długo nie mogła zasnąć, wspominała lata młodości i pięknej przyjaźni z
Haliną. Obie kończyły ten sam ogólniak, obie studiowały medycynę, w tym samym
roku skończyły i w tym samym roku wyszły za mąż. Bardzo często spotykały się
lub choćby dzwoniły do siebie. Znajomość się rozluźniła, gdy urodziły się
dzieci, a poza tym Halina z rodziną przeprowadziła się do mieszkania w odległej
dzielnicy. Obie brały także wiele dyżurów, aby zarobić na spłatę rat za
mieszkania. Było to również utrudnienie w kontynuacji przyjaźni. Ale pamiętały
o sobie z życzliwością, brały udział w ważnych wydarzeniach obu ich rodzin.
Helena miała żal do rodziny swojej przyjaciółki, że nie pozwolili spotkać
się z nią przed śmiercią. W głębi duszy czuła, że było to spowodowane jej własnym
sceptycyzmem dotyczącym życia po śmierci i odrzuceniem wiary w Boga. Nawet i
teraz, gdy nachodziły ją myśli o własnym odejściu i o tym, czy jest tam coś po
drugiej stronie, odganiała je od siebie i szybko znajdowała sobie jakieś
zajęcie. Jutro, niestety, będzie musiała zmierzyć się z tym problemem. Jako
lekarz wiele razy nie tylko była obecna przy odchodzeniu chorych, ale walczyła
jak potrafiła o przywrócenie ich do życia. Tylko, że byli to dla niej obcy
ludzie, więc stopniowo nauczyła się opanowywać emocje i reagować nieomal
automatycznie. Teraz śmierć dotknęła kolejną, bliską sercu osobę. Już
odchodzenie męża, Leszka, mocno zachwiało jej pewnością, co braku działania w życiu jakiej Siły Sprawczej, Kogoś
kto czeka gdzieś tam w wielkich przestrzeniach Wszechświata i przyjmuje
niewidzialną część nas. Obecnie te myśli powróciły, a ponieważ była już noc,
nie bardzo mogła odgonić je od siebie i znaleźć sobie jakieś zajęcie. Jednak
postanowiła przemieścić się na wózek i zażyć tabletkę na sen. To pozwoliło jej
przespać noc.
Rano zadzwonił Konrad. Był dawnym przyjacielem jej męża, ale ona nie
przepadała za jego towarzystwem, szczególnie od czasu, gdy dowiedziała się, że
nosi chorągwie w procesjach kościelnych. Ale teraz zaczęła myśleć o nim z
życzliwością i wdzięcznością.
- Co jeszcze chcesz mi przekazać
Konradzie? – zapytała.
- Przyjedziemy po ciebie o wpół do
dwunastej, myślę, że będziesz gotowa na czas. –
- Tak, tak. Dziś przyjdzie moja opiekunka
i pomoże mi się przygotować – odpowiedziała.
- Jest jeszcze jedna wiadomość. Rodzina
Halinki prosiła mnie, żebym cię namówił na spotkanie na obiedzie po pogrzebie.
Jak się na to zapatrujesz? -
- O
nie, nie chcę się z nimi spotkać. Cały czas czuję do nich uprzedzenie, że nie
pozwolili mi spotkać się z Halinką. Podziękuj im w moim imieniu, powiedz, że
jestem słaba i nie dam rady. -
- Kto tam będzie o mnie pamiętał? Tyle lat
przecież minęło od czasu, gdy pracowałam w przychodni. Poza tym, nie życzę sobie tych kościelnych
uroczystości, tylko pożegnanie na cmentarzu, zasypią mnie i koniec historii Heleny
Mazur. - Zrobiło jej się dziwnie smutno, a gdy
jeszcze, chcąc nie chcąc, wysłuchała kazania, które było o życiu w zaświatach.
Ksiądz mówił też o skarbie, który nosiła w sobie zmarła, o jej głębokiej wierze
w Odkupienie, Zmartwychwstanie i życie wieczne z Bogiem w niebie. To było jakby
mówił bezpośrednio do niej:
” nie wyobrażasz sobie, siostro i bracie,
co tracisz odrzucając główny Kerygmat naszej wiary, że Pan Jezus Zmartwychwstał,
wstąpił do nieba, że każdy z nas ma tam przygotowane miejsce u Jego boku”.
