sobota, 10 października 2026

" Jeżeli więc Syn Boży was wyzwoli..."

 


                           „ Jeżeli więc Syn Boży was wyzwoli…”

    

     Obudziła się oświetlona ostrym światłem wschodzącego słońca. Dopiero po chwili  zorientowała się, że nie jest w swojej przytulnej sypialni, tylko w jakimś obcym pokoju. Drażnił ją ostry zapach jakby kopcącego się zioła. Domyśliła się, że może to być żarzący się kwiatostan konopi indyjskich. Znała ten zapach z pewnego spotkania w tak zwanym „Klubie Pociechy”. Zaprowadził ją tam kiedyś znajomy z pracy. Była tam tylko raz, ale zapach palonych ziół utrwalił się w jej pamięci.

     Podniosła się, usiadła na łóżku i próbowała rozejrzeć się po pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Szukała jakichś znajomych sobie  mebli, czy innych przedmiotów, ale nie znalazła. Chciała podejść do okna i sprawdzić otoczenie miejsca, w którym przebywała, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa, lekko się zachwiała i siadła z powrotem na łóżku. Pomyślała:

- Ile jeszcze potrwa moje dochodzenie do normalności? Kiedy będę już sprawna? –

Zrezygnowana położyła się z powrotem na łóżku i próbowała zasnąć. Niestety, sen nie nadchodził, a w zamian, pod zamkniętymi powiekami pokazywały się jakieś wykrzywione twarze zwierzęco – ludzkie.  Usłyszała trzask otwieranych drzwi i nieznane jej głosy kobiety i mężczyzny.

- Ona jeszcze śpi – powiedział głos kobiecy. Może dajmy jej jeszcze pospać, to jej dobrze zrobi. - Mężczyzna odpowiedział szeptem, więc nie usłyszała, co odpowiedział. Zorientowała się jednak, że raczej nic złego z ich strony jej nie zagraża. Nie otwierała zatem oczu i udawała, że głęboko śpi. Oni oboje starali zachowywać się cicho, weszli do kuchni i zamknęli drzwi. Po dłuższej chwili drzwi się otworzyły i weszła nieznajoma kobieta niosąc talerz pachnącego rosołu. Leżąc jeszcze z zamkniętymi oczami usłyszała, jak woła ją po imieniu:

- Pani Irenko, proszę się obudzić, musi pani coś zjeść. Nie jadła pani od wczoraj. Jedzenie jest bardzo ważne. Musi pani mieć siłę do powstania na nogi. Niosę dla pani rosołek. Jeśli trzeba mogę panią pokarmić. –

Zanim odwróciła głowę zaczęła w myślach zgadywać skąd ta kobieta może znać jej imię. Postanowiła zapytać ją o to.

- Jak ja się tutaj znalazłam i skąd zna pani moje imię? Ja nigdy nie byłam w tym mieszkaniu i nigdy pani nie widziałam. –

- To wszystko wyjaśnię, jak tylko pani zje rosół. Specjalnie  ugotowałam go już wczoraj, ale wczoraj pani Irenko nie była pani w stanie czegokolwiek przełknąć. – Głos kobiety był łagodny i kojący.

Odpowiedziała:

- Już chwilkę, proszę poczekać, postaram się wstać. Gdyby mi pani troszkę pomogła usiadłabym przy stole. –

Jakoś się udało wspólnymi siłami usiąść na krześle i Irena, trzęsącą się ręką, z apetytem zjadła pełną miseczkę rosołu. Podziękowała i przeprosiła za kłopot, który sprawia swoją obecnością. I znowu zadała te same pytania.

Kobieta z uśmiechem przedstawiła się, że ma na imię Paula i  pracuje od niedawna w tej samej firmie, w której zatrudniona jest Irena, tylko jej pokój mieści się dwa piętra wyżej.

- Początkowo, gdy zobaczyłam panią siedzącą na chodniku i opartą o ścianę domu chciałam zadzwonić po policję i pogotowie. Gdy jednak przyjrzałam się pani uważniej i zobaczyłam znajomą twarz, pomyślałam, że najpierw spróbuję wypytać o okoliczności tej sytuacji, aby nie wpadła pani w niepotrzebne tarapaty. I myślę, że miałam rację. Zorientowałam się, że nie jest pani pijana, ale odurzona. Zawołałam męża, aby pomógł mi doprowadzić panią do windy i do naszego skromnego mieszkania. To tyle moich informacji. A teraz może dowiem się czegoś od pani, co takiego zaszło wcześniej. –

- Trudno mi wyrazić swoją wdzięczność za to, co pani zrobiła. Uratowała mnie pani od skandalu, a może i utraty życia. Zanim opowiem, jak do tego doszło może zapytam, czy mogę mówić do pani po imieniu? Nasz, polski język jest piękny, ale z niektórymi zwrotami grzecznościowymi trudno jest prowadzić rozmowę. Jak mówiłam, mam na imię Irena, a czy mogę zwracać się do pani po prostu – Paula? –

- Oczywiście, bardzo proszę. –

- A więc, Paulo, wczorajszego wieczoru odbywało się uroczyste spotkanie z okazji urodzin Karola, dobrego znajomego naszej rodziny, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem z moim byłym mężem. Lubiliśmy się, więc gdy zadzwonił, aby mnie zaprosić nie byłam zdziwiona. Zapytałam tylko, czy będzie na tym spotkaniu także mój „były”. Gdy odpowiedział, że mój „były” wyjechał i na pewno się nie pojawi, postanowiłam pójść. Wiedziałam, że mogę czuć się niezręcznie, bo większość z gości bywała kiedyś również na naszych przyjęciach i mogło dojść do jakichś docinków, czy wypytywania, jak sobie radzę. Ale zdecydowałam, że nic złego nie zrobiłam i nie mam powodu, aby rezygnować ze starych przyjaźni. 

    Wieczór rozpoczął się bardzo sympatycznie, wielu znajomych podchodziło do mnie, witali się, a niektórzy wyrażali swoje współczucie z powodu rozstania się z Karolem. Podszedł do mnie też mężczyzna w średnim wieku, którego nie znałam. Miał długie, gęste włosy, które spadały mu na czoło i  które odgarniał co chwila. Przedstawił się i z uśmiechem zaoferował swoje towarzystwo mówiąc:

 - Od dłuższego czasu obserwuję panią i zauważyłem, że chyba wszyscy tutaj panią znają. Postanowiłem więc, że ja również chcę być pani znajomym. Nazywam się Rokicki, a na imię mam Marek. Przyjechałem niedawno z Kopenhagi, mam tam swoją firmę i biuro. Teraz jestem na urlopie i odwiedzam w Polsce dawnych przyjaciół. –

    Taki był wstęp do naszej znajomości. Marek nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym: był średnio przystojny, średnio inteligentny, raczej uprzejmy na swój sposób, ale miał szczególnie ujmujący głos, który ocieplał nawet uszczypliwe uwagi w stosunku do obecnych gości, które szeptał mi do ucha.  To wskazywało na jego poczucie wyższości własnej osoby. Zabawiał mnie rozmową przez nieomal cały wieczór i odwiózł  do domu swoim wspaniałym Jaguarem. Po drodze tak mnie namawiał do zjedzenia z nim kolacji następnego wieczoru, że w końcu uległam. W restauracji dosiedli do nas jego dawni koledzy, podobno jeszcze ze szkoły. Trochę się głupio czułam, bo przypuszczałam, że oni znali mojego byłego męża, gdyż chodził on do tej samej szkoły. No, a potem po kilku drinkach zabawa się rozwinęła, nawet zaczęliśmy tańczyć. Kelner, pewnie na prośbę Marka, zaprowadził nas do osobnego pokoju na zapleczu knajpy. I po kilkunastu minutach i po wypaleniu jednego jointa po prostu odjechałam. Co było dalej nie wiem. Obudziłam się dopiero w waszym mieszkaniu. Zresztą, trudno powiedzieć, że się obudziłam, jeżeli jeszcze do tej pory wiruje mi w głowie. To chyba wszystko. –

- Droga moja, pewnie zmęczyło cię to opowiadanie. Może na trochę zakończmy i zastanówmy się, jak można było by ci pomóc, abyś jutro mogła zjawić się w pracy. Rosół cię odżywił, ale nie wiem, co ci jeszcze podać, aby złagodzić skutki przedawkowania. Właściwie, to powinnaś trafić do szpitala na ratunkowy.-

     Głos Pauli wskazywał na jej zaniepokojenie i jednocześnie bezradność, bo bała się, że nie kierując Ireny do lekarza może narazić ją na przykre konsekwencje zdrowotne. Ale Irena szybko odpowiedziała na jej sugestię:

- Wybij sobie z głowy, że mnie zawieziecie do szpitala. Przyznam ci się, że to nie pierwszy raz zdarza mi się odjechać po skręcie. To minie, tylko muszę na jutro załatwić sobie wolne i we wtorek będę już czysta. –

Paula jakby zastygła, długo nic nie mówiła i w końcu wyszeptała:

- Nigdy bym cię nie posądzała, że palisz jointy. Wyglądasz na grzeczną, potulną dziewczynę, którą skrzywdził mąż i ją zostawił. A może sytuacja wygląda odwrotnie. Może ćpiesz nałogowo i dlatego zostałaś sama? Przepraszam, że nie owijam w bawełnę, ale jestem przerażona tym, co słyszę. -

 - Hola, hola. Nie jestem żadnym ćpunem. To tylko od czasu do czasu sobie przypalam. Kontroluję to. Ten ostatni przypadek nie był planowany, po prostu nie sprawdziłam, co mi podali. –

- Powiedz mi, zatem dlaczego, gdy cię znaleźliśmy trzymałaś w ręku kartkę z napisem: „Pozdrowienia od Karolka.” ? Miałam ci chwilowo nie mówić o tym, aż dojdziesz do siebie. Ale chyba już nadszedł ten czas. Proszę, oto ona. –

    Irena wzięła kartkę i przyglądała się temu, co było na niej napisane. Nie znała charakteru pisma, ale zauważyła, że na kartce był jeszcze dalszy tekst, ale zamazany korektorem. Zastanawiała się, jak  odczytać resztę napisu. Zapytała Paulę:

