wtorek, 11 sierpnia 2026

"...A nadzieja zawieść nie może..."

 

                       

                                                                                              

 

                            „A nadzieja zawieść nie może…”  

       

          Okno w pociągu było nieco przybrudzone, ale i tak z radością oglądałem znajome krajobrazy: urokliwą drogę biegnącą wzdłuż torów, białe pnie brzóz, które wyłaniały się z leśnych zarośli. Wydawało mi się nawet, że dostrzegłem kapelusze czerwonych kozaków, nieodłącznych towarzyszy brzozowych zagajników. Wspominałem wspólne wyprawy z kolegami: zbieranie jagód i grzybów, rajdy rowerowe po leśnych ścieżkach. Ile to lat minęło? Nie potrafiłem policzyć. Przyjazdy tutaj, na wakacyjny wypoczynek, były dla mnie spełnieniem moich chłopięcych marzeń. Skromny, wiejski domek babci i dziadka z wychodkiem za stodołą, ze skrzypiącym kołowrotem przy studni, gdaczące kury, klatki z królikami na podwórzu, to wszystko mnie zachwycało. Nie lubiłem blokowiska, na którym mieszkałem, nie lubiłem placu zabaw z zasikaną przez psy piaskownicą, huśtawką ciągle zajętą przez starszych ode mnie chłopaków. Tutaj, na wsi, w odosobnionym gospodarstwie położonym w sąsiedztwie starego, sosnowego lasu czułem się w pełni szczęśliwy.

     Gdy zmarli ukochani dziadkowie byłem już w ostatniej klasie ogólniaka. Czekali na moją maturę, ale niestety już jej nie doczekali. Najpierw zmarła babcia, nie chciała iść do szpitala i po cichu odeszła w swoim ukochanym domku. Dziadek dzielnie jej towarzyszył, a ostatnie dni jej życia były pożegnaniem z całą rodziną, która stawiła się w komplecie. Dziadek zmarł niedługo po babci, samotne życie bardzo mu dokuczało i nawet podobno modlił się, żeby Pan Bóg go zabrał.     Przypominając sobie tamte chwile bardzo się wzruszyłem. Siedzący na wprost mnie towarzysz podróży, spostrzegł jego wzruszenie i zapytał:

- Czy mógłbym w czymś pomóc? Widzę, że coś pana trapi. – Ocknąłem się zdziwiony pytaniem nieznajomego, uśmiechnąłem się i powiedziałem: - Wspominałem moje dzieciństwo i wakacje spędzane u dziadków w tej głuszy. To był piękny czas. -

 Dalej zacząłem wspominać, ale już na głos, dzieląc się  tym ze współpasażerem:

     -  Po śmierci dziadków własność gospodarstwa przypadła moim rodzicom. Dom i całe obejście były dość zaniedbane ze względu na wiek staruszków. Moi rodzice też nie byli już tacy młodzi, żeby podjąć się remontu, więc przekazali spadek mojemu starszemu bratu. Nie sądzę, żeby był on tym zachwycony. Przyjeżdżał tutaj, owszem, ale na krótko i nie gustował w tej ciszy, prostym jedzeniu i braku telewizji. Obiecał, co prawda, że doprowadzi do porządku zabudowania, ogrodzi ogród, ale powiedział z góry, że żadnych zwierząt hodował nie będzie. Dostał też od rodziców warunek, że rodzina będzie mogła przyjeżdżać tutaj na letni wypoczynek. Znałem dobrze mojego brata, wiele razy obiecywał solennie, że coś zrobi, wiedząc z góry, że słowa nie dotrzyma. I miałem rację. Kiedy któregoś roku zapowiedziałem, że chcę przyjechać na dwa tygodnie i pobyć w domu dziadków, usłyszałem, że nie bardzo można tu mieszkać. Podobno studnia wyschła i nie było wody do picia, a do potrzeb bytowych przywożono wodę w beczkowozie. Stwierdziłem, że mnie to nie przeszkadza i podałem konkretny termin przyjazdu.