- I po co ja tu siedzę? Po co wysłuchuję tych
wymysłów nawiedzonych ludzi, którzy boją się, że śmierć ich unicestwi na zawsze?
Tak myślą tylko tchórze – utwierdzała się w swoim uporze odrzucenia wiary.
Postanowiła skierować wózek do wyjścia i
zjechać po pochylni na zewnątrz kościoła. Nie wiedziała, że przy wejściu zamontowane
są głośniki, które nie tylko nagłaśniały głos księdza, ale odbijały echem jego
słowa. Próbowała zatkać uszy, ale to nie pomagało.
- To moja wina, powinnam zrezygnować z tej
podwózki Konrada i wziąć odpowiednią taksówkę od razu na cmentarz. Była na
siebie zła.
- Tym razem też tak powinnam zrobić,
złożyć kwiaty na przykład jutro. –
Zakończono pożegnanie w kościele. Gdy zobaczyła Konrada zmierzającego w
jej kierunku poprosiła go, żeby przywołał taksówkę i pomógł jej wsiąść.
Powiedziała:
- Bardzo cię proszę, Konradzie. Ja
naprawdę nie dam rady. Muszę wrócić do domu. Mam nadzieję, że taksówka szybko
przyjedzie. –
Konrad był nieco rozczarowany, ale spełnił
prośbę Heleny. Jadąc już do domu ona rozmyślała:
- Przecież ja wcale nie jestem aż tak
zmęczona. Sądzę, że dałabym radę, ale pewnie nie dałyby rady moje emocje. –
Po powrocie już sama musiała poradzić sobie z przemieszczeniem się na kanapę w salonie. Poszło jej to nawet dość sprawnie. Potem jak to zwykle robiła sięgnęła po pilota i włączyła jakiś program telewizyjny. Nie obchodziło jej kto tam się wypowiada i o czym mówi, ważne było tylko, że głos z telewizora zagłuszał panującą ciszę. Po dłuższej chwili zasnęła.
Starsza pani nie odczuła zbytnio
tygodniowej nieobecności jej najbliższej rodziny. Wnuki, wychowywane były przez
rodziców z wielką miłością, ale nie nauczono ich, że nie są centrum całego
świata. Każda ich zachcianka była zaspokajana, nie miały żadnych obowiązków
pomagania w codziennych zajęciach, a rodzice, szczególnie matka, wyręczali je
nawet w pakowaniu szkolnych plecaków. Nie miały potrzeby odwiedzania babci na
wózku, chyba, że spodziewały się jakiegoś prezentu, a najchętniej kasy.
Wiedziały, że mama odwiedza babcię dość często, ale tata zawsze zostawał w domu
i wolały zostawać z nim zabawiając się grami komputerowymi lub oglądając głupie
filmiki. Helena, początkowo próbowała zwracać uwagę, że dzieci mogą wyrosnąć na
snobów i egoistów. Niestety, traktowano te dość delikatne napominania jako
napaść na ich rodzicielską „mądrość” i wtedy obrywało się staruszce. Początkowo
było jej przykro, ale z czasem przyzwyczaiła się do tego, że tak naprawdę, to
oprócz kochanej Dorotki, reszta rodzinki ma ją w nosie.
Pewnego dnia opiekunka przyniosła dość sporą kopertę oklejoną
amerykańskimi znaczkami i powiedziała:
- Dzień dobry kochana pani Helenko. Ta
kopertę wręczył mi listonosz, gdy dochodziłam do furtki. To pewnie coś bardzo
ważnego, bo jest mocno zaklejona i ma tak dużo znaczków. Czy pani wnuki
zbierają znaczki? Gdyby nie, to chętnie je wezmę. Mój starszy wnuk ma klaser i
prosił mnie, żebym mu pomogła zbierać. –
Helena była zaciekawiona, co jest w liście
i nie bardzo słyszała, o co pytała opiekunka. Ale kiwnęła głową na znak, że się
zgadza.
