czwartek, 5 lutego 2026

Pułapka




                                       Opowiadanie

      Miłością jej życia były górskie wędrówki. Był to czas odreagowywania stresów, ale też przemyśleń ważnych, życiowych problemów i podejmowania decyzji. Wspinając się po kamienistym szlaku rozmyślała tym razem o może najważniejszej życiowej decyzji.

     W zeszłym tygodniu Adam zaproponował jej wspólne zamieszkanie. Miał już obmyślany plan zamiany obu ich mieszkań na jedno dużo większe. Rozpoczął już nawet rozmowy na temat zakupu lokalu w będącym jeszcze w budowie trzykondygnacyjnym budynku w dość urokliwej lokalizacji. Opowiadał o swoim planie barwnie i niezwykle zachęcająco, przymilając się i całując ją po rękach. Monika odniosła wrażenie, że jest pewien jej pozytywnej odpowiedzi. Rzeczywiście, był zaskoczony, że poprosiła o czas do namysłu.

      Adama znała jeszcze ze studenckich czasów, ale wtedy oboje mieli swoje sympatie i spotykali się jedynie na wspólnych rajdach pieszych lub potańcówkach. Ich bliższa znajomość rozpoczęła się w okresie pisania dyplomów, gdyż mieli do opracowania podobne tematy i zaczęli wymieniać się informacjami o sposobie pozyskiwania materiałów. Stopniowo zaczęli coraz więcej czasu spędzać ze sobą i ich znajomość przerodziła się w zażyłość, a potem w głębsze uczucie. W końcu spotykali się nieomal codziennie. Raczej nie było to zakochanie, ani fascynacja drugą osobą, ale przyciąganie dwóch podobnych osobowości. Wszyscy znajomi byli pełni podziwu, że nigdy się nie spierali, nie narzucali wzajemnie swojego zdania i byli prawie zawsze pogodnie usposobieni.

      Monika często zastanawiała się nad ich związkiem. Gdy puszczała sobie piosenkę Grechuty ze słowami: „Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?” Myślała o Adamie z czułością, ale nie było w niej pożądania jego bliskości. Nieraz pytano ich nawet ze śmiechem, czy sypiają ze sobą? Odpowiadali zgodnie, również ze śmiechem:

- Pytacie z zazdrości, z ciekawości, czy z troski o nas? Nie obawiajcie się, jesteśmy już pełnoletni. –

Od czasu do czasu zdarzało im się wyjeżdżać wspólnie na weekendowy odpoczynek i nie brali wtedy dwóch osobnych pokoi w hotelu. Było im ze sobą dobrze, ale już po rozstaniu Monika odczuwała dyskomfort, że znowu nie dotrzymała przyrzeczenia. Było to, co prawda dawno temu, ale wspomnienie danej sobie obietnicy życia w czystości aż do ślubu, za każdym wspólnym wyjazdem nękała ją i nie pozwalała tak do końca być radosną.

 

     Właśnie z tego powodu pojechała w Tatry sama, aby skonfrontować się w ciszy ze swoim problemem. Szła niezbyt trudnym szlakiem, ale po godzinie wędrówki odczuła zmęczenie i postanowiła zatrzymać się na krótki odpoczynek. Szła już tym szlakiem wiele razy i pamiętała, gdzie będzie dobre miejsce na chwilowe odciążenie nóg i zaspokojenie pragnienia. Miała ze sobą bidon z wodą, ale szemrzący potok jakby zapraszał ją do napojenia się jego krystaliczną wodą. Niestety, trzeba by było zejść ze szlaku, a tego starała się nigdy nie robić, więc wyjęła bidon z plecaka.

Miejsce jej odpoczynku znajdowało się na wprost cudownego widoku spadającego z wysokości wodospadu Siklawy. Do doliny Pięciu Stawów czekała ją jeszcze około godzina drogi, a że słońce było dość wysoko, więc postanowiła zatrzymać się tu na dłużej. Rozejrzała się, aby wybrać najwygodniejsze miejsce i zobaczyła płaski kamień, który mógł być odpowiednim na dłuższe posiedzenie. Na kamieniu wyryty był niewyraźny napis. Monika była oburzona na osobę, która to zrobiła. Jej zdaniem był to wandalizm godny potępienia. Ale gdy odcyfrowała jego treść odskoczyła jakby przerażona. Napis brzmiał: „Tu umarła miłość.”

Głośno zaczęła powtarzać:

- Przecież nie mogę tu usiąść, nie mogę tu usiąść. –

Zabrała plecak i nieomal biegiem ruszyła w dalszą drogę cały czas rozmyślając, czy to był jakiś znak dla niej. A wierzyła w znaki. 

     Dotarła do schroniska w porze obiadowej, ale nie miała ochoty na żadną z serwowanych w tym dniu potraw. Zamówiła jedynie kawę z jabłecznikiem i rozmyślała, którym szlakiem dotrzeć do Murowańca, gdzie miała zarezerwowany nocleg. Wybrała trasę przez przełęcz Zawrat, znała ją lepiej niż przez Krzyżne. Rozkoszując się pysznym ciastem postanowiła najpierw przejść kawałek trasy w kierunku Świstówki, aby tam usiąść na chwilę, podziwiać wspaniałe widoki tatrzańskich, skalnych łańcuchów, a przede wszystkim podjąć w końcu decyzję, co dalej z jej życiem. Zdawała sobie sprawę, że jeśli odmówi zamieszkania wspólnie z Adamem ich związek może się rozpaść i zostanie sama. Niezbyt miała ochotę szukać kolejnego partnera i znowu zgrywać własne poglądy i przyzwyczajenia z nową osobą. Dobiegała już trzydziestki i często przypominała sobie, co do niej mówiła babcia:

”Czas cię popędza, bo młodsza już nie będziesz.”

Nurtowała ją myśl, czy wypada, aby próbować wymóc na nim propozycję małżeństwa? Oczywiście w kościele. Byli ze sobą zżyci i mieli naprawdę wiele wspólnych poglądów, ale, niestety, Adam był daleko od wiary w Boga i unikał jakichkolwiek rozmów na ten temat. Ona również unikała dzielenia się z nim swoim stosunkiem do wiary i Kościoła. Wiedział o tym, że Monika chodzi w niedzielę na Mszę, widział czasem w jej ręku różaniec, ale nie pytał, nie oceniał.

      Monika swoją wiarę wyniosła z rodzinnego domu. Zarówno jej mama jak i babcia bardzo przestrzegały wszelkich zasad nakazanych przez Kościół, obchodzenia uroczystości kościelnych, przyjmowania Sakramentów. Mama chodziła na piesze pielgrzymki. Z ojcem bywało różnie, czasem przestrzegał uczestniczenia w niedzielnej Mszy, czasem tłumaczył się, że ma jakieś pilne zajęcia do wykonania. Gdy jako dziewczynka zapytała matkę, czemu tatuś nie zawsze chodzi z nami do kościoła usłyszała:

- „Postaraj się nigdy nie pytać, dlaczego ktoś nie chodzi do kościoła, czy nie przyjmuje Komunii Świętej. Nie mamy prawa osądzać drugiego człowieka po jego zachowaniu. Czasem jego wiara jest silniejsza niż nasza. Ale może mieć w sercu jakieś lęki, może nie potrafi uwierzyć, że Bóg mu wybaczy jego grzechy, może ma jakiś żal do Boga, że mu kogoś, czy coś zabrał. „

         Właśnie teraz, rozmyślając, przypomniała sobie te słowa matki. Odtwarzała w pamięci tamtą chwilę, ale nie pamiętała już, co dalej jej tłumaczyła.

Teraz rozkoszowała się wspaniałym widokiem oświetlonych słońcem szczytów. Zaczęła odgadywać ich nazwy, a nawet w myślach rozmawiać z niektórymi z nich. Zatopiła się zupełnie w magii tej chwili.

Usłyszała szelest i obejrzała się za siebie.

 Od strony Morskiego Oka szedł szlakiem w jej kierunku jakiś starszy mężczyzna.

- Mam nadzieję, że mnie nie zaczepi – pomyślała.

Ale nadzieja się nie spełniła. Mężczyzna szarmancko się przywitał i spytał, czy może na chwilę przysiąść się do niej.

- Nie będę pani przeszkadzał, gdy usiądę na chwilę w pobliżu?

Właśnie tutaj zaplanowałem sobie krótkie złapanie oddechu i polecę dalej. Spostrzegłem, że jest pani czymś mocno przejęta i zamyślona. Może mógłbym być pomocny w rozwiązaniu pani problemu? – Zapytał.

Ton jego głosu był delikatny i cichy.

Monika uśmiechnęła się, ale stanowczo zaprzeczyła ruchem głowy i odpowiedziała:

- Mój problem jest bardzo prozaiczny. Rozważam, czy przejść przez Zawrat do Murowańca, czy dać sobie spokój i zejść z powrotem do Roztoki. –

- No i właśnie, mój problem jest podobny, ale już zdecydowałem, gdy spojrzałem w prognozę pogody. Będzie załamanie, za około półtorej godziny, ma lać i wiać, więc wybrałem zejście do Doliny Roztoki. I pani również radzę odpuścić i wybrać łatwiejsze, okrężne przemieszczenie się do Murowańca. –

- Ja sprawdzałam pogodę przed wyjściem i nie było ostrzeżenia o jakichś zagrożeniach i załamaniach – odpowiedziała z przekąsem. - Tu jest słaby zasięg, więc trudno będzie się upewnić, ale dziękuję panu za troskę. –

- Myślę, że zdaje sobie pani sprawę, że prognoza prognozą, a wyczucie starego, wytrawnego wspinacza, no i lekkie łamanie w kościach – zaśmiał się nieznajomy – może być bardziej miarodajne. Proszę popatrzeć, jest już jedna chmura na widnokręgu. –

Monika nie skomentowała tego, co usłyszała, tylko powiedziała:

- Czy ja pana skądś nie znam? Twarz wydaje mi się znajoma, czy pan nie występuje w telewizji? –

Nieznajomy zaczął się głośno śmiać.

- No, ma pani wzrok detektywa. Może nawet tropiciela przestępców. Nie występowałem w telewizji, ale zamieszczam od czasu do czasu moje podkasty na you tube. Mogła mnie pani tam wypatrzeć. Pozwoli pani, że się przedstawię, ale bez nazwiska, mam na imię Łukasz. Jestem z zawodu duchowym terapeutą. –

- Dziwny zawód - odpowiedziała półgłosem i dodała – ja nazywam się Monika – i bardzo chciałam posiedzieć chwilę w ciszy. Przepraszam pana, mam do przemyślenia sporo tematów i moja decyzja nie dotyczy jedynie dalszej trasy, ale moich życiowych wyborów. Dziękuję za miłe spotkanie. –

    Mężczyzna szarmancko się pożegnał, życzył szczęśliwego wyboru trasy i nie tylko trasy, i dodał, że może spotka go kiedyś na you tube.

Gdy patrzyła jak odchodził, pomyślała, że jak na osobę starszą ma lekki i sprężysty krok. Zaciekawiło ją, co oznaczało określenie jego zawodu: „ duchowy terapeuta”. No i odgadła:

- On jest księdzem! A ja się wcześniej nie domyśliłam. Może poprosiłabym go o radę. Ale przecież mam szansę spotkać się z nim w schronisku w Roztoce. Tak, zejdę na dół. –

I pomyślała jeszcze, że pierwszą, może nie najważniejszą decyzję, właśnie podjęła. –

Szybkim krokiem skierowała się do szlaku i, o dziwo, na trasie spotkała znajomego mężczyznę siedzącego na tym kamieniu z napisem: „Tu umarła miłość.”

Przystanęła i powiedziała:

- Ja prawie biegnę za panem, bo rzeczywiście może mi pan doradzić w moim problemie. Oczywiście, jeśli będzie pan skłonny do rozmowy. –

- Dziecko drogie. Pozwoli mi pani tak mówić siebie? –

Kiwnęła potakująco głową.