     Gdy stanąłem przed domem byłem zupełnie załamany. Nie tylko nic nie zostało wyremontowane, ale nawet w niektórych oknach były wybite szyby. O ogrodzie nie wspomnę, bo właściwie ogrodu nie było, tylko porastały go wysokie zarośla. Obróciłem się na pięcie i wróciłem do swojego domu zmieniając plany urlopowe. Myśl o tak bardzo zaniedbanym i opuszczonym miejscu, które kochałem, nie dawała mi spokoju. Nie chciałem skarżyć się na brata do rodziców, tym bardziej, że oni również nie interesowali się sprawą siedliska po dziadkach. A w dodatku, gdy przeszli na emeryturę więcej czasu spędzali w letnim domu na Teneryfie niż w Polsce. Zdecydowałem, że szczerze porozmawiam z bratem i zaproponuję mu scedowanie własności na mnie. Brat się zgodził i po pewnym czasie załatwiliśmy sprawy formalne. No, i teraz przybliżam się do tego miejsca. Mam nadzieję, że będzie ono na długi czas moim prawdziwym domem. Mimo, że jadę pełen niepewności, co zastanę na miejscu, odczuwam radość. –

Nieznajomy słuchał uważnie i powiedział:

- Miło było pana poznać. Życzę szczęśliwego spełnienia zamierzeń. Ja, niestety, już wysiadam na tej stacji. Do widzenia.

         Gdy dotarłem na miejsce okazało się, że brat postarał się nieco uporządkować i wysprzątać dom, a także i całe obejście. Pewnie poruszyło go sumienie i nie chciał mnie rozgniewać. Podróż miałem wygodną, nie potrzebowałem wypoczynku, więc z miejsca zabrałem się do planowania i ustalania, co mam po kolei robić. Najtrudniej było mi podejmować decyzje dotyczące pozbywania się starych mebli, obrazów i różnych bibelotów, które skrzętnie gromadzili moi dziadkowie. Oczywiście, głównie dziadek, który zbierał nieprzydatne już przedmioty, bo „mogą się kiedyś przydać.”

Rozmyślałem: - A może nic nie wyrzucać? Może moi synowie  w tym bałaganie znajdą jakieś przedmioty przydatne do ich zabaw?  No, ale przecież trzeba uwolnić miejsce na rzeczy osobiste, garderobę, książki itp. Trudno mi było rozwiązać ten dylemat. –

Zdecydowałem, że pozostawię na ścianach obrazy, szczególnie te „święte”, malowane na szkle, pamiętające jeszcze czasy moich pradziadków oraz dwa duże olejne, z sercami Pana Jezusa i Maryi.

    Już wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądać główny pokój, nazywany izbą, kiedy go odnowię i wyposażę w odrestaurowane stare meble. Miałem jednak duże wątpliwości, czy taki wystrój spodoba się moich chłopakom.

     Od kilku lat żyłem w separacji z Haliną, moją ukochaną niegdyś żoną, matką moich dwóch synów Daniela i Oskara. Widywałem się z synami raz w tygodniu, a od czasu do czasu wyjeżdżałem z nimi na krótki urlop. Marzeniem moim było, aby przebywać z nimi częściej i przekazywać im wiedzę o tym, jak radzić sobie w realnym życiu. Uważałem, że chłopcy za dużo siedzą przy swoich tabletach tracąc czas na głupie gry lub jeszcze głupsze animowane filmy. To był główny spór między moją „byłą” i mną. Ona pozwalała im kilka godzin dziennie spędzać na wpatrywaniu się w ekran, na którym gonili ludziki lub oglądali walczące ze sobą potwory. Oczywiście, chłopcy,  nie akceptowali tego, że chcę im ograniczać dostęp do Internetu i złościli się na mnie. Starałem się zatem, gdy byli pod moją opieką, zapewnić im zajęcia trenowe lub kulturalne. Różnie to przyjmowali. Teraz mają być ze mną ponad trzy tygodnie i będzie to ważny egzamin i dla nich i dla mnie. A więc ruszam z działaniem.