- A czy dalszy tekst został może zamazany przez ciebie? –

- Jaki dalszy tekst? Nic nie zauważyłam. Pokaż. –

Zastanawiały się teraz obie, jak usunąć korektor. Paula wzięła kartkę, wyszła do kuchni i pokazała ją mężowi z prośbą o pomoc. Zaczęli oboje próbować trzymać ją nad parującą wodą, a potem zeskrobywać ostrym nożem biały korektor. Po mozolnych próbach ledwo udało im się odczytać niektóre wyrazy. Ale ponieważ zapis był krótki odgadli jego całość. Brzmiał on: „Tęsknię za Tobą. Poddaj się terapii.” Spojrzeli na siebie i Paula powiedziała:

- Teraz już się nie wyprze. Biedna dziewczyna, może da się jej pomóc. –

- Tylko działaj ostrożnie i powoli. Ja sądzę, że to do niej było napisane, więc ma prawo znać treść. Gdyby trzeba było cię wesprzeć zawsze jestem blisko, ale ona może mieć uprzedzenie do mężczyzn. Nie wiemy, co tak naprawdę wydarzyło się wczoraj, czy jej nie skrzywdzono. –

- Postaram się, kochanie. A co dziś serwujesz na obiad? –

Stefan uśmiechnął się i powiedział: - Niespodzianka. Nie poznajesz po zapachu? –

- A właśnie, to na pewno sos grzybowy i chyba ziemniaczane kotlety? A co jeszcze ? –

- Musisz poczekać, aż skończę i was poproszę. –

  Stefan był wspaniałym kucharzem i zawsze przygotowywał niedzielne obiady. Bardzo lubił przebywać w kuchni, która była przestronnym pomieszczeniem, mieszczącym oprócz wyposażenia kuchennego okrągły stół do spożywania posiłków, a nawet niewielką kanapę do zrelaksowania się. Tak się złożyło, że Stefan był terapeutą od uzależnień i pracował w poradni dla młodzieży. Miał również swoje dawne doświadczenia z narkotykami, dlatego rozumiał problemy tych młodych, uzależnionych ludzi, nad którymi sprawował opiekę. Nic nie mówił żonie Pauli, że w jego ocenie Irena nie wygląda, ani nie zachowuje się jak narkomanka. Spokojnie czekał na wspólny czas przy obiedzie, kiedy będzie mógł rozmawiać bezpośrednio z Ireną. Ale ona podziękowała i stwierdziła, że nie jest jeszcze głodna:

- Ten pyszny rosół tak mnie zasycił, że pewnie zjem dopiero kolację. 

Próbowali zachęcać ją oboje, ale ona zdecydowanie odmawiała. Zrozumieli, że chce już ich opuścić i wrócić do siebie. Paula powiedziała: - Moja droga, jest nam naprawdę przykro i będziemy martwić się o ciebie, bo nie wiemy, czy już całe twoje złe samopoczucie minęło. Wiesz, bardzo cię polubiłam, a przecież Stefan też chciałby cię bliżej poznać, bo dotąd nie bardzo miał czas na przebywanie z nami. On na dzisiejszy obiad przygotował coś specjalnego i to na pewno na twoją cześć. –

- Skoro tak nalegacie, byłoby niegrzecznie z mojej strony upierać się. Jestem zawstydzona, że narobiłam wam kłopotu, a jeszcze dodatkowo nie bardzo wiem, jak mogę się wam odwdzięczyć. –

- No, właśnie twoje towarzystwo będzie dla nas wystarczającym podziękowaniem – z uśmiechem odpowiedział Stefan. I dodał: - nakryłem w kuchni, bo dla nas obojga to takie przyjazne miejsce z okrągłym stołem i wygodnymi siedzeniami. Myślę, że tobie też się spodoba. –

- Bardzo chętnie, moja babcia mówiła, że w kuchni jest najprzytulniej. –

Gdy przeszli z pokoju i usiedli przy stole, Irena była zachwycona wystrojem wnętrza i nawet powiedziała, że czuje się tutaj zupełnie jak w salonie. Zaintrygował ją napis oprawiony w ramki i zawieszony na wprost wejścia:


 MIŁOŚĆ, RADOŚĆ, WOLNOŚĆ, PIĘKNO, ZDROWIE,

*ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * 

 „JEŻELI WIĘC SYN (BOŻY) WAS WYZWOLI

WÓWCZAS BĘDZIECIE RZECZYWIŚCIE WOLNI. „J 8,36.

 

- Nie dziwię się, Stefanie, że lubisz tu przebywać. I takie piękne przesłanie – wskazała ręką na napis. Ciekawa jestem, kto je zredagował i tak pięknie oprawił? –

Odpowiedziała jej Paula: - Jak to kto? Mój ukochany mąż. Przesłanie bardzo mu pomaga, nie ukrywam, że mnie także. –  On jej przerwał : - Zabierzmy się już do obiadu, bardzo się starałem, aby wam dogodzić. Przyrządziłem ulubioną potrawę Pauli, mam nadzieję, że tobie też zasmakuje. –

Rzeczywiście, wszystko było pyszne i Irena, chwaląc, poprosiła nawet o dokładkę.

Już przy kawie i deserze Stefan zapytał: - Czy chciałabyś się dowiedzieć, Irenko, skąd wziął się ten obrazek z napisem? Jest to zwieńczenie mrocznej historii sporego kawałka mojego życia. Zauważ, że obok niego powiesiłem krzyż. Razem odczytane przedstawiają mój powrót z ciemności do światła. Dlatego pewnie lubię tu przebywać, patrzeć na nie często, aby nie zapomnieć. –

- Nie będę cię wypytywała o szczegóły, bo to na pewno intymne wspomnienia – powiedziała Irena.

- Nie obawiaj się, o tej części mojej historii opowiadam często moim podopiecznym. To biedne dzieciaki, przeważnie z patologicznych rodzin, niektóre wpadły w nałóg naśladując rodziców, niektóre były poniżane i nigdy nie zaznały ich  miłości, a niektóre, po prostu zapragnęły być jak ich starsi kumple i brały, aby im dorównać. To jest wielka plaga naszych czasów – brak celu i sensu życia. Nie umiemy kochać, bo jesteśmy ofiarami ofiar, z pokolenia na pokolenie. Ale dosyć narzekania. Wielu z nich wychodzi z tego, uczy się szacunku i miłości do siebie. Dopiero potem może nauczyć się kochać innych. To są naprawdę mądre dzieciaki. Kiedy już załapią, o co naprawdę chodzi w życiu, nadrabiają zaległości i często kończą nawet dobre studia. -  

 - Czyli pracujesz jako terapeuta uzależnień? To wspaniałe zajęcie, na pewno dające dużo satysfakcji. –

- Satysfakcji? O czym ty mówisz? To codzienna walka o zmianę ich sposobu myślenia, szczególnie o sobie samych, to ciągła uważność na ich odbiór tego, co im proponuję. Mam ich dwudziestu i każdy jest inny, każdy z nich ma swoją historię do przerobienia. Zapraszam cię, przyjdź kiedyś na miting otwarty, przychodzą wtedy ich rodzice, jeżeli są w stanie, a także zaproszeni przez nich goście. –

- Wiesz, chyba nie skorzystam z twojego zaproszenia, tyle ludzkich traum na raz, to może mnie załamać. Ale miałeś coś powiedzieć o sobie. –

- Może kiedyś opowiem ci więcej szczegółów. Dziś jakoś już straciłem ochotę na osobiste zwierzenia. Powiem tylko, że trafiłem do Ośrodka, w którym teraz pracuję, jako młody pacjent potrzebujący pomocy. Miałem za sobą wtedy już dwie próby samobójcze. Cóż można tu więcej dodać. Jeśli ktoś nie przeżył tego sam bardzo trudno jest mu zrozumieć narkomana. Wiele zawdzięczam dyrektorowi Ośrodka, był nim ksiądz, salezjanin, który naprawdę kochał ludzi, szczególnie tych połamanych przez życie. On pokazał mi na Kim zawsze mogę się oprzeć i Kogo prosić o pomoc w potrzebie. Nawróciłem się, zakończyłem terapię, dostałem od księdza Jana krzyż, który tutaj wisi wraz z propozycją pracy w Ośrodku po ukończeniu studiów. Ksiądz Jan już nie żyje, ale jestem pewien, że trafił do nieba i dostaje tam zasłużoną nagrodę przebywania z Najwyższym. A ten oprawiony napis dostałem niedawno od moich chłopców. I tutaj masz rację, ten prezent daje mi faktycznie satysfakcję. Ale dosyć drogie panie, nie będę was już zanudzał. A ty, Irenko, gdybyś miała jakieś problemy, zawsze możesz podzielić się tym ze mną. Wyganiam was już z kuchni – zaśmiał się Stefan – bo będę zmywał. - 

- Powiedz mi jeszcze tylko, skąd wziął się w pokoju, w którym się obudziłam zapach marihuany ? - zapytała Irena.

- On po prostu zapisał się w twoim nosie, w twoim mózgu i myślę, że twoje ubranie również było nim przesiąknięte. Radzę ci z całego serca, nie zadawaj się z ludźmi, którzy proponują ci chwilowe odprężenie. Wyobraź sobie wtedy siebie leżącą pod murem i nieprzytomną i przeproś siebie w myślach, że pozwoliłaś się tak się poniżyć. - 

    *************************************************

środa, 16 września 2026




 

                   „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać…”

 

      Układała się już do snu, gdy przypomniała sobie, że jutro ma spotkanie ze swoim prawnikiem. Zdenerwowała się, bo nie przygotowała dla niego dokumentów, o które ją prosił. Zaczęła się zastanawiać, czy nie przełożyć jutrzejszego spotkania, bo inaczej musiałaby teraz zacząć ich szukać. Zabrałoby jej to co najmniej dwie godziny, a przypuszczalnie później miałaby kłopoty z zaśnięciem. Otuliła się kołdrą i włączyła cichutko relaksacyjną muzykę, przy której zwykle zasypiała. Ale sen nie chciał nadejść. Zaczęły kłębić się w jej głowie wspomnienia różnych scen z przeszłości. Niektóre były przyjemne, ale niektóre stresujące. Odganiała je, ale powracały i męczyły.