- Otóż moje dziecko. Ja nie daję gotowych porad, co można w danej sytuacji zrobić, jak się zachować. Spokojnie wysłuchuję tego, co ktoś chce mi powiedzieć i przeważnie, gdy „pacjent” opowiada, to on wyraźniej dostrzega, gdzie popełnił błąd i jak można go naprawić. Czasem proponuję mu spojrzenie na sprawę od drugiej strony, czyli od strony osoby, która go rani lub jedynie denerwuje. A uważam, że większość problemów na świecie rodzi się z braku miłości lub braku umiejętności jej okazywania. I to nie dotyczy tylko małżeństw, rodzin, ale i tych nieznajomych osób spotykanych na naszej drodze. Kochanie ludzi jest naszym zadaniem i powinnością. Gdy otwieramy się na drugiego człowieka mniej jest w nas zapatrzenia w siebie, rozmyślania, czego nam brakuje i rodzi się akceptacja tego, co jest „tu i teraz”. No, dość mojego gadania, zejdźmy już do schroniska, bo mój żołądek zaciska się z głodu. –

Monika podała mu rękę, aby pomóc wstać i zapytała:

- Czy pan czasem nie jest kapłanem? –

Łukasz zaśmiał się radośnie:

- Bingo! Odgadła pani Moniko! Jestem nie tylko księdzem, ale aż księdzem profesorem – powiedział śmiejąc się jakby trochę drwił ze swojego tytułu.

-, Ale można mieć tytuł profesorski i nie mieć mądrości, która pochodzi jedynie od Pana Boga. O taką mądrość często Go proszę – dodał.

- Czy mogłabym zaprosić pana, to znaczy księdza, na posiłek w schronisku i podzielić się problemem, który spędza mi sen z oczu? –

- Oczywiście służę ci dziecko moim czasem, ale nie przy posiłku. Usiądziemy gdzieś później i spokojnie skupimy się jedynie na tej sprawie. Mam tylko warunek, chciałbym wrócić do Zakopanego przed zmrokiem. Myślę, że złapiemy jakiś bus na parkingu. –

Obiad zjedli w milczeniu, dopiero po deserze Łukasz powiedział:      

        - No dobrze, przejdźmy teraz za te chojaki, tam są przygotowane dla turystów stoły i ławy. Mam nadzieję, że znajdziemy ciche miejsce – powiedział Łukasz.

Usiedli w cieniu i znowu chwilę milczeli.

Zaczął Łukasz:

- Zwracaj się do mnie po imieniu, ja również do ciebie nie będę już mówił „drogie dziecko”, ale po prostu: „Moniko”. A więc, Moniko, jaki jest twój problem? –

Starała się mówić powoli, często się zatrzymując i zastanawiając, co mogłaby jeszcze o swojej sprawie powiedzieć Łukaszowi. A on słuchał jej uważnie lekko kiwając głową. Po zakończeniu jej opowiadania zapytał:

- Czy bardzo go kochasz? Czy wyobrażasz sobie życie bez niego? –

- To właśnie jest mój główny problem. Ja nie wiem, czy go kocham i w ogóle nie wiem, co to jest miłość. Na pewno dałabym sobie radę bez niego, ale nie wyobrażam sobie życia w samotności. Poza tym, bardzo pragnę urodzić dziecko. –

-, Czyli można powiedzieć, że jesteś bardziej nastawiona na zaspokojenie twoich pragnień, niż życia z nim w związku po to, aby on również mógł zaspokoić swoje pragnienia? –

-, Co ksiądz sugeruje? Czy żyjemy po to, żeby zadowalać innych? Przecież mamy tylko jedno życie na ziemi i czy musimy wyrzekać się siebie i żyć tylko dla tej drugiej osoby? To chyba niemożliwe. –

- Jak się domyśliłem, jesteś chrześcijanką, nawet katoliczką. Jezus nie wymaga od nas, zwykłych „zjadaczy chleba”, jakiegoś heroizmu. Pokazuje nam tylko, jak wygląda prawdziwa miłość. Poświęca Siebie dla nas, dla ciebie i dla mnie. Z mojego doświadczenia terapeuty wynika, że niewielu ludzi jest gotowych na jakieś poświęcenia, oddania siebie innym. Nawet, gdy tymi „innymi” są najbliższe osoby: mąż, rodzice, dzieci. To jest temat do częstej dyskusji w związkach, w relacjach. Nie na zasadzie:„ co mogę od ciebie dostać i co w zamian chcesz dostać ode mnie.” Tylko, co cię uszczęśliwia? Co mogę dla ciebie zrobić? Większość rozdźwięków w małżeństwach bierze się właśnie z powodu unikania takich pytań. Mężczyzna myśli zupełnie inaczej niż kobieta. Na przykład: kupuje żonie w prezencie bransoletkę, która jemu się podoba. A jej podoba się zupełnie inna, a w ogóle, to wolałaby za te pieniądze pojechać z nim na krótki wypad w góry. I tak można by mnożyć przykłady. –

Monika przerwała ten monolog i zapytała:

-, Ale jeśli już się uporam z przemyśleniami, czy łączy nas miłość i zechcę z nim zamieszkać, to jak mam postąpić ze ślubem? Jak mówiłam, on jest daleko od kościoła -.

- Tak, tak. To ważne pytanie. No masz dwie możliwości: Pierwsza poprosić go o ślub przed ołtarzem. Wtedy powtarzasz za księdzem słowa przysięgi z przywołaniem Trójcy Świętej, a on nie wypowiada Imienia Boga.

Druga ustalić z twoim przyszłym mężem, że będziecie żyli w tak zwanym „białym małżeństwie”, no i wtedy, niestety, nie będzie potomstwa. To wielkie wyzwanie, dlatego miłość pomiędzy takimi małżonkami jest miłością heroiczną. –

Po chwili ujął Monikę za rękę i powiedział:

- Teraz muszę już iść, chcę zdążyć na nieszpory.  Wstań, proszę, pobłogosławię cię, rozejdziemy się i pewnie nigdy już nie spotkamy. Będę się modlił w twojej intencji, i ja też proszę, pomódl się za mnie, choćby krótkim westchnieniem do Boga. Pamiętaj także, że nasze spotkanie to nie był przypadek. To znak, który może kiedyś odczytasz. Żegnaj drogie dziecko, a przepraszam, Moniko. –

Podszedł do niej, pobłogosławił, przytulił, a potem szybkim krokiem ruszył w stronę parkingu. Po kilku krokach zawrócił i wręczył jej swoją wizytówkę mówiąc:

- Jak będziesz miała kryzys to dzwoń, postaram się znaleźć trochę czasu na przegadanie problemu. -  

      Ona pozostała jeszcze chwilę na miejscu i potem, zamyślona weszła do schroniska, aby posiedzieć jeszcze przy następnej kawie. Chciała poukładać w myślach to, co sama powiedziała o sobie i to, co usłyszała od księdza Łukasza. Właściwie, to nie dowiedziała się niczego nowego i zdała sobie sprawę, że nikt za nią nie rozwiąże jej problemu.

 

    Powrót do domu był koszmarny, bo postanowiła wyjechać wcześniej, już następnego dnia, czyli w sobotę i pociąg był zatłoczony, a podróżni dość hałaśliwi. Jechała w jej wagonie duża grupa młodzieży i sporo czasu minęło, aż przestali przekrzykiwać się wzajemnie i skupili się na ekranach swoich komórek. Nie powiadamiała Adama, że wcześniej wraca, chciała jeszcze pobyć w domu sama. Była trochę zdziwiona, że dawno nie dzwonił.

     Jej zdziwienie było jeszcze większe, gdy zastała go w swoim mieszkaniu, a z kuchni dochodził zapach pieczonego mięsa. I zamiast się najpierw przywitać usiadła z wrażenia i zapytała:

- A skąd ty wiedziałeś, że ja dzisiaj wracam i że o tej porze? –

Adam podszedł do niej, usiadł obok, przytulił ją i zaśmiał się:

 - Już dawno ci mówiłem, że mam cię w komórce, ale mnie nie słuchałaś. Nawet ci proponowałem, że i tobie zainstaluję tą aplikację. Wtedy nie zareagowałaś, a teraz widzisz, jakie super niespodzianki można sprawiać kochanej osobie. A jak widzisz w komórce, gdzie się znajduje w danej chwili, to już nie masz zmartwienia, że dzieje się z nią coś złego. –

Monika długo się namyślała, co ma odpowiedzieć. Przecież to był akurat przykład zachowania, o którym mówił Łukasz. Niespodzianka, która faktycznie była miła, niestety, pokrzyżowała jej plany; poza tym, czemu bez jej zgody śledził miejsca, w których się znajdowała? No, ale jeżeli zgani za to Adama, to on nawet nie zrozumie, o co jej chodzi, przecież chce dla niej dobrze. Odłożyła poważną rozmowę na ten temat na jakąś lepszą porę i powiedziała:

- Sorry, Adasiu, że tak zamilkłam, ale jestem zmęczona podróżą, a szczególnie hałasem w pociągu. Pozwolisz mi trochę odsapnąć zanim siądziemy do zjedzenia tego pachnącego obiadu? Dziękuję, że zatroszczyłeś się o mnie. –

- Oczywiście Moniko, odpocznij, a obiad jest w piekarniku i tak szybko nie wystygnie. Pozwolisz mi przytulić się do ciebie? Może trochę przyśniesz? –

Monika przesunęła się nieco na kanapie, aby zrobić Adamowi miejsce. Nie sądziła, że zaśnie, ale postanowiła udawać głęboki sen. Poczuła jak Adam obejmuje ją i całuje we włosy.

Podniosła głowę i powiedziała:

- Kochanie, ja na prawdę chcę odpocząć. Pamiętasz naszą umowę? Nic na siłę. Jak trochę odpocznę poproszę cię, abyśmy poważnie o nas porozmawiali. –

- Okey, okey niedotyczko. Zostawiam cię na pół godziny samą. –

Adam wyszedł z pokoju, cicho zamknął drzwi, usiadł przy kuchennym stole i pomyślał:

- Ona mnie po prostu nie chce. Co się takiego stało? –

Był przekonany, że coś się wydarzyło w trakcie wyprawy Moniki.

- Może spotkała się tam z kimś? Ale ona zawsze była szczera, nic przecież przed sobą nie ukrywaliśmy. Co się takiego stało?  

Przygotowywał się na najgorsze, że usłyszy wiadomość o zakończeniu ich związku.

- To od początku było trochę dziwne, że ona odtrąca mnie, kiedy jesteśmy u niej lub u mnie, a jednak kocha się ze mną, gdy wyjeżdżamy razem. Muszę ją o to koniecznie wprost zapytać. I to dzisiaj. –

Obiad był naprawdę pyszny. Duszona polędwica w pieczeniowym sosie z gryczaną kaszą i buraczkami. Było to ulubione danie Moniki.

- Pamiętałeś, co lubię? Jesteś kochany, a ja taka niewdzięczna. Adasiu, tęsknię za twoją bliskością, ale jestem ciągle rozdarta. Mówiłam ci kiedyś o moim przyrzeczeniu. Wiem, że to było dawno, ale to ciągle wraca i nie pozwala mi cieszyć się tobą tak, jakbym pragnęła. Pojechałam w góry, aby przemyśleć twoją propozycję zamieszkania razem. I powiem ci: tak, chcę z tobą zamieszkać, ale jako małżeństwo, które zawarte zostanie w kościele. –

- Tego się spodziewałem, ale wiesz, że ja też mam problem. Nie mówiłem ci, że w dzieciństwie byłem nawet ministrantem, do czasu, gdy mój ulubiony ksiądz nie został oskarżony o niewłaściwe zachowanie i molestowanie mojego kolegi. Żadna siła nie zmusi mnie, abym poszedł do spowiedzi, bo byłaby to farsa. Zostawmy już tą sprawę i na razie niech będzie tak jak jest. Może coś wymyślimy, a może twój Bóg coś nam podpowie. –

- Adasiu, a czy ty w ogóle wierzysz, że Ktoś nas stworzył, że stworzył ten świat? Że jest jakaś Kosmiczna Inteligencja, która dała nam wskazówki, jak żyć, żeby być szczęśliwym? Jak żyć we wspólnocie ludzkiej? Że jest jakiś Absolut, do którego dążymy i za którym, w głębi duszy, tęsknimy? –

- Staram się nad tym nie zastanawiać, może jest, możne nie ma. Jeśli pozwolisz mi siebie ocenić, uważam, że jestem przyzwoitym egzemplarzem istoty rozumnej, umiarkowanie dobrym, życzliwym, nieskorumpowanym, pomagającym najsłabszym. Nie mam zbyt wielu wad, nie mam uzależnień, chyba, że jestem uzależniony od ciebie – uśmiechnął się.

