„A nadzieja zawieść nie może…”
Okno w pociągu było nieco
przybrudzone, ale i tak z radością oglądałem znajome krajobrazy: urokliwą drogę
biegnącą wzdłuż torów, białe pnie brzóz, które wyłaniały się z leśnych zarośli.
Wydawało mi się nawet, że dostrzegłem kapelusze czerwonych kozaków,
nieodłącznych towarzyszy brzozowych zagajników. Wspominałem wspólne wyprawy z kolegami:
zbieranie jagód i grzybów, rajdy rowerowe po leśnych ścieżkach. Ile to lat
minęło? Nie potrafiłem policzyć. Przyjazdy tutaj, na wakacyjny wypoczynek, były
dla mnie spełnieniem moich chłopięcych marzeń. Skromny, wiejski domek babci i
dziadka z wychodkiem za stodołą, ze skrzypiącym kołowrotem przy studni,
gdaczące kury, klatki z królikami na podwórzu, to wszystko mnie zachwycało. Nie
lubiłem blokowiska, na którym mieszkałem, nie lubiłem placu zabaw z zasikaną
przez psy piaskownicą, huśtawką ciągle zajętą przez starszych ode mnie
chłopaków. Tutaj, na wsi, w odosobnionym gospodarstwie położonym w sąsiedztwie
starego, sosnowego lasu czułem się w pełni szczęśliwy.
Gdy zmarli ukochani dziadkowie byłem już w
ostatniej klasie ogólniaka. Czekali na moją maturę, ale niestety już jej nie
doczekali. Najpierw zmarła babcia, nie chciała iść do szpitala i po cichu
odeszła w swoim ukochanym domku. Dziadek dzielnie jej towarzyszył, a ostatnie
dni jej życia były pożegnaniem z całą rodziną, która stawiła się w komplecie.
Dziadek zmarł niedługo po babci, samotne życie bardzo mu dokuczało i nawet
podobno modlił się, żeby Pan Bóg go zabrał. Przypominając
sobie tamte chwile bardzo się wzruszyłem. Siedzący na wprost mnie towarzysz
podróży, spostrzegł jego wzruszenie i zapytał:
- Czy mógłbym w czymś
pomóc? Widzę, że coś pana trapi. – Ocknąłem się zdziwiony pytaniem nieznajomego,
uśmiechnąłem się i powiedziałem: - Wspominałem moje dzieciństwo i wakacje
spędzane u dziadków w tej głuszy. To był piękny czas. -
Dalej zacząłem wspominać, ale już na głos,
dzieląc się tym ze współpasażerem:
- Po
śmierci dziadków własność gospodarstwa przypadła moim rodzicom. Dom i całe
obejście były dość zaniedbane ze względu na wiek staruszków. Moi rodzice też nie
byli już tacy młodzi, żeby podjąć się remontu, więc przekazali spadek mojemu
starszemu bratu. Nie sądzę, żeby był on tym zachwycony. Przyjeżdżał tutaj,
owszem, ale na krótko i nie gustował w tej ciszy, prostym jedzeniu i braku telewizji.
Obiecał, co prawda, że doprowadzi do porządku zabudowania, ogrodzi ogród, ale
powiedział z góry, że żadnych zwierząt hodował nie będzie. Dostał też od
rodziców warunek, że rodzina będzie mogła przyjeżdżać tutaj na letni
wypoczynek. Znałem dobrze mojego brata, wiele razy obiecywał solennie, że coś
zrobi, wiedząc z góry, że słowa nie dotrzyma. I miałem rację. Kiedy któregoś
roku zapowiedziałem, że chcę przyjechać na dwa tygodnie i pobyć w domu
dziadków, usłyszałem, że nie bardzo można tu mieszkać. Podobno studnia wyschła
i nie było wody do picia, a do potrzeb bytowych przywożono wodę w beczkowozie.
Stwierdziłem, że mnie to nie przeszkadza i podałem konkretny termin przyjazdu.
Gdy stanąłem przed domem byłem zupełnie załamany.
