środa, 16 września 2026




 

                   „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać…”

 

      Układała się już do snu, gdy przypomniała sobie, że jutro ma spotkanie ze swoim prawnikiem. Zdenerwowała się, bo nie przygotowała dla niego dokumentów, o które ją prosił. Zaczęła się zastanawiać, czy nie przełożyć jutrzejszego spotkania, bo inaczej musiałaby teraz zacząć ich szukać. Zabrałoby jej to co najmniej dwie godziny, a przypuszczalnie później miałaby kłopoty z zaśnięciem. Otuliła się kołdrą i włączyła cichutko relaksacyjną muzykę, przy której zwykle zasypiała. Ale sen nie chciał nadejść. Zaczęły kłębić się w jej głowie wspomnienia różnych scen z przeszłości. Niektóre były przyjemne, ale niektóre stresujące. Odganiała je, ale powracały i męczyły.

 

    Decyzję o wznowieniu sprawy spadkowej po jej adopcyjnych rodzicach podjęła już dość dawno, ale ciągle coś jej przeszkadzało, aby umówić się z prawnikiem. Prawdę mówiąc, to bała się spotkania na rozprawie swojego przybranego brata Janka. Znała go dobrze z jego kłamstw i oszustw. Była święcie przekonana, że testament został przez niego sfałszowany. Nienawidziła Janka, był dla niej przykładem perfidnego łobuza wykorzystującego dobroć i miłość rodziców. Był hołubiony i na wszystko mu pozwalano. A mimo to był zazdrosny o ich miłość do niej. Na każdym kroku ją przedrzeźniał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, nazywał ją Kryśka-Fiśka. Nie skarżyła się rodzicom, bo sądziła, że i tak nie uwierzą. Dopiero, gdy którejś nocy zakradł się do jej łóżka i próbował zgwałcić, powiedziała o tym matce. Była zaskoczona jej reakcją. Matka powiedziała, że z nim porozmawia, ale nie okazywała oburzenia, czy współczucia dla niej. Tak, jakby cała ta sprawa zbytnio jej nie obeszła. A przecież ona miała wtedy szesnaście lat, a on był dwa lata starszy. Dopiero po kilku latach dowiedziała się, że rozmowa matki z Jankiem była stanowcza, a sankcje bardzo dotkliwe. Po roku Janek wyprowadził się z domu, podał adres rodzicom, ale oni mało go odwiedzali.

    W mieście, gdzie mieszkali było wiele uczelni, wybrała Uniwersytet i obroniła dyplom na Wydziale Ekonomicznym. Bardzo szybko dostała dobrze płatną pracę i wynajęła mieszkanie.

    Gdy jej adopcyjni rodzice zaczęli niedomagać, nie tylko z racji wieku, ale też wielu chorób, być może długo nieleczonych, Janek zaciągnął się do wojska i wysłano go na misje ONZ do Afganistanu. Nikt nie rozumiał tej decyzji, a jego wyjazd jeszcze bardziej pogłębił złe samopoczucie, szczególnie matki, oboje zresztą stracili chęć życia. Opiekowała się nimi najlepiej jak potrafiła. Niestety, choroby postępowały i w końcu  zdecydowali, że chcą zostać oddani do domu opieki. Ona nie miała, oczywiście, adresu Janka przebywającego w Afganistanie, ale napisała list i wysłała do dowództwa w Polsce. Prosiła w liście, żeby wziął urlop i pomógł jej znaleźć odpowiednią opiekę dla rodziców. Ale nie dostała odpowiedzi.

      Jakoś z trudem udało jej się znaleźć dwa miejsca w tym samym domu opieki, aby staruszkowie mogli nawzajem się wspierać. Ale coś się w nich odmieniło. Tak, jak kiedyś byli dla niej bardzo serdeczni, tak teraz odczuwała chłód, a nawet niechęć. Domyślała się, że obciążali ją winą za decyzję Janka, ale nie rozmawiali o tym. Ojciec poprosił ją tylko, żeby przeprowadziła się z powrotem do ich domu. Ten właśnie fakt utwierdził ją w przekonaniu, że nie mogła zostać pominięta w ich testamencie.

      Pierwszy odszedł ojciec, a kilka miesięcy później matka. Wysyłała do Janka wiadomość o ich śmierci, jednak listy pozostały bez odpowiedzi. Również na telegramy z domu opieki nie zareagował. Otwarcie testamentu odbyło się także bez jego obecności. Gdy notariusz w obecności dyrekcji domu opieki odczytał go była niemile zaskoczona, gdyż cała ich nieruchomość, dom z ogrodem i działka nad jeziorem, zostały zapisane Jankowi, a jej pozostawiono skromny zachowek i biżuterię po matce. Wiedziała, że dom jest dość stary, że wymaga kapitalnego remontu, ale czuła sentyment do tego miejsca. Bardzo chciała wyremontować go i zamieszkać w nim na stałe.