Byłem wdzięczny bratu, bo nie tylko ogarnął z grubsza obejście i dom, ale wyposażył kuchnię w nową lodówkę i kuchenkę mikrofalową. Do głównego gotowania pozostała jednak murowana kuchnia z fajerkami, która służyła również do ogrzewania w chłodne dni. Prąd był włączony, studnia została pogłębiona, a woda miała atest zdatności do spożycia. To były dwie najważniejsze sprawy. Nie było natomiast połączenia z Internetem, a możliwość korzystania z telefonu komórkowego była bardzo ograniczona.

    Rzuciłem się w wir przygotowań, aby zdążyć na przyjazd chłopaków. Szczególnie zależało mi na skombinowaniu dwóch dodatkowych rowerów. Jeden grat stał w komórce, sprawdziłem, że da się na nim jeździć, ale pozostałe dwa? Przecież tutaj na pustkowiu nie ma wypożyczalni rowerów, a nawet gdyby w miasteczku była, to nie sprawdzę tego, bo nie ma Internetu. Postanowiłem dojechać na tym gracie do najbliższego sklepu, zrobić zakupy i dowiedzieć się czegoś o możliwości wypożyczenia sprzętu. Pomyślałem również o jakiejś łodzi, motorówce, czy choćby rowerze wodnym, bo położone w pobliżu niewielkie jezioro bardzo zachęcało do popływania. Byłem kiepskim pływakiem, ale wiedziałem, że obaj moi synowie świetnie radzili sobie w wodzie. To właśnie bliskość jeziora najbardziej ich zachęciła do przyjęcia mojej propozycji wspólnego wyjazdu do „chaty”, jak nazywałem dom dziadków.

     Sprawa pożyczenia rowerów została pomyślnie rozwiązana. Uprzejmy właściciel najbliższego sklepu (z tzw. „szydłem i powidłem”), gdy go zapytałem zaoferował pożyczenie swojego, starego roweru na dwa tygodnie. Obiecał mi również popytać swoich klientów o możliwość pożyczenia lub taniego odsprzedania jeszcze jednego.

       Termin przyjazdu chłopców już się zbliżał i zacząłem odczuwać niepokój, czy ja dam radę sprostać wszystkim obowiązkom opieki nad nimi. Opracowałem harmonogram dyżurów w kuchni oraz podział innych obowiązków, które uważałem za możliwe do wykonania przez nich. Ale od razu wyobrażałem sobie jak się krzywią i marudzą, tłumacząc mi, że to są wakacje i nie muszą nic robić.

Lodówka była już zapełniona różnymi przysmakami, o których wiedziałem, że je lubią. Były tam również gotowe dania, szczególnie zupy i potrawy mączne.

Próbowałem do nich dzwonić, ale przy chacie nie było zasięgu. Musiałem dojechać do sklepu, a to zajmowało ponad piętnaście minut. Wreszcie telefon odebrał Oskar, miał trzynaście lat, ale był jeszcze bardzo dziecinny. Młodszy o rok Daniel był przeciwieństwem starszego brata, sprytny, szybki, trochę rozrabiaka, ale radosny.

Zapytałem Oskara, kiedy mam wyjść po nich na przystanek kolejowy. Nie potrafił mi odpowiedzieć, musiał zapytać się matki. W końcu telefon przejęła Halina i powiedziała, że odda ich pod opiekę kierownikowi pociągu, który przypilnuje, żeby nie rozrabiali i wysadzi ich około godziny trzynastej w najbliższy poniedziałek. Na końcu dopowiedziała:

 - Dobrze ich pilnuj i nie trać nigdy z oczu. Ich wspólne figle przyprawiają mnie czasem o ból głowy. Życzę wielu udanych wypadów i dużo radości. –

Ucieszyłem się słysząc, że głos Haliny był pogodny i pomyślałem: - Będzie miała trochę odpoczynku od macierzyńskich obowiązków. – Ale gdzieś tam w głowie świtała mi myśl, czy czasem nie zafunduje sobie ona wakacji z jakimś kochasiem. Dziwne, ale odczuwałem zazdrość.