 

    Decyzję o wznowieniu sprawy spadkowej po jej adopcyjnych rodzicach podjęła już dość dawno, ale ciągle coś jej przeszkadzało, aby umówić się z prawnikiem. Prawdę mówiąc, to bała się spotkania na rozprawie swojego przybranego brata Janka. Znała go dobrze z jego kłamstw i oszustw. Była święcie przekonana, że testament został przez niego sfałszowany. Nienawidziła Janka, był dla niej przykładem perfidnego łobuza wykorzystującego dobroć i miłość rodziców. Był hołubiony i na wszystko mu pozwalano. A mimo to był zazdrosny o ich miłość do niej. Na każdym kroku ją przedrzeźniał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, nazywał ją Kryśka-Fiśka. Nie skarżyła się rodzicom, bo sądziła, że i tak nie uwierzą. Dopiero, gdy którejś nocy zakradł się do jej łóżka i próbował zgwałcić, powiedziała o tym matce. Była zaskoczona jej reakcją. Matka powiedziała, że z nim porozmawia, ale nie okazywała oburzenia, czy współczucia dla niej. Tak, jakby cała ta sprawa zbytnio jej nie obeszła. A przecież ona miała wtedy szesnaście lat, a on był dwa lata starszy. Dopiero po kilku latach dowiedziała się, że rozmowa matki z Jankiem była stanowcza, a sankcje bardzo dotkliwe. Po roku Janek wyprowadził się z domu, podał adres rodzicom, ale oni mało go odwiedzali.

    W mieście, gdzie mieszkali było wiele uczelni, wybrała Uniwersytet i obroniła dyplom na Wydziale Ekonomicznym. Bardzo szybko dostała dobrze płatną pracę i wynajęła mieszkanie.

    Gdy jej adopcyjni rodzice zaczęli niedomagać, nie tylko z racji wieku, ale też wielu chorób, być może długo nieleczonych, Janek zaciągnął się do wojska i wysłano go na misje ONZ do Afganistanu. Nikt nie rozumiał tej decyzji, a jego wyjazd jeszcze bardziej pogłębił złe samopoczucie, szczególnie matki, oboje zresztą stracili chęć życia. Opiekowała się nimi najlepiej jak potrafiła. Niestety, choroby postępowały i w końcu  zdecydowali, że chcą zostać oddani do domu opieki. Ona nie miała, oczywiście, adresu Janka przebywającego w Afganistanie, ale napisała list i wysłała do dowództwa w Polsce. Prosiła w liście, żeby wziął urlop i pomógł jej znaleźć odpowiednią opiekę dla rodziców. Ale nie dostała odpowiedzi.

      Jakoś z trudem udało jej się znaleźć dwa miejsca w tym samym domu opieki, aby staruszkowie mogli nawzajem się wspierać. Ale coś się w nich odmieniło. Tak, jak kiedyś byli dla niej bardzo serdeczni, tak teraz odczuwała chłód, a nawet niechęć. Domyślała się, że obciążali ją winą za decyzję Janka, ale nie rozmawiali o tym. Ojciec poprosił ją tylko, żeby przeprowadziła się z powrotem do ich domu. Ten właśnie fakt utwierdził ją w przekonaniu, że nie mogła zostać pominięta w ich testamencie.

      Pierwszy odszedł ojciec, a kilka miesięcy później matka. Wysyłała do Janka wiadomość o ich śmierci, jednak listy pozostały bez odpowiedzi. Również na telegramy z domu opieki nie zareagował. Otwarcie testamentu odbyło się także bez jego obecności. Gdy notariusz w obecności dyrekcji domu opieki odczytał go była niemile zaskoczona, gdyż cała ich nieruchomość, dom z ogrodem i działka nad jeziorem, zostały zapisane Jankowi, a jej pozostawiono skromny zachowek i biżuterię po matce. Wiedziała, że dom jest dość stary, że wymaga kapitalnego remontu, ale czuła sentyment do tego miejsca. Bardzo chciała wyremontować go i zamieszkać w nim na stałe.

    Prawnik wyraził zgodę na przełożenie terminu spotkania. Zdążyła zatem odnaleźć dokumenty dotyczące własności rodziców, jak też orzeczenie sądu o jej adopcji. Mecenas przyjął dokumenty i obiecał, że dość szybko sformułuję wniosek do sądu. Pod koniec rozmowy powiedział:

- Pani Krystyno. Zabawiłem się w detektywa i odnalazłem pani przyrodniego brata. Radziłbym pani odwiedzić go zanim złożymy wniosek do sądu – i podał jej zapisany na kartce adres, pod którym przebywał Janek.

Podziękowała i schowała do torebki. Na odchodnym zapytała: - To kiedy się znowu spotkamy? –

- Jak tylko wróci pani od brata. Proszę do mnie zadzwonić, że jest pani gotowa. –

Kartkę z adresem wyjęła dopiero w domu. Miejsce pobytu Janka wprawiło ją w osłupienie. Przeczytała na głos, jakby nie dowierzała: - Ośrodek Rehabilitacyjny dla Inwalidów Wojennych. –

Podany był również numer kontaktowy, więc od razu wystukała numer, chciała się upewnić, że to nie pomyłka. Sympatyczny męski głos odpowiedział jej, że nie podają informacji przez telefon, trzeba przyjechać osobiście. Była zdenerwowana i odpowiedziała coś niezbyt grzecznie.

Wzięła kilka dni bezpłatnego urlopu, bo przysługujący jej już wcześniej wykorzystała i ruszyła w podróż. Przy bramie ośrodka stali dwaj wartownicy i długo musiała im tłumaczyć, dlaczego nie dostała zaproszenia do odwiedzin od brata, tylko wybrała się na własną rękę. W końcu wydano jej przepustkę i otwarto bramę. Jeden z wartowników podał jej numer bloku i pokoju, w którym przebywał Janek. Była bardzo podekscytowana i zastanawiała się, jak ma go przywitać.  Wcześniej chciała uniknąć  spotkania Janka w sądzie, a teraz stoi przed drzwiami jego pokoju nie wiedząc w jakim on jest stanie. Zapukała, ale nikt się nie odezwał, zapukała drugi raz i gdy dalej nie usłyszała zaproszenia nacisnęła klamkę i cicho uchyliła drzwi. Janek siedział w fotelu i coś czytał. Był do połowy okryty kocem, a przy fotelu stał wózek inwalidzki. Nie patrząc na nią odezwał się:

- Dziękuję pani Agnieszko. Proszę postawić na stole. Zjem później. –

Dopiero po chwili zorientował się, że to nie obsługa i obejrzał w kierunku drzwi.

- Hej. I kogo my tu mamy – moja ukochana siostrzyczka mnie odnalazła. Witam cię, rozgość się, proszę. I co cię do mnie sprowadza? Pewnie jakieś interesy, bo przecież chyba nie siostrzana miłość? –

Nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć, bo przecież miał rację, przyjechała załatwić sprawę spadku.

- Przepraszam, że nie szukałam cię wcześniej. Pisałam do ciebie, ale nie dawałeś znaku życia. W końcu za sprawą nieomal detektywa odnalazłam cię. Nie wiedziałam, że byłeś ranny. Ukrywałeś się przede mną, a wcześniej też przed rodzicami. Nie raczyłeś być nawet na ich pogrzebach. –

- No, to gorzko powiedziane. Kiedy oni umierali, ja również byłem na krawędzi życia. Kiedy nas zbierali spod gazika, który wjechał na minę, w meldunku podali, że jestem martwy. Dopiero, gdy dotarliśmy do szpitala polowego lekarz stwierdził, że tli się jeszcze we mnie życie. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, ale skoro zadałaś sobie tyle trudu i tu przyjechałaś… -

- Przepraszam cię Janku. Jak łatwo jest niesłusznie kogoś oskarżyć. Czy możesz mi wybaczyć? Może miałam do ciebie kiedyś dużo złości, ale to już przeszłość. Bardzo chciałabym, abyśmy byli dla siebie siostrą i bratem. Wiesz, że nie mam teraz nikogo bliskiego po śmierci rodziców. –

- No, ja też nie byłem ci dłużny. Tylko ty chowałaś swoje emocje, a ja wyżywałem się na tobie. Myślę, że byłem zazdrosny o miłość rodziców, o to, że traktowali cię jak swoją rodzoną córkę. Ja też mam za co przepraszać. Ale nie chcę twojej siostrzanej bliskości, twojego współczucia, czy litości. Mam tutaj dobre warunki, dbają o nas, inwalidów, aż z przesadą. Zapewniają nie tylko mieszkanie i wyżywienie, ale mamy wiele atrakcyjnych rozrywek, jak kino, czy teatr,  spotykamy się z ciekawymi ludźmi, mam tutaj przyjaciół. –

- Janku, a czy pozwolisz mi mieszkać w domu rodziców? Odremontowała bym go i zadbała o ogród. A ty zawsze będziesz mógł tam wrócić, czy przyjechać na pewien czas. Zaopiekowała bym się tobą lub zapewniła pomoc kompetentnej osoby. Jeżeli już zakopaliśmy topór wojenny, może spróbujmy myśleć o sobie nawzajem z życzliwością. Co ty na to? –

Janek zaczął się głośno śmiać:

- To już teraz wiem, czemu mnie odwiedziłaś. Chciałaś załatwić sobie wygodne lokum z ogródkiem. A mieszkaj sobie i daj mi święty spokój. –

Krystynę zamurowało i dłuższą chwilę milczała. Nie mogła zaprzeczyć, co było celem jej podróży, ale w sytuacji kalectwa Janka sprawa spadku przedstawiała się w zupełnie innej perspektywie.

- Tak, Janku. Nie mogę zaprzeczyć, że głównym problemem, o którym chciałam z tobą rozmawiać to była sprawa spadku po rodzicach. Nie chciało mi się wierzyć, że wszystkie nieruchomości zapisali tobie, a ja dostanę jakieś ochłapy. –

- Ochłapy? Pewnie nie wiesz, że cała biżuteria mamy, którą miała od swoich babek i prababek, jest warta dwa razy więcej niż ten stary dom i działka nad jeziorem. To ja mogę czuć się pokrzywdzony. –

- Przepraszam cię Janku, ale niedługo mam pociąg i muszę jeszcze coś zjeść, bo jestem bardzo głodna. –

- Możesz zjeść mój obiad, stoi na stole. Ja zupełnie nie mam apetytu. Bardzo proszę – odpowiedział Janek. Karmią nas bardzo smacznie i do sytości. Gdybym wszystko zjadał ważyłbym już pewnie ze sto kilogramów. A jak widzisz, mało się ruszam – uśmiechnął się.