    Prawnik wyraził zgodę na przełożenie terminu spotkania. Zdążyła zatem odnaleźć dokumenty dotyczące własności rodziców, jak też orzeczenie sądu o jej adopcji. Mecenas przyjął dokumenty i obiecał, że dość szybko sformułuję wniosek do sądu. Pod koniec rozmowy powiedział:

- Pani Krystyno. Zabawiłem się w detektywa i odnalazłem pani przyrodniego brata. Radziłbym pani odwiedzić go zanim złożymy wniosek do sądu – i podał jej zapisany na kartce adres, pod którym przebywał Janek.

Podziękowała i schowała do torebki. Na odchodnym zapytała: - To kiedy się znowu spotkamy? –

- Jak tylko wróci pani od brata. Proszę do mnie zadzwonić, że jest pani gotowa. –

Kartkę z adresem wyjęła dopiero w domu. Miejsce pobytu Janka wprawiło ją w osłupienie. Przeczytała na głos, jakby nie dowierzała: - Ośrodek Rehabilitacyjny dla Inwalidów Wojennych. –

Podany był również numer kontaktowy, więc od razu wystukała numer, chciała się upewnić, że to nie pomyłka. Sympatyczny męski głos odpowiedział jej, że nie podają informacji przez telefon, trzeba przyjechać osobiście. Była zdenerwowana i odpowiedziała coś niezbyt grzecznie.

Wzięła kilka dni bezpłatnego urlopu, bo przysługujący jej już wcześniej wykorzystała i ruszyła w podróż. Przy bramie ośrodka stali dwaj wartownicy i długo musiała im tłumaczyć, dlaczego nie dostała zaproszenia do odwiedzin od brata, tylko wybrała się na własną rękę. W końcu wydano jej przepustkę i otwarto bramę. Jeden z wartowników podał jej numer bloku i pokoju, w którym przebywał Janek. Była bardzo podekscytowana i zastanawiała się, jak ma go przywitać.  Wcześniej chciała uniknąć  spotkania Janka w sądzie, a teraz stoi przed drzwiami jego pokoju nie wiedząc w jakim on jest stanie. Zapukała, ale nikt się nie odezwał, zapukała drugi raz i gdy dalej nie usłyszała zaproszenia nacisnęła klamkę i cicho uchyliła drzwi. Janek siedział w fotelu i coś czytał. Był do połowy okryty kocem, a przy fotelu stał wózek inwalidzki. Nie patrząc na nią odezwał się:

- Dziękuję pani Agnieszko. Proszę postawić na stole. Zjem później. –

Dopiero po chwili zorientował się, że to nie obsługa i obejrzał w kierunku drzwi.

- Hej. I kogo my tu mamy – moja ukochana siostrzyczka mnie odnalazła. Witam cię, rozgość się, proszę. I co cię do mnie sprowadza? Pewnie jakieś interesy, bo przecież chyba nie siostrzana miłość? –

Nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć, bo przecież miał rację, przyjechała załatwić sprawę spadku.

- Przepraszam, że nie szukałam cię wcześniej. Pisałam do ciebie, ale nie dawałeś znaku życia. W końcu za sprawą nieomal detektywa odnalazłam cię. Nie wiedziałam, że byłeś ranny. Ukrywałeś się przede mną, a wcześniej też przed rodzicami. Nie raczyłeś być nawet na ich pogrzebach. –

- No, to gorzko powiedziane. Kiedy oni umierali, ja również byłem na krawędzi życia. Kiedy nas zbierali spod gazika, który wjechał na minę, w meldunku podali, że jestem martwy. Dopiero, gdy dotarliśmy do szpitala polowego lekarz stwierdził, że tli się jeszcze we mnie życie. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, ale skoro zadałaś sobie tyle trudu i tu przyjechałaś… -

- Przepraszam cię Janku. Jak łatwo jest niesłusznie kogoś oskarżyć. Czy możesz mi wybaczyć? Może miałam do ciebie kiedyś dużo złości, ale to już przeszłość. Bardzo chciałabym, abyśmy byli dla siebie siostrą i bratem. Wiesz, że nie mam teraz nikogo bliskiego po śmierci rodziców. –

- No, ja też nie byłem ci dłużny. Tylko ty chowałaś swoje emocje, a ja wyżywałem się na tobie. Myślę, że byłem zazdrosny o miłość rodziców, o to, że traktowali cię jak swoją rodzoną córkę. Ja też mam za co przepraszać. Ale nie chcę twojej siostrzanej bliskości, twojego współczucia, czy litości. Mam tutaj dobre warunki, dbają o nas, inwalidów, aż z przesadą. Zapewniają nie tylko mieszkanie i wyżywienie, ale mamy wiele atrakcyjnych rozrywek, jak kino, czy teatr,  spotykamy się z ciekawymi ludźmi, mam tutaj przyjaciół. –

- Janku, a czy pozwolisz mi mieszkać w domu rodziców? Odremontowała bym go i zadbała o ogród. A ty zawsze będziesz mógł tam wrócić, czy przyjechać na pewien czas. Zaopiekowała bym się tobą lub zapewniła pomoc kompetentnej osoby. Jeżeli już zakopaliśmy topór wojenny, może spróbujmy myśleć o sobie nawzajem z życzliwością. Co ty na to? –

Janek zaczął się głośno śmiać:

- To już teraz wiem, czemu mnie odwiedziłaś. Chciałaś załatwić sobie wygodne lokum z ogródkiem. A mieszkaj sobie i daj mi święty spokój. –

Krystynę zamurowało i dłuższą chwilę milczała. Nie mogła zaprzeczyć, co było celem jej podróży, ale w sytuacji kalectwa Janka sprawa spadku przedstawiała się w zupełnie innej perspektywie.