Nie tylko nic nie zostało wyremontowane, ale nawet w niektórych oknach były
wybite szyby. O ogrodzie nie wspomnę, bo właściwie ogrodu nie było, tylko
porastały go wysokie zarośla. Obróciłem się na pięcie i wróciłem do swojego
domu zmieniając plany urlopowe. Myśl o tak bardzo zaniedbanym i opuszczonym
miejscu, które kochałem, nie dawała mi spokoju. Nie chciałem skarżyć się na
brata do rodziców, tym bardziej, że oni również nie interesowali się sprawą
siedliska po dziadkach. A w dodatku, gdy przeszli na emeryturę więcej czasu spędzali
w letnim domu na Teneryfie niż w Polsce. Zdecydowałem, że szczerze porozmawiam
z bratem i zaproponuję mu scedowanie własności na mnie. Brat się zgodził i po
pewnym czasie załatwiliśmy sprawy formalne. No, i teraz przybliżam się do tego
miejsca. Mam nadzieję, że będzie ono na długi czas moim prawdziwym domem. Mimo,
że jadę pełen niepewności, co zastanę na miejscu, odczuwam radość. –
Nieznajomy słuchał
uważnie i powiedział:
- Miło było pana poznać.
Życzę szczęśliwego spełnienia zamierzeń. Ja, niestety, już wysiadam na tej
stacji. Do widzenia.
Gdy dotarłem na miejsce okazało się, że
brat postarał się nieco uporządkować i wysprzątać dom, a także i całe obejście.
Pewnie poruszyło go sumienie i nie chciał mnie rozgniewać. Podróż miałem
wygodną, nie potrzebowałem wypoczynku, więc z miejsca zabrałem się do
planowania i ustalania, co mam po kolei robić. Najtrudniej było mi podejmować
decyzje dotyczące pozbywania się starych mebli, obrazów i różnych bibelotów,
które skrzętnie gromadzili moi dziadkowie. Oczywiście, głównie dziadek, który
zbierał nieprzydatne już przedmioty, bo „mogą się kiedyś przydać.”
Rozmyślałem: - A może nic
nie wyrzucać? Może moi synowie w tym
bałaganie znajdą jakieś przedmioty przydatne do ich zabaw? No, ale przecież trzeba uwolnić miejsce na
rzeczy osobiste, garderobę, książki itp. Trudno mi było rozwiązać ten dylemat.
–
Zdecydowałem, że
pozostawię na ścianach obrazy, szczególnie te „święte”, malowane na szkle, pamiętające
jeszcze czasy moich pradziadków oraz dwa duże olejne, z sercami Pana Jezusa i
Maryi.
Już wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądać
główny pokój, nazywany izbą, kiedy go odnowię i wyposażę w odrestaurowane stare
meble. Miałem jednak duże wątpliwości, czy taki wystrój spodoba się moich
chłopakom.
Od
kilku lat żyłem w separacji z Haliną, moją ukochaną niegdyś żoną, matką moich
dwóch synów Daniela i Oskara. Widywałem się z synami raz w tygodniu, a od czasu
do czasu wyjeżdżałem z nimi na krótki urlop. Marzeniem moim było, aby przebywać
z nimi częściej i przekazywać im wiedzę o tym, jak radzić sobie w realnym
życiu. Uważałem, że chłopcy za dużo siedzą przy swoich tabletach tracąc czas na
głupie gry lub jeszcze głupsze animowane filmy. To był główny spór między moją
„byłą” i mną. Ona pozwalała im kilka godzin dziennie spędzać na wpatrywaniu się
w ekran, na którym gonili ludziki lub oglądali walczące ze sobą potwory. Oczywiście,
chłopcy, nie akceptowali tego, że chcę
im ograniczać dostęp do Internetu i złościli się na mnie. Starałem się zatem,
gdy byli pod moją opieką, zapewnić im zajęcia trenowe lub kulturalne. Różnie to
przyjmowali. Teraz mają być ze mną ponad trzy tygodnie i będzie to ważny
egzamin i dla nich i dla mnie. A więc ruszam z działaniem.