- No właśnie. Czy nasz związek nie jest jedynie uzależnieniem? To jest ważne pytanie do przemyślenia.  Można się przecież uzależnić od osoby – odpowiedziała Monika.

Po chwili zapytała:

- Czy wiesz, że istnieją małżeństwa, które żyją w czystości, jak siostra z bratem? Mają jakieś przeszkody w zawarciu związku przed ołtarzem i rezygnują ze współżycia dla Niego, dla Jezusa, aby móc przyjmować Komunię. –

- Nie byłoby mnie stać na takie poświęcenie. Czy wspominając o tym myślisz o nas? Dla mnie to nie do przyjęcia. Za bardzo cię kocham i pragnę twojej bliskości. Może zakończmy tę dyskusję, to do niczego nie prowadzi. Różnimy się zasadniczo w naszych poglądach i prawdę mówiąc, nie widzę rozwiązania tego problemu. –

Monika spuściła głowę, dostrzegł, że miała łzy w oczach.

- Dobrze, zakończmy. Może jest jeszcze inne rozwiązanie. Rozstańmy się na tydzień, dwa, a potem wrócimy do sprawy. Myślę, że bylibyśmy wspaniałym małżeństwem, ja dobrym ojcem, a ty matką – powiedział cichym głosem. I dodał cichym głosem: - Jakoś to ułożymy, albo i nie. –

Gdy już odchodził Monika uśmiechnęła się przez łzy:

- Nie ukrywam, że będzie mi trudno.-

Wrócił się i mocno ją przytulił.

 

      Pierwszy tydzień po rozstaniu minął dość szybko, bo do firmy, w której pracowała przyjechało kilka osób przyglądać się pracy w szwalni. Byli to przedstawiciele kooperującego z nimi zakładu ze Szwajcarii. Zadaniem Moniki, oprócz oprowadzania ich po zakładzie, było zapewnienie im wygodnego zakwaterowania, smacznych posiłków oraz popołudniowych rozrywek i atrakcji. A więc wieczorami była zmęczona, szybko zasypiała i rzadko wspominała Adama.

    Dopiero w czasie weekendu zatęskniła za nim i nawet chciała do niego zadzwonić, ale przecież obowiązywał ich układ dwutygodniowego milczenia. Włączyła telewizor, ale nigdy nie była fanką oglądania „gadających głów”, głupawych programów rozrywkowych, czy filmów. Puściła, więc jakiś spokojny jazz i zaczęła czytać najnowszą książkę ulubionego autora o podróżach na krańce Ziemi. Ale cały czas z tyłu głowy słyszała przynaglenie do kontaktu z Adamem. Tak wiele przychodziło jej na myśl pytań i domysłów:

- Może on zadzwoni? Ciekawe, co tam u niego? Czy już zakończył swój projekt? A co on pomyślałby o mnie gdybym teraz do niego zadzwoniła? A może pije gdzieś piwo z kolegami? Może im mówi o naszym problemie i śmieją się ze mnie? –

W końcu odłożyła książkę i wybrała jego numer telefonu. Nie odbierał, ale była pewna, że oddzwoni. Ale telefon milczał. Po kilku godzinach znów próbowała się z nim połączyć. Niestety, dalej było głucho. Zadzwoniła do bliskiej koleżanki – Doroty, z propozycją, żeby się z nią spotkała gdzieś na kawie lub do żeby poszły razem do kina. Ale Dorota wyjechała na ten weekend do swoich rodziców na wieś.

- Sorry, Moniko, ale wrócę dopiero w poniedziałek po południu, wzięłam sobie dzień urlopu – odpowiedziała na jej propozycję.

Nieco podenerwowana wyszła sama i postanowiła pochodzić po sklepach z ciuchami, może nawet coś sobie kupić na pocieszenie. Stwierdziła po godzinie, że to też nie był dobry pomysł i wróciła do domu. Zakupiła jednak po drodze dwie duże kremówki i zastanawiała się, czy ma znów zadzwonić do Adama.

- Nie, nie mogę do niego dzwonić, to byłoby natręctwo – pomyślała. Tylko, czemu on nie odbiera? A może coś mu się stało? A co by sobie pomyślał, gdybym go teraz odwiedziła? On też lubi kremówki, może zjedlibyśmy je razem? Nie, dzisiaj nie, ale jeżeli jutro nie odbierze to zapukam do jego drzwi. Myślę, że mi otworzy. –

Tak rozmyślając wróciła do domu, zaparzyła kawę, zjadła oba ciastka i włączyła program National Geografic. Akurat był film o niszczeniu Puszczy Amazońskiej. Trudno jej było go oglądać, bo była miłośniczką wszelkiego życia na Ziemi i problem wycinania lasów deszczowych bardzo ją poruszył. Chciałaby coś w tej sprawie zrobić, czy chociaż z kimś o tym porozmawiać, ale, z kim? Gdyby był tu Adam na pewno wysłuchałby ją, pocieszył, poradził, jak można by wspomóc organizacje walczące z tym procederem. Przyznała przed sobą, że bardzo brakuje jej Adama z jego czułością, cierpliwością, umiejętnością cieszenia się drobiazgami.

Z tą myślą zasnęła.

     Letni, niedzielny poranek zapowiadał piękny, pogodny dzień. Postanowiła jak najszybciej wyjść z domu, najpierw na poranną Mszę, a potem? No, właśnie, co potem? Potem pójdę do Adama, do jego domu i postaram się być dla niego szczególnie miła. Rozmyślała jak go powita, co mu powie. Ale przed jego drzwiami przeżyła kolejne rozczarowanie, bo nikt jej nie otworzył. Miała, co prawda do niego klucze, ale obawiała się tak wtargnąć do środka bez zapowiedzi. Adam miał w zwyczaju dość długo sypiać w wolne dni, ale dochodziła już godzina jedenasta i o tej porze zwykle był na nogach.

- I co mam teraz ze sobą zrobić? – Pomyślała.

Czasem lubiła samotne spacery, czy nawet spokojne poczytanie gazety w jakiejś kawiarni.  Ale teraz jakoś dziwnie się nakręciła, że może Adam znalazł kogoś w jej miejsce i dobrze się bawią i chciała koniecznie go odnaleźć. Ta myśl stawała się natrętna i zepsuła do reszty jej samopoczucie.

Znowu zadzwoniła na jego komórkę, ale automat odpowiedział, że nie odbiera.

   Następnego dnia poprosiła szefa o dzień wolny. Zgodził się, a nawet pochwalił za jej zaangażowanie w opiekę nad gośćmi.

- Cały tydzień tak wspaniale zajmowałaś się gośćmi, że chętnie dałbym ci jeszcze jeden dzień wolny. –

- Dziękuję – odpowiedziała, – ale poproszę o ten drugi w innym czasie, jeśli pan pozwoli.

Szef się zgodził, a ona wróciła z powrotem do domu z silnym bólem głowy. Wcześniej planowała pojechać nad jezioro, trochę popływać i poopalać się. Ale nie mogła z powodu tej dolegliwości.

    Leżała w ciszy i rozmyślała:

-, Dlaczego Bóg postawił przede mną taki wybór? On albo Adam? Potrzebuję ich obydwóch. Szczególnie Jezusa, nie mogłabym Go przyjmować, gdybym żyła z Adamem bez ślubu. Ale przecież została mi jeszcze jedna możliwość. Napiszę do Adasia list, to wspaniały pomysł. Napiszę list i wszystko w nim opiszę i moje zagubienie bez jego obecności, bez kontaktu z nim, i o tym, że go kocham, ale też o tym, że kocham Jezusa. A potem przedstawię mu propozycję zawarcia sakramentu małżeństwa, jako katoliczka z ateistą. Chociaż nie wierzę, żeby on był tak do końca przekonany, że Boga nie ma. Ma przecież w sobie tyle empatii, życzliwości i miłości, że Bóg musi być z nim. –

Zakończyła rozmyślania i usiadła do pisania listu. Postanowiła, że napisze go na laptopie, odczeka godzinkę i może coś poprawi w jego treści. Ale potem przepisze odręcznie, włoży w kopertę i wsadzi do jego skrzynki pocztowej. Już w trakcie przepisywania przestała ją boleć głowa, co prawda pochlipywała cicho ze wzruszenia, ale po zakończeniu poczuła wielką ulgę.

I dalej nic się nie działo, telefon milczał. Zadzwoniła jedynie sekretarka szefa, że jutro z rana ma przyjść do niego, bo ma dla niej niespodziankę.

Niespodzianką okazało się zaproszenie do Szwajcarii od delegacji, którą się opiekowała tydzień temu. Byli bardzo zadowoleni z pobytu w Polsce i w ramach rewanżu skierowali oficjalne zaproszenie dla dyrekcji ich zakładu wymieniając również Monikę, jako specjalnego gościa. To było dla niej duże wyróżnienie i satysfakcja, że jest pozytywnie postrzegana.

      Adam odezwał się dopiero w piątek. Zadzwonił i jakby nigdy nic się między nimi nie stało, powitał Monikę radosnym głosem:

- Witam cię moje kochanie. Co tam u ciebie? Tęskniłaś trochę za mną? –

Monika osłupiała, o co on pyta? Przecież w liście wszystko było napisane! Pewnie jeszcze go nie czytał. Odpowiedziała krótko:

- Witaj, witaj. Niedługo się dowiesz. –

- Słuchaj Moniu, ja dopiero jutro do ciebie przyjdę, bo jestem jeszcze w podróży. To podróż z przygodami, bo zostawiłem w domu telefon. Po prostu zapomniałem go wziąć. Dlatego miałem mnóstwo przygód, niektóre fajne, ale niektóre groziły niebezpieczeństwem. To, co? Jutro wszystko ci opowiem. –

- Tak Adasiu. Jutro wszystko mi opowiesz. –

Po odłożeniu telefonu zaczęła się głośno śmiać:

-, Jaki głuptas ze mnie. On wyjechał i zapomniał komórki. A ja już włączałam w głowie jakieś negatywne projekcje. Jutro przyjdzie, cieszę się. –

Ale następnego dnia Adam zadzwonił i poprosił ją, aby ona przyszła do niego, bo ma jej coś do pokazania. Nie bardzo chciało się jej wychodzić z domu, tym bardziej, że już nakryła odświętnie stół i przygotowała smaczny obiad. A na deser upiekła wczoraj ulubioną przez Adasia szarlotkę. Ale po przemyśleniu zgodziła się.

Gdy otworzyły się drzwi mieszkania Adama ta „niespodzianka” wybiegła, aby ją przywitać szczekając i merdając ogonem. Nawet zaczęła podskakiwać chcąc Monikę polizać po twarzy.

- To twoja psiunia? Fajna, bardzo przyjazna. Skąd go masz? –

- Może to moja, a może nasza? – Uśmiechnął się tajemniczo -

Na nasze nowe mieszkanie. –

- Przeczytałeś mój list? Zgadzasz się? To cudownie! –

- Zgadzam się, tak. Mam tylko prośbę, żeby to odbyło się w ciszy, bez śpiewów, gromady gości, sypania ryżu itp. –

- Tak, postaram się tak załatwić. Wiesz, spotkałam w górach bardzo sympatycznego księdza, a właściwie księdza profesora, starszego pana, z którym odbyłam dłuższą rozmowę. Dał mi do siebie kontakt. Cieszyłabym się gdybyś się zgodził żebyśmy do niego się zwrócili i poprosili o udzielenie nam ślubu. –

 

- Okey, załatwiaj jak uważasz. A teraz zostawimy Burka w domu i pójdziemy do ciebie, bo pewnie coś pysznego przygotowałaś? –

- Zostawimy? O nie, on pójdzie z nami, myślę, że od razu nie zdemoluje mi mieszkania. Kocham cię Adasiu i tak się cieszę, że będę twoją prawdziwą żoną. –

- Ja też bardzo cię kocham, Moniu. I nie będę się już zamartwiał, że znalazłaś sobie jakiegoś innego kandydata na męża – poważnym głosem powiedział Adam.