- Tak, Janku. Nie mogę zaprzeczyć, że głównym problemem, o którym chciałam z tobą rozmawiać to była sprawa spadku po rodzicach. Nie chciało mi się wierzyć, że wszystkie nieruchomości zapisali tobie, a ja dostanę jakieś ochłapy. –

- Ochłapy? Pewnie nie wiesz, że cała biżuteria mamy, którą miała od swoich babek i prababek, jest warta dwa razy więcej niż ten stary dom i działka nad jeziorem. To ja mogę czuć się pokrzywdzony. –

- Przepraszam cię Janku, ale niedługo mam pociąg i muszę jeszcze coś zjeść, bo jestem bardzo głodna. –

- Możesz zjeść mój obiad, stoi na stole. Ja zupełnie nie mam apetytu. Bardzo proszę – odpowiedział Janek. Karmią nas bardzo smacznie i do sytości. Gdybym wszystko zjadał ważyłbym już pewnie ze sto kilogramów. A jak widzisz, mało się ruszam – uśmiechnął się.

- Naprawdę mogę zjeść twój obiad? Dzięki. Nic nie jadłam od wczorajszej kolacji. Denerwowałam się, że nie będziesz chciał  widzieć się ze mną – powiedziała cichym głosem. –

Janek zaczął próbować przemieścić się na wózek, ale szło mu to niezbyt zgrabnie. Krysia podbiegła, uniosła go i pomogła usiąść w wózku. Odkrył się przy tej czynności koc i zobaczyła, że jedna jego noga jest amputowana poniżej kolana. Wzruszyła się, ale nie dała tego po sobie poznać, aby go nie speszyć. On w tym momencie zaczął się śmiać:

- Jak myślisz, odrośnie mi, czy nie odrośnie? Nie bądź skrępowana, ja już jestem pogodzony i nawet wierzę, że stanę na nogi. Zobacz, tam stoi proteza. –

Rzeczywiście, pod ścianą, w specjalnym stojaku, stała  błyszcząca nowością brakująca część nogi.

- Już możesz ją zakładać? – spytała.

- No, właśnie się tego uczę. Jeszcze moja blizna jest zbyt świeża, ale z czasem, podobno będę nawet mógł biegać – znowu z uśmiechem odpowiedział Janek i mówił dalej:

-  Chodzę na długie rozmowy z psychologiem i bardzo mi to pomaga. Staję się pomału innym człowiekiem. Na ciebie też już inaczej patrzę. Może się jeszcze kiedyś spotkamy, to opowiem ci, dlaczego tak cię dręczyłem. Ale do takich wyznań muszę się przygotować na zajęciach terapeutycznych, bo znowu mogę coś schrzanić. O której masz pociąg? Chętnie cię odprowadzę, ale niezbyt daleko, bo nie jestem jeszcze wprawiony w poruszaniu się na wózku. Krysiu, przyjedziesz jeszcze do mnie? –

- Tak, tak, oczywiście, przyjadę. Będę miała trochę wolnego za nadgodziny to wpadnę do ciebie. Czy pozwolisz, że cię przytulę, Janku? –

- Z przyjemnością moja siostrzyczko. Z przyjemnością. –

    Miała jeszcze trochę czasu do odjazdu, ale zrozumiała, że Janek był zmęczony i pewnie chciał odpocząć. Nie miała ochoty chodzić po nieznanym mieście, a tym bardziej przesiadywać w poczekalni dworca. Przypomniała sobie, że ktoś kiedyś opowiadał jej o pięknym, barokowym kościele położonym w pobliżu budynku Dworca Głównego. Zapytała pierwszą napotkaną osobę i wskazała jej kierunek, w który ma się udać. Rzeczywiście, kościół był przepiękny. Bogato rzeźbione filary i stele były pokryte złoceniami, które we wpadającym przez wysmukłe okna słońcu błyszczały, a nawet oślepiały wzrok. Była zdziwiona, że w kościele jest tak wielu ludzi siedzących w ławkach i jakby na coś oczekujących. A przecież nie była to pora na odprawianie Mszy. Po kilkuminutowym oczekiwaniu głośnym dźwiękiem zabrzmiały organy i poznała, że organista wykonuje jeden z koncertów brandenburskich Bacha. Ucieszyła się bardzo, bo dawno nie była na żadnym koncercie. Znane jej dźwięki wybrzmiewały i odbijały się od sklepienia kościoła. Siedziała i słuchała, jak zaczarowana. Niedaleko niej zapaliło się boczne światełko, skręciła głowę i zobaczyła, że światło pada z konfesjonału. Pomyślała:

- A może skorzystać z takiej okazji i się wyspowiadać? –

Sprawdziła ile ma jeszcze czasu do odjazdu pociągu i stanowczym krokiem podeszła do kratek konfesjonału. Spowiadał starszy, zupełnie siwy ksiądz o łagodnym, miłym dla ucha głosie. Brzmiały jeszcze dźwięki organów i nie była pewna, czy ksiądz dobrze słyszy co do niego mówi. Nawet zapytała go o to. A on swoim miłym głosem odpowiedział:

- Dziecko, ja mogę nie słyszeć, ale Jezus na pewno cię słyszy. Mów tak, jakbyś mówiła do Niego. –

Po tych słowach rozpłakała się i zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie, tak trudnym szczególnie dla małego dziecka, o nowej rodzinie, która przyjęła ją całym sercem i w końcu o jej złości i nienawiści do brata, który ją prześladował. Wypowiedziała wszystkie swoje bóle i czekała na pouczenie księdza. A on powiedział:

- Niedaleko jesteś dziecko od Królestwa Bożego, w Imię Pana Jezusa i mocą Kościoła ja odpuszczam tobie wszystkie grzechy. Żyj teraz jak dziecko Boże. „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą.” A za pokutę czytaj sobie często Księgę Izajasza. Pan z tobą. –

Po odejściu od konfesjonału czuła się jakby wyszła z kąpieli, nawet trwający nadal koncert wydawał się jej jakiś bardziej uroczysty, jakby organista grał tylko dla niej.

Sprawdziła czas i wybiegła z kościoła obawiając się, że nie zdąży na pociąg. Weszła na peron minutę przed odjazdem, zdyszana, ale szczęśliwa.

    Minęły dwa miesiące od wizyty u Janka. Kontaktowali się telefonicznie i przekazywali sobie informacje. Janek opowiadał o postępach w ćwiczeniach z protezą, a Krysia informowała go o tym, co już wyremontowała w domu i zasadziła nowego w ogrodzie. Mimo tych kontaktów byli jeszcze oboje skrępowani i brak było pełnej szczerości i radości w ich rozmowach. Na jego zaproszenie do powtórnego odwiedzenia go odpowiedziała pozytywnie, ale nie wyczuwało się w jej głosie radości. Odpowiedziała grzecznie:

- Postaram się, Janku, odwiedzić cię w przyszłym tygodniu, ale długo nie zabawię. Mam mnóstwo zajęć w pracy i w domu. Moje wolne za nadgodziny już wykorzystałam na pilnowanie fachowców remontujących dom. Dam ci znać kiedy się pojawię. –

    Powitanie było bardziej serdeczne niż rozmowy przez telefon. Janek jakoś przemieścił się na wózku na dworzec, aby powitać ją na peronie. Od razu zaproponował, aby skierowali się na drugą stronę ulicy przydworcowej i wspólnie coś przekąsili. Knajpka była przytulna, a gości w niej niewielu, mogli więc spokojnie rozmawiać. Pierwszy zaczął Janek:

- Bardzo się cieszę z tego spotkania Krysiu. Chciałbym opowiedzieć ci o naszym wspólnym dzieciństwie z mojej perspektywy - jedynaka, który był rozpieszczany i hołubiony aż z przesadą. –

Krysia łagodnie zaprotestowała:

- Myślę, że nie jest to dobry pomysł na miłe spędzenie wspólnego czasu. Ale jeżeli masz takie życzenie, to postaram się spokojnie cię wysłuchać. –

- Dzięki. Miałem sporo czasu na przemyślenia i próbę oceny mojego zachowania wobec ciebie. Na pewno główną przeszkodą w naszych kontaktach była moja zazdrość o zabranie przez ciebie sporej części zainteresowania i miłości rodziców. Ale to był jeden z powodów. W miarę, jak obserwowałem twoje zachowanie: grzeczność, cichość i cierpliwość poczułem, że jesteś dużo lepsza ode mnie. Dlatego tak często dokuczałem ci, żeby cię po prostu złamać i doprowadzić do złości. Byłem już nastolatkiem, kiedy odkryłem, że jesteś bardzo ładna i zgrabna. Wtedy nagle poczułem, że się w tobie zakochałem na zabój. Nie była to miłość braterska, ale namiętne uczucie, które oczywiście ukrywałem. A przez dokuczanie ci chciałem zwrócić na siebie twoją uwagę. To taki młodzieńczy, a nawet dziecinny sposób zachowania. Ten przypadek, który uznałaś za próbę zniewolenia ciebie, miał w sobie jedynie potrzebę przytulenia cię i powiedzenia, co do ciebie czuję. Może nie byłem zbyt delikatny i mogłaś to odebrać jako próbę gwałtu. Nie będę ci powtarzał, co do mnie później powiedziała mama. Ona też nie zrozumiała mojego zachowania i nie chciała słuchać o moim uczuciu do ciebie. Kazała mi się natychmiast wyprowadzić z domu. Reszty się domyślasz, byłem zrozpaczony, odczuwałem podwójne odrzucenie i przez ciebie, i przez nią. Jedynym wyjściem dla mnie było po prostu zniknięcie. No i dlatego pojechałem narażać życie do Afganistanu. Resztę opowieści już słyszałaś. Teraz odpokutowuję, a to, że się pojawiłaś przyniosło mi światełko nadziei, że mi wybaczysz. –