- Naprawdę mogę zjeść twój obiad? Dzięki. Nic nie jadłam od wczorajszej kolacji. Denerwowałam się, że nie będziesz chciał  widzieć się ze mną – powiedziała cichym głosem. –

Janek zaczął próbować przemieścić się na wózek, ale szło mu to niezbyt zgrabnie. Krysia podbiegła, uniosła go i pomogła usiąść w wózku. Odkrył się przy tej czynności koc i zobaczyła, że jedna jego noga jest amputowana poniżej kolana. Wzruszyła się, ale nie dała tego po sobie poznać, aby go nie speszyć. On w tym momencie zaczął się śmiać:

- Jak myślisz, odrośnie mi, czy nie odrośnie? Nie bądź skrępowana, ja już jestem pogodzony i nawet wierzę, że stanę na nogi. Zobacz, tam stoi proteza. –

Rzeczywiście, pod ścianą, w specjalnym stojaku, stała  błyszcząca nowością brakująca część nogi.

- Już możesz ją zakładać? – spytała.

- No, właśnie się tego uczę. Jeszcze moja blizna jest zbyt świeża, ale z czasem, podobno będę nawet mógł biegać – znowu z uśmiechem odpowiedział Janek i mówił dalej:

-  Chodzę na długie rozmowy z psychologiem i bardzo mi to pomaga. Staję się pomału innym człowiekiem. Na ciebie też już inaczej patrzę. Może się jeszcze kiedyś spotkamy, to opowiem ci, dlaczego tak cię dręczyłem. Ale do takich wyznań muszę się przygotować na zajęciach terapeutycznych, bo znowu mogę coś schrzanić. O której masz pociąg? Chętnie cię odprowadzę, ale niezbyt daleko, bo nie jestem jeszcze wprawiony w poruszaniu się na wózku. Krysiu, przyjedziesz jeszcze do mnie? –

- Tak, tak, oczywiście, przyjadę. Będę miała trochę wolnego za nadgodziny to wpadnę do ciebie. Czy pozwolisz, że cię przytulę, Janku? –

- Z przyjemnością moja siostrzyczko. Z przyjemnością. –

    Miała jeszcze trochę czasu do odjazdu, ale zrozumiała, że Janek był zmęczony i pewnie chciał odpocząć. Nie miała ochoty chodzić po nieznanym mieście, a tym bardziej przesiadywać w poczekalni dworca. Przypomniała sobie, że ktoś kiedyś opowiadał jej o pięknym, barokowym kościele położonym w pobliżu budynku Dworca Głównego. Zapytała pierwszą napotkaną osobę i wskazała jej kierunek, w który ma się udać. Rzeczywiście, kościół był przepiękny. Bogato rzeźbione filary i stele były pokryte złoceniami, które we wpadającym przez wysmukłe okna słońcu błyszczały, a nawet oślepiały wzrok. Była zdziwiona, że w kościele jest tak wielu ludzi siedzących w ławkach i jakby na coś oczekujących. A przecież nie była to pora na odprawianie Mszy. Po kilkuminutowym oczekiwaniu głośnym dźwiękiem zabrzmiały organy i poznała, że organista wykonuje jeden z koncertów brandenburskich Bacha. Ucieszyła się bardzo, bo dawno nie była na żadnym koncercie. Znane jej dźwięki wybrzmiewały i odbijały się od sklepienia kościoła. Siedziała i słuchała, jak zaczarowana. Niedaleko niej zapaliło się boczne światełko, skręciła głowę i zobaczyła, że światło pada z konfesjonału. Pomyślała:

- A może skorzystać z takiej okazji i się wyspowiadać? –

Sprawdziła ile ma jeszcze czasu do odjazdu pociągu i stanowczym krokiem podeszła do kratek konfesjonału. Spowiadał starszy, zupełnie siwy ksiądz o łagodnym, miłym dla ucha głosie. Brzmiały jeszcze dźwięki organów i nie była pewna, czy ksiądz dobrze słyszy co do niego mówi. Nawet zapytała go o to. A on swoim miłym głosem odpowiedział:

- Dziecko, ja mogę nie słyszeć, ale Jezus na pewno cię słyszy. Mów tak, jakbyś mówiła do Niego. –

Po tych słowach rozpłakała się i zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie, tak trudnym szczególnie dla małego dziecka, o nowej rodzinie, która przyjęła ją całym sercem i w końcu o jej złości i nienawiści do brata, który ją prześladował. Wypowiedziała wszystkie swoje bóle i czekała na pouczenie księdza. A on powiedział:

- Niedaleko jesteś dziecko od Królestwa Bożego, w Imię Pana Jezusa i mocą Kościoła ja odpuszczam tobie wszystkie grzechy. Żyj teraz jak dziecko Boże. „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą.” A za pokutę czytaj sobie często Księgę Izajasza. Pan z tobą. –

Po odejściu od konfesjonału czuła się jakby wyszła z kąpieli, nawet trwający nadal koncert wydawał się jej jakiś bardziej uroczysty, jakby organista grał tylko dla niej.

Sprawdziła czas i wybiegła z kościoła obawiając się, że nie zdąży na pociąg. Weszła na peron minutę przed odjazdem, zdyszana, ale szczęśliwa.

    Minęły dwa miesiące od wizyty u Janka. Kontaktowali się telefonicznie i przekazywali sobie informacje. Janek opowiadał o postępach w ćwiczeniach z protezą, a Krysia informowała go o tym, co już wyremontowała w domu i zasadziła nowego w ogrodzie. Mimo tych kontaktów byli jeszcze oboje skrępowani i brak było pełnej szczerości i radości w ich rozmowach. Na jego zaproszenie do powtórnego odwiedzenia go odpowiedziała pozytywnie, ale nie wyczuwało się w jej głosie radości. Odpowiedziała grzecznie:

- Postaram się, Janku, odwiedzić cię w przyszłym tygodniu, ale długo nie zabawię. Mam mnóstwo zajęć w pracy i w domu. Moje wolne za nadgodziny już wykorzystałam na pilnowanie fachowców remontujących dom. Dam ci znać kiedy się pojawię. –

    Powitanie było bardziej serdeczne niż rozmowy przez telefon. Janek jakoś przemieścił się na wózku na dworzec, aby powitać ją na peronie. Od razu zaproponował, aby skierowali się na drugą stronę ulicy przydworcowej i wspólnie coś przekąsili. Knajpka była przytulna, a gości w niej niewielu, mogli więc spokojnie rozmawiać. Pierwszy zaczął Janek:

- Bardzo się cieszę z tego spotkania Krysiu. Chciałbym opowiedzieć ci o naszym wspólnym dzieciństwie z mojej perspektywy - jedynaka, który był rozpieszczany i hołubiony aż z przesadą. –

Krysia łagodnie zaprotestowała:

- Myślę, że nie jest to dobry pomysł na miłe spędzenie wspólnego czasu. Ale jeżeli masz takie życzenie, to postaram się spokojnie cię wysłuchać. –

- Dzięki. Miałem sporo czasu na przemyślenia i próbę oceny mojego zachowania wobec ciebie. Na pewno główną przeszkodą w naszych kontaktach była moja zazdrość o zabranie przez ciebie sporej części zainteresowania i miłości rodziców. Ale to był jeden z powodów. W miarę, jak obserwowałem twoje zachowanie: grzeczność, cichość i cierpliwość poczułem, że jesteś dużo lepsza ode mnie. Dlatego tak często dokuczałem ci, żeby cię po prostu złamać i doprowadzić do złości. Byłem już nastolatkiem, kiedy odkryłem, że jesteś bardzo ładna i zgrabna. Wtedy nagle poczułem, że się w tobie zakochałem na zabój. Nie była to miłość braterska, ale namiętne uczucie, które oczywiście ukrywałem. A przez dokuczanie ci chciałem zwrócić na siebie twoją uwagę. To taki młodzieńczy, a nawet dziecinny sposób zachowania. Ten przypadek, który uznałaś za próbę zniewolenia ciebie, miał w sobie jedynie potrzebę przytulenia cię i powiedzenia, co do ciebie czuję. Może nie byłem zbyt delikatny i mogłaś to odebrać jako próbę gwałtu. Nie będę ci powtarzał, co do mnie później powiedziała mama. Ona też nie zrozumiała mojego zachowania i nie chciała słuchać o moim uczuciu do ciebie. Kazała mi się natychmiast wyprowadzić z domu. Reszty się domyślasz, byłem zrozpaczony, odczuwałem podwójne odrzucenie i przez ciebie, i przez nią. Jedynym wyjściem dla mnie było po prostu zniknięcie. No i dlatego pojechałem narażać życie do Afganistanu. Resztę opowieści już słyszałaś. Teraz odpokutowuję, a to, że się pojawiłaś przyniosło mi światełko nadziei, że mi wybaczysz. –

      Krysia słuchała ze spuszczoną głową opowieści Janka i rozmyślała, co ma mu odpowiedzieć. Nigdy nie patrzyła na niego, jak na zwykłego chłopaka. Starała się pokochać go jak swojego prawdziwego brata, ale z powodu przykrości, które jej sprawiał nie potrafiła i szczerze go nie lubiła. Czy ma mu to teraz powiedzieć? To może go załamać – pomyślała.