- Mój wnuk lubi przychodzić do mnie, żebym
opowiadała mu o wszystkich krajach, z których znaczki są w jego klaserze. –
- O, to wspaniale. Ale pozwoli pani, że
teraz zajmę się listem. – odpowiedziała Helena.
List był napisany po angielsku, miał na pierwszej stronie logo jakiegoś
biura. Domyśliła się, że to kancelaria notarialna. Sięgnęła po słownik i
zaczęła tłumaczyć wyraz po wyrazie. Zajmowało to dużo czasu i w końcu
postanowiła poprosić Konrada o radę, kto znał na tyle angielski, że mógłby jej
przetłumaczyć cały list. Zorientowała się już z tych pierwszych
przetłumaczonych zdań, że sprawa dotyczy dziedziczenia.
- Czyżby moja siostra zmarła? Czemu nikt
mnie o tym nie powiadomił? – pomyślała.
Było jej przykro i pomyślała:
- Biedna Frania. Pewnie nie było przy niej
nikogo. Alek już chyba dziesięć lat jak odszedł. Tak, to było rok po moim
Leszku. Nie wiem czemu nie mieli dzieci, nigdy nie ośmieliłam się o to zapytać.
–
Westchnęła i zadzwoniła do Konrada.
Obiecał jej pilnie pomóc i znaleźć kogoś zaufanego. Wzięła jeszcze raz list do
ręki i szukała miejsca, w którym byłaby określona wielkość spadku.
Nie chciało jej się wierzyć, że Frania
zapisała jej w testamencie tak wielką kwotę, która była wymieniona w liście. Oprócz
tego były jeszcze chyba jakieś nieruchomości, ale postanowiła, że na szczegóły
zaczeka do momentu otrzymania dokładnego tłumaczenia.
Pomyślała:
-
Po co mnie to wszystko? Co ja z tym zrobię? Oczywiście przekażę Dorocie, ale
jak my będziemy w stanie załatwić te wszystkie formalności i przejąć spadek?
Tam trzeba by było polecieć, a przecież to już nie dla mnie. Nie będę się tym
teraz przejmować, jak wrócą z wakacji to niech coś wymyślą. -
Jeszcze przed powrotem Doroty z rodziną z wakacji Konrad przekazał Helenie zalakowany list od przysięgłego tłumacza. Powiedział:
- Trochę to kosztowało, ale proszę, masz Helenko oficjalne tłumaczenie. Pan powiedział do mnie tylko, że będziesz nieco
zaskoczona. Oczywiście, nie przekazał mi czego to zaskoczenie może dotyczyć. –
- Dziękuję ci bardzo. Przepraszam, że
obarczam cię moimi problemami. Powiedz mi, ile mam ci zwrócić. –
Gdy już się rozliczyli Helena powiedziała:
- Moja siostra była bardzo dobrą osobą,
ale upartą i nieprzewidywalną. Od dawna kochałyśmy się tylko na odległość,
ostatnie spotkanie miałyśmy chyba dziesięć lat temu. Pamiętam, że rozstawałyśmy
się trochę pokłócone, ale już nie pamiętam o co. –
- Zostawiam cię teraz samą, żebyś mogła
dokładnie przeczytać pismo od notariusza. – powiedział Konrad i wyszedł.
Nie od razu otworzyła kopertę. Najpierw przemieściła się do kuchni i zrobiła sobie mocną kawę. Miała przy wózku stolik, więc nie obawiała się rozlania. Dosyć długo trwało jej rozlokowanie się na kanapie i wypicie kawy. W końcu złamała pieczęć i zabrała się do czytania.
Na początku listu było sporo
formułek prawnych wymaganych przy tego rodzaju dokumentach. Gdy doszła do sedna
testamentu swojej siostry chciała w zdenerwowaniu po prostu go podrzeć. Ale
potem, kiedy już minął gniew zaczęła się głośno śmiać, aż zanosiła się od śmiechu.
Otóż, okazało się, że otrzymanie spadku
było uwarunkowane przyjęciem przez Helenę Sakramentów Świętych: odbycia spowiedzi,
przyjęcia Komunii i namaszczenia chorych. Frania zastrzegła, że spełnienie
warunków nie musi być w żaden sposób udokumentowane. Wystarczy jedynie oświadczenie
ustne lub na piśmie, że został on spełniony. I to był celny strzał w poczucie
niezależności i uporu Heleny. Siostra, mimo odległości, która je dzieliła,
pamiętała o głównych wadach Heleny „panny wszystko najlepiej wiedzącej”, jak ją
w dzieciństwie i młodości nazywano.