      Krysia słuchała ze spuszczoną głową opowieści Janka i rozmyślała, co ma mu odpowiedzieć. Nigdy nie patrzyła na niego, jak na zwykłego chłopaka. Starała się pokochać go jak swojego prawdziwego brata, ale z powodu przykrości, które jej sprawiał nie potrafiła i szczerze go nie lubiła. Czy ma mu to teraz powiedzieć? To może go załamać – pomyślała.

- Janku, mamy dzisiaj godzinę szczerości, przyznam, że nie przepadałam za tobą i twoim towarzystwem. Ale przecież po tych kilku latach jesteśmy innymi ludźmi, dorośliśmy i sądzę, że patrzymy na siebie z serdecznością. Oboje zostaliśmy bez rodziny, samotni i pewnie trochę zgorzkniali. Ja nie mam szczęścia do podrywania porządnych facetów. Z tymi, z którymi byłam blisko, nie chciałabym spędzić całego życia. Byli trochę z innego świata, lubili życie łatwe i przyjemne, a gdy coś im nie pasowało, pojawiały się jakieś problemy, po prostu „zwijali żagle” i odchodzili w siną dal. Nauczyłam się żyć jako singielka i dobrze mi z tym. Trudno byłoby mi teraz dostosowywać swoje przyzwyczajenia i zmieniać je dla drugiej osoby. –

- Doskonale cię rozumiem. Jestem bardzo zagubiony i to nie tylko z powodu mojego kalectwa, ale nie wiem, czy potrafiłbym żyć z drugą osobą. Czy znowu nie poplątał bym w moim zagubieniu jej losu, no i swojego. Teraz żyję z dnia na dzień, w ustalonym harmonogramie, w otoczeniu ciągle tych samych osób. Wszyscy są dla mnie życzliwi, ale brakuje mi prawdziwej bliskości. Ale dosyć narzekania. Chcę już zamknąć ten niezbyt chlubny etap młodzieńczych głupot i złych wyborów. Mam dobrego terapeutę, z którym pracuję nad pozytywnym postrzeganiem siebie i tego, co ten świat może mi jeszcze zaoferować. Byłbym szczęśliwy, gdybyś zechciała pomóc mi w tym. –

- A w jaki sposób mogłabym ci pomóc? Jak ci mówiłam sama jestem nieco zagubiona i nie raz myślę, jak będę sobie radzić w starszym wieku. Czy czeka mnie dom opieki? Przebywanie, może i latami, wśród obcych mi ludzi? Sam to przeżywasz, więc wiesz o czym mówię. –

- Też czasem o tym myślę. Ale znów smucimy. Już lepiej porozmawiajmy o pogodzie lub o ulubionych potrawach. -

Janek uśmiechnął się i wziął do ręki kartę dań.  

     Od tej rozmowy minęły trzy lata. Świat obojga bohaterów opowiadania bardzo się zmienił. Mieszkali wspólnie, jak brat z siostrą, w odnowionym domu rodziców. Podjęli się wychowania dwóch małych chłopców z Domu Dziecka. Krysia prawnie była rodziną zastępczą dla Adasia, a Janek dla jego rówieśnika Dawidka. Obaj chłopcy znali się wcześniej, bo przebywali w tym samym Domu, co znacznie ułatwiało organizowanie wspólnych zabaw. Obaj chłopcy mówili do swoich opiekunów ciociu i wujku, więc później, w dorosłym życiu nie czuli się oszukani, że obce osoby zastępowały im rodziców. W jadalni, na widocznym miejscu wisiały dwa obrazki namalowane przez chłopców, i na jednym i na drugim były dość podobne „portrety” Krysi i Janka z napisami:

„Bardzo Was kochamy !!!”

 

 

 

 

 

 

 






 

              „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać…”

 

      Układała się już do snu, gdy przypomniała sobie, że jutro ma spotkanie ze swoim prawnikiem. Zdenerwowała się, bo nie przygotowała dla niego dokumentów, o które ją prosił. Zaczęła się zastanawiać, czy nie przełożyć jutrzejszego spotkania, bo inaczej musiałaby teraz zacząć ich szukać. Zabrałoby jej to co najmniej dwie godziny, a przypuszczalnie później miałaby kłopoty z zaśnięciem. Otuliła się kołdrą i włączyła cichutko relaksacyjną muzykę, przy której zwykle zasypiała. Ale sen nie chciał nadejść. Zaczęły kłębić się w jej głowie wspomnienia różnych scen z przeszłości. Niektóre były przyjemne, ale niektóre stresujące. Odganiała je, ale powracały i męczyły. 