     Chłopcy przyjechali zgodnie z planem. Podziękowałem kierownikowi pociągu za opiekę i zacząłem się rozglądać za taksówką. Mimo, że miasteczko było niewielkie zawsze przy dworcu stało kilka taksówek, ale tym razem na postoju było pusto. Zmartwiłem się, bo do chaty było prawie pięć kilometrów. Postaliśmy jeszcze kilka minut oczekując, że ktoś się pojawi, ale niestety nikt nie nadjechał. Mój rezolutny młodszy syn powiedział:

- Tato, dla nas to nie problem, my jesteśmy harcerzami i nieraz chodziliśmy na długie wyprawy. I także z plecakami. –

Oskar nic nie powiedział, ale po prostu nałożył plecak, wziął swoją torbę i patrzył na mnie, wyczekując co powiem. A cóż ja mogłem powiedzieć? Zabrałem plecaki od chłopców, założyłem jeden z przodu, drugi na plecy i ruszyłem. Czułem się w obowiązku odciążyć ich dziecięce kręgosłupy, chociaż obaj się wzbraniali. Droga była urokliwa, wiła się między polami, z jednej strony rosła dość wysoka kukurydza, a z drugiej, w równych bruzdach, zieleniła się plantacja ziemniaków. Pogoda była sprzyjająca, więc chłopcy mieli dobre humory i nawet śpiewali harcerskie piosenki. Dopiero gdy dotarliśmy do naszej chaty zatrzymali się, popatrzyli na siebie, wybuchnęli śmiechem i zapytali:

- Naprawdę tutaj mamy mieszkać? Ten dom wygląda jak domek Baby Jagi. I my w nim mamy spędzić trzy tygodnie? Żartujesz sobie tato. –

- Przecież nie będziemy ciągle siedzieć w domu, będziemy jeździć na rowerach po lesie, będziemy pływać, jezioro jest zaraz za tym zakrętem. Nie obawiajcie się, nie będzie wam się tutaj nudzić. Już ja o to zadbam. –

Mówiąc to miałem chyba nieco wystraszoną minę, bo Daniel powiedział:

- Nie pękaj, tato. Damy radę. My tylko chcieliśmy cię postraszyć. Ale mamy nadzieję, że chociaż jest Internet. –

Po dłuższej chwili oczekiwania na moją odpowiedź, powtórzył pytanie:

- Więc jest, czy nie ma? –

Było to najtrudniejsze dla mnie pytanie. A chociaż domyślając się, że będzie ono zadane i już wcześniej przygotowałem sobie odpowiedź, ale teraz zaniemówiłem. W roztargnieniu zacząłem szukać kluczy i pospiesznie wszedłem do sieni.

Słyszałem, jak obaj coś szeptali do siebie zanim weszli. No i spodziewany piękny nastrój wspólnego obiadu prysnął. Miałem nadzieję, że spodoba się im klimat tego wnętrza, że będą zaciekawieni, jak zaplanujemy sobie następny dzień, że zaczną pytać o jakieś dodatkowe atrakcje, które dla nich przygotowałem. A tu nic, zwieszone głowy i smutne miny.

Udając, że nic złego się nie dzieje poprosiłem o zaniesienie swoich bagaży do ich pokoju, częściowe rozpakowanie i potem zejście do kuchni na obiad.

Mimo niezadowolenia chłopaków z braku łączy obiad zjedli z apetytem i nawet brali dokładki. Zapytałem ich:

- Macie ochotę teraz pojechać rowerami do lasu, czy popływać?-

Rezolutny Daniel odpowiedział pytaniem: - A nie można i to i to? –

Zaśmiałem się: - Można, tylko, czy dacie radę? –

     Kiedy wróciliśmy do domu, była już pora kolacji. Zaproponowałem, żeby zajrzeli do lodówki i sami przygotowali sobie kanapki takie, jakie lubią: - Nie znam waszych upodobań kulinarnych, więc chętnie popatrzę, co wam będzie najbardziej smakowało. Ja może zjem coś nieco później. Teraz nie odczuwam głodu. –

Chciałem sprawdzić, czy potrafią przygotować sobie jedzenie, czy też mamusia ich w tym wyręcza. Ku mojemu zdziwieniu, nie tylko zrobili sobie kanapki, ustroili zieleniną, ale jeszcze zrobili i dla mnie.