Byłem wdzięczny bratu, bo
nie tylko ogarnął z grubsza obejście i dom, ale wyposażył kuchnię w nową
lodówkę i kuchenkę mikrofalową. Do głównego gotowania pozostała jednak murowana
kuchnia z fajerkami, która służyła również do ogrzewania w chłodne dni. Prąd
był włączony, studnia została pogłębiona, a woda miała atest zdatności do
spożycia. To były dwie najważniejsze sprawy. Nie było natomiast połączenia z Internetem,
a możliwość korzystania z telefonu komórkowego była bardzo ograniczona.
Rzuciłem się w wir przygotowań, aby zdążyć
na przyjazd chłopaków. Szczególnie zależało mi na skombinowaniu dwóch
dodatkowych rowerów. Jeden grat stał w komórce, sprawdziłem, że da się na nim
jeździć, ale pozostałe dwa? Przecież tutaj na pustkowiu nie ma wypożyczalni
rowerów, a nawet gdyby w miasteczku była, to nie sprawdzę tego, bo nie ma Internetu.
Postanowiłem dojechać na tym gracie do najbliższego sklepu, zrobić zakupy i dowiedzieć
się czegoś o możliwości wypożyczenia sprzętu. Pomyślałem również o jakiejś
łodzi, motorówce, czy choćby rowerze wodnym, bo położone w pobliżu niewielkie
jezioro bardzo zachęcało do popływania. Byłem kiepskim pływakiem, ale
wiedziałem, że obaj moi synowie świetnie radzili sobie w wodzie. To właśnie bliskość
jeziora najbardziej ich zachęciła do przyjęcia mojej propozycji wspólnego
wyjazdu do „chaty”, jak nazywałem dom dziadków.
Sprawa pożyczenia rowerów została
pomyślnie rozwiązana. Uprzejmy właściciel najbliższego sklepu (z tzw. „szydłem
i powidłem”), gdy go zapytałem zaoferował pożyczenie swojego, starego roweru na
dwa tygodnie. Obiecał mi również popytać swoich klientów o możliwość pożyczenia
lub taniego odsprzedania jeszcze jednego.
Termin przyjazdu chłopców już się
zbliżał i zacząłem odczuwać niepokój, czy ja dam radę sprostać wszystkim
obowiązkom opieki nad nimi. Opracowałem harmonogram dyżurów w kuchni oraz
podział innych obowiązków, które uważałem za możliwe do wykonania przez nich.
Ale od razu wyobrażałem sobie jak się krzywią i marudzą, tłumacząc mi, że to są
wakacje i nie muszą nic robić.
Lodówka była już
zapełniona różnymi przysmakami, o których wiedziałem, że je lubią. Były tam
również gotowe dania, szczególnie zupy i potrawy mączne.
Próbowałem do nich
dzwonić, ale przy chacie nie było zasięgu. Musiałem dojechać do sklepu, a to
zajmowało ponad piętnaście minut. Wreszcie telefon odebrał Oskar, miał
trzynaście lat, ale był jeszcze bardzo dziecinny. Młodszy o rok Daniel był
przeciwieństwem starszego brata, sprytny, szybki, trochę rozrabiaka, ale
radosny.
Zapytałem Oskara, kiedy
mam wyjść po nich na przystanek kolejowy. Nie potrafił mi odpowiedzieć, musiał
zapytać się matki. W końcu telefon przejęła Halina i powiedziała, że odda ich
pod opiekę kierownikowi pociągu, który przypilnuje, żeby nie rozrabiali i
wysadzi ich około godziny trzynastej w najbliższy poniedziałek. Na końcu
dopowiedziała:
- Dobrze ich pilnuj i nie trać nigdy z oczu.
Ich wspólne figle przyprawiają mnie czasem o ból głowy. Życzę wielu udanych
wypadów i dużo radości. –
Ucieszyłem się słysząc,
że głos Haliny był pogodny i pomyślałem: - Będzie miała trochę odpoczynku od macierzyńskich
obowiązków. – Ale gdzieś tam w głowie świtała mi myśl, czy czasem nie zafunduje
sobie ona wakacji z jakimś kochasiem. Dziwne, ale odczuwałem zazdrość.