    Decyzję o wznowieniu sprawy spadkowej po jej adopcyjnych rodzicach podjęła już dość dawno, ale ciągle coś jej przeszkadzało, aby umówić się z prawnikiem. Prawdę mówiąc, to bała się spotkania na rozprawie swojego przybranego brata Janka. Znała go dobrze z jego kłamstw i oszustw. Była święcie przekonana, że testament został przez niego sfałszowany. Nienawidziła Janka, był dla niej przykładem perfidnego łobuza wykorzystującego dobroć i miłość rodziców. Był hołubiony i na wszystko mu pozwalano. A mimo to był zazdrosny o ich miłość do niej. Na każdym kroku ją przedrzeźniał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, nazywał ją Kryśka-Fiśka. Nie skarżyła się rodzicom, bo sądziła, że i tak nie uwierzą. Dopiero, gdy którejś nocy zakradł się do jej łóżka i próbował zgwałcić, powiedziała o tym matce. Była zaskoczona jej reakcją. Matka powiedziała, że z nim porozmawia, ale nie okazywała oburzenia, czy współczucia dla niej. Tak, jakby cała ta sprawa zbytnio jej nie obeszła. A przecież ona miała wtedy szesnaście lat, a on był dwa lata starszy. Dopiero po kilku latach dowiedziała się, że rozmowa matki z Jankiem była stanowcza, a sankcje bardzo dotkliwe. Po roku Janek wyprowadził się z domu, podał adres rodzicom, ale oni mało go odwiedzali.

    W mieście, gdzie mieszkali było wiele uczelni, wybrała Uniwersytet i obroniła dyplom na Wydziale Ekonomicznym. Bardzo szybko dostała dobrze płatną pracę i wynajęła mieszkanie.

    Gdy jej adopcyjni rodzice zaczęli niedomagać, nie tylko z racji wieku, ale też wielu chorób, być może długo nieleczonych, Janek, nagle zaciągnął się do wojska i wysłano go na misje ONZ do Afganistanu. Nikt nie rozumiał tej decyzji, a jego wyjazd jeszcze bardziej pogłębił złe samopoczucie, szczególnie matki, oboje zresztą stracili chęć życia. Opiekowała się nimi najlepiej jak potrafiła. Niestety, choroby postępowały i w końcu  zdecydowali, że chcą zostać oddani do domu opieki. Ona nie miała, oczywiście, adresu Janka przebywającego w Afganistanie, ale napisała list i wysłała do dowództwa w Polsce. Prosiła w liście, żeby wziął urlop i pomógł jej znaleźć odpowiednią opiekę dla rodziców. Ale nie dostała odpowiedzi.

      Jakoś z trudem udało jej się znaleźć dwa miejsca w tym samym domu opieki, aby staruszkowie mogli nawzajem się wspierać. Ale coś się w nich odmieniło. Tak, jak kiedyś byli dla niej bardzo serdeczni, tak teraz odczuwała chłód, a nawet niechęć. Domyślała się, że obciążali ją winą za decyzję Janka, ale nie rozmawiali o tym. Ojciec poprosił ją tylko, żeby przeprowadziła się z powrotem do ich domu. Ten właśnie fakt utwierdził ją w przekonaniu, że nie mogła zostać pominięta w ich testamencie.

      Pierwszy odszedł ojciec, a kilka miesięcy później matka. Wysyłała do Janka wiadomość o ich śmierci, jednak listy pozostały bez odpowiedzi. Również na telegramy z domu opieki nie zareagował. Otwarcie testamentu odbyło się także bez jego obecności. Gdy notariusz w obecności dyrekcji domu opieki odczytał go była niemile zaskoczona, gdyż cała ich nieruchomość, dom z ogrodem i działka nad jeziorem, zostały zapisane Jankowi, a jej pozostawiono skromny zachowek i biżuterię po matce. Wiedziała, że dom jest dość stary, że wymaga kapitalnego remontu, ale czuła sentyment do tego miejsca. Bardzo chciała wyremontować go i zamieszkać w nim na stałe.

    Prawnik wyraził zgodę na przełożenie terminu spotkania. Zdążyła zatem odnaleźć dokumenty dotyczące własności rodziców, jak też orzeczenie sądu o jej adopcji. Mecenas przyjął dokumenty i obiecał, że dość szybko sformułuję wniosek do sądu. Pod koniec rozmowy powiedział:

- Pani Krystyno. Zabawiłem się w detektywa i odnalazłem pani przyrodniego brata. Radziłbym pani odwiedzić go zanim złożymy wniosek do sądu – i podał jej zapisany na kartce adres, pod którym przebywał Janek.