- Janku, mamy dzisiaj godzinę szczerości, przyznam, że nie przepadałam za tobą i twoim towarzystwem. Ale przecież po tych kilku latach jesteśmy innymi ludźmi, dorośliśmy i sądzę, że patrzymy na siebie z serdecznością. Oboje zostaliśmy bez rodziny, samotni i pewnie trochę zgorzkniali. Ja nie mam szczęścia do podrywania porządnych facetów. Z tymi, z którymi byłam blisko, nie chciałabym spędzić całego życia. Byli trochę z innego świata, lubili życie łatwe i przyjemne, a gdy coś im nie pasowało, pojawiały się jakieś problemy, po prostu „zwijali żagle” i odchodzili w siną dal. Nauczyłam się żyć jako singielka i dobrze mi z tym. Trudno byłoby mi teraz dostosowywać swoje przyzwyczajenia i zmieniać je dla drugiej osoby. –

- Doskonale cię rozumiem. Jestem bardzo zagubiony i to nie tylko z powodu mojego kalectwa, ale nie wiem, czy potrafiłbym żyć z drugą osobą. Czy znowu nie poplątał bym w moim zagubieniu jej losu, no i swojego. Teraz żyję z dnia na dzień, w ustalonym harmonogramie, w otoczeniu ciągle tych samych osób. Wszyscy są dla mnie życzliwi, ale brakuje mi prawdziwej bliskości. Ale dosyć narzekania. Chcę już zamknąć ten niezbyt chlubny etap młodzieńczych głupot i złych wyborów. Mam dobrego terapeutę, z którym pracuję nad pozytywnym postrzeganiem siebie i tego, co ten świat może mi jeszcze zaoferować. Byłbym szczęśliwy, gdybyś zechciała pomóc mi w tym. –

- A w jaki sposób mogłabym ci pomóc? Jak ci mówiłam sama jestem nieco zagubiona i nie raz myślę, jak będę sobie radzić w starszym wieku. Czy czeka mnie dom opieki? Przebywanie, może i latami, wśród obcych mi ludzi? Sam to przeżywasz, więc wiesz o czym mówię. –

- Też czasem o tym myślę. Ale znów smucimy. Już lepiej porozmawiajmy o pogodzie lub o ulubionych potrawach. -

Janek uśmiechnął się i wziął do ręki kartę dań.  

     Od tej rozmowy minęły trzy lata. Świat obojga bohaterów opowiadania bardzo się zmienił. Mieszkali wspólnie, jak brat z siostrą, w odnowionym domu rodziców. Podjęli się wychowania dwóch małych chłopców z Domu Dziecka. Krysia prawnie była rodziną zastępczą dla Adasia, a Janek dla jego rówieśnika Dawidka. Obaj chłopcy znali się wcześniej, bo przebywali w tym samym Domu, co znacznie ułatwiało organizowanie wspólnych zabaw. Obaj chłopcy mówili do swoich opiekunów ciociu i wujku, więc później, w dorosłym życiu nie czuli się oszukani, że obce osoby zastępowały im rodziców. W jadalni, na widocznym miejscu wisiały dwa obrazki namalowane przez chłopców, i na jednym i na drugim były dość podobne „portrety” Krysi i Janka z napisami:

„Bardzo Was kochamy !!!”

 

 

 

 

 

 

 






 

              „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać…”

 

      Układała się już do snu, gdy przypomniała sobie, że jutro ma spotkanie ze swoim prawnikiem. Zdenerwowała się, bo nie przygotowała dla niego dokumentów, o które ją prosił. Zaczęła się zastanawiać, czy nie przełożyć jutrzejszego spotkania, bo inaczej musiałaby teraz zacząć ich szukać. Zabrałoby jej to co najmniej dwie godziny, a przypuszczalnie później miałaby kłopoty z zaśnięciem. Otuliła się kołdrą i włączyła cichutko relaksacyjną muzykę, przy której zwykle zasypiała. Ale sen nie chciał nadejść. Zaczęły kłębić się w jej głowie wspomnienia różnych scen z przeszłości. Niektóre były przyjemne, ale niektóre stresujące. Odganiała je, ale powracały i męczyły. 

    Decyzję o wznowieniu sprawy spadkowej po jej adopcyjnych rodzicach podjęła już dość dawno, ale ciągle coś jej przeszkadzało, aby umówić się z prawnikiem. Prawdę mówiąc, to bała się spotkania na rozprawie swojego przybranego brata Janka. Znała go dobrze z jego kłamstw i oszustw. Była święcie przekonana, że testament został przez niego sfałszowany. Nienawidziła Janka, był dla niej przykładem perfidnego łobuza wykorzystującego dobroć i miłość rodziców. Był hołubiony i na wszystko mu pozwalano. A mimo to był zazdrosny o ich miłość do niej. Na każdym kroku ją przedrzeźniał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, nazywał ją Kryśka-Fiśka. Nie skarżyła się rodzicom, bo sądziła, że i tak nie uwierzą. Dopiero, gdy którejś nocy zakradł się do jej łóżka i próbował zgwałcić, powiedziała o tym matce. Była zaskoczona jej reakcją. Matka powiedziała, że z nim porozmawia, ale nie okazywała oburzenia, czy współczucia dla niej. Tak, jakby cała ta sprawa zbytnio jej nie obeszła. A przecież ona miała wtedy szesnaście lat, a on był dwa lata starszy. Dopiero po kilku latach dowiedziała się, że rozmowa matki z Jankiem była stanowcza, a sankcje bardzo dotkliwe. Po roku Janek wyprowadził się z domu, podał adres rodzicom, ale oni mało go odwiedzali.

    W mieście, gdzie mieszkali było wiele uczelni, wybrała Uniwersytet i obroniła dyplom na Wydziale Ekonomicznym. Bardzo szybko dostała dobrze płatną pracę i wynajęła mieszkanie.

    Gdy jej adopcyjni rodzice zaczęli niedomagać, nie tylko z racji wieku, ale też wielu chorób, być może długo nieleczonych, Janek, nagle zaciągnął się do wojska i wysłano go na misje ONZ do Afganistanu. Nikt nie rozumiał tej decyzji, a jego wyjazd jeszcze bardziej pogłębił złe samopoczucie, szczególnie matki, oboje zresztą stracili chęć życia. Opiekowała się nimi najlepiej jak potrafiła. Niestety, choroby postępowały i w końcu  zdecydowali, że chcą zostać oddani do domu opieki. Ona nie miała, oczywiście, adresu Janka przebywającego w Afganistanie, ale napisała list i wysłała do dowództwa w Polsce. Prosiła w liście, żeby wziął urlop i pomógł jej znaleźć odpowiednią opiekę dla rodziców. Ale nie dostała odpowiedzi.

      Jakoś z trudem udało jej się znaleźć dwa miejsca w tym samym domu opieki, aby staruszkowie mogli nawzajem się wspierać. Ale coś się w nich odmieniło. Tak, jak kiedyś byli dla niej bardzo serdeczni, tak teraz odczuwała chłód, a nawet niechęć. Domyślała się, że obciążali ją winą za decyzję Janka, ale nie rozmawiali o tym. Ojciec poprosił ją tylko, żeby przeprowadziła się z powrotem do ich domu. Ten właśnie fakt utwierdził ją w przekonaniu, że nie mogła zostać pominięta w ich testamencie.

      Pierwszy odszedł ojciec, a kilka miesięcy później matka. Wysyłała do Janka wiadomość o ich śmierci, jednak listy pozostały bez odpowiedzi. Również na telegramy z domu opieki nie zareagował. Otwarcie testamentu odbyło się także bez jego obecności. Gdy notariusz w obecności dyrekcji domu opieki odczytał go była niemile zaskoczona, gdyż cała ich nieruchomość, dom z ogrodem i działka nad jeziorem, zostały zapisane Jankowi, a jej pozostawiono skromny zachowek i biżuterię po matce. Wiedziała, że dom jest dość stary, że wymaga kapitalnego remontu, ale czuła sentyment do tego miejsca. Bardzo chciała wyremontować go i zamieszkać w nim na stałe.

    Prawnik wyraził zgodę na przełożenie terminu spotkania. Zdążyła zatem odnaleźć dokumenty dotyczące własności rodziców, jak też orzeczenie sądu o jej adopcji. Mecenas przyjął dokumenty i obiecał, że dość szybko sformułuję wniosek do sądu. Pod koniec rozmowy powiedział:

- Pani Krystyno. Zabawiłem się w detektywa i odnalazłem pani przyrodniego brata. Radziłbym pani odwiedzić go zanim złożymy wniosek do sądu – i podał jej zapisany na kartce adres, pod którym przebywał Janek.

Podziękowała i schowała do torebki. Na odchodnym zapytała: - To kiedy się znowu spotkamy? –

- Jak tylko wróci pani od brata. Proszę do mnie zadzwonić, że jest pani gotowa. –

Kartkę z adresem wyjęła dopiero w domu. Miejsce pobytu Janka wprawiło ją w osłupienie. Przeczytała na głos, jakby nie dowierzała: - Ośrodek Rehabilitacyjny dla Inwalidów Wojennych. –

Podany był również numer kontaktowy, więc od razu wystukała numer, chciała się upewnić, że to nie pomyłka. Sympatyczny męski głos odpowiedział jej, że nie podają informacji przez telefon, trzeba przyjechać osobiście. Była zdenerwowana i odpowiedziała coś niezbyt grzecznie.

Wzięła kilka dni bezpłatnego urlopu, bo przysługujący jej już wcześniej wykorzystała i ruszyła w podróż. Przy bramie ośrodka stali dwaj wartownicy i długo musiała im tłumaczyć, dlaczego nie dostała zaproszenia do odwiedzin od brata, tylko wybrała się na własną rękę. W końcu wydano jej przepustkę i otwarto bramę. Jeden z wartowników podał jej numer bloku i pokoju, w którym przebywał Janek. Była bardzo podekscytowana i zastanawiała się, jak ma go przywitać.  Wcześniej chciała uniknąć  spotkania Janka w sądzie, a teraz stoi przed drzwiami jego pokoju nie wiedząc w jakim on jest stanie. Zapukała, ale nikt się nie odezwał, zapukała drugi raz i gdy dalej nie usłyszała zaproszenia nacisnęła klamkę i cicho uchyliła drzwi. Janek siedział w fotelu i coś czytał. Był do połowy okryty kocem, a przy fotelu stał wózek inwalidzki. Nie patrząc na nią odezwał się:

- Dziękuję pani Agnieszko. Proszę postawić na stole. Zjem później. –

Dopiero po chwili zorientował się, że to nie obsługa i obejrzał w kierunku drzwi.