       Ksiądz Łukasz bardzo się ucieszył z informacji usłyszanej od Moniki.

- Mam teraz, co prawda, dwa sympozja, ale za jakieś dwa tygodnie chętnie się z wami spotkam. Możemy już dziś wstępnie ustalić jakiś termin. Dacie radę tyle wytrzymać ? – Zaśmiał się. Od was do Krakowa to tylko 3 godziny drogi. A mój adres jest na wizytówce. –

        Gdy zbliżał się czas spotkania Monika zauważyła, że jej narzeczony jest jakiś ciągle zamyślony, a nawet zestresowany. Nie wypytywała go, żeby nie usłyszeć, że się wycofuje.

        Ksiądz Łukasz powitał ich serdecznym uśmiechem i zaprosił do swojego mieszkania. Zdziwili się skromnością wystroju i umeblowania. Nie było żadnych miękkich foteli, czy kanapy, tylko kilka wyściełanych krzeseł, biurko, stół, półki z książkami, no i klęcznik przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Jedyną ozdobą pokoju były piękne, stojące lampy oraz zwisający z sufitu szklany kandelabr. No i jeszcze dużo ozdobnych roślin w dużych donicach.

Po krótkim przedstawieniu się i powitaniu dość szybko ustalili datę ślubu. Ksiądz Łukasz ze zrozumieniem przyjął propozycje Adama dotyczące oprawy uroczystości:

- Ja również nie jestem entuzjastą nadmiernego przywiązywania wagi do tych wymyślnych strojów, jakiegoś obsypywania monetami, czy ryżem. To przecież czyste zabobony. Ale radziłbym wam jednak skorzystać z oprawy muzycznej. W tym kościele, który proponuję jest wspaniały organista i nawet można umówić się z nim i ustalić, co chcielibyście, aby wam zagrał. I jeszcze pamiętajcie, że to wy ślubujecie sobie nawzajem w obecności Boga, a pan, panie Adamie, w obecności mojej osoby. Teraz jeszcze poproszę pana na rozmowę, z Moniką rozmawiałem wcześniej, a z panem jeszcze nie. Wymagane są, co prawda wspólne nauki przedślubne, ale zastąpimy je moją dzisiejszą rozmową z panem.

       I ksiądz Łukasz poprosił Adama o przejście do kaplicy. Rozmowa trwała prawie pół godziny, a w tym czasie Monika modliła się przed obrazem Jezusa Miłosiernego, żeby jej wynik był pozytywny.

Bardzo dziękowali księdzu przy pożegnaniu za poświęcony im czas i pomoc w ich zamierzeniu.

       Po wyjściu Adam długo nic nie mówił i widać było, że rozmyśla nad tym, co usłyszał od księdza Łukasza. W drodze do domu zatrzymali się, aby zjeść obiad, ale dopiero, gdy wrócili do domu zaczął opowiadać:

- Nie spodziewałem się spotkać w życiu takiego wspaniałego człowieka, a w dodatku księdza. Zaskoczył mnie totalnie. Naszą rozmowę potraktował, jako moją spowiedź, rozgrzeszył i pobłogosławił mówiąc: „Jesteś wolny od swoich grzechów. A co z tym dalej zrobisz zależy od ciebie.”

Monika zaczęła się śmiać: - No, więc, co z tym dalej zrobisz kochany Adasiu?

 

 

 

  

 

 

 

 

środa, 4 lutego 2026

W życiu nie ma przypadków.


 

                                               Opowiadanie.

         Piękny był ten dom, jeden z najpiękniejszych w okolicy. Miał stromy dach pokryty jasnoczerwoną, ceramiczną dachówką, dwa balkony na szczytowej ścianie od zachodu i duży taras od strony ogrodu. Ogród był podzielony na dwie części: było kilka zagonków warzywnych i część z drzewami owocowymi urozmaicona kwietnymi rabatami. Niestety widać było, że od pewnego czasu nie był pielęgnowany i obsadzany, a zielsko mocno zarosło warzywa i kwiaty. Duża tablica z napisem: „Na sprzedaż” wyjaśniała, dlaczego właściciele przestali zajmować się uprawą ogrodu.

        Ryszard stał dość długo zastanawiając się, ile może kosztować ten piękny dom z ogrodem i czy miałby możliwość zabezpieczenia odpowiednich funduszy na jego kupno. Oczywiście w grę wchodziłaby oprócz oszczędności jeszcze duża pożyczka w banku. Odszedł zamyślony i nieco zrezygnowany, ale postanowił przyprowadzić w to miejsce Agnieszkę i zapytać, co ona sądzi o ponoszeniu wyrzeczeń w zamian, za to piękne miejsce na ziemi. Gdy przechodził obok sąsiedniego domu wyszedł z niego starszy człowiek, który uśmiechnął się do niego i pokiwał mu ręką jakby chciał go zatrzymać. A więc przystanął i zapytał:

- Dzień dobry panu, czy ten sąsiedni dom długo już czeka na kupca? -   

- No, trochę już ta tablica wisi, chyba około pół roku. Jakoś każdy zachodzi, obejrzy i odchodzi. Szkoda, bo chętnie powitalibyśmy nowych sąsiadów. Tam na tablicy jest kontakt do pośrednika, byłoby miło gdyby pan do niego zadzwonił, bo dom niszczeje, a ogród zarasta. To piękny dom i w środku ma wszystko urządzone, z meblami i firanami – odpowiedział starszy mężczyzna podchodząc bliżej. Widać było, że ma ochotę na dłuższą rozmowę.

Ryszard uśmiechnął się i powiedział:

- Do tej pory wynajmujemy niewielkie mieszkanie w bloku. Marzy mi się mieć coś swojego. Przyjdę tutaj z żoną i pokażę jej ten dom, a wtedy chętnie porozmawialibyśmy z panem, jeżeli pan się zgodzi. –

Widać było, że starszy pan ucieszył się z tej propozycji, bo pośpiesznie odpowiedział:

- Bardzo chętnie. Ja tu mieszkam od bardzo dawna, tu się zestarzałem i tu pewnie dokończę mego żywota. Bardzo kocham to miejsce i jak pan widzi, dbam o otoczenie najlepiej jak potrafię. A mało wychodzę poza ogród i przeważnie jestem na miejscu. Wystarczy zadzwonić do furtki. –

Wydał się Ryszardowi bardzo przyjaznym, ewentualnym przyszłym sąsiadem.

Idąc na parking kalkulował dalej i rozmyślał, skąd mógłby jeszcze uzyskać fundusze. Przypomniał sobie, że jego owdowiały niedawno wujek proponował mu pomoc finansową w razie jakiejkolwiek potrzeby. Oczywiście podziękował i odmówił, ale teraz zaczął się zastanawiać, czy nie wrócić do tej propozycji.

     Wyjechał z parkingu i przejechał jeszcze raz przed domem, aby dobrze go zapamiętać. Nie tylko dom go zachwycał, ale cała dzielnica o pięknych ogrodach i niskiej zabudowie. Cisza tu panująca bardzo mu odpowiadała, uliczka była urokliwa z pachnącymi lipami po obu jej stronach. No i położenie wymarzone, bo niedaleko było do głównych skrzyżowań z wylotem na obwodnicę miasta. Zupełnie się zatracił w postanowieniu osiedlenia się tutaj.

Gdy w końcu dotarł do swojego wynajmowanego mieszkania, mieszczącego się w bloku z lat dziewięćdziesiątych, otworzył drzwi i prawie rzucił się z rozpostartymi ramionami na Agnieszkę, przytulając ją i obcałowując:

- Kochana, znalazłem dom naszych marzeń! Jutro cię tam zawiozę, jest cudownie położony i sam jest piękny, sąsiad mi powiedział, że jest też w pełni umeblowany. Słyszysz? Nie będziemy musieli wymyślać wystroju, może tylko zmodernizujemy go po swojemu. – 

Był zdziwiony, że Agnieszka nie była zbytnio zachwycona tym jego wybuchem entuzjazmu. Odsunął się od niej i usiadł na fotelu. Minęła chwila zanim się odezwał:

- Co się stało? Nie cieszysz się? Przecież wspólnie marzyliśmy o prawdziwym domu dla nas, dla naszych przyszłych dzieci. To byłaby inwestycja już na całe życie! –

Agnieszka również usiadła na krześle ustawionym na wprost męża, wzięła go za rękę i powiedziała:

- Bardzo cię kocham, ale już wiele razy przekonałam się, że jesteś „w gorącej wodzie kąpany”. To nie jest problem do zachłyśnięcia się i stawiania sobie potem zadań ponad siły. Najpierw musimy rozważnie ocenić nasze możliwości, bo nie zamierzam zadłużyć się na całe życie i ciągle się martwić, czy wystarczy na spłacanie długów. Rysiu, Rysiu, zjedzmy teraz kolację, a potem usiądziemy i „na zimno” skalkulujemy, czy faktycznie nas na to stać. –

Ryszard był zasmucony chłodną odpowiedzią żony na jego zachwyty, ale posłusznie skierował się do kuchni i usiadł przy stole.

Rozmowę zaczął pierwszy:

- Masz trochę racji, że nie raz myślę i działam zbyt szybko. Czasem to dobrze, a czasem sprawy wymagają namysłu. I masz też rację, że trzeba dokładnie się podliczyć, czy nas będzie stać na spłacanie rat. Przecież ty już niedługo urodzisz i będziesz siedzieć z dzieckiem, i to pewnie dłużej niż przewidują przepisy. Bezpłatny urlop, potem żłobek, czy przedszkole. Większe wydatki, a mniejsze dochody. Chociaż mógłbym postarać się o dodatkowe zlecenia, które mogłyby pokryć nasze wydatki, ale wtedy miałbym dużo mniej czasu dla ciebie i dziecka.

Agnieszka podeszła do niego, serdecznie przytuliła i powiedziała:

- Rysiu, przecież wiesz, że nie mam dużych wymagań i potrafię być szczęśliwa nawet w naszym małym mieszkanku. Mam przynajmniej mniej do sprzątania – zaśmiała się i ucałowała męża.

- No, dobrze. Na razie spasujemy, ale obiecaj mi, że pojedziesz ze mną przynajmniej zobaczyć to cudo. –

- Okey, nawet jutro, bo wcześniej kończę. Podjedziesz po mnie koło drugiej? –

- Oczywiście moja księżniczko, jesteśmy zatem umówieni. Może odwiedzimy też tego staruszka, co miałby być naszym sąsiadem. –

     Jednak następnego dnia, ze względu na niezapowiedziane odwiedziny siostry Ryszarda, musieli zmienić plany.

Paulina mieszkała w tym samym mieście, ale rzadko się widywali. Ona często wyjeżdżała, a to w delegację, a to na jakieś zagraniczne wojaże po świecie. Lubiły się z Agnieszką i zawsze miały dużo wspólnych tematów do rozmowy.

     Podczas ich spotkań Ryszard był raczej biernym słuchaczem. I teraz również z chęcią zajął się przygotowaniem ciepłej kolacji przysłuchując się jedynie rozmowie dwu kobiet. Ale wrócił do pokoju, gdy usłyszał, że Paulina właśnie wróciła z Indii i opowiada o wyprawie.

    Okazało się, że dołączyła do grupy kilku osób, fascynatów egzotycznych klimatów. Barwnie opowiadała o tej wyprawie, ale przede wszystkim o niespotykanych na Zachodzie zwyczajach i zachowaniach Hindusów. O wielu rytuałach i nakazach przestrzeganych przez wyznawców hinduizmu, które dla ludzi Zachodu mogą wydawać się nie tylko niezrozumiałe, ale nawet szokujące.

Śmiali się wspólnie z barwnie opowiedzianej przygody Pauliny z małpą, która usiadła na jej ramieniu i nie chciała zejść. Czepiała się jej włosów i wydawała małpie piski i okrzyki zadowolenia. Paulina wiedziała, że małpy są w tym kraju „świętymi” zwierzętami, które należy traktować z szacunkiem. Obawiała się, zatem ściągnąć ją siłowo, bo byli właśnie na dość ruchliwej uliczce zapełnionej tłumem zmierzającym w kierunku którejś z hinduistycznych świątyń. W końcu jakiś młody człowiek w turbanie pomógł jej uwolnić się od intruza. Wziął małpę na ręce i wrzucił na dach straganu, koło którego właśnie przechodzili, a ona z piskiem pobiegła po dachu starając się dogonić te, które biegały w pobliżu.