- Dziękuję wam, wyglądają pysznie, więc chyba jednak się skuszę. – powiedziałem i dodałem: - Ja padam ze zmęczenia, nie wiem jak wy, ale umyję się „z grubsza” i położę. Mam fajną książkę do poduszki, przy której szybko zasypiam – zaśmiałem się.

Chłopcy nie protestowali, widać było, że również są zmęczeni. Gdy usłyszałem, że już poszli do swojego pokoju zajrzałem do nich, żeby powiedzieć dobranoc. Scena, którą zastałem wprawiła mnie w osłupienie: obaj razem klęczeli przy łóżku Daniela i odmawiali różaniec. Ten wyczuwając moją obecność, przerwał modlitwę i spytał: - A może pomodliłbyś się razem z nami? –

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po namyśle wyszeptałem: - Może jutro – i zamknąłem drzwi.

Byłem totalnie zaskoczony. Chłopcy w ich wieku, modlący się wspólnie na klęczkach, to chyba rzadki widok? Zacząłem się zastanawiać i przypominać sobie, czy Halina była głęboko wierząca? Chodziliśmy w niedzielę wspólnie całą rodziną do Kościoła, ale nigdy nie widziałem Haliny modlącej się w domu na kolanach. Skąd więc taka wiara u moich synów? Postanowiłem, że  delikatnie ich o to zapytam w odpowiedniej chwili.

    Nasze wspólne dni mijały szybko, a już po tygodniu chłopcy zupełnie zapomnieli o braku Internetu. Pokazywałem im świat, którego nie znali: zobaczyli rudego, skradającego się lisa, spotkaliśmy dwie sarenki, zajrzeliśmy do pustej dziupli sowy, odpowiadaliśmy na wołanie kukułki. Nawet jednego dnia nasz leśny szlak rowerowy przeszła locha dzika z pasiastymi maluchami. Wypożyczyłem rower wodny i siedziałem z tyłu, jak król, a oni z zapałem pedałowali. Odkryliśmy dwie wyspy, byli bardzo podekscytowani i szczęśliwi, Oskar zaproponował nawet, żebyśmy pożyczyli jeszcze namiot i rozbili obóz na jednej z nich.

    Na którejś z wypraw, w czasie odpoczynku, zapytałem skąd przyszedł im pomysł odmawiania różańca? Dowiedziałem się, że już od dawna się modlą codziennie na różańcu, od czasu, kiedy wyprowadziłem się z domu. Kiedy powiedzieli o moim odejściu księdzu katechecie, poradził im, żeby spróbowali wspólnie się modlić i prosić, żebym pogodził się z mamą i do nich wrócił. Bardzo się wzruszyłem, gdy tego wysłuchałem.

    Od tej pory zacząłem analizować zdarzenia i fakty, które poprzedziły nasze rozstanie. Próbowałem znaleźć jakiś choćby jeden argument, że postąpiłem niewłaściwie wyprowadzając się z domu. Oczywiście, był ten jeden argument, najważniejszy: wspólne spędzanie czasu z chłopcami i pomaganie im w dorastaniu. Ale nasze kłótnie z Haliną, wytykanie wzajemnie swoich wad, a przede wszystkim romansów na boku, które od czasu do czasu się pojawiały, były bardzo złym przykładem życia rodzinnego. A więc wyjście było jedno: opuścić wspólne mieszkanie, określić częstotliwość moich spotkań z Danielem i Oskarem, no i przekazywać przypadające na mnie koszty ich utrzymania. Bardzo  współczułem moim synom, bo sam wychowałem się w niepełnej rodzinie, ale uważałem, że muszę wybrać mniejsze zło. Czy to status quo może się kiedyś zmienić? Bałem się sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.