- Hej. I kogo my tu mamy – moja ukochana siostrzyczka mnie odnalazła. Witam cię, rozgość się, proszę. I co cię do mnie sprowadza? Pewnie jakieś interesy, bo przecież nie siostrzana miłość? –

Nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć, bo przecież miał rację, przyjechała załatwić sprawę spadku.

- Przepraszam, że nie szukałam cię wcześniej. Pisałam do ciebie, ale nie dawałeś znaku życia. W końcu za sprawą nieomal detektywa odnalazłam cię. Nie wiedziałam, że byłeś ranny. Ukrywałeś się przede mną, a wcześniej też przed rodzicami. Nie raczyłeś być nawet na ich pogrzebach. –

- No, to gorzko powiedziane. Kiedy oni umierali, ja również byłem na krawędzi życia. Kiedy nas zbierali spod gazika, który wjechał na minę, w meldunku podali, że jestem martwy. Dopiero, gdy dotarliśmy do szpitala polowego lekarz stwierdził, że tli się jeszcze we mnie życie. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, ale skoro zadałaś sobie tyle trudu i tu przyjechałaś… -

- Przepraszam cię Janku. Jak łatwo jest niesłusznie kogoś oskarżyć. Czy możesz mi wybaczyć? Może miałam do ciebie kiedyś dużo złości, ale to już przeszłość. Bardzo chciałabym, abyśmy byli dla siebie siostrą i bratem. Wiesz, że nie mam teraz nikogo bliskiego po śmierci rodziców. –

- No, ja też nie byłem ci dłużny. Tylko ty chowałaś swoje emocje, a ja wyżywałem się na tobie. Myślę, że byłem zazdrosny o miłość rodziców, o to, że traktowali cię jak swoją rodzoną córkę. Ja też mam za co przepraszać. Ale nie chcę twojej siostrzanej bliskości, twojego współczucia, czy litości. Mam tutaj dobre warunki, dbają o nas, inwalidów, aż z przesadą. Zapewniają nie tylko mieszkanie i wyżywienie, ale mamy wiele atrakcyjnych rozrywek, jak kino, czy teatr,  spotykamy się z ciekawymi ludźmi, mam tutaj przyjaciół. –

- Janku, a czy pozwolisz mi mieszkać w domu rodziców? Odremontowała bym go i zadbała o ogród. A ty zawsze będziesz mógł tam wrócić, czy przyjechać na pewien czas. Zaopiekowała bym się tobą lub zapewniła pomoc kompetentnej osoby. Jeżeli już zakopaliśmy topór wojenny, może spróbujmy myśleć o sobie nawzajem z życzliwością. Co ty na to? –

Janek zaczął się głośno śmiać:

- To już teraz wiem, czemu mnie odwiedziłaś. Chciałaś załatwić sobie wygodne lokum z ogródkiem. A mieszkaj sobie i daj mi święty spokój. –

Krystynę zamurowało i dłuższą chwilę milczała.  

 

  

wtorek, 11 sierpnia 2026

"...A nadzieja zawieść nie może..."

 

                       

                                                                                              

 

                            „A nadzieja zawieść nie może…”  

       

          Okno w pociągu było nieco przybrudzone, ale i tak z radością oglądałem znajome krajobrazy: urokliwą drogę biegnącą wzdłuż torów, białe pnie brzóz, które wyłaniały się z leśnych zarośli. Wydawało mi się nawet, że dostrzegłem kapelusze czerwonych kozaków, nieodłącznych towarzyszy brzozowych zagajników. Wspominałem wspólne wyprawy z kolegami: zbieranie jagód i grzybów, rajdy rowerowe po leśnych ścieżkach. Ile to lat minęło? Nie potrafiłem policzyć. Przyjazdy tutaj, na wakacyjny wypoczynek, były dla mnie spełnieniem moich chłopięcych marzeń. Skromny, wiejski domek babci i dziadka z wychodkiem za stodołą, ze skrzypiącym kołowrotem przy studni, gdaczące kury, klatki z królikami na podwórzu, to wszystko mnie zachwycało. Nie lubiłem blokowiska, na którym mieszkałem, nie lubiłem placu zabaw z zasikaną przez psy piaskownicą, huśtawką ciągle zajętą przez starszych ode mnie chłopaków. Tutaj, na wsi, w odosobnionym gospodarstwie położonym w sąsiedztwie starego, sosnowego lasu czułem się w pełni szczęśliwy.

     Gdy zmarli ukochani dziadkowie byłem już w ostatniej klasie ogólniaka. Czekali na moją maturę, ale niestety już jej nie doczekali. Najpierw zmarła babcia, nie chciała iść do szpitala i po cichu odeszła w swoim ukochanym domku. Dziadek dzielnie jej towarzyszył, a ostatnie dni jej życia były pożegnaniem z całą rodziną, która stawiła się w komplecie. Dziadek zmarł niedługo po babci, samotne życie bardzo mu dokuczało i nawet podobno modlił się, żeby Pan Bóg go zabrał.     Przypominając sobie tamte chwile bardzo się wzruszyłem. Siedzący na wprost mnie towarzysz podróży, spostrzegł jego wzruszenie i zapytał:

- Czy mógłbym w czymś pomóc? Widzę, że coś pana trapi. – Ocknąłem się zdziwiony pytaniem nieznajomego, uśmiechnąłem się i powiedziałem: - Wspominałem moje dzieciństwo i wakacje spędzane u dziadków w tej głuszy. To był piękny czas. -

 Dalej zacząłem wspominać, ale już na głos, dzieląc się  tym ze współpasażerem:

     -  Po śmierci dziadków własność gospodarstwa przypadła moim rodzicom. Dom i całe obejście były dość zaniedbane ze względu na wiek staruszków. Moi rodzice też nie byli już tacy młodzi, żeby podjąć się remontu, więc przekazali spadek mojemu starszemu bratu. Nie sądzę, żeby był on tym zachwycony. Przyjeżdżał tutaj, owszem, ale na krótko i nie gustował w tej ciszy, prostym jedzeniu i braku telewizji. Obiecał, co prawda, że doprowadzi do porządku zabudowania, ogrodzi ogród, ale powiedział z góry, że żadnych zwierząt hodował nie będzie. Dostał też od rodziców warunek, że rodzina będzie mogła przyjeżdżać tutaj na letni wypoczynek. Znałem dobrze mojego brata, wiele razy obiecywał solennie, że coś zrobi, wiedząc z góry, że słowa nie dotrzyma. I miałem rację. Kiedy któregoś roku zapowiedziałem, że chcę przyjechać na dwa tygodnie i pobyć w domu dziadków, usłyszałem, że nie bardzo można tu mieszkać. Podobno studnia wyschła i nie było wody do picia, a do potrzeb bytowych przywożono wodę w beczkowozie. Stwierdziłem, że mnie to nie przeszkadza i podałem konkretny termin przyjazdu.

     Gdy stanąłem przed domem byłem zupełnie załamany. Nie tylko nic nie zostało wyremontowane, ale nawet w niektórych oknach były wybite szyby. O ogrodzie nie wspomnę, bo właściwie ogrodu nie było, tylko porastały go wysokie zarośla. Obróciłem się na pięcie i wróciłem do swojego domu zmieniając plany urlopowe. Myśl o tak bardzo zaniedbanym i opuszczonym miejscu, które kochałem, nie dawała mi spokoju. Nie chciałem skarżyć się na brata do rodziców, tym bardziej, że oni również nie interesowali się sprawą siedliska po dziadkach. A w dodatku, gdy przeszli na emeryturę więcej czasu spędzali w letnim domu na Teneryfie niż w Polsce. Zdecydowałem, że szczerze porozmawiam z bratem i zaproponuję mu scedowanie własności na mnie. Brat się zgodził i po pewnym czasie załatwiliśmy sprawy formalne. No, i teraz przybliżam się do tego miejsca. Mam nadzieję, że będzie ono na długi czas moim prawdziwym domem. Mimo, że jadę pełen niepewności, co zastanę na miejscu, odczuwam radość. –

Nieznajomy słuchał uważnie i powiedział:

- Miło było pana poznać. Życzę szczęśliwego spełnienia zamierzeń. Ja, niestety, już wysiadam na tej stacji. Do widzenia.

         Gdy dotarłem na miejsce okazało się, że brat postarał się nieco uporządkować i wysprzątać dom, a także i całe obejście. Pewnie poruszyło go sumienie i nie chciał mnie rozgniewać. Podróż miałem wygodną, nie potrzebowałem wypoczynku, więc z miejsca zabrałem się do planowania i ustalania, co mam po kolei robić. Najtrudniej było mi podejmować decyzje dotyczące pozbywania się starych mebli, obrazów i różnych bibelotów, które skrzętnie gromadzili moi dziadkowie. Oczywiście, głównie dziadek, który zbierał nieprzydatne już przedmioty, bo „mogą się kiedyś przydać.”

Rozmyślałem: - A może nic nie wyrzucać? Może moi synowie  w tym bałaganie znajdą jakieś przedmioty przydatne do ich zabaw?  No, ale przecież trzeba uwolnić miejsce na rzeczy osobiste, garderobę, książki itp. Trudno mi było rozwiązać ten dylemat. –

Zdecydowałem, że pozostawię na ścianach obrazy, szczególnie te „święte”, malowane na szkle, pamiętające jeszcze czasy moich pradziadków oraz dwa duże olejne, z sercami Pana Jezusa i Maryi.

    Już wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądać główny pokój, nazywany izbą, kiedy go odnowię i wyposażę w odrestaurowane stare meble. Miałem jednak duże wątpliwości, czy taki wystrój spodoba się moich chłopakom.

     Od kilku lat żyłem w separacji z Haliną, moją ukochaną niegdyś żoną, matką moich dwóch synów Daniela i Oskara. Widywałem się z synami raz w tygodniu, a od czasu do czasu wyjeżdżałem z nimi na krótki urlop. Marzeniem moim było, aby przebywać z nimi częściej i przekazywać im wiedzę o tym, jak radzić sobie w realnym życiu. Uważałem, że chłopcy za dużo siedzą przy swoich tabletach tracąc czas na głupie gry lub jeszcze głupsze animowane filmy. To był główny spór między moją „byłą” i mną. Ona pozwalała im kilka godzin dziennie spędzać na wpatrywaniu się w ekran, na którym gonili ludziki lub oglądali walczące ze sobą potwory. Oczywiście, chłopcy,  nie akceptowali tego, że chcę im ograniczać dostęp do Internetu i złościli się na mnie. Starałem się zatem, gdy byli pod moją opieką, zapewnić im zajęcia trenowe lub kulturalne. Różnie to przyjmowali. Teraz mają być ze mną ponad trzy tygodnie i będzie to ważny egzamin i dla nich i dla mnie. A więc ruszam z działaniem.