Podziękowała i schowała do torebki. Na odchodnym zapytała: - To kiedy się znowu spotkamy? –

- Jak tylko wróci pani od brata. Proszę do mnie zadzwonić, że jest pani gotowa. –

Kartkę z adresem wyjęła dopiero w domu. Miejsce pobytu Janka wprawiło ją w osłupienie. Przeczytała na głos, jakby nie dowierzała: - Ośrodek Rehabilitacyjny dla Inwalidów Wojennych. –

Podany był również numer kontaktowy, więc od razu wystukała numer, chciała się upewnić, że to nie pomyłka. Sympatyczny męski głos odpowiedział jej, że nie podają informacji przez telefon, trzeba przyjechać osobiście. Była zdenerwowana i odpowiedziała coś niezbyt grzecznie.

Wzięła kilka dni bezpłatnego urlopu, bo przysługujący jej już wcześniej wykorzystała i ruszyła w podróż. Przy bramie ośrodka stali dwaj wartownicy i długo musiała im tłumaczyć, dlaczego nie dostała zaproszenia do odwiedzin od brata, tylko wybrała się na własną rękę. W końcu wydano jej przepustkę i otwarto bramę. Jeden z wartowników podał jej numer bloku i pokoju, w którym przebywał Janek. Była bardzo podekscytowana i zastanawiała się, jak ma go przywitać.  Wcześniej chciała uniknąć  spotkania Janka w sądzie, a teraz stoi przed drzwiami jego pokoju nie wiedząc w jakim on jest stanie. Zapukała, ale nikt się nie odezwał, zapukała drugi raz i gdy dalej nie usłyszała zaproszenia nacisnęła klamkę i cicho uchyliła drzwi. Janek siedział w fotelu i coś czytał. Był do połowy okryty kocem, a przy fotelu stał wózek inwalidzki. Nie patrząc na nią odezwał się:

- Dziękuję pani Agnieszko. Proszę postawić na stole. Zjem później. –

Dopiero po chwili zorientował się, że to nie obsługa i obejrzał w kierunku drzwi.

- Hej. I kogo my tu mamy – moja ukochana siostrzyczka mnie odnalazła. Witam cię, rozgość się, proszę. I co cię do mnie sprowadza? Pewnie jakieś interesy, bo przecież nie siostrzana miłość? –

Nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć, bo przecież miał rację, przyjechała załatwić sprawę spadku.

- Przepraszam, że nie szukałam cię wcześniej. Pisałam do ciebie, ale nie dawałeś znaku życia. W końcu za sprawą nieomal detektywa odnalazłam cię. Nie wiedziałam, że byłeś ranny. Ukrywałeś się przede mną, a wcześniej też przed rodzicami. Nie raczyłeś być nawet na ich pogrzebach. –

- No, to gorzko powiedziane. Kiedy oni umierali, ja również byłem na krawędzi życia. Kiedy nas zbierali spod gazika, który wjechał na minę, w meldunku podali, że jestem martwy. Dopiero, gdy dotarliśmy do szpitala polowego lekarz stwierdził, że tli się jeszcze we mnie życie. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, ale skoro zadałaś sobie tyle trudu i tu przyjechałaś… -

- Przepraszam cię Janku. Jak łatwo jest niesłusznie kogoś oskarżyć. Czy możesz mi wybaczyć? Może miałam do ciebie kiedyś dużo złości, ale to już przeszłość. Bardzo chciałabym, abyśmy byli dla siebie siostrą i bratem. Wiesz, że nie mam teraz nikogo bliskiego po śmierci rodziców. –

- No, ja też nie byłem ci dłużny. Tylko ty chowałaś swoje emocje, a ja wyżywałem się na tobie. Myślę, że byłem zazdrosny o miłość rodziców, o to, że traktowali cię jak swoją rodzoną córkę. Ja też mam za co przepraszać. Ale nie chcę twojej siostrzanej bliskości, twojego współczucia, czy litości. Mam tutaj dobre warunki, dbają o nas, inwalidów, aż z przesadą. Zapewniają nie tylko mieszkanie i wyżywienie, ale mamy wiele atrakcyjnych rozrywek, jak kino, czy teatr,  spotykamy się z ciekawymi ludźmi, mam tutaj przyjaciół. –

- Janku, a czy pozwolisz mi mieszkać w domu rodziców? Odremontowała bym go i zadbała o ogród. A ty zawsze będziesz mógł tam wrócić, czy przyjechać na pewien czas. Zaopiekowała bym się tobą lub zapewniła pomoc kompetentnej osoby. Jeżeli już zakopaliśmy topór wojenny, może spróbujmy myśleć o sobie nawzajem z życzliwością. Co ty na to? –

Janek zaczął się głośno śmiać:

- To już teraz wiem, czemu mnie odwiedziłaś. Chciałaś załatwić sobie wygodne lokum z ogródkiem. A mieszkaj sobie i daj mi święty spokój. –

Krystynę zamurowało i dłuższą chwilę milczała.  