- A to małpiszon jeden. Nawet po śmierci
chce mnie wychowywać. –
W uzasadnieniu podanego warunku było, co
prawda, napisane, że jest to „dla dobra ukochanej Helenki, z troski, aby była
zbawiona i aby spotkały się kiedyś razem w niebie”. Jednakże takie postawienie
sprawy już do reszty rozsierdziło Helenę.
- Przecież nie mogę takiego zapisu pokazać
Dorocie, a szczególnie Staszkowi. To byłoby dla mnie upokarzające. Jak z tego
wybrnąć? –
Okazja nadarzyła się sama. Otóż, opiekunka znowu przyniosła dla niej małą
paczuszkę, ale tym razem przesyłka leżała w skrzynce na listy. Być może, że
przeleżała tam dość długo, bo stempel miał datę sprzed miesiąca. Tym razem był
to list od jej zmarłej siostry i małe wydanie Nowego Testamentu. - Napisała go,
zapewne, krótko przed śmiercią – pomyślała Helena.
Była bardzo poruszona, zastanawiała się,
czy w ogóle go otworzyć. Miała już dość na ten dzień przeżyć i nie miała ochoty
pogłębiać swojej frustracji. Odłożyła go na nocny stolik i włączyła jakiś
program w telewizji, żeby się odprężyć. Ale nie mogła przestać myśleć o Frani,
o jej życiu na obczyźnie przez tak wiele lat, bez dzieci, bez bliskiej rodziny.
Gdy rozmawiały ze sobą przez telefon ona zawsze była pogodna, nawet radosna.
Należała do jakiegoś Stowarzyszenia pomagającego ludziom w kryzysie
bezdomności, a także wspierającego sierocińce. Była członkiem Koła Polonii i
udzielała się w organizowaniu wielu imprez integracyjnych. O tym opowiadała w
każdej wspólnej rozmowie aż do znudzenia, ale przecież to było całe jej życie.
List leżał jeszcze nieotwarty przez kilka dni. W końcu, w kolejny
poranek zdecydowała się na przeczytanie go. Znalazła sobie miejsce w ogrodzie,
w cieniu drzew i pomyślała:
- To właściwie list zza grobu. Moja
kochana siostrzyczko, gdzie teraz jesteś? –
List był napisany odręcznie, ale nie było
to pismo Frani. Musiała, zatem komuś go podyktować. Rozpoczynał się od bardzo
serdecznych słów opisujących miłość siostrzaną, którą zawsze darzyła Helenę. W dalszej
części listu było przypomnienie o ich wspólnym dzieciństwie, o rodzicach i
bracie, który zmarł wiele lat temu. Potem Frania starała się opisać, jak
postrzegała sens i cel swojego życia. Jej
jedynym marzeniem i dążeniem było zostać świętą w oczach Boga. Zacytowała nawet
fragment Biblii: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.” Duży fragment listu
był opisem kerygmatu wiary w Jezusa Chrystusa jedynego Pana i Zbawiciela, Który
umarł za każdego człowieka, aby wykupić go od grzechów i dać mu życie wieczne. W
dalszym fragmencie Frania opisała swoją miłość do Pana Jezusa i swoje oddanie
Mu całego życia. Na zakończenie listu
napisała: „ Czuję niesamowitą radość, że jestem dzieckiem Boga i ufam, że
niedługo przejdę poprzez śmierć do życia z Nim. Trwam w radosnym oczekiwaniu. Tego
życzę również Tobie ukochana Helenko, gdy zostaniesz wezwana…”
Helena przytuliła list do piersi i cichutko płakała. Rozmyślała:
Dorota faktycznie bardzo się ucieszyła zmianą nastawienia matki do
wiary. Chętnie odpowiadała na zadawane pytania i obiecała przynieść parę
książek mądrych ludzi, którzy opowiadali o swoim nawróceniu. Na grubym papierze
wydrukowała dwie „złote” myśli do częstego czytania:
"Są dwie możliwości: albo Bóg jest, albo Go nie ma.