    Było to krótko przed terminem wyjazdu chłopców. Był piękny dzień i szykowaliśmy się na jedną z ostatnich wypraw, gdy usłyszeliśmy dzwonek roweru. Przed naszą bramką stał listonosz.

Nie miał jak zwykle wielkiej torby z listami, tylko machał do mnie jakąś kopertą. Okazało się, że to telegram od Haliny, która wiedziała, że w chacie i okolicy nie ma zasięgu, aby zadzwonić. Telegram był krótki: „Chwilowo nie mogę odebrać chłopców, zaopiekuj się nimi, proszę, aż cię powiadomię.„

 Zdenerwowałem się, bo przecież nie wiedziała, czy mam jeszcze urlop, czy czasem nie muszę wrócić do pracy. Nie podała też powodu zmiany planów. Chłopcom powiedziałem, że chyba musimy trochę dłużej zostać, jeżeli dostanę dodatkowy urlop, albo wrócimy do mnie, bo mama nie może się nimi zaopiekować. Wtedy obaj spojrzeli po sobie i  Oskar powiedział:

- „To mama nie mówiła ci wcześniej, że być może zostanie dłużej u babci? Babcia jest ciężko chora i mama pojechała nią się opiekować.”-

„Nie, nic mi nie mówiła – odpowiedziałem i dodałem: - Szkoda, bo teraz dalsza opieka nad wami zależy od decyzji mojego szefa. Podjadę na pocztę i do niego zadzwonię w sprawie przedłużenia urlopu.”

No i tak zrobiłem. Niestety, szef się nie zgodził, twierdząc, że inni pracownicy czekają na mój powrót, aby zacząć swój urlop. Pozostało mi jedynie zabrać chłopców, zainstalować ich jakoś w moim mieszkaniu i wrócić do pracy. Rozmyślałem chwilę, czy ja dam radę, czy nie zadzwonić do Haliny, żeby wzięła chłopców na wieś, do swojej matki skoro sama też tam przebywa. Spróbowałem połączyć się z nią i zaproponować takie rozwiązanie. Długo nie odbierała, w końcu usłyszałem jej cichy głos: „Postaraj się do mnie nie dzwonić, bo to przeszkadza mamie. Ona jest już przygotowana do odejścia, potrzebuje teraz spokoju i ciszy. Odwiedzają nas tylko panie pielęgniarki z hospicjum domowego, mówią, że to już niedługo potrwa. Przepraszam cię, że dopiero teraz ci o tym mówię. Jakoś musisz sobie poradzić z opieką. Jak już będziecie u ciebie może będziemy mogli dłużej porozmawiać. Myślę, że powinnam  przygotować chłopców na śmierć babci, to będzie dla nich trauma. Muszę już kończyć, mama się budzi. Do usłyszenia. ”

A ja, właściwie, oprócz: „ Do usłyszenia” nie powiedziałem ani słowa. Ale co mogłem jej powiedzieć? O tym, że będę miał jednak problemy? W tej sytuacji muszę sobie przecież jakoś poradzić.

W drodze powrotnej do chaty przypomniałem sobie, że za tydzień ma mnie odwiedzić przyjaciel z dzieciństwa. Umawialiśmy się już miesiąc temu, zastanawiałem się w jaki sposób mógłbym go przyjąć nie kwaterując w moim mieszkaniu ze względu na nową sytuację. Chyba wynajmę mu hotel, to by było, moim zdaniem, najlepsze rozwiązanie. I tak postanowiłem.

W połowie drogi przyszło mi do głowy, żeby jednak zawieźć chłopaków na wieś do babci, aby mogli się z nią pożegnać. Bardzo ją lubili. Pomyślałem też, że ona może mieć taką potrzebę. Wróciłem więc do miejsca, gdzie był zasięg i wysłałem do Haliny wiadomość z taką właśnie propozycją. Napisałem też, że znów zadzwonię w tej sprawie późnym popołudniem.