Byłem wdzięczny bratu, bo nie tylko ogarnął z grubsza obejście i dom, ale wyposażył kuchnię w nową lodówkę i kuchenkę mikrofalową. Do głównego gotowania pozostała jednak murowana kuchnia z fajerkami, która służyła również do ogrzewania w chłodne dni. Prąd był włączony, studnia została pogłębiona, a woda miała atest zdatności do spożycia. To były dwie najważniejsze sprawy. Nie było natomiast połączenia z Internetem, a możliwość korzystania z telefonu komórkowego była bardzo ograniczona.

    Rzuciłem się w wir przygotowań, aby zdążyć na przyjazd chłopaków. Szczególnie zależało mi na skombinowaniu dwóch dodatkowych rowerów. Jeden grat stał w komórce, sprawdziłem, że da się na nim jeździć, ale pozostałe dwa? Przecież tutaj na pustkowiu nie ma wypożyczalni rowerów, a nawet gdyby w miasteczku była, to nie sprawdzę tego, bo nie ma Internetu. Postanowiłem dojechać na tym gracie do najbliższego sklepu, zrobić zakupy i dowiedzieć się czegoś o możliwości wypożyczenia sprzętu. Pomyślałem również o jakiejś łodzi, motorówce, czy choćby rowerze wodnym, bo położone w pobliżu niewielkie jezioro bardzo zachęcało do popływania. Byłem kiepskim pływakiem, ale wiedziałem, że obaj moi synowie świetnie radzili sobie w wodzie. To właśnie bliskość jeziora najbardziej ich zachęciła do przyjęcia mojej propozycji wspólnego wyjazdu do „chaty”, jak nazywałem dom dziadków.

     Sprawa pożyczenia rowerów została pomyślnie rozwiązana. Uprzejmy właściciel najbliższego sklepu (z tzw. „szydłem i powidłem”), gdy go zapytałem zaoferował pożyczenie swojego, starego roweru na dwa tygodnie. Obiecał mi również popytać swoich klientów o możliwość pożyczenia lub taniego odsprzedania jeszcze jednego.

       Termin przyjazdu chłopców już się zbliżał i zacząłem odczuwać niepokój, czy ja dam radę sprostać wszystkim obowiązkom opieki nad nimi. Opracowałem harmonogram dyżurów w kuchni oraz podział innych obowiązków, które uważałem za możliwe do wykonania przez nich. Ale od razu wyobrażałem sobie jak się krzywią i marudzą, tłumacząc mi, że to są wakacje i nie muszą nic robić.

Lodówka była już zapełniona różnymi przysmakami, o których wiedziałem, że je lubią. Były tam również gotowe dania, szczególnie zupy i potrawy mączne.

Próbowałem do nich dzwonić, ale przy chacie nie było zasięgu. Musiałem dojechać do sklepu, a to zajmowało ponad piętnaście minut. Wreszcie telefon odebrał Oskar, miał trzynaście lat, ale był jeszcze bardzo dziecinny. Młodszy o rok Daniel był przeciwieństwem starszego brata, sprytny, szybki, trochę rozrabiaka, ale radosny.

Zapytałem Oskara, kiedy mam wyjść po nich na przystanek kolejowy. Nie potrafił mi odpowiedzieć, musiał zapytać się matki. W końcu telefon przejęła Halina i powiedziała, że odda ich pod opiekę kierownikowi pociągu, który przypilnuje, żeby nie rozrabiali i wysadzi ich około godziny trzynastej w najbliższy poniedziałek. Na końcu dopowiedziała:

 - Dobrze ich pilnuj i nie trać nigdy z oczu. Ich wspólne figle przyprawiają mnie czasem o ból głowy. Życzę wielu udanych wypadów i dużo radości. –

Ucieszyłem się słysząc, że głos Haliny był pogodny i pomyślałem: - Będzie miała trochę odpoczynku od macierzyńskich obowiązków. – Ale gdzieś tam w głowie świtała mi myśl, czy czasem nie zafunduje sobie ona wakacji z jakimś kochasiem. Dziwne, ale odczuwałem zazdrość.

     Chłopcy przyjechali zgodnie z planem. Podziękowałem kierownikowi pociągu za opiekę i zacząłem się rozglądać za taksówką. Mimo, że miasteczko było niewielkie zawsze przy dworcu stało kilka taksówek, ale tym razem na postoju było pusto. Zmartwiłem się, bo do chaty było prawie pięć kilometrów. Postaliśmy jeszcze kilka minut oczekując, że ktoś się pojawi, ale niestety nikt nie nadjechał. Mój rezolutny młodszy syn powiedział:

- Tato, dla nas to nie problem, my jesteśmy harcerzami i nieraz chodziliśmy na długie wyprawy. I także z plecakami. –

Oskar nic nie powiedział, ale po prostu nałożył plecak, wziął swoją torbę i patrzył na mnie, wyczekując co powiem. A cóż ja mogłem powiedzieć? Zabrałem plecaki od chłopców, założyłem jeden z przodu, drugi na plecy i ruszyłem. Czułem się w obowiązku odciążyć ich dziecięce kręgosłupy, chociaż obaj się wzbraniali. Droga była urokliwa, wiła się między polami, z jednej strony rosła dość wysoka kukurydza, a z drugiej, w równych bruzdach, zieleniła się plantacja ziemniaków. Pogoda była sprzyjająca, więc chłopcy mieli dobre humory i nawet śpiewali harcerskie piosenki. Dopiero gdy dotarliśmy do naszej chaty zatrzymali się, popatrzyli na siebie, wybuchnęli śmiechem i zapytali:

- Naprawdę tutaj mamy mieszkać? Ten dom wygląda jak domek Baby Jagi. I my w nim mamy spędzić trzy tygodnie? Żartujesz sobie tato. –

- Przecież nie będziemy ciągle siedzieć w domu, będziemy jeździć na rowerach po lesie, będziemy pływać, jezioro jest zaraz za tym zakrętem. Nie obawiajcie się, nie będzie wam się tutaj nudzić. Już ja o to zadbam. –

Mówiąc to miałem chyba nieco wystraszoną minę, bo Daniel powiedział:

- Nie pękaj, tato. Damy radę. My tylko chcieliśmy cię postraszyć. Ale mamy nadzieję, że chociaż jest Internet. –

Po dłuższej chwili oczekiwania na moją odpowiedź, powtórzył pytanie:

- Więc jest, czy nie ma? –

Było to najtrudniejsze dla mnie pytanie. A chociaż domyślając się, że będzie ono zadane i już wcześniej przygotowałem sobie odpowiedź, ale teraz zaniemówiłem. W roztargnieniu zacząłem szukać kluczy i pospiesznie wszedłem do sieni.

Słyszałem, jak obaj coś szeptali do siebie zanim weszli. No i spodziewany piękny nastrój wspólnego obiadu prysnął. Miałem nadzieję, że spodoba się im klimat tego wnętrza, że będą zaciekawieni, jak zaplanujemy sobie następny dzień, że zaczną pytać o jakieś dodatkowe atrakcje, które dla nich przygotowałem. A tu nic, zwieszone głowy i smutne miny.

Udając, że nic złego się nie dzieje poprosiłem o zaniesienie swoich bagaży do ich pokoju, częściowe rozpakowanie i potem zejście do kuchni na obiad.

Mimo niezadowolenia chłopaków z braku łączy obiad zjedli z apetytem i nawet brali dokładki. Zapytałem ich:

- Macie ochotę teraz pojechać rowerami do lasu, czy popływać?-

Rezolutny Daniel odpowiedział pytaniem: - A nie można i to i to? –

Zaśmiałem się: - Można, tylko, czy dacie radę? –

     Kiedy wróciliśmy do domu, była już pora kolacji. Zaproponowałem, żeby zajrzeli do lodówki i sami przygotowali sobie kanapki takie, jakie lubią: - Nie znam waszych upodobań kulinarnych, więc chętnie popatrzę, co wam będzie najbardziej smakowało. Ja może zjem coś nieco później. Teraz nie odczuwam głodu. –

Chciałem sprawdzić, czy potrafią przygotować sobie jedzenie, czy też mamusia ich w tym wyręcza. Ku mojemu zdziwieniu, nie tylko zrobili sobie kanapki, ustroili zieleniną, ale jeszcze zrobili i dla mnie.

- Dziękuję wam, wyglądają pysznie, więc chyba jednak się skuszę. – powiedziałem i dodałem: - Ja padam ze zmęczenia, nie wiem jak wy, ale umyję się „z grubsza” i położę. Mam fajną książkę do poduszki, przy której szybko zasypiam – zaśmiałem się.

Chłopcy nie protestowali, widać było, że również są zmęczeni. Gdy usłyszałem, że już poszli do swojego pokoju zajrzałem do nich, żeby powiedzieć dobranoc. Scena, którą zastałem wprawiła mnie w osłupienie: obaj razem klęczeli przy łóżku Daniela i odmawiali różaniec. Ten wyczuwając moją obecność, przerwał modlitwę i spytał: - A może pomodliłbyś się razem z nami? –

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po namyśle wyszeptałem: - Może jutro – i zamknąłem drzwi.

Byłem totalnie zaskoczony. Chłopcy w ich wieku, modlący się wspólnie na klęczkach, to chyba rzadki widok? Zacząłem się zastanawiać i przypominać sobie, czy Halina była głęboko wierząca? Chodziliśmy w niedzielę wspólnie całą rodziną do Kościoła, ale nigdy nie widziałem Haliny modlącej się w domu na kolanach. Skąd więc taka wiara u moich synów? Postanowiłem, że  delikatnie ich o to zapytam w odpowiedniej chwili.