Jeżeli przyjmę, że Bóg jest, a Boga nie ma,
ryzykuję swoim
skończonym, krótkim życiem.
Właściwie czym
ryzykuję?
Chyba tylko tym, że
gdybym uważał, że Boga nie ma,
mógłbym nie wkładać
tyle wysiłku w to, by żyć uczciwie...
Jeżeli jednak przyjmę,
że Boga nie ma, a Bóg jest,
ryzykuję nieskończoną wiecznością.
Zysk i strata są
niewspółmierne.
Mają się do siebie,
jak skończona liczba do nieskończoności.
Wybór powinien więc
być oczywisty.
Ale dla wielu ludzi
nie jest..." Blaise Pascal
xxx
„Pascal uważał, że życie jest grą hazardową.
Mamy przed sobą do wygrania lub stracenia wielką stawkę.
Dostrzegał on brak proporcji między
krótkim życiem człowieka a nieskończoną wiecznością.
W naszej religii wiary w życie wieczne nie opieramy
na obliczeniach prawdopodobieństw,
lecz na zaufaniu Jezusowi Chrystusowi...”
ks. prof. Michał
Heller
xxx
Helena nie bardzo
jeszcze potrafiła się wgłębić w to przesłanie, ale położyła kartki na półce i
czasem je czytała.
Dorota wcześniej nigdy
nie pytała matki, czy przyjęła w dzieciństwie Sakramenty, domyślała się, że
pewnie tak, bo inaczej nie mogłaby poślubić ojca.
W końcu przyszedł czas na odczytanie córce
testamentu Frani. Pierwszą jej reakcją było zdziwienie i niedowierzanie, ale po
chwili Dorota zaczęła się głośno śmiać, a właściwie aż zanosić od śmiechu.
Matka zaczęła ją strofować i powiedziała:
- Tego się najbardziej
obawiałam – twojej reakcji. -
Córka spostrzegła w
jej oczach łzy, serdecznie ją przytuliła i powiedziała:
- Mamusiu, ja nie
śmieję się z ciebie, śmieję się z cioci Frani, jak ona to wymyśliła i
przygotowała z troski o ciebie. Piękne przesłanie dokładnie przekazała ci w
liście. Musiała bardzo cię kochać. –
- Ja też ją kochałam i
chyba kocham nadal, ale miłość potrzebuje nieustannego potwierdzania, na
odległość jest trudno kochać. Jeszcze teraz, kiedy nie wiem, gdzie ona jest. –
- Napisała ci, gdzie
spodziewa się być: z Tym, Któremu oddała całe swoje życie i postępowała według
Jego wskazówek. Jeżeli przyjmiesz taką prawdę i też taką, że „ostatni będą
pierwszymi” w drodze do nieba, to już możesz, jak ciocia Frania „radośnie
oczekiwać”. Przecież wiesz, że życzę ci jeszcze długich lat, ale można je
przeżyć w tłumionym lęku, a można zaufać i mieć w sercu radość. –
- Jaka ty jesteś
mądra, Dorotko. Skąd to wszystko wiesz? –
- Przecież obserwujesz
mnie, mamo i wydaje mi się, że idę dobrą drogą do ostatecznego celu. Uczę się,
czytam, spotykam się z Panem Jezusem w Eucharystii, przyjmuję Sakramenty. Tego
wszystkiego nauczył mnie kiedyś tatuś. Ty, niestety, odrzucałaś jego prośby o
wspólną modlitwę, czy rozmowę na temat wiary. Nie mam prawa za to cię potępiać,
ale cieszę się, że dzięki pośmiertnemu listowi cioci może spróbujesz uwierzyć?