Chłopcy
przyjechali zgodnie z planem. Podziękowałem kierownikowi pociągu za opiekę i
zacząłem się rozglądać za taksówką. Mimo, że miasteczko było niewielkie zawsze
przy dworcu stało kilka taksówek, ale tym razem na postoju było pusto.
Zmartwiłem się, bo do chaty było prawie pięć kilometrów. Postaliśmy jeszcze
kilka minut oczekując, że ktoś się pojawi, ale niestety nikt nie nadjechał. Mój
rezolutny młodszy syn powiedział:
- Tato, dla nas to nie
problem, my jesteśmy harcerzami i nieraz chodziliśmy na długie wyprawy. I także
z plecakami. –
Oskar nic nie powiedział,
ale po prostu nałożył plecak, wziął swoją torbę i patrzył na mnie, wyczekując
co powiem. A cóż ja mogłem powiedzieć? Zabrałem plecaki od chłopców, założyłem
jeden z przodu, drugi na plecy i ruszyłem. Czułem się w obowiązku odciążyć ich
dziecięce kręgosłupy, chociaż obaj się wzbraniali. Droga była urokliwa, wiła
się między polami, z jednej strony rosła dość wysoka kukurydza, a z drugiej, w
równych bruzdach, zieleniła się plantacja ziemniaków. Pogoda była sprzyjająca,
więc chłopcy mieli dobre humory i nawet śpiewali harcerskie piosenki. Dopiero
gdy dotarliśmy do naszej chaty zatrzymali się, popatrzyli na siebie, wybuchnęli
śmiechem i zapytali:
- Naprawdę tutaj mamy
mieszkać? Ten dom wygląda jak domek Baby Jagi. I my w nim mamy spędzić trzy
tygodnie? Żartujesz sobie tato. –
- Przecież nie będziemy
ciągle siedzieć w domu, będziemy jeździć na rowerach po lesie, będziemy pływać,
jezioro jest zaraz za tym zakrętem. Nie obawiajcie się, nie będzie wam się tutaj
nudzić. Już ja o to zadbam. –
Mówiąc to miałem chyba
nieco wystraszoną minę, bo Daniel powiedział:
- Nie pękaj, tato. Damy
radę. My tylko chcieliśmy cię postraszyć. Ale mamy nadzieję, że chociaż jest
Internet. –
Po dłuższej chwili
oczekiwania na moją odpowiedź, powtórzył pytanie:
- Więc jest, czy nie ma? –
Było to najtrudniejsze
dla mnie pytanie. A chociaż domyślając się, że będzie ono zadane i już
wcześniej przygotowałem sobie odpowiedź, ale teraz zaniemówiłem. W
roztargnieniu zacząłem szukać kluczy i pospiesznie wszedłem do sieni.
Słyszałem, jak obaj coś
szeptali do siebie zanim weszli. No i spodziewany piękny nastrój wspólnego
obiadu prysnął. Miałem nadzieję, że spodoba się im klimat tego wnętrza, że będą
zaciekawieni, jak zaplanujemy sobie następny dzień, że zaczną pytać o jakieś
dodatkowe atrakcje, które dla nich przygotowałem. A tu nic, zwieszone głowy i
smutne miny.
Udając, że nic złego się
nie dzieje poprosiłem o zaniesienie swoich bagaży do ich pokoju, częściowe
rozpakowanie i potem zejście do kuchni na obiad.
Mimo niezadowolenia
chłopaków z braku łączy obiad zjedli z apetytem i nawet brali dokładki.
Zapytałem ich:
- Macie ochotę teraz
pojechać rowerami do lasu, czy popływać?-
Rezolutny Daniel
odpowiedział pytaniem: - A nie można i to i to? –
Zaśmiałem się: - Można,
tylko, czy dacie radę? –
Kiedy wróciliśmy do domu, była już pora
kolacji. Zaproponowałem, żeby zajrzeli do lodówki i sami przygotowali sobie
kanapki takie, jakie lubią: - Nie znam waszych upodobań kulinarnych, więc
chętnie popatrzę, co wam będzie najbardziej smakowało. Ja może zjem coś nieco
później. Teraz nie odczuwam głodu. –
Chciałem sprawdzić, czy
potrafią przygotować sobie jedzenie, czy też mamusia ich w tym wyręcza. Ku
mojemu zdziwieniu, nie tylko zrobili sobie kanapki, ustroili zieleniną, ale
jeszcze zrobili i dla mnie.