Gdy już wróciłem do chaty poczułem jakiś apetyczny zapach dochodzący z kuchni. To obaj moi synowie właśnie kończyli przygotowywać obiad. Sos i mięso były z kupionych wcześniej gotowych dań, ale sami obrali i ugotowali ziemniaki i zrobili mizerię. Bardzo byłem z nich dumny i serdecznie obydwóch uściskałem. Dopiero po obiedzie zaprosiłem ich do ogrodu na ławkę i starałem się przygotować ich na spotkanie z umierającą babcią. Oskar słuchał spokojnie, ale Daniel zaczął płakać, uciekł i schował się gdzieś w zaroślach. Odszukałem go i pocieszyłem tak jak potrafiłem. Byłem pewny, że Halina przyzna mi rację i zaproponuje termin, kiedy możemy przyjechać. I tak się stało. W popołudniowej rozmowie powiedziała, że czas jest krótki i możemy przyjechać choćby natychmiast. Podziękowała mi nawet za to, że o tym pomyślałem.

     Dom rodziców Haliny, wybudowany kilkadziesiąt lat temu, położony był na przedmieściach niewielkiego miasteczka. Z powodu choroby i podeszłego wieku teściowej musiała ona zatrudnić pomocnika do sprzątania i uprawiania ogrodu. Można było to rozpoznać po starannie wypielonych grządkach, kwitnących kwiatach i skoszonym trawniku. Przyjechaliśmy około południa, tak jak było wcześniej umówione. Chłopcy wybiegli z auta, dopadli do drzwi wejściowych i chcieli je otworzyć, ale były zamknięte na klucz. Zaczęli dzwonić i pukać. Wtedy z okna na piętrze wychyliła się Halina, położyła palec na ustach dając znak, żeby nie hałasowali. Gdy drzwi zostały otwarte ja również pospieszyłem do środka domu. Bywałem tutaj nieraz; lubiłem zapachy tego domu: czasem słodki zapach kwietnych bukietów, czasem jakichś ziół suszących się nad płytą kuchenną, czasem smakowity zapach pieczonego ciasta. Teraz przywitał mnie zapach jakby ze szpitalnej sali, taki drażniący, specyficzny odór środków odkażających i leków. Pokój chorej był tuż przy wejściu, czekałem grzecznie aż wprowadzi mnie do niego moja była żona. Pomyślałem, że byłem dobrym zięciem, nigdy też nie usłyszałem złego słowa do mnie z ust mojej teściowej. Lubiłem ją. Była pogodną, schludną staruszką, ciągle przesuwającą paciorki różańca. Zawsze uczynna i dbająca o rodzinę. Teraz spodziewałem się, że zobaczę ją zmienioną przez chorobę, ale widok, jaki ujrzałem przekroczył moje wyobrażenia, tak bardzo była wycieńczona chorobą. Podszedłem do łóżka, uśmiechnąłem się do niej i wziąłem ją za rękę. Wyszeptała: - Poznajesz mnie jeszcze, Karolku? Czekałam na ciebie, mam do ciebie wielką prośbę: wybacz Halince i pogódźcie się. To jest moje ostatnie marzenie i prośba. Wybaczcie sobie wzajemnie. Tak bardzo się kiedyś kochaliście. –

Zobaczyłem, że po twarzy umierającej płynęły łzy. Zrobiło mi się jej bardzo żal, uścisnąłem lekko jej rękę i ucałowałem. – Postaram się, mamo. Będę się bardzo starał. Bądź spokojna. Nie mam już złości w sercu na Halinę, myślę, że ona też będzie się starała. –

Z ledwością wyszeptała: - Dziękuję, Karolku, dziękuję. Teraz chcę zasnąć. –

Jeszcze raz ucałowałem jej dłoń i wyszedłem z pokoju. Rozmyślałem: - Pewnie chłopcy pomyślą, że to dzięki odmawianiu przez nich różańca znowu będziemy rodziną. A może faktycznie była to Boża interwencja. –

Zerknąłem jeszcze raz do pokoju chorej. Przy jej łóżku klęczeli obaj moi synowie i odmawiali różaniec. Pewnie był to ostatni różaniec mojej kochanej teściowej.