To dla twojego największego dobra. Jesteś wspaniałą osobą, z wielkim sercem,
tylu ludziom pomogłaś. Teraz pomóż sobie. Kocham cię mamusiu. –
Gdy to mówiła głos Doroty drżał. Po namyśle usłyszała odpowiedź matki:
- Dobrze, że mam ciebie , kochanie. Jesteś moim największym skarbem. –
- W niedzielę zabiorę
cię na Mszę, staramy się chodzić razem, całą rodziną. Mam to szczęście, że
Staszek wychował się w rodzinie chrześcijańskiej. Dołączysz do nas, jeżeli
zechcesz. –
- Nie, Dorotko,
potrzebuję rozpocząć moją naukę przebywając sam na sam z Tym Bogiem, Którego mi
poleciłaś. Zaczęłam już czytać Ewangelię i będę próbowała zrozumieć i
zapamiętać co głosił Jezus. Wiesz, że zawsze starałam się radzić sobie sama. A
teraz przejdźmy do testamentu. Wiesz, że nie potrzebuję tych pieniędzy i tych
nieruchomości, więc nie broń mi czasem zapisać to wszystko tobie. Ale wymaga to
wyjazdu do Stanów i pewnie dość długiego pobytu, aby załatwić wszystkie
formalności. Pomyśl, kiedy moglibyście polecieć. Całe szczęście, że nadchodzą
wakacje. -
- Myślę, że ciocia
chciałaby najbardziej uszczęśliwić ciebie. Dla nas to chyba jedynie kłopot, bo
jak wiesz, nie jesteśmy pazerni i wystarcza nam to co mamy. Ale rozmówię się ze
Staszkiem, podejmiemy decyzję i powiadomię cię. Na pewno z przyjęciem tego
spadku związane są olbrzymie formalności prawne, jakieś podatki, zmiany
własności nieruchomości. Trochę się tego obawiam i sądzę, że uratować nas może
jedynie dobry prawnik znający prawo amerykańskie. Ale to będzie nie mało
kosztować. –
- Oj, myślę, że
jeszcze coś dla was zostanie – zaśmiała się Helena.
Wyjazd zaplanowano na sierpień. Ustalili, żeby wziąć ze sobą doświadczonego prawnika, który zobowiązałby się umownie do sfinalizowania całej sprawy. Procedury spadkowe w Polsce przebiegły dość szybko i rodzina zaczęła planować, jak będą rozdysponowywać spadek po jego przejęciu. Początkowo dzieci wspólnie z ojcem byli bardzo podnieceni otrzymaniem wielkiej ilości pieniędzy i nawet rozmawiali o kupnie wielkiego domu z ogrodem i sadem, przy którym znalazłoby się miejsce dla dwóch koni i trzech samochodów. Wszystkie rozmowy rodzinne dotyczyły tylko tego tematu. Dzieci rozpowiedziały w szkole, że wkrótce będą bardzo bogaci, stały się zarozumiałe i koledzy zaczęli od nich stronić. Mąż Doroty, co prawda, nie zwierzał się wszystkim w pracy, ale wystarczyło, że powiedział dwom najbliższym współpracownikom i za kilka dni już całe biuro o niczym innym nie rozmawiało.
Wylot
zabukowano na piętnastego sierpnia licząc na to, że z pomocą prawnika uda się
im w ciągu dwóch tygodni wszystko pozałatwiać, aby dzieci mogły wrócić na czas do
szkoły. Niestety na miejscu okazało się, że procedury są bardzo skomplikowane i
długotrwałe, gdyż żadne z nich nie posiada obywatelstwa USA. Staszek był
przygotowany na dłuższy pobyt i wziął sobie urlop bezpłatny, ale Dorota musiała
wrócić przed pierwszym września, żeby wyprawić chłopców do szkoły. Zgodnie z
zaleceniem prawnika, przed wyjazdem do Polski pozostawiła notarialne upoważnienie
dla męża do jej reprezentowania. Gdy już wróciła z chłopcami do Polski ciągle
słyszała od nich narzekania jakie tutaj mają beznadziejne życie, mieszkanie w bloku, przy ruchliwej ulicy, w
hałasie. Chcieli z powrotem wracać do Stanów i zamieszkać w apartamencie zmarłej
cioci, a na weekendy wyjeżdżać do domu z ogrodem.