- Dziękuję wam, wyglądają
pysznie, więc chyba jednak się skuszę. – powiedziałem i dodałem: - Ja padam ze
zmęczenia, nie wiem jak wy, ale umyję się „z grubsza” i położę. Mam fajną
książkę do poduszki, przy której szybko zasypiam – zaśmiałem się.
Chłopcy nie protestowali,
widać było, że również są zmęczeni. Gdy usłyszałem, że już poszli do swojego
pokoju zajrzałem do nich, żeby powiedzieć dobranoc. Scena, którą zastałem
wprawiła mnie w osłupienie: obaj razem klęczeli przy łóżku Daniela i odmawiali
różaniec. Ten wyczuwając moją obecność, przerwał modlitwę i spytał: - A może
pomodliłbyś się razem z nami? –
Nie wiedziałem, co
odpowiedzieć. Po namyśle wyszeptałem: - Może jutro – i zamknąłem drzwi.
Byłem totalnie
zaskoczony. Chłopcy w ich wieku, modlący się wspólnie na klęczkach, to chyba
rzadki widok? Zacząłem się zastanawiać i przypominać sobie, czy Halina była
głęboko wierząca? Chodziliśmy w niedzielę wspólnie całą rodziną do Kościoła,
ale nigdy nie widziałem Haliny modlącej się w domu na kolanach. Skąd więc taka
wiara u moich synów? Postanowiłem, że
delikatnie ich o to zapytam w odpowiedniej chwili.
Nasze wspólne dni mijały szybko, a już po
tygodniu chłopcy zupełnie zapomnieli o braku Internetu. Pokazywałem im świat,
którego nie znali: zobaczyli rudego, skradającego się lisa, spotkaliśmy dwie
sarenki, zajrzeliśmy do pustej dziupli sowy, odpowiadaliśmy na wołanie kukułki.
Nawet jednego dnia nasz leśny szlak rowerowy przeszła locha dzika z pasiastymi
maluchami. Wypożyczyłem rower wodny i siedziałem z tyłu, jak król, a oni z
zapałem pedałowali. Odkryliśmy dwie wyspy, byli bardzo podekscytowani i
szczęśliwi, Oskar zaproponował nawet, żebyśmy pożyczyli jeszcze namiot i
rozbili obóz na jednej z nich.
Na którejś z wypraw, w czasie odpoczynku,
zapytałem skąd przyszedł im pomysł odmawiania różańca? Dowiedziałem się, że już
od dawna się modlą codziennie na różańcu, od czasu, kiedy wyprowadziłem się z
domu. Kiedy powiedzieli o moim odejściu księdzu katechecie, poradził im, żeby
spróbowali wspólnie się modlić i prosić, żebym pogodził się z mamą i do nich
wrócił. Bardzo się wzruszyłem, gdy tego wysłuchałem.
Od tej pory zacząłem analizować zdarzenia i
fakty, które poprzedziły nasze rozstanie. Próbowałem znaleźć jakiś choćby jeden
argument, że postąpiłem niewłaściwie wyprowadzając się z domu. Oczywiście, był
ten jeden argument, najważniejszy: wspólne spędzanie czasu z chłopcami i
pomaganie im w dorastaniu. Ale nasze kłótnie z Haliną, wytykanie wzajemnie
swoich wad, a przede wszystkim romansów na boku, które od czasu do czasu się
pojawiały, były bardzo złym przykładem życia rodzinnego. A więc wyjście było
jedno: opuścić wspólne mieszkanie, określić częstotliwość moich spotkań z
Danielem i Oskarem, no i przekazywać przypadające na mnie koszty ich
utrzymania. Bardzo współczułem moim
synom, bo sam wychowałem się w niepełnej rodzinie, ale uważałem, że muszę
wybrać mniejsze zło. Czy to status quo może się kiedyś zmienić? Bałem się sam
sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Było to krótko przed terminem wyjazdu
chłopców. Był piękny dzień i szykowaliśmy się na jedną z ostatnich wypraw, gdy
usłyszeliśmy dzwonek roweru. Przed naszą bramką stał listonosz.
Nie miał jak zwykle
wielkiej torby z listami, tylko machał do mnie jakąś kopertą. Okazało się, że
to telegram od Haliny, która wiedziała, że w chacie i okolicy nie ma zasięgu,
aby zadzwonić. Telegram był krótki: „Chwilowo nie mogę odebrać chłopców,
zaopiekuj się nimi, proszę, aż cię powiadomię.„
Zdenerwowałem się, bo przecież nie wiedziała,
czy mam jeszcze urlop, czy czasem nie muszę wrócić do pracy. Nie podała też
powodu zmiany planów. Chłopcom powiedziałem, że chyba musimy trochę dłużej
zostać, jeżeli dostanę dodatkowy urlop, albo wrócimy do mnie, bo mama nie może
się nimi zaopiekować. Wtedy obaj spojrzeli po sobie i Oskar powiedział:
- „To mama nie mówiła ci
wcześniej, że być może zostanie dłużej u babci? Babcia jest ciężko chora i mama
pojechała nią się opiekować.”-
„Nie, nic mi nie mówiła –
odpowiedziałem i dodałem: - Szkoda, bo teraz dalsza opieka nad wami zależy od
decyzji mojego szefa. Podjadę na pocztę i do niego zadzwonię w sprawie
przedłużenia urlopu.”
No i tak zrobiłem.
Niestety, szef się nie zgodził, twierdząc, że inni pracownicy czekają na mój
powrót, aby zacząć swój urlop. Pozostało mi jedynie zabrać chłopców,
zainstalować ich jakoś w moim mieszkaniu i wrócić do pracy. Rozmyślałem chwilę,
czy ja dam radę, czy nie zadzwonić do Haliny, żeby wzięła chłopców na wieś, do
swojej matki skoro sama też tam przebywa. Spróbowałem połączyć się z nią i
zaproponować takie rozwiązanie. Długo nie odbierała, w końcu usłyszałem jej
cichy głos: „Postaraj się do mnie nie dzwonić, bo to przeszkadza mamie. Ona
jest już przygotowana do odejścia, potrzebuje teraz spokoju i ciszy. Odwiedzają
nas tylko panie pielęgniarki z hospicjum domowego, mówią, że to już niedługo
potrwa. Przepraszam cię, że dopiero teraz ci o tym mówię. Jakoś musisz sobie
poradzić z opieką. Jak już będziecie u ciebie może będziemy mogli dłużej porozmawiać.
Myślę, że powinnam przygotować chłopców
na śmierć babci, to będzie dla nich trauma. Muszę już kończyć, mama się budzi.
Do usłyszenia. ”
A ja, właściwie, oprócz:
„ Do usłyszenia” nie powiedziałem ani słowa. Ale co mogłem jej powiedzieć? O
tym, że będę miał jednak problemy? W tej sytuacji muszę sobie przecież jakoś poradzić.
W drodze powrotnej do
chaty przypomniałem sobie, że za tydzień ma mnie odwiedzić przyjaciel z
dzieciństwa. Umawialiśmy się już miesiąc temu, zastanawiałem się w jaki sposób
mógłbym go przyjąć nie kwaterując w moim mieszkaniu ze względu na nową
sytuację. Chyba wynajmę mu hotel, to by było, moim zdaniem, najlepsze
rozwiązanie. I tak postanowiłem.
W połowie drogi przyszło
mi do głowy, żeby jednak zawieźć chłopaków na wieś do babci, aby mogli się z
nią pożegnać. Bardzo ją lubili. Pomyślałem też, że ona może mieć taką potrzebę.
Wróciłem więc do miejsca, gdzie był zasięg i wysłałem do Haliny wiadomość z
taką właśnie propozycją. Napisałem też, że znów zadzwonię w tej sprawie późnym
popołudniem.
Gdy już wróciłem do chaty
poczułem jakiś apetyczny zapach dochodzący z kuchni. To obaj moi synowie
właśnie kończyli przygotowywać obiad. Sos i mięso były z kupionych wcześniej
gotowych dań, ale sami obrali i ugotowali ziemniaki i zrobili mizerię. Bardzo
byłem z nich dumny i serdecznie obydwóch uściskałem. Dopiero po obiedzie
zaprosiłem ich do ogrodu na ławkę i starałem się przygotować ich na spotkanie z
umierającą babcią. Oskar słuchał spokojnie, ale Daniel zaczął płakać, uciekł i
schował się gdzieś w zaroślach. Odszukałem go i pocieszyłem tak jak potrafiłem.
Byłem pewny, że Halina przyzna mi rację i zaproponuje termin, kiedy możemy
przyjechać. I tak się stało. W popołudniowej rozmowie powiedziała, że czas jest
krótki i możemy przyjechać choćby natychmiast. Podziękowała mi nawet za to, że
o tym pomyślałem.
Dom rodziców Haliny, wybudowany
kilkadziesiąt lat temu, położony był na przedmieściach niewielkiego miasteczka.
Z powodu choroby i podeszłego wieku teściowej musiała ona zatrudnić pomocnika
do sprzątania i uprawiania ogrodu. Można było to rozpoznać po starannie
wypielonych grządkach, kwitnących kwiatach i skoszonym trawniku. Przyjechaliśmy
około południa, tak jak było wcześniej umówione. Chłopcy wybiegli z auta,
dopadli do drzwi wejściowych i chcieli je otworzyć, ale były zamknięte na
klucz. Zaczęli dzwonić i pukać. Wtedy z okna na piętrze wychyliła się Halina,
położyła palec na ustach dając znak, żeby nie hałasowali. Gdy drzwi zostały
otwarte ja również pospieszyłem do środka domu. Bywałem tutaj nieraz; lubiłem
zapachy tego domu: czasem słodki zapach kwietnych bukietów, czasem jakichś ziół
suszących się nad płytą kuchenną, czasem smakowity zapach pieczonego ciasta.
Teraz przywitał mnie zapach jakby ze szpitalnej sali, taki drażniący,
specyficzny odór środków odkażających i leków. Pokój chorej był tuż przy
wejściu, czekałem grzecznie aż wprowadzi mnie do niego moja była żona. Pomyślałem,
że byłem dobrym zięciem, nigdy też nie usłyszałem złego słowa do mnie z ust
mojej teściowej. Lubiłem ją. Była pogodną, schludną staruszką, ciągle przesuwającą
paciorki różańca. Zawsze uczynna i dbająca o rodzinę. Teraz spodziewałem się,
że zobaczę ją zmienioną przez chorobę, ale widok, jaki ujrzałem przekroczył
moje wyobrażenia, tak bardzo była wycieńczona chorobą. Podszedłem do łóżka,
uśmiechnąłem się do niej i wziąłem ją za rękę. Wyszeptała: - Poznajesz mnie
jeszcze, Karolku? Czekałam na ciebie, mam do ciebie wielką prośbę: wybacz
Halince i pogódźcie się. To jest moje ostatnie marzenie i prośba. Wybaczcie
sobie wzajemnie. Tak bardzo się kiedyś kochaliście. –
Zobaczyłem, że po twarzy umierającej
płynęły łzy. Zrobiło mi się jej bardzo żal, uścisnąłem lekko jej rękę i
ucałowałem. – Postaram się, mamo. Będę się bardzo starał. Bądź spokojna. Nie
mam już złości w sercu na Halinę, myślę, że ona też będzie się starała. –
Z ledwością wyszeptała: -
Dziękuję, Karolku, dziękuję. Teraz chcę zasnąć. –
Jeszcze raz ucałowałem
jej dłoń i wyszedłem z pokoju. Rozmyślałem: - Pewnie chłopcy pomyślą, że to dzięki
odmawianiu przez nich różańca znowu będziemy rodziną. A może faktycznie była to
Boża interwencja. –
Zerknąłem jeszcze raz do
pokoju chorej. Przy jej łóżku klęczeli obaj moi synowie i odmawiali różaniec.
Pewnie był to ostatni różaniec mojej kochanej teściowej.