    Nasze wspólne dni mijały szybko, a już po tygodniu chłopcy zupełnie zapomnieli o braku Internetu. Pokazywałem im świat, którego nie znali: zobaczyli rudego, skradającego się lisa, spotkaliśmy dwie sarenki, zajrzeliśmy do pustej dziupli sowy, odpowiadaliśmy na wołanie kukułki. Nawet jednego dnia nasz leśny szlak rowerowy przeszła locha dzika z pasiastymi maluchami. Wypożyczyłem rower wodny i siedziałem z tyłu, jak król, a oni z zapałem pedałowali. Odkryliśmy dwie wyspy, byli bardzo podekscytowani i szczęśliwi, Oskar zaproponował nawet, żebyśmy pożyczyli jeszcze namiot i rozbili obóz na jednej z nich.

    Na którejś z wypraw, w czasie odpoczynku, zapytałem skąd przyszedł im pomysł odmawiania różańca? Dowiedziałem się, że już od dawna się modlą codziennie na różańcu, od czasu, kiedy wyprowadziłem się z domu. Kiedy powiedzieli o moim odejściu księdzu katechecie, poradził im, żeby spróbowali wspólnie się modlić i prosić, żebym pogodził się z mamą i do nich wrócił. Bardzo się wzruszyłem, gdy tego wysłuchałem.

    Od tej pory zacząłem analizować zdarzenia i fakty, które poprzedziły nasze rozstanie. Próbowałem znaleźć jakiś choćby jeden argument, że postąpiłem niewłaściwie wyprowadzając się z domu. Oczywiście, był ten jeden argument, najważniejszy: wspólne spędzanie czasu z chłopcami i pomaganie im w dorastaniu. Ale nasze kłótnie z Haliną, wytykanie wzajemnie swoich wad, a przede wszystkim romansów na boku, które od czasu do czasu się pojawiały, były bardzo złym przykładem życia rodzinnego. A więc wyjście było jedno: opuścić wspólne mieszkanie, określić częstotliwość moich spotkań z Danielem i Oskarem, no i przekazywać przypadające na mnie koszty ich utrzymania. Bardzo  współczułem moim synom, bo sam wychowałem się w niepełnej rodzinie, ale uważałem, że muszę wybrać mniejsze zło. Czy to status quo może się kiedyś zmienić? Bałem się sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.

    Było to krótko przed terminem wyjazdu chłopców. Był piękny dzień i szykowaliśmy się na jedną z ostatnich wypraw, gdy usłyszeliśmy dzwonek roweru. Przed naszą bramką stał listonosz.

Nie miał jak zwykle wielkiej torby z listami, tylko machał do mnie jakąś kopertą. Okazało się, że to telegram od Haliny, która wiedziała, że w chacie i okolicy nie ma zasięgu, aby zadzwonić. Telegram był krótki: „Chwilowo nie mogę odebrać chłopców, zaopiekuj się nimi, proszę, aż cię powiadomię.„

 Zdenerwowałem się, bo przecież nie wiedziała, czy mam jeszcze urlop, czy czasem nie muszę wrócić do pracy. Nie podała też powodu zmiany planów. Chłopcom powiedziałem, że chyba musimy trochę dłużej zostać, jeżeli dostanę dodatkowy urlop, albo wrócimy do mnie, bo mama nie może się nimi zaopiekować. Wtedy obaj spojrzeli po sobie i  Oskar powiedział:

- „To mama nie mówiła ci wcześniej, że być może zostanie dłużej u babci? Babcia jest ciężko chora i mama pojechała nią się opiekować.”-

„Nie, nic mi nie mówiła – odpowiedziałem i dodałem: - Szkoda, bo teraz dalsza opieka nad wami zależy od decyzji mojego szefa. Podjadę na pocztę i do niego zadzwonię w sprawie przedłużenia urlopu.”

No i tak zrobiłem. Niestety, szef się nie zgodził, twierdząc, że inni pracownicy czekają na mój powrót, aby zacząć swój urlop. Pozostało mi jedynie zabrać chłopców, zainstalować ich jakoś w moim mieszkaniu i wrócić do pracy. Rozmyślałem chwilę, czy ja dam radę, czy nie zadzwonić do Haliny, żeby wzięła chłopców na wieś, do swojej matki skoro sama też tam przebywa. Spróbowałem połączyć się z nią i zaproponować takie rozwiązanie. Długo nie odbierała, w końcu usłyszałem jej cichy głos: „Postaraj się do mnie nie dzwonić, bo to przeszkadza mamie. Ona jest już przygotowana do odejścia, potrzebuje teraz spokoju i ciszy. Odwiedzają nas tylko panie pielęgniarki z hospicjum domowego, mówią, że to już niedługo potrwa. Przepraszam cię, że dopiero teraz ci o tym mówię. Jakoś musisz sobie poradzić z opieką. Jak już będziecie u ciebie może będziemy mogli dłużej porozmawiać. Myślę, że powinnam  przygotować chłopców na śmierć babci, to będzie dla nich trauma. Muszę już kończyć, mama się budzi. Do usłyszenia. ”

A ja, właściwie, oprócz: „ Do usłyszenia” nie powiedziałem ani słowa. Ale co mogłem jej powiedzieć? O tym, że będę miał jednak problemy? W tej sytuacji muszę sobie przecież jakoś poradzić.

W drodze powrotnej do chaty przypomniałem sobie, że za tydzień ma mnie odwiedzić przyjaciel z dzieciństwa. Umawialiśmy się już miesiąc temu, zastanawiałem się w jaki sposób mógłbym go przyjąć nie kwaterując w moim mieszkaniu ze względu na nową sytuację. Chyba wynajmę mu hotel, to by było, moim zdaniem, najlepsze rozwiązanie. I tak postanowiłem.

W połowie drogi przyszło mi do głowy, żeby jednak zawieźć chłopaków na wieś do babci, aby mogli się z nią pożegnać. Bardzo ją lubili. Pomyślałem też, że ona może mieć taką potrzebę. Wróciłem więc do miejsca, gdzie był zasięg i wysłałem do Haliny wiadomość z taką właśnie propozycją. Napisałem też, że znów zadzwonię w tej sprawie późnym popołudniem.

Gdy już wróciłem do chaty poczułem jakiś apetyczny zapach dochodzący z kuchni. To obaj moi synowie właśnie kończyli przygotowywać obiad. Sos i mięso były z kupionych wcześniej gotowych dań, ale sami obrali i ugotowali ziemniaki i zrobili mizerię. Bardzo byłem z nich dumny i serdecznie obydwóch uściskałem. Dopiero po obiedzie zaprosiłem ich do ogrodu na ławkę i starałem się przygotować ich na spotkanie z umierającą babcią. Oskar słuchał spokojnie, ale Daniel zaczął płakać, uciekł i schował się gdzieś w zaroślach. Odszukałem go i pocieszyłem tak jak potrafiłem. Byłem pewny, że Halina przyzna mi rację i zaproponuje termin, kiedy możemy przyjechać. I tak się stało. W popołudniowej rozmowie powiedziała, że czas jest krótki i możemy przyjechać choćby natychmiast. Podziękowała mi nawet za to, że o tym pomyślałem.

     Dom rodziców Haliny, wybudowany kilkadziesiąt lat temu, położony był na przedmieściach niewielkiego miasteczka. Z powodu choroby i podeszłego wieku teściowej musiała ona zatrudnić pomocnika do sprzątania i uprawiania ogrodu. Można było to rozpoznać po starannie wypielonych grządkach, kwitnących kwiatach i skoszonym trawniku. Przyjechaliśmy około południa, tak jak było wcześniej umówione. Chłopcy wybiegli z auta, dopadli do drzwi wejściowych i chcieli je otworzyć, ale były zamknięte na klucz. Zaczęli dzwonić i pukać. Wtedy z okna na piętrze wychyliła się Halina, położyła palec na ustach dając znak, żeby nie hałasowali. Gdy drzwi zostały otwarte ja również pospieszyłem do środka domu. Bywałem tutaj nieraz; lubiłem zapachy tego domu: czasem słodki zapach kwietnych bukietów, czasem jakichś ziół suszących się nad płytą kuchenną, czasem smakowity zapach pieczonego ciasta. Teraz przywitał mnie zapach jakby ze szpitalnej sali, taki drażniący, specyficzny odór środków odkażających i leków. Pokój chorej był tuż przy wejściu, czekałem grzecznie aż wprowadzi mnie do niego moja była żona. Pomyślałem, że byłem dobrym zięciem, nigdy też nie usłyszałem złego słowa do mnie z ust mojej teściowej. Lubiłem ją. Była pogodną, schludną staruszką, ciągle przesuwającą paciorki różańca. Zawsze uczynna i dbająca o rodzinę. Teraz spodziewałem się, że zobaczę ją zmienioną przez chorobę, ale widok, jaki ujrzałem przekroczył moje wyobrażenia, tak bardzo była wycieńczona chorobą. Podszedłem do łóżka, uśmiechnąłem się do niej i wziąłem ją za rękę. Wyszeptała: - Poznajesz mnie jeszcze, Karolku? Czekałam na ciebie, mam do ciebie wielką prośbę: wybacz Halince i pogódźcie się. To jest moje ostatnie marzenie i prośba. Wybaczcie sobie wzajemnie. Tak bardzo się kiedyś kochaliście. –

Zobaczyłem, że po twarzy umierającej płynęły łzy. Zrobiło mi się jej bardzo żal, uścisnąłem lekko jej rękę i ucałowałem. – Postaram się, mamo. Będę się bardzo starał. Bądź spokojna. Nie mam już złości w sercu na Halinę, myślę, że ona też będzie się starała. –

Z ledwością wyszeptała: - Dziękuję, Karolku, dziękuję. Teraz chcę zasnąć. –

Jeszcze raz ucałowałem jej dłoń i wyszedłem z pokoju. Rozmyślałem: - Pewnie chłopcy pomyślą, że to dzięki odmawianiu przez nich różańca znowu będziemy rodziną. A może faktycznie była to Boża interwencja. –

Zerknąłem jeszcze raz do pokoju chorej. Przy jej łóżku klęczeli obaj moi synowie i odmawiali różaniec. Pewnie był to ostatni różaniec mojej kochanej teściowej.