Dorocie sprzykrzyło
się ich narzekanie i stanowczo powiedziała:
- Już więcej ani słowa
na ten temat! Zostało już postanowione, że będziemy tutaj mieszkać. A jak tata
wróci po załatwieniu spraw, to postaramy się kupić nowe mieszkanie. -
Przynajmniej
raz w tygodniu odbywali ze Staszkiem telefoniczne narady dotyczące jego dalszych
działań. Główny problem to była sprzedaż domu z ogrodem położonego w bardzo
ekskluzywnej, podmiejskiej dzielnicy, w otulinie parku krajobrazowego.
Gdy spodziewała się już powrotu męża do
kraju otrzymała wiadomość, że przedłużył swój bezpłatny urlop, bo jeszcze kilka
spraw musi załatwić w Stanach. Nie powiedział jej wtedy, że przedłużył go aż o
pół roku. Gdy minął kolejny miesiąc zaczął
tłumaczyć Dorocie, że tak naprawdę, to on wolałby tu zostać:
- Mam już zezwolenie
na pracę, odnalazłem kolegę ze studiów, który ma swoją firmę i proponuje mi dobre
stanowisko. Myślę, że chłopcy mieliby tutaj lepszą przyszłość, możliwość nauki
na słynnych uniwersytetach. Pomyśl, o tym, proszę, i nie mów mi od razu, że się
nie zgadzasz. –
Dorocie głos się
trząsł, gdy mu odpowiadała:
- Jesteś bezdusznym
egoistą, przecież to mama oddała nam swoją własność, a teraz zostawilibyśmy ją samą
w Polsce? Jak mogłeś o tym zapomnieć! -
- No, tak. Ale
przecież nasi chłopcy nie znają na tyle angielskiego, żeby mogli od razu tam
iść do szkoły. –
- No to będą przez
pierwszy rok uczyć się języka. Nie stracą na tym, a zyskają szanse na lepsze
życie w przyszłości. –
- Jestem zaskoczona
twoją propozycją, pozwól, że pomyślę nad tym, a przede wszystkim porozumiem się
z mamą. –
- Okey, okey. Tylko
proszę, nie przedłużaj decyzji w nieskończoność. Porozmawiamy jeszcze jak tu
przylecisz, bo bez ciebie żadna transakcja nie może być zakończona. –
- Do usłyszenia
Staszku. Zadzwonię. –
W tym miejscu Dorota
przerwała rozmowę i zdenerwowana wyszła z domu, aby na spacerze odreagować
emocje. Główna myśl, która nie dawała jej spokoju to była sprawa przekazania
propozycji Staszka swojej mamie:
- Przecież to będzie
dla niej cios. Ma tutaj swój mały domek, ogródek, miłą opiekunkę, swoje
przyzwyczajenia i dostępność pomieszczeń. Wątpię, żeby z jej
niepełnosprawnością zechciała na nowo przystosowywać do odmiennych warunków
życia, uczyć się języka i poznawać zwyczaje innego kraju. Powiem jej dopiero w
niedzielę. –
Tak postanowiła i wróciła do codziennych zajęć.
Reakcja Heleny, gdy usłyszała o pomyśle
swojego zięcia była dla Doroty szokująca, bo matka uśmiechnęła się i
powiedziała:
- Przeczuwałam, że tak
będzie i już rozmyślałam nad odpowiedzią. Wiesz, córeczko, jak ważne jest dla
mnie wasze szczęście. Nie wyjadę z Polski, jak długo to będzie możliwe pragnę
mieszkać w tym domu. Są w nim wspomnienia, których bardzo by mi brakowało.
Jestem tutaj szczęśliwa, a dodatkowo odkrywam nowy świat, świat duchowy i
jestem tym zafascynowana. Na prośbę Konrada, tego przyjaciela taty, odwiedza
mnie dość często zakonnik, franciszkanin i toczymy z nim długie rozmowy o
wierze. Coraz bardziej zaczynam ufać Bożemu miłosierdziu i Jego miłości do
mnie. Musiałabym te spotkania utracić przenosząc się z wami do Stanów.
Dlatego, kochana moja,
jedź za Staszkiem, bo rozłam w rodzinie, to największa tragedia. Będę tęsknić,
ale mam już swoje lata i bliżej mi do śmierci niż do intensywnego życia. Uczę
się teraz „radosnego oczekiwania”, jak poradziła mi moja siostrzyczka. –
Przytuliły się mocno i
długo siedziały w ciszy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz