Miałam wtedy dziesięć lat. Mieszkaliśmy w małym domku z ogrodem, na
obrzeżach dużego miasta. To stało się właśnie tego dnia, kiedy przyjechali nas
odwiedzić dziadkowie. Dawno już u nas nie gościli, więc było dużo radości i
przytulania. To znaczy przytulali ich moi rodzice, a my z Rafałem staliśmy z
boku i tylko się przyglądaliśmy. Czułam się, jakby to byli obcy ludzie, bo tak
naprawdę pamiętałam ich tylko ze zdjęcia stojącego na półce w sypialni
rodziców. Starszy, siwy pan podszedł najpierw do mnie, położył mi ręce na
ramionach i powiedział: - Witaj Martusiu, mam na imię Jurek i jestem tatusiem
twojego taty. A to jest mama taty, babcia Klara – i wskazał na starszą panią
witającą się z moim bratem.
- Dzień dobry panu – odpowiedziałam.
- Nie panu, tylko dziadkowi – z uśmiechem
sprostował starszy pan – i dodał – mieszkamy bardzo daleko, w innym kraju,
dlatego mnie nie pamiętasz. Kiedyś przyjeżdżaliśmy do was częściej, gdy
mieszkaliśmy w Polsce, ale wtedy byłaś jeszcze malutka.
Już trochę bardziej ośmielona
powiedziałam:
- Pan dziadek z babcią są na fotografii w
sypialni rodziców. Czasem patrzę na to zdjęcie. –
- Oj, nie pan dziadek, tylko po prostu
„dziadek”, może też być dziadek Jurek. Podejdźmy teraz do babci i ładnie się z
nią przywitaj. –
Starsza pani miała na sobie zieloną bluzkę
z krótkimi rękawami i czarne, szerokie spodnie. Miała blond włosy i wyglądała
dość młodo. Szeroki uśmiech, którym mnie powitała ośmielił mnie na tyle, że
pozwoliłam się przytulić.
Przed przyjazdem dziadków rodzice byli
mocno zajęci, krzątali się przygotowując uroczysty obiad i dokładnie
porządkując cały dom. Oddali dziadkom do dyspozycji swoją sypialnię, a sami
przenieśli się do altanki w ogrodzie. Ja byłam bardzo onieśmielona nowym
towarzystwem. Mama mówiła, że już od niemowlęctwa byłam cicha, posłuszna i
cierpliwa. Zupełnie odwrotnie, jak mój brat, ciągle psocący i hałasujący. Ale
wiedziałam, że oni kochają nas tak samo, tylko Rafał był bardziej pilnowany,
aby nie zrobił sobie krzywdy.
Po skończonym obiedzie dziadkowie
zaproponowali pójście nad jezioro, bo jak powiedział dziadek, bardzo tęsknili
do tego miejsca.
Już w drodze dziadek opowiadał mi o tym, że kiedyś tutaj mieszkali, że
tutaj urodził się mój tata i że w tym domu mieszkali długo razem zanim tata się
nie ożenił.
- A potem, moja kochana wnuczko, zrobiło
się nam ciasno, bo urodził się Rafałek, a później ty. Wyjechaliśmy, żeby zwolnić
miejsce i zaczęliśmy zwiedzać świat. Spodobało nam się bardzo jedno miejsce w
Hiszpanii i kupiliśmy domek nad samą plażą niedaleko Barcelony. Tam też jest
pięknie, kiedyś do nas przylecisz samolotem. Byłam zaciekawiona tym, co
opowiadał, ale przerwałam jego opowiadanie i powiedziałam zaczepnie:
- Nie przylecę, bo się boję samolotu. –
Zaśmiał się i sprostował:
- No, to przyjedziesz autobusem, ale to
bardzo długa podróż. –
Przerwaliśmy dialog, bo już dotarliśmy do przystani i długiego pomostu
zakończonego dość wysoką trampoliną. Mama
zabraniała nam wchodzić na trampolinę, ciągle nam tłumaczyła, jakie to
niebezpieczne dla dzieci takich jak my. Przyszliśmy przed mamą, tatą i babcią,
a mój brat Rafał wyprzedził nas wszystkich i już biegał jak szalony, gdzieś nad
brzegiem jeziora.
Usiedliśmy na końcu pomostu i dziadek
długo i pięknie opisywał widok płynących po błękitnym niebie białych chmur, porównując
niektóre z nich do zwierząt i osób, a także słynnych budowli. Piękno płynących
chmur odbijało się w spokojnej tafli jeziora, co dodawało jeszcze uroku tej
chwili.
Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, a potem
dziadek nagle wstał i zaczął wchodzić na trampolinę. Tłumaczyłam dziadkowi,
żeby czasem nie skakał z trampoliny, bo mama mówi, że to niebezpieczne. Ale on
nie słuchał moich rad, wdrapał się na najwyższy punkt skoczni i wyskoczył.
Czekałam, aż wypłynie, ale moment
wypłynięcia bardzo się przedłużał. Zaczęłam krzyczeć i wołać tatę, ale oni szli
dosyć wolno i mój głos do niego nie dotarł. Byłam przerażona i biegałam po
pomoście myśląc nawet o wskoczeniu do wody i ratowaniu dziadka. Dobrze, że tego
nie zrobiłam, bo utonęlibyśmy oboje. Moje przerażenie przerodziło się w
histerię. Ratując się od tego uczucia, odruchowo zaczęłam uciekać. Bez żadnego
pomysłu dokąd pobiegnę gnałam przed siebie do pobliskiego lasu, aby się
schować. Czułam się winna i odpowiedzialna za to, co się stało. Wiedziałam, że
na skraju zagajnika stoi ambona dla myśliwych obserwujących zwierzynę. Postanowiłam wejść na nią i tam po
prostu umrzeć.
Zanim mnie znaleziono przy pomocy policji i psów tropiących byłam już na
wpół przytomna ze strachu, z głodu i odwodnienia. Zabrano mnie do szpitala, ale
krótko leżałam. Dano mi tylko kroplówki i wykonano niezbędne badania.
Poddawałam się temu i byłam potulna, jak baranek. Tylko w ogóle do nikogo się
nie odzywałam, nawet do rodziców. Bałam się też, że zamkną mnie w więzieniu za
to, że pozwoliłam dziadkowi utonąć. Trudno mi teraz po tylu latach opisywać, co
kłębiło się w główce tego przerażonego dziecka. Pamiętam jedynie, że moje
milczenie trwało bardzo długo. Rodzice wozili mnie do specjalistów i byłam na
obserwacji w sanatorium dla nerwowo chorych, ale nic nie pomagało. Zamilkłam i
myślano, że to z powodu traumy zupełnie straciłam umiejętność formułowania i
wypowiadania myśli.
Pamiętam doskonale wszystkie sposoby leczenia mojego milczenia:
tabletki, kroplówki, wysłuchiwanie długich prelekcji różnych pań i panów.
Opowiadano mi i czytano bajki o dobrych zdarzeniach, o wspaniałych bohaterach
pokonujących strach, aby ratować świat. Wszystkiego tego wysłuchiwałam i
zachowywałam w pamięci. Ale nie zadawałam żadnych pytań i na żadne z ich zapytań
nie odpowiadałam ani słowem.
Miałam swoje miejsce w pokoju pełnym
zabawek i książeczek. W tym samym pokoju
mieszkała nieco starsza ode mnie dziewczynka, która bardzo się jąkała i
przechodziła również jakieś terapie. Mało się odzywała, bo pewnie wstydziła się
swojego jąkania, ale nawet ona, gdy mnie o coś w końcu zapytała nie dostawała
odpowiedzi. Czas mijał, moje współlokatorki się zmieniały, a ja dalej
milczałam. W milczeniu przeżywałam miłą imprezę urodzinową, którą mi wyprawiono
na moje jedenaste urodziny. W końcu rodzice zabrali mnie do domu, ale nie był
to już ten dom nad jeziorem. Byłam im wdzięczna, że się wyprowadzili z tamtego
tragicznego miejsca. Okazało się, że babcia sprzedała nieruchomość w Hiszpanii
i obecny dom został zakupiony za wspólne pieniądze. No i babcia zamieszkała z
nami. Miała osobne wejście i dwa pokoje z kuchnią i łazienką na parterze, a
rodzice i my z bratem zajmowaliśmy pozostałą część parteru i wszystkie
pomieszczenia na piętrze. Pokochałam moją babcię Klarę. Ona nie próbowała
namawiać mnie do rozmowy, najczęściej przytulała mnie po prostu, gdy
siedziałyśmy na tarasie lub na kanapie w jej pokoju. Czasem tylko, cichym, spokojnym
głosem opowiadała mi ciekawe historie, przeważnie z jakimś mądrym przesłaniem.
Od niej nauczyłam się żyć w ciszy. Babcia nie miała telewizora, ani nawet
radia, niekiedy korzystała ze swojego
komputera, ale tylko, żeby wiedzieć co się dzieje w świecie. Interesowały ją
reportaże z wypraw do egzotycznych miejsc, miała dość dużą bibliotekę, więc
pewnie także czytała książki.
Pewnego dnia, gdy siedziałyśmy przytulone na tarasie, babcia wstała
przestawiła swój fotelik tak, żeby patrzeć mi w oczy i powiedziała:
- Twoja mama poprosiła mnie, żebym cię przygotowała
do rozpoczęcia prawdziwej nauki. Będzie do ciebie przychodzić nauczyciel lub
nauczycielka i spróbują przekazać ci trochę wiedzy. Jesteś mądrą dziewczynką i
na pewno zaciekawią cię lekcje z sympatycznymi osobami. Masz problem z
mówieniem, ale przecież nie z pisaniem, więc będziecie się porozumiewać przy
pomocy tabletu. Na następne nasze spotkanie przynieś, proszę, swój tablet.
Spróbujemy przećwiczyć w jaki sposób należy z niego korzystać, żeby nauczyciel
mógł cię zrozumieć.
I to był początek mojej edukacji. To, co było dla mnie trudne lub
niezrozumiałe w wykładach moich nauczycieli, po ich wyjściu, tłumaczyła mi
babcia. Zauważyłam, że oboje moi rodzice są zazdrośni o mój tak ścisły i
serdeczny kontakt z babcią Klarą. A mama zrobiła się nawet nieco opryskliwa i
często wygłaszała niepochlebne uwagi pod adresem teściowej. A jeszcze kiedy
babcia oświadczyła, że będzie do mnie przychodzić pani psycholog, która
studiowała na znanej, angielskiej uczelni i specjalizuje się w leczeniu
zaburzeń mowy, tata wstał i poprosił:
- Mamo, chodź, przejdźmy do drugiego
pokoju, chcę z tobą pilnie porozmawiać. –
Rozmawiali dość długo, a ja obawiałam się,
że już nie będę mogła chodzić do babci i zrobiło mi się smutno.
Ale nic takiego nie nastąpiło, a
przynajmniej nie dano mi tego odczuć.
Jako jedenastoletnia dziewczynka dalej byłam nadzwyczaj spokojna, nie
złościłam się, grzecznie słuchałam i wykonywałam polecenia. Ale w moim wnętrzu
kłębiły się złe myśli, czasem nienawidziłam siebie i moich rodziców. Jedynie obecność
babci uspokajała moje serce. Dlatego bardzo się zasmuciłam, gdy mi powiedziała,
że musi wyjechać. Tłumaczyła, że to nie potrwa długo, ale ja wyczuwałam, że już
do nas nie wróci. Długo płakałam tej nocy.
Babcia wyjechała, a za to pojawiła się w naszym domu starsza pani,
trochę tylko młodsza od babci. Rodzice przedstawili mi ją jako moją towarzyszkę
i trochę opiekunkę, gdy będę chciała gdzieś pójść, czy pojechać. Pani Ewa
wydała mi się sympatyczna i starała się być dla mnie miła, ale ja byłam ciągle
nieufna. Rozmyślałam:
- Czy ta pani ma zastąpić mi babcię?
Przecież oni wiedzą, że to niemożliwe, przecież ja nie potrzebuję opieki, a z
domu rzadko wychodzę chyba, że do ogrodu lub do kościoła. –
Byłam rozgoryczona i smutna z powodu
wyjazdu babci. Nawet przyszło mi do głowy, że opuściła nas przeze mnie.
Pani Ewa przyjeżdżała do mnie starym, podrdzewiałym już autem i radośnie
trąbiła przed domem, aby oznajmić swoje przybycie. Była zawsze uśmiechnięta i
miała takie figliki w oczach, jakby chciała zrobić jakąś psotę. Jej opowieści i
czytane bajki trochę mnie zajmowały, ale szybko się nudziłam. Pewnego dnia zaproponowała
mi zabawę we wspólne tworzenie opowieści. Ona opowiadała pewien fragment, a
później ja miałam wymyśleć, co się dalej działo. Oczywiście moją część
opowieści miałam zapisywać na tablecie, a ona go odczytywała. Początkowo
wydawało mi się to bardzo trudne, ale powoli uwalniała się moja wyobraźnia i
opowieść zaczynała mnie wciągać.
Jej bohaterką była dziewczynka podobna do
mnie, która miała wiele wspaniałych pomysłów na dobrą zabawę. Dziewczynka
mieszkała w małym domku nad jeziorem. Pani Ewa poprosiła, żebym wymyśliła imię
tej dziewczynki i nazwałam ją Alicja, tak jak w książce „Alicja w krainie
czarów”. Gdy już miałyśmy wymyśloną prawie całą treść tej historii moja
opiekunka zarządziła przerwę tej zabawy. Zapytałam ją przez tablet:
- Dlaczego musimy przerwać? Ta zabawa
bardzo mi się podoba. –
- Wiesz, kochanie, męczy mnie odczytywanie
twojej części na tablecie. Przestaję wtedy myśleć o tym, co ja wymyślę w
dalszej części. Obiecuję ci, że wrócimy do tej zabawy za kilka dni. –
Byłam niepocieszona, ale musiałam się
zgodzić. Pani Ewa dodała:
- W czasie przerwy będziesz przecież mogła
dalej tworzyć tę historię. Nawet możesz narysować lub namalować ilustracje do
niej. A ja obiecuję ci w zamian niespodziankę. –
Dopiero wielu latach dowiedziałam się od rodziców, że pani Ewa była
doświadczoną terapeutką, która zgodziła się na moją intensywną terapię, po
namowach babci, której była koleżanką z lat młodzieńczych. Dobrze, że mi o tym
wcześniej nie powiedziano, bo byłabym bardziej nieufna i terapia byłaby
trudniejsza.
Tą niespodzianką, którą mi obiecała pani Ewa był dużego formatu obraz
przedstawiający nieomal identyczny, widok jak z mojego koszmaru. To znaczy było
na nim jezioro, przystań i pomost ze skocznią na końcu i niesamowite, białe
chmury odbijające się w tafli jeziora. Kiedy zobaczyłam ten widok zaczęłam
głośno krzyczeć:
- Nie, nie! Zabierz to stąd! Ja go nie
zabiłam! Ja nie mogłam mu pomóc! Dziadek sam się utopił!
Zaczęłam głośno płakać i rzucać w obraz
kredkami i książkami, które leżały na
stole.
Pani Ewa chciała mnie przytulić, ale
uciekłam z pokoju do ogrodu i skulona ukryłam się za krzewami. Gdy dotarło do
mnie, że wypowiedziałam, a właściwie wykrzyczałam pierwsze od kilku lat słowa
zaczęłam jeszcze bardziej żałośliwie płakać.
Leżałam tam dość długo, ale w końcu
poczułam głód i przypomniałam sobie, że mam w mojej sypialni schowaną tabliczkę
czekolady. Wstałam ostrożnie, aby nikt mnie nie zobaczył i dotarłam na piętro.
Czekolada rzeczywiście leżała w szufladzie i nieomal rzuciłam się na nią.
Zjadłam całą tabliczkę. Gdy wyjrzałam przez okno samochodu pani Ewy już nie było,
ucieszyłam się, że odjechała. Długo nie schodziłam do salonu, ale przypomniałam
sobie, że niedługo wrócą z pracy rodzice i wróci ze szkoły Rafał. Zbiegłam więc
szybko na dół, żeby ukryć ten przerażający mnie obraz. Moje zaskoczenie było
ogromne, gdy zamiast widoku jeziora na obrazie zobaczyłam namalowaną dużą postać Jezusa Miłosiernego.
Nie odważyłam się zajrzeć na drugą stronę, by sprawdzić, czy jest tam widok jeziora.
Usiadłam i patrzyłam na Pana Jezusa. Do obrazu przypięta była kartka:
„ Kochana Martusiu. Od tej pory rozpoczęło
się twoje zdrowienie. Zaczęłaś reagować głosem na swoje emocje. Już niedługo
zrozumiesz, że to, co zrobiłam było dla twojego dobra. Teraz dalej będzie
działał Pan Jezus Miłosierny. Oddaj Jemu swoje tragiczne wspomnienia, poproś,
aby cię już na zawsze od nich uwolnił. To On przyjął twojego dziadka do swojego
Królestwa. Dziadek miał bardzo chore serce i nagłe zderzenie z zimną wodą mogło
spowodować jego śmierć. Zmarł w pięknej chwili, bo byłaś przy nim, a w oczach
miał zapewne widok tych cudownych obłoków odbijających się w tafli jeziora.
Jeżeli zechcesz jeszcze kiedyś spotkać się ze mną powiedz rodzicom, aby mnie
powiadomili. Bardzo cię polubiłam i będę za tobą tęsknić. Ewa. ”
Wzięłam
obraz wraz z kartką i pospiesznie zaniosłam je do mojego pokoju. Długo
wpatrywałam się w twarz Pana Jezusa i nawet próbowałam z Nim rozmawiać.
Rozmawiać poprzez wypowiadanie głośno słów! Trudno mi było w to uwierzyć, że
potrafię wydawać z siebie dźwięki i składać zdania. W końcu ułożyłam się na
łóżku i dalej wpatrując się w Jezusa zasnęłam. Tak zastali mnie rodzice. Gdy
się obudziłam zobaczyłam ich oboje siedzących na wprost mnie. Coś cicho
szeptali. Domyśliłam się, że się modlą. Nie próbowałam się odzywać, bo nie
chciałam im przeszkadzać, ale w końcu przemówiłam:
- Mamo, tato ja mówię. Pani Ewa mnie
nastraszyła, zaczęłam krzyczeć, a teraz już mówię. Jaka jestem szczęśliwa. –
No i rzeczywiście był to przełom i nastąpiła w moim życiu, można powiedzieć
– rewolucja. Stałam się gadułą, ćwiczyłam mowę i nadrabiałam zaległości, bardzo
chętnie się uczyłam i mogłam pójść do normalnej szkoły. Cały czas żyłam jakby,
ktoś unosił mnie na skrzydłach, radośnie skakałam i nawet zaczęłam śpiewać
piosenki.
Ale najważniejsze było dla mnie siedzenie
przed obrazem i wpatrywanie się w Postać Pana Jezusa. Rafał śmiał się ze mnie i
mówił, że się chyba w Nim zakochałam. A ja nie zaprzeczałam.
No i tak zostało. Po ukończeniu liceum oznajmiłam rodzicom, że chcę
pójść do zakonu. Dziwne były ich reakcje: mama pochlipywała i martwiła się, że
nie będziemy się często widywać, że nie będzie miała wnuków. Zaś tata chyba się
ucieszył, bo słyszałam, jak tłumaczył mamie:
- A gdyby chciała być modelką, albo jakąś słynną gwiazdą, to wolałabyś? Przy najmniej będzie się za nas modlić. –
Tak,
to był jeden z powodów mojej decyzji: modlić się za cały świat, za rodzinę, a szczególnie
za dziadka Jurka i niedługo po nim zmarłą babcię Klarę. Chcę jeszcze uzupełnić,
że po drugiej stronie obrazu Pana Jezusa Miłosiernego pozostał widok kiedyś tak
dla mnie traumatyczny. Teraz z rozrzewnieniem na niego patrzę i dziękuję Bogu
za całe piękno, które stworzył i nawet na jednym z obłoczków rozpoznaję postać
mojego dziadka.