- To taki drobny szczegół, żebyście poczuli smak egzotyki. A ja chcę wam przede wszystkim opowiedzieć o spotkaniu z siostrami Miłosierdzia. To zupełny przypadek, choć mówią, że w życiu nie ma przypadków. W pewnym momencie zobaczyłam jak dwie zakonnice w białych habitach pochylają się nad leżącym na chodniku starszym mężczyzną. Stanęłam przy nich, a moja grupa poszła dalej. Krzyknęłam do nich, aby poczekali, ale chyba mnie nie usłyszeli. Powinnam za nimi pobiec, ale ja stałam jak zahipnotyzowana i dalej obserwowałam, jak siostry podnoszą mężczyznę i kładą na wózku, który przyprowadziły ze sobą. Gdy zakończyły już układanie na wpół przytomnego biedaka odważyłam się podejść bliżej i zapytać, czy one są od Matki Teresy. Jedna z nich zwróciła się do mnie z anielskim uśmiechem i powiedziała „łamaną” angielszczyzną:

- Jesteśmy przede wszystkim od Jezusa, a święta Matka Teresa była tylko Jego narzędziem. Tak, jesteśmy ze Zgromadzenia Matki Teresy. Chcesz pójść z nami i zobaczyć, gdzie mieszkamy? Zapraszamy. –

Zawahałam się, ale coś mnie przyciągało do tych kobiet w białych habitach. No i poszłam. Gdy znalazłam się przy wejściu do skromnego, piętrowego budynku zadzwonił mój telefon. Jedna z sióstr zwróciła się do mnie i coś powiedziała w swoim ojczystym języku, kładąc palec na ustach. Ta druga wytłumaczyła mi po angielsku, że w ich domu nie można używać telefonu. Zostałam, więc chwilę na zewnątrz, bo przecież musiałam porozumieć się z moją grupą i oddzwoniłam do kolegów. Byli mocno zdziwieni i zaskoczeni moją decyzją, bo nigdy nie okazywałam, że jestem osobą wierzącą. No, bo i nie byłam. Moja wiara, jak pewnie wiecie, zagubiła się gdzieś we wczesnej młodości i żyłam tak, jakby Boga nie było. Ale to, co zobaczyłam wtedy, w domu Miłosierdzia wstrząsnęło mną i jakbym została rzucona na kolana. Wyobraźcie sobie olbrzymią salę, w której na materacach leżeli chorzy. Widać było, że są wynędzniali, niektórzy pojękiwali, inni coś wołali, o coś prosili. Na sali było kilka usługujących im sióstr podających chorym picie lub jedzenie, bo była właśnie pora obiadowa. Na jednej ze ścian wisiał znany mi obraz Jezusa Miłosiernego. Wzruszyło mnie to, co zobaczyłam i gdy wpatrywałam się w Jezusa na obrazie wydawało mi się, że coś do mnie mówi. Ale nie mogłam tego zrozumieć. Odczułam, że jestem tutaj tylko widzem, obserwatorem największej nędzy naszych czasów. Zawstydziłam się, że zaraz wyjdę stąd i pojadę taksówką lub rikszą do swojego wygodnego apartamentu w hotelu. –

      Paulina przerwała opowiadanie i zapytała:

- Pewnie was zanudzam? Ale słyszycie, że bardzo przeżywam to zdarzenie. Do tej pory nie mogę zapomnieć tego widoku, dlatego muszę się tym z wami podzielić. –

- Opowiadasz bardzo barwnie – odezwał się Ryszard. Szkoda tylko, że przed kolacją, bo chyba odebrałaś nam apetyt. –

- Wierzę, ale to tylko opowieść, a mnie widok tych biedaków spędza sen z oczu. Ja wtedy dwa dni nic nie jadłam, byłam jak zahipnotyzowana. Oskarżałam się, że tak beztrosko i samolubnie żyję, nawet nie chcę mieć dzieci, męża, bo musiałabym wtedy poświęcić swoje wygodne życie i o nich się troszczyć. –

Paulina prawie się rozpłakała, a Agnieszka próbowała ją uspokoić:

- Cały prawie świat tak żyje od tysięcy lat. Są biedni i bogaci, chciwi i filantropi, nie jesteś winna, że urodziłaś się w lepszym świecie. Paulinko, nie zmienisz tego. –

- Tak, rozsądek tak podpowiada, ale gdzieś w moim sercu jest smutek. Teraz ciągle rozmyślam, czy mogę przydać się na coś, aby choć odrobinę ten świat stał się lepszy. –

- Bardzo się zmieniłaś, Paulinko. Ale swoim zamartwianiem się nic nie osiągniesz. Jesteś osobą kreatywną, więc na pewno znajdziesz jakieś stosowne zajęcie dające ci poczucie spełnienia – powiedziała Agnieszka głaszcząc ramię siedzącej obok Pauliny.

Już z kuchni odezwał się Ryszard:

- A my chcieliśmy podzielić się z tobą naszymi marzeniami. Mianowicie, zamarzyło się nam zamieszkać w pięknym, własnym domu i ciągle rozmyślamy jak zdobyć na to fundusze. –

- Rysiu, mów o sobie. Moje marzenia na tą chwilę to urodzić zdrowe dziecko i spokojnie zająć się jego wychowaniem. Wolę żyć w gorszych warunkach mieszkaniowych i mieć spokojną głowę, nie mieć stresów, że brakuje nam kasy – odpowiedziała marszcząc brwi Agnieszka.

- Ale jeżeli nie będziemy przynajmniej marzyć, to przyjdzie nam kisnąć w tej dziurze do śmierci – odburknął Ryszard.

Paulina odezwała się półgłosem:

- Kochani, nie chcę wysłuchiwać waszych sporów. To jest sprawa tylko między wami dwojgiem. Chyba już pójdę, myślę, że trochę was zanudziłam moimi wspomnieniami. Chcę tylko na koniec dodać, że podjęłam się wolontariatu w hospicjum. Od jutra zaczynam dyżury. –

Oboje słuchający szeroko otworzyli oczy i nie bardzo wiedzieli, co mają powiedzieć. Wreszcie odezwał się Ryszard:

- Odważna jesteś, to niełatwo towarzyszyć ludziom terminalnie chorym. Podziwiam cię. –

- Rysiu, nie ma co podziwiać, dopiero od niedawna zrozumiałam ile we mnie było egoizmu i wygodnictwa. Chcę to zmienić, chcę być otwarta na ludzkie cierpienie, na biedę, na osamotnienie. Niedługo zupełnie mnie nie poznacie. A teraz żegnam was bardzo serdecznie i zadzwońcie do mnie jak podejmiecie ostateczną decyzję w sprawie własnego domu. –

- To nie zostaniesz na kolacji? – ze smutkiem zapytał Ryszard.

- Dziękuję, ale trochę się spieszę – odpowiedziała.

      Po wyjściu Pauliny zapadła grobowa cisza. Agnieszka wyszła do sypialni i położyła się. Nie chciała zasnąć, rozmyślała, czy ma ustąpić Ryśkowi i wspierać go w realizacji marzeń. Były to przecież i jej marzenia: własne miejsce na ziemi, ogród, w którym mogłyby bezpiecznie bawić się dzieci. Zawsze ze współczuciem patrzyła, jak niewiele miejsca miały dzieci sąsiadów na wspólnym podwórku, na którym straszyła piaskownica z rzadko wymienianym piaskiem i dwie zdezelowane huśtawki. W końcu zdrzemnęła się. Gdy już otworzyła oczy zobaczyła Rysia wtopionego w fotel i wpatrującego się w nią.

Podniosła się i zapytała:

- To kiedy teraz zaplanujemy obejrzenie tego domu? –

Ryszard zaczął się nerwowo śmiać:

- Po co, kochanie, mielibyśmy tam jechać? Przecież wyraźnie oświadczyłaś, że ta sprawa cię nie interesuje. –

- Nie, nie interesuje, tylko jest dla nas na ten czas nierealna. Jednak możemy obejrzeć, zacząć jeszcze bardziej oszczędzać i może kiedyś go kupić. –

- No, dobrze. To pojedźmy tam jutro. Mogę odłożyć jedno ze spotkań, abyśmy jeszcze przy okazji mogli coś wspólnie zjeść na mieście. –

    Ale znowu coś im przeszkodziło, a może podświadomie opóźniali odwiedzenie domu, bo dopiero w następnym tygodniu pojechali na ulice Sadową. Jakie było ich zdziwienie, gdy nie zobaczyli już tablicy zachęcającej do kupna, a w jednym z okien dostrzegli młodą kobietę z telefonem w ręku. Spojrzeli na siebie i oboje głośno odetchnęli. Ryszard powiedział tylko:

- No i już po problemie. Jednak odwiedzimy tego sympatycznego staruszka, bo mu to obiecałem. Mam nawet jakieś czekoladki ze sobą, żeby nie pójść z gołą ręką. –

Pan Ignacy był w ogrodzie i gdy ich spostrzegł nieomal biegiem ruszył do furtki, aby im otworzyć.

- Oj, wyglądałem i wyglądałem, a tu tydzień minął i już po wszystkim, bo dom sprzedany. Ale wejdźcie, proszę, ugoszczę was, choć herbatą. –

Staruszek był wyraźnie ucieszony. Zawołał na psa, który zaczął odsłaniać zęby i straszyć obce mu osoby.

Pan Ignacy pogłaskał go, zaczął mu coś tłumaczyć do ucha i pies się uspokoił.

- On jest stary, ale bardzo czujny. Przyniosłem go ze schroniska i zaopiekowałem się. Jest mi bardzo wdzięczny i pomaga znosić osamotnienie starości. Nazywa się Karo, już możecie go pogłaskać, bo wytłumaczyłem mu, że jesteście moimi gośćmi. –

      Herbata była nieco lurowata, ale za to podane do niej konfitury z wiśni bardzo im smakowały. Rozmawiali trochę o układach rodzinnych, a więc dowiedzieli się, że pan Ignacy ma dwoje dzieci córkę i syna. Niestety, oboje mieszkają za granicą: córka w Kanadzie, a syn aż w Australii. Mają dzieci, ale rzadko przyjeżdżają, a jeżeli już są w Polsce, to jadą gdzieś nad morze lub w góry.

- Wiem, że mnie kochają, ale sama wiedza nie wystarczy. Czuję się bardzo samotny po śmierci żony – zwieszając głowę powiedział pan Ignacy.

Milczeli, bo cóż można w tym przypadku powiedzieć? Jak pocieszyć?

I nagle staruszek podniósł głowę i cichym głosem zapytał:

- A nie zamieszkalibyście ze mną? –

Popatrzył na Agnieszkę, potem na Ryszarda i mówił dalej:

- Mam całe piętro wolne i długo się zastanawiałem, czy go nie wynająć. Wtedy, chociaż wiedziałbym, że ktoś żywy jest niedaleko. Mam już swoje lata i nawet ze względu na ewentualną konieczność wezwania lekarza dobrze byłoby mieć takie wsparcie. Pomyślałem o was, budzicie zaufanie i sympatię. Policzyłbym wam za wynajem tyle, ile płacicie teraz za wasze mieszkanie. To chyba dobre warunki? –

Trudno opisać zdziwienie i niedowierzanie obojga młodych, zaczęli się oboje śmiać i podskakiwać jak małe dzieci.

- Nie wyobraża pan sobie, jaka to byłaby dla nas radość, gdybyśmy mogli z panem zamieszkać! – wykrzyknęła Agnieszka. Ale, czy nie będzie panu przeszkadzać małe dziecko? Ono powinno urodzić się za niecałe dwa miesiące. Takie małe to czasem płacze, nawet w nocy. Czy nie będzie to panu przeszkadzało? –

- Droga pani, ja mam zdrowy sen i nawet strzały armatnie mnie nie obudzą, co tam dopiero płacz dziecka – machnął ręką pan Ignacy. No, to chodźcie na górę i obejrzyjcie wasze przyszłe gniazdko. –

     Mieszkanie na piętrze było trzypokojowe, z osobną, niewielką kuchnią, za to dość przestronną łazienką. Meble były stare, niektóre nawet wyglądały na zabytkowe, ciężkie, grube zasłony i stary, wytarty już dywan stwarzały mroczne wrażenie. Natomiast zachwycił ich żyrandol ze zwisającymi szkiełkami. Agnieszka zastanawiała się jak delikatnie zapytać o możliwość wymiany zasłon i dywanu, a także o odświeżenie tapicerki.

W końcu zapytała:

- A czy będziemy mogli cokolwiek tutaj zmienić? Myślę o wymianie dywanu i zasłon na nowe. Oczywiście wybralibyśmy takie, które pan zaakceptuje. –

- Oczywiście. Ten dywan ma już chyba trzydzieści lat, podobnie zasłony. To jeszcze moja żona je wybierała, a ona już piętnaście lat minęło jak nie żyje. Gdyby nie pasował państwu jakiś mebel, to po prostu zaniesiemy go do piwnicy lub na strych. Niektóre z nich są cenne i można by za nie dostać ładną cenę. Ale nie chcę ich sprzedawać, to dla mnie pamiątki. –

- Dziękujemy panu. Można powiedzieć, że spadł nam pan z nieba – odezwał się Ryszard.

- Wiemy, że ma pan na imię Ignacy, ale to takie oficjalne imię, czy możemy mówić: panie Ignasiu? – zapytała Agnieszka.

Do mnie proszę mówić: Aga, a to jest Ryś – dodała z uśmiechem.

- Możecie do mnie mówić wujku, chociaż to teraz nie zawsze jest dobrze interpretowane, ale wiele osób tak mnie nazywa. –

- Dobrze, wujku Ignasiu – powiedziała Aga nadal uśmiechając się.

Z konkretnym pytaniem zwrócił się Ryszard:

- Wujku Ignasiu, to, od kiedy możemy tutaj z tobą zamieszkać? Mnie ciągle nie chce się wierzyć, że to się na prawdę dzieje, przecież to jest niesamowite zdarzenie, taki przypadek. –

- W życiu nie ma przypadków młody człowieku. To wszystko, co nas spotyka jest gdzieś zapisane. Po prostu mieliśmy się spotkać. Czasem dotykają nas jakieś trudności, przeszkody, nawet choroby, czy utrata bliskiej osoby. W tym wszystkim jest jakiś cel Najwyższego Autorytetu i naszego Wychowawcy. On ze zła wyprowadza dobro, często nas rozpieszcza i nagradza, ale daje klapsy i ostrzega przed związaniem z siłami zła. To tyle, nie będę was już zanudzał. Tutaj są klucze od furtki i od drzwi wejściowych. Wprowadzicie się w dogodnym dla was czasie. Nie popędzam i nie stawiam warunków w zakresie terminu. Tylko jeszcze jedna informacja, raz w tygodniu w salonie na parterze odbywa się spotkanie Wspólnoty. Rozmawiamy, trochę się modlimy, trochę śpiewamy. Mam nadzieję, że nie będzie to dla was uciążliwe. Więc do zobaczenia drodzy młodzi przyjaciele. Pozwolicie, że nie będę już was wyprowadzał do furtki. Psa się nie obawiajcie, on już was poznał i polubił. –

     Młodzi długo nie mogli ochłonąć z wrażenia. Stanęli jeszcze przed furtką i patrzyli na dom, w którym niedługo będą mieszkali. Na pewno wybudowany był jeszcze przed drugą wojną, kryty ceramiczną dachówką, z jednym piętrem i poddaszem oświetlonym czterema owalnymi okienkami. Drewniany ganek miał ozdobne, barwione na zielono listwy usytuowane wzdłuż całej długości zadaszenia i przy balustradzie. Ściana zachodnia cała była porośnięta bluszczem okalającym okna i pnącym się aż do samego okapu dachu. Okna na piętrach miały zielone framugi i okiennice w tym samym odcieniu zieleni, co listwy przy ganku.

Spojrzeli na siebie, uśmiechnęli się i przytulili nic nie mówiąc.

Milczeli tak aż do czasu dotarcia do swojego mieszkania.

- Rysiu, a mieliśmy jeszcze zrobić zakupy w powrotnej drodze – odezwała się w końcu Aga.

-Teraz, po takich przeżyciach ty możesz jeszcze myśleć o chodzeniu po sklepach? Daj sobie spokój. Znajdziemy na to czas jutro. Dziś otwieram szampana i świętujemy. –

- No, to raczej ty świętujesz, przecież ja nie mogę alkoholu. –

Ryszard zaczął się głośno śmiać:

- Przewidziałem to, mam szampana dla dzieci, bezalkoholowego. Miał być na świętowanie naszej wspólnej decyzji o zakupie domu. Ale teraz uczcimy nim nasze zrządzenie losu i wypijemy za zdrowie wujka Ignasia. –

- Jesteś niesamowity. Wszystko przewidzisz, o wszystko zadbasz. Bardzo cię kocham Rysiu. Ale trochę jestem zaniepokojona tymi spotkaniami, o których mówił Ignacy. Jakaś wspólnota? Czy to nie będzie jakaś sekta? Co o tym myślisz? –

- Kochanie, co mnie obchodzi, kogo zaprasza Ignacy do swojego domu? Myślisz, że on będzie sprawdzał, kogo my zapraszamy? Nawet, jeżeli sekta, to co nam do tego? Sprawa jest już przesądzona, zabieramy się za pakowanie. –

- Nie, nie. Nie tak szybko, przecież najpierw musimy tam zrobić porządek. Meble nie były od lat czyszczone, są całe w kurzu, musimy wybrać dywan i zasłony, myślę, że również pomalować ściany. O malowanie nie pytaliśmy, mam nadzieję, że się zgodzi. Zastanawia mnie tylko to, że nas nie wylegitymował, nawet nie zapytał o nazwisko i dał klucze. I nie wspomniał o kaucji przed wprowadzeniem. Dziwne. Czyżby był tak naiwny? –

- Pewnie wzbudzamy zaufanie samym wyglądem – odpowiedział Ryś. To od jutra zaczynamy się przygotowywać i szukać dywanu. -

- Tak. A teraz się położę i odpocznę, bo coś maluch wierci mi się w brzuchu. Mam nadzieję, że zrobisz nam dobrą kolację mój kochany mężu. –

        Pawełek urodził się we wrześniu. Był dorodnym maluchem, ważył aż cztery i pół kilograma. Dość głośno domagał się nakarmienia i zmiany zmoczonej pieluchy. Rodzice, jak to naturalnie bywa, byli zauroczeni pięknością, mądrością i innymi zaletami swojego dziecka. Rozczulali się i dopieszczali swoje maleństwo. A ono rosło na potęgę.

       Mieszkali już w tym uroczym domu od miesiąca.  Agnieszka była szczęśliwa, że może długo przebywać z dzieckiem na świeżym powietrzu. Wystawiała wózek w ogrodzie, gdzie pachniało dojrzewającymi owocami, a także różami obficie kwitnącymi na pnących się krzewach. Widać było, że pan Ignacy bardzo dbał o ogród, wszystkie krzewy były starannie przycięte, zagonki wypielone, trawnik wykoszony. Ryszard zaproponował mu pomoc w pielęgnacji ogrodu, ale ze śmiechem odmówił:

- Widzisz, Rysiu. Ja się zżyłem z tymi wszystkimi roślinami, ja z nimi rozmawiam, a one mi odpowiadają swoją zaczarowaną mową. Nie wiem, czy znasz język roślin? Może jak się go nauczysz to ci pozwolę pracować w ogrodzie. A tak serio, to dopóki jeszcze daję radę chcę to robić sam. Nie martw się, przyjdzie taki czas, że cię poproszę o zastąpienie mnie. –

      Ryszard był nieco rozczarowany, bo właściwie to nudził się po powrocie z pracy. Teraz mało spotykali się z przyjaciółmi, mało wychodzili na spacery, bo Aga uważała, że w ogrodzie jest Pawełkowi najlepiej, nie ma ulicznego hałasu i zapachu spalin. Pewnie miała rację, ale Ryś czuł się opuszczony i przesunięty z pierwszego miejsca w hierarchii rodzinnej. Zaczął umawiać się z kolegami na wieczory przy piwie, czasem na treningi koszykówki i pomału następował rozdział między małżonkami. Agnieszka czuła się opuszczona i mniej kochana, często wypominała mężowi, że ją zostawia samą z dzieckiem i nie pomaga jej w opiece nad maluchem.

     Dodatkowo zauważyła, że oprócz spotkań raz w tygodniu, na które przychodziło siedem, osiem osób w większości młodych, odwiedzają Ignacego jakieś dziwne typy. I to przeważnie, gdy Ryszarda nie było w domu. Postanowiła, że wprost zapyta Ignacego o ten nurtujący ją problem. Teraz często z nim rozmawiała i z chęcią słuchała jego niekończących się opowieści: o wojnie, która zabrała mu radość wczesnego dzieciństwa, o rodzinie, która została na drugim brzegu Bugu i nie chciała osiedlić się na ziemiach zachodnich, ale najwięcej opowiadał o swojej żonie. Musiał ją bardzo kochać, bo czasem, wspominając ją, ukrywał łzy. Te wspólne rozmowy bardzo ich zbliżyły i dlatego nie miała oporów, aby zapytać go o tych tajemniczych, odwiedzających go po kryjomu, mężczyzn.

Gdy usłyszał pytanie, nisko zwiesił głowę i cicho powiedział:

- Kiedyś ci o nich opowiem, ale jeszcze nie dziś. Nie obawiaj się, oni są zupełnie nieszkodliwi. –

- Przepraszam, cię Ignasiu, za moje wścibstwo, ale jednego z nich aż się przelękłam. Wyszłam na chwilę rozwiesić pranie za domem, a tam stał i patrzał na mnie mocno zarośnięty, starszy mężczyzna. Przyznasz, że mogłam się go przestraszyć. Nawet chciałam zawołać na ciebie, ale on po chwili zniknął. –

- Tak, jak ci powiedziałem, Agnieszko, nie bój się ich, nie krzycz i nie panikuj. Gwarantuję, że nawet nie odezwą się do ciebie, nie będą cię zaczepiać. Znam dobrze ich wszystkich. –

- No, dobrze, wierzę ci, ale czekam z niecierpliwością na rozmowę na ten temat. –

Agnieszka zastanawiała się, czy nie powiedzieć o tej dziwnej sprawie Rysiowi, ale postanowiła zaczekać, aż dowie się więcej od Ignacego.

     W końcu sama zaprosiła Ignacego na piętro, poczęstowała herbatą i ciasteczkami własnej roboty. On wyczuł, że spotkanie to jest pretekstem do usłyszenia, kim są ci dziwni faceci kręcący się często po podwórku.

- No, więc dobrze, Agnieszko, czekasz na moje wyjaśnienia. Oto one:

Większość ludzi ma w swojej życiowej historii jakieś ciemne karty, czasem szare, a czasem zupełnie czarne. Ja również je mam. Był to okres mojego życia, o którym nie wiedzą moje dzieci, wiedzieli tylko moi rodzice i moja żona, więc chyba rozumiesz, że liczę na twoją dyskrecję. Otóż wpakowałem się w problemy tuż po zakończeniu studiów. Miałem wcześniej ciągoty do zabawowego życia zakrapianego alkoholem i hazardem, ale gdy zacząłem zarabiać i mieć własną kasę moje uzależnienia się pogłębiły. Wpadłem w tak zwane „złe towarzystwo” i wiele zmartwień zafundowałem moim rodzicom, bo oprócz alkoholu zacząłem zabawę z narkotykami. –

Tutaj Ignacy przerwał i popijając herbatę ukradkiem spoglądał na Agnieszkę, która miała dziwną minę i szeroko otwarte oczy. Siedziała cicho i czekała na dalszy ciąg opowieści.

- Nie będę ci opowiadał szczegółów, dość, że wylali mnie z pracy, a rodzice, którzy mieszkali cały czas w tym domu, zabrali mi klucze i musiałem sypiać na ganku. Nie pamiętam dokładnie, czym ja się wtedy żywiłem, czasem, gdy wytrzeźwiałem matka ulitowała się i poczęstowała mnie obiadem. Ale wtedy nie ważne było dla mnie jedzenie, najważniejsze to było napić się i porządnie naćpać. Teraz, kiedy o tym mówię mam dreszcze na całym ciele.

Pewnego razu zasnąłem na ganku tak mocno, że mój ojciec nie mógł mnie dobudzić i zawołał pogotowie. Nie wiem, co się dalej działo, bo dopiero na drugi dzień obudziłem się w szpitalnej sali podłączony do kroplówki i przypięty do łóżka pasami. Zrozumiałem, że to oddział psychiatryczny, a ja jestem na odwyku.

Tam właśnie spotkałem anioła. Dotąd jestem przekonany, że to spotkanie to nie był przypadek. Widocznie Najwyższy dość się napatrzył na moją nędzę, na moje upodlenie i przysłał mi Krystynę. Była pielęgniarką. Większość personelu na tym oddziale to byli mężczyźni, bo czasem trzeba było użyć siły, żeby opanować napad delirium u któregoś z pacjentów. Ale były też trzy kobiety opiekujące się lżej chorymi, niesprawiającymi problemów. Krysia była dwa lata starsza ode mnie, szczupła, ale wysportowana i miała niesamowity uśmiech. Ten pogodny wyraz twarzy i zniewalający uśmiech były moim najlepszym lekarstwem. Poświęcała mi dużo czasu, widocznie jej obecność przy pacjencie to była też część terapii. Zakochałem się w niej na zabój. Powstrzymywała mnie od wyznań strasząc, że nie będzie już się mną opiekować, bo gdyby jej przełożeni spostrzegli naszą zażyłość mogliby ją nawet zwolnić z pracy. To dla niej wyszedłem z moich uzależnień i zupełnie zmieniłem moje życie. –

     W tym momencie opowieści wrócił do domu Ryszard, a gdy dość głośno zamknął drzwi obudził się mały Pawełek i zaczął domagać się nakarmienia.

Ignacy pożegnał się i obiecał, że dokończy swoją opowieść innym razem.

Agnieszka tuląc Pawełka ucałowała męża i powiedziała:

- Tak się cieszę, że dziś wróciłeś wcześniej. Nie mam jeszcze gotowego obiadu, ale nakarmię małego i zaraz coś przygotuję na szybko. –

- Dobrze go nakarm, bo zabieramy go ze sobą i idziemy na obiad. Znalazłem taką spokojną knajpkę z dobrym jedzeniem, nawet niedaleko stąd, więc możemy przejść się tam spacerkiem. –

Aga bardzo się ucieszyła, nakarmiła, przewinęła swoje maleństwo i przeczesując włosy powiedziała do męża:

- Nawet nie wiesz, ile radości mi sprawiłeś swoją propozycją. Tak czekałam na takie wspólne wyjście. –

- Czemu czekałaś i nic nie mówiłaś? Przecież już wiele razy mogliśmy wyjść razem. Podczas spaceru na pewno mały by usnął i moglibyśmy cieszyć się wspólnym spędzonym czasem. Ale kiedy usłyszałem, że wam jest lepiej i zdrowiej spacerować po ogrodzie, to już nic nie proponowałem. –

Aga schyliła głowę:

- Może tak, ale Pawełek był wtedy mniejszy i było we mnie dużo strachu o jego zdrowie. Chyba nawet miałam takie stany depresyjne, bo ciągle sprawdzałam, czy oddycha. Zrozum mnie, proszę. To na pewno moje macierzyńskie hormony zbyt mocno działały i zabierały mi radość i wewnętrzny spokój. –

Ryszard przytulił żonę i odpowiedział:

- Dobrze już, dobrze. Postaram się ciebie zrozumieć, ale musimy nadrobić tamten stracony czas. Myślę, że niedługo, jak mały trochę podrośnie będziemy go podrzucać do moich rodziców, albo do Pauliny. A sami wybierzemy się na jakąś potańcówkę, czy do kina. Okey? –

- Okey – odpowiedziała.

Ryś jeszcze zapytał, o czym tak rozmawiała z Ignacym. Nie zdradziła mu treści rozmowy, tylko ogólnie skwitowała kilkoma zdaniami:

- Wiesz on jest strasznym gadułą. Opowiadał mi o dawnych czasach, o swojej młodości, o swoim zagubieniu. Prosił mnie o dyskrecję, więc nie bardzo mogę cię wtajemniczać w szczegóły jego historii, ale powiem ci, że jest bardzo ciekawa i pouczająca. –

- Jestem zazdrosny o taką zażyłość między wami – zaśmiał się Ryszard i dodał – przyspieszmy trochę, bo bardzo zgłodniałem. –

    Bardzo miło spędzili to popołudnie, po smacznym obiedzie poszli jeszcze do parku, do uroczej kawiarenki na świeżym powietrzu. Kawa okazała się wyśmienita, a w oszklonej ladzie kusiły kolorowe ciastka, więc zakupili je, aby wziąć ze sobą i poczęstować również wujka Ignasia.

    Pawełek był bardzo grzeczny, z zaciekawieniem rozglądał się wokół i otwierał szeroko oczy, bo przecież dopiero poznawał ten nowy dla niego świat.

    Patrząc na tę parę można było pozazdrościć okazywanej spontanicznie radości i serdecznego uśmiechu na obu ich twarzach.

    Ale życie płata czasem figle. I tym razem czekała ich w domu nieprzyjemna niespodzianka. Otóż na ganku dostrzegli brata Agi. Poznali od razu, że był pijany. Gdy ich zobaczył zaczął coś bełkotać i wymachiwać rękami.

Aga podeszła bliżej do niego i próbowała mu coś przekazać, ale to, co mówiła zupełnie do niego nie docierało. Na ganek wyszedł pan Ignacy i powiedział:

- Zostawcie go, niech sobie pośpi, może dojdzie do siebie i dopiero wtedy będzie można z nim rozmawiać. Mnie on tu nie przeszkadza. Tyle, co wiem, to w tym stanie nie należy proponować delikwentowi nic na siłę, a szczególnie go pouczać, bo i tak nic nie zrozumie. –

     Zrobili tak, jak doradził Ignacy, ale popołudnie mieli już zakłócone i Ryszard nawet zaczął wypominać żonie, że ma takiego brata. Zastanawiali się oboje, kto podał mu ich adres, bo od kilku lat nie mieli z nim kontaktu. Znów między nimi zrobiła się nerwowa atmosfera i Ryszard zaczął coś przebąkiwać o wyjściu do kolegów. Aga powiedziała nieomal ze łzami w oczach:

- Rysiu, mój brat też tak zaczynał: od przebywania z kumplami, zaniedbywania rodziny i w końcu stoczył się na takie dno. To naprawdę małymi kroczkami dochodzi się czasem do takiego uzależnienia. Wiem, że jesteś inny i potrafisz się kontrolować, ale ja mam ciągle Tomka przed oczami, gdy ty wracasz na rauszu. Bardzo się wtedy denerwuję. –

- No, dobrze, nie zostawię cię samą z tym „problemem” na ganku. –

Ryszard ostentacyjnie włączył telewizor i założył słuchawki, żeby nie budzić Pawełka. Aga najpierw pochlipywała w kąciku, a potem usiadła obok męża i położyła głowę na jego ramieniu. Cicho powiedziała:

- Dziękuję ci, że zostałeś. –

    Oglądali razem jakiś stary film komentując znane im już sceny. W pewnym momencie usłyszeli głosy dochodzące z ogrodu i wołanie pana Ignacego. Ryszard wstał i zszedł na ganek. Tomka już nie było, tylko ich gospodarz rozmawiał z jakimś mężczyzną ubranym w spodnie od dresów i wytartą dżinsową kurtkę. Ostatnie zdanie z tej rozmowy dotyczyło na pewno brata Agi, więc Ryś zapytał:

- Jaki mamy problem? Właśnie zszedłem przegonić tego nieproszonego gościa, ale widzę, że sam odszedł. –

Ignacy odwrócił się w stronę Ryszarda i powiedział:

- Poszedł, a my chcemy go odszukać. To też człowiek Rysiu, tylko pogubiony. Coś o tym wiem. –

Potem zwrócił się w stronę nieznajomego mężczyzny i mówił dalej:

- To jest Adam, mój dobry znajomy, specjalista od prostowania pokręconych dróg. On go poszuka i spróbujemy mu pomóc. Proszę na razie nie mówić Agnieszce, żeby nie robić jej zbyt dużo nadziei, bo może nam się ten zamiar nie udać. Ale ja mocno wierzę, że mu pomożemy. Moje życiowe motto brzmi: „Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga.” On też. –

Agnieszka była bardzo ciekawa, co dzieje się przed domem, ale usypiała Pawełka i musiała poczekać aż Ryszard wróci. Usłyszała jedynie nieznajomy głos, który pytał:

- Powiedz mi, bracie, gdzie wcześniej mieszkaliście, podaj adres. - 

Nie usłyszała odpowiedzi męża, ale za niedługi czas doszedł ją odgłos otwieranych drzwi i Ryś wszedł po cichu do pokoju. Położyła palec na ustach, bo maluch dopiero zasnął i gestem wskazała kuchnię, aby tam porozmawiać.

Zaczął Ryszard:

- Potrafisz mi, wytłumaczyć, co ten nasz „wujek” może knuć? Co go obchodzi twój brat alkoholik i po co temu Adamowi nasz dawny adres? –

- Nie wiem, ale mi powiedział, że zna ten problem i stara się pomagać takim „zagubionym owcom”, tak nazwał tych mężczyzn, którzy czasem pojawiają się w ogrodzie. Trochę mi opowiadał o sobie, ale nie zdążył dokończyć, bo ty przyszedłeś i nie chciał przeszkadzać. –

    Właśnie w tym momencie usłyszeli ciche pukanie do drzwi.

- To pewnie on – powiedziała Aga.

I faktycznie w drzwiach pojawił się ich gospodarz z palcem na ustach. Zaprosili go do kuchni, gdzie wcześniej rozmawiali, tłumacząc, że stąd nie dochodzi głos do sypialni i będą spokojni o sen Pawełka.

Ignacy odpowiedział twierdząco na pytanie Agi, czy wypije z nimi kawę i zaczął od stwierdzenia:

- Może wcześniej powinienem wam powiedzieć o moim „hobby”- tu uśmiechnął się i sięgnął po ciasteczka stojące na stole. I mówił dalej:

      - Jak już się nieco zwierzałem twojej żonie, Rysiu, byłem w młodości uzależniony od alkoholu. Uzależniony na tyle, że pewnego razu straciłem przytomność i odwieziono mnie na oddział chorób nerwowych, czyli po prostu na odwyk. Tam miłość do pięknej pielęgniarki na tyle odmieniła moje życie, że długie lata byłem autentycznie szczęśliwy. Do czasu jej śmierci, niestety dość wcześnie umarła. Nie mogłem się z tym pogodzić, kłóciłem się z Bogiem, pytałem:, „dlaczego ona?”. Ale kiedyś w mojej rozpaczy przyszła mi taka myśl, że ona pewnie chciałaby, abym ją zastąpił. Ona uratowała wielu pijaków ze mną na czele, więc poszedłem w jej ślady. Postanowiłem ratować „tonących”. Najpierw chodziłem na dworzec, który był nieraz schronieniem dla tych bezdomnych. Gdy wysłuchiwałem ich narzekań i patrzyłem na ich bezradność przypominałem sobie mój trudny czas i zaprzeczanie uzależnieniu. Wyprosiłem u naczelnika stacji czasowe przekazanie dla tych biedaków nieużytkowanego budyneczku na zapleczu dworca. Wspólnymi siłami trochę go wyremontowaliśmy, jeden z nich znał się na hydraulice, inny na budowlance, był wśród nich nawet kucharz. Zaczęliśmy pomału się zaprzyjaźniać i tworzyć pewnego rodzaju wspólnotę. Problem był tylko w sposobie użytkowania pomieszczeń, kto będzie pilnował, aby ci, którzy przyjdą podpici nie zakłócali porządku i nie dewastowali obiektu. Utworzyli, więc z pomiędzy siebie coś w rodzaju straży i po kolei dyżurowali na warcie.

      Kiedyś przyprowadziłem do nich byłego alkoholika, który już od kilku lat nie zapijał i regularnie chodził na spotkania grupy Anonimowych Alkoholików. Nawet chętnie słuchali i potem dzielili się swoimi historiami. Ale gdy cytował im punkty 12 kroków AA kiwali tylko głowami, a jeden z nich powiedział, że to tylko dla mądrych, a on jest na to za głupi, żeby to pojąć. Nie mógł zrozumieć, że każdy z tych kroków jest opisany i wyjaśniany na spotkaniach AA i jeżeli chodzi się na mitingi systematycznie, to nie tylko się je zrozumie, ale i zapamięta poszczególne punkty.

       Ale ja pewnie was zanudzam. Przepraszam, chyba na dziś skończę, a jeżeli będziecie chcieli słuchać, co dalej, to chętnie opowiem. Pewnie rozumiecie, czemu tak dużo opowiadam wam o problemie wyjścia z nałogu – powiedział na koniec Ignacy.

        Oczywiście, że rozumieli, przecież problem ten dotyczył również ich rodziny, biednego Tomka, który już kilka lat jest włóczęgą z powodu choroby alkoholowej.

Podziękowali Ignacemu za jego szczerość i oboje bardzo prosili, żeby w najbliższym czasie dokończył swoją opowieść.

Rozmawiali jeszcze przez chwilę, ale o sprawach bieżących, dziejących się wokół nich.

       Następnego dnia rano, gdy Ryszard wychodził do pracy zatrzymał go na chwilę Ignacy i z uśmiechem powiedział:

- Twój szwagier jest już w schronisku. Adam odszukał go i znalazł siedzącego na ławce przed waszym dawnym mieszkaniem. Ocucił go nieco pepsi colą i przekonał, że ma dla niego schronienie na tę noc. –

- Myślę, że Aga bardzo się ucieszy. Powiem jej później, jak wyjdzie z małym do ogrodu – dodał.

Ryszard stał chwilę w milczeniu, po czym podziękował i szybko wsiadł do samochodu. Był pełen podziwu dla tego starego człowieka, który postawił sobie za zadanie ratowanie ludzi w kryzysie bezdomności i nałogu.

      Gdy godzinę później Aga wyszła z dzieckiem do ogrodu Ignacy najpierw obserwował ich przez okno, aby wypatrzeć, czy maluch już zasnął. Wyszedł w końcu na taras i pomachał do Agnieszki ręką, jakby pytając, czy może do niej przyjść. Ta uśmiechnęła się i przywołała go podobnym gestem. Bardzo była szczęśliwa, gdy dowiedziała się, że jej brat ma już wsparcie i być może pomoc. Ignacy dodał:

- Mężczyźni, którzy przychodzą czasem pod dom to właśnie ci spod dworca. Teraz to moi znajomi, czasem chcą pogadać, czasem po prostu posiedzieć w ogrodzie. Niektórych z nich zapraszam na te spotkania czwartkowe. Jeszcze ci o nich nie mówiłem. Przychodzą na nie przeważnie już dorosłe dzieci alkoholików, które mają trudności w relacjach, w samoocenie, w podejmowaniu dobrych decyzji. Wymieniają się doświadczeniami, wspierają wzajemnie, zawiązują przyjaźnie. Wszystkie wypowiedzi są zachowywane w tajemnicy i nie wolno przekazywać ich nikomu. Na spotkaniu przedstawiają się jedynie z imienia i nie zawsze jest to faktyczne ich imię. Czasem zapraszam na spotkane grupy znajomego terapeutę, czasem pozwalają mi właśnie zaprosić któregoś z trzeźwiejących alkoholików. Takie spotkanie i wysłuchanie obu stronom zazwyczaj przynosi korzyść. A już szczególnie alkoholikom, gdy usłyszą, że przez chlanie można tyle krzywdy wyrządzić swoim dzieciom.

A co do twojego brata, to przypuszczam, że on szukał mnie, a nie was, bo nie wiedział, że się wyprowadziliście z dawnego mieszkania. Oni sobie przekazują informacje, gdzie można szukać pomocy.

    Agnieszka słuchając tego, co mówił pochlipywała i w końcu powiedziała przytulając się do niego:

- Wujku Ignasiu, jesteś niesamowity, podziwiam cię i dziękuję ci, że jesteś. Wiesz, ja też jestem dzieckiem alkoholika i chyba wiem skąd się wzięło uzależnienie mojego brata Tomka. I zaczynam wierzyć, że nie ma w życiu przypadków, że faktycznie jesteśmy jakoś prowadzeni przez Boga, jakkolwiek byśmy go pojmowali. To On sprawił, że cię poznałam. Będę się uczyć od ciebie bezinteresownej troski o innych ludzi, szczególnie tych z marginesu, bo jak powiedziałeś: „ wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga.”

  Starszy pan był bardzo wzruszony. Drżącym głosem powiedział: 

- Mógłbym sprzedać dom i znaleźć sobie miejsce w jakimś porządnym domu opieki. Zostałoby mi jeszcze na wycieczki i zwiedzanie  świata. Może poznałbym wtedy jakąś fajną staruszkę, żeby mieć się do kogo przytulać. Myślę o tym od czasu do czasu. I wtedy przypominają mi się ważne słowa, których nauczyłem się na pamięć.

Za pieniądze możesz:

- kupić dom, ale nie ciepło domowe; kupić zegar, ale nie czas;

- kupić łóżko, ale nie sen; kupić książkę, ale nie wiedzę;

- kupić lekarza, ale nie zdrowie; kupić pozycję, ale nie szacunek,

- kupić krew, ale nie życie; kupić sex, ale nie miłość.

Aga odezwała się dopiero po chwili zastanowienia:

- Tak, to mądre słowa. Pamiętaj, że zawsze możesz liczyć na naszą pomoc, jesteś dla nas jak rodzina. -

W tym momencie musieli skończyć rozmowę, bo Pawełek obudził się i głośno domagał się nakarmienia. 

 

           Minęło kilka lat. Chłopiec dorósł na tyle, że można było skorzystać z opieki przedszkolnej i Aga wróciła do pracy. Ignacy był coraz mniej sprawny i nawet powierzał pielęgnowanie ukochanego ogrodu swoim trzeźwiejącym przyjaciołom. Zawsze jednak pilnował ich pracy i doradzał, co, kiedy i jak przyciąć, co wykopać, jak podlewać. Zrobił się nieco marudny i ciągle niezadowolony. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, że powodem jego frustracji jest choroba. Nigdy się nie skarżył, że go coś boli, że trudno mu już samemu przygotować posiłek, że trudno zasypia. Aga zauważyła zmianę w jego zachowaniu i pytała go, czy potrzebuje pomocy, ale oczywiście odmawiał. Aż w końcu stało się tak, że któregoś dnia zadzwoniono do niej do pracy z informacją, że jej wujek został zabrany przez pogotowie na oddział kardiologii. Skontaktowała się z Ryszardem prosząc o odebranie Pawełka z przedszkola, a sama zatrzymała taksówkę i dość szybko znalazła się na oddziale.

      Lekarz dyżurny zaprosił ją do gabinetu i usłyszała, że wujek musi mieć pilnie wykonaną operację serca.

- Poprosiliśmy panią, bo on nie był w stanie podpisać zgody na zabieg wszczepienia rozrusznika, który ureguluje jego dolegliwości. Czy zgadza się pani taką zgodę podpisać ? –

Agnieszka zaniemówiła, więc lekarz jeszcze raz powtórzył:

- Czy pani się zgadza podpisać w imieniu najbliższej rodziny taką zgodę? –

- Ja oczywiście się zgadzam, ale ja nie jestem jego rodziną. Mówimy na pana Ignacego „wujek”, ale rodzinnie nic nas nie łączy. Wiem tylko, że ma dwoje dzieci, syna i córkę, ale oboje mieszkają zagranicą. –

Lekarz zrobił zafrasowaną minę i powiedział:

- No to mamy problem. Muszę porozmawiać z ordynatorem. –

Zostawił Agnieszkę w gabinecie i wyszedł.

Wrócił już po chwili:

- Ordynator nie odbiera telefonu. Muszę zadecydować sam. Proszę, tutaj jest oświadczenie, które zechce pani podpisać. W uwadze napiszemy, że jest pani jego opiekunką. Dobrze? –

Agnieszka podpisała i zapytała, czy może odwiedzić pacjenta. Ale nie było to możliwe:

- Zaraz będzie przygotowywany do zabiegu i będziemy operować. Proszę zostawić na biurku pani numer telefonu. Postaram się zadzwonić, ale może to być późnym wieczorem. Mam nadzieję, że wszystko się zakończy szczęśliwie. –

     Minęły dwa tygodnie. Ignacy dość szybko nabierał sił i widać było, że znowu chce mu się żyć. Gdy przychodzili go odwiedzać, mówił, że bardzo tęskni za domem i ogrodem. No i martwił się o psa. Ale uspokoili go, że psem zaopiekował się pan Adam i on pilnuje również domu i ogrodu, gdy są w pracy. Nieomal, za każdym razem, gdy go odwiedzali przypominał im, aby nie zawiadamiali jego córki i syna o jego „przygodzie”, bo tak nazywał ten incydent z sercem.

     Po szpitalu, gdy już był w lepszej formie, zawieziono go do nadmorskiego kurortu na specjalistyczne rehabilitacje. A że było to od ich miejsca zamieszkania prawie dwie godziny jazdy samochodem, rzadko go, więc odwiedzali.

     Przy którejś wizycie poprosił o wywiezienie go na wózku na spacer po parku. Oboje się ucieszyli, a najbardziej cieszył się Pawełek, że będzie mógł prowadzić wózek. Po minie Ignacego przeczuwali, że ma im coś ważnego do przekazania. I rzeczywiście, po krótkim spacerze usiedli wspólnie na ławce, a Pawełek zabawiał się popychaniem pustego wózka.

    Po chwili milczenia Ignacy, trochę łamiącym się głosem zaczął mówić:

- Moi kochani. Mówię „kochani” ze szczerego serca, bo przez te kilka wspólnych lat zżyłem się z wami i zdążyłem was pokochać. Chyba bardziej niż moje dzieci, które wyfrunęły z domu rodzinnego i jestem pewien, że już do niego nie powrócą. Dlatego poprosiłem Adama o sprowadzenie notariusza, żebym mógł wam zapisać dom z ogrodem. Jest w testamencie kilka warunków użytkowania, ale myślę, że nie sprawią wam one problemów. –

Agnieszka i Ryszard siedzieli jak sparaliżowani, w końcu Aga rzuciła się Ignacemu na szyję i ucałowała.

- Pokochałeś nas wujku? Wiesz, że my też cię kochamy, ale to za duży prezent dla nas. Mielibyśmy wyrzuty sumienia, że pozbawiamy tego spadku twoje dzieci. –

- O to się nie martwcie. Dostaję dużą emeryturę, a potrzeby mam niewielkie, więc przez te wszystkie lata zaoszczędziłem i dla nich sporą sumkę. To wszystko jest w napisane testamencie. –

- Ignasiu – odezwał się Ryszard – teraz, kiedy masz silnik „jaguara” w sercu, ty myślisz, że tak szybko nas opuścisz? Dopiero teraz rozwiniesz skrzydła. Nie czas jeszcze myśleć o odejściu, nie pozwolimy ci. –

- Dobrze, dobrze. Moje naprawione serce może jeszcze pozwoli mi pobyć z wami na tym świecie, ale będę już spokojny o przyszłość waszą i mojego ukochanego miejsca na tej ziemi. A co potem? Bóg jeden wie. No i mam dla was jeszcze jedną wiadomość: na parterze jeden pokój będzie zajmowało biuro Fundacji św. Brata Alberta, a jej szefem będzie, a właściwie to już jest, twój brat Agnieszko, Tomek. Ciężko przeżył detoks, ale przez te kilka lat już się na tyle pozbierał, że może pomagać innym. –

Ignacy zaczął się głośno śmiać i dodał:

- Myślę, że będzie to dobre zakończenie -