 

  

wtorek, 11 sierpnia 2026

"...A nadzieja zawieść nie może..."

 

                       

                                                                                              

 

                            „A nadzieja zawieść nie może…”  

       

          Okno w pociągu było nieco przybrudzone, ale i tak z radością oglądałem znajome krajobrazy: urokliwą drogę biegnącą wzdłuż torów, białe pnie brzóz, które wyłaniały się z leśnych zarośli. Wydawało mi się nawet, że dostrzegłem kapelusze czerwonych kozaków, nieodłącznych towarzyszy brzozowych zagajników. Wspominałem wspólne wyprawy z kolegami: zbieranie jagód i grzybów, rajdy rowerowe po leśnych ścieżkach. Ile to lat minęło? Nie potrafiłem policzyć. Przyjazdy tutaj, na wakacyjny wypoczynek, były dla mnie spełnieniem moich chłopięcych marzeń. Skromny, wiejski domek babci i dziadka z wychodkiem za stodołą, ze skrzypiącym kołowrotem przy studni, gdaczące kury, klatki z królikami na podwórzu, to wszystko mnie zachwycało. Nie lubiłem blokowiska, na którym mieszkałem, nie lubiłem placu zabaw z zasikaną przez psy piaskownicą, huśtawką ciągle zajętą przez starszych ode mnie chłopaków. Tutaj, na wsi, w odosobnionym gospodarstwie położonym w sąsiedztwie starego, sosnowego lasu czułem się w pełni szczęśliwy.

     Gdy zmarli ukochani dziadkowie byłem już w ostatniej klasie ogólniaka. Czekali na moją maturę, ale niestety już jej nie doczekali. Najpierw zmarła babcia, nie chciała iść do szpitala i po cichu odeszła w swoim ukochanym domku. Dziadek dzielnie jej towarzyszył, a ostatnie dni jej życia były pożegnaniem z całą rodziną, która stawiła się w komplecie. Dziadek zmarł niedługo po babci, samotne życie bardzo mu dokuczało i nawet podobno modlił się, żeby Pan Bóg go zabrał.     Przypominając sobie tamte chwile bardzo się wzruszyłem. Siedzący na wprost mnie towarzysz podróży, spostrzegł jego wzruszenie i zapytał:

- Czy mógłbym w czymś pomóc? Widzę, że coś pana trapi. – Ocknąłem się zdziwiony pytaniem nieznajomego, uśmiechnąłem się i powiedziałem: - Wspominałem moje dzieciństwo i wakacje spędzane u dziadków w tej głuszy. To był piękny czas. -

 Dalej zacząłem wspominać, ale już na głos, dzieląc się  tym ze współpasażerem:

     -  Po śmierci dziadków własność gospodarstwa przypadła moim rodzicom. Dom i całe obejście były dość zaniedbane ze względu na wiek staruszków. Moi rodzice też nie byli już tacy młodzi, żeby podjąć się remontu, więc przekazali spadek mojemu starszemu bratu. Nie sądzę, żeby był on tym zachwycony. Przyjeżdżał tutaj, owszem, ale na krótko i nie gustował w tej ciszy, prostym jedzeniu i braku telewizji. Obiecał, co prawda, że doprowadzi do porządku zabudowania, ogrodzi ogród, ale powiedział z góry, że żadnych zwierząt hodował nie będzie. Dostał też od rodziców warunek, że rodzina będzie mogła przyjeżdżać tutaj na letni wypoczynek. Znałem dobrze mojego brata, wiele razy obiecywał solennie, że coś zrobi, wiedząc z góry, że słowa nie dotrzyma. I miałem rację. Kiedy któregoś roku zapowiedziałem, że chcę przyjechać na dwa tygodnie i pobyć w domu dziadków, usłyszałem, że nie bardzo można tu mieszkać. Podobno studnia wyschła i nie było wody do picia, a do potrzeb bytowych przywożono wodę w beczkowozie. Stwierdziłem, że mnie to nie przeszkadza i podałem konkretny termin przyjazdu.

     Gdy stanąłem przed domem byłem zupełnie załamany. Nie tylko nic nie zostało wyremontowane, ale nawet w niektórych oknach były wybite szyby. O ogrodzie nie wspomnę, bo właściwie ogrodu nie było, tylko porastały go wysokie zarośla. Obróciłem się na pięcie i wróciłem do swojego domu zmieniając plany urlopowe. Myśl o tak bardzo zaniedbanym i opuszczonym miejscu, które kochałem, nie dawała mi spokoju. Nie chciałem skarżyć się na brata do rodziców, tym bardziej, że oni również nie interesowali się sprawą siedliska po dziadkach. A w dodatku, gdy przeszli na emeryturę więcej czasu spędzali w letnim domu na Teneryfie niż w Polsce. Zdecydowałem, że szczerze porozmawiam z bratem i zaproponuję mu scedowanie własności na mnie. Brat się zgodził i po pewnym czasie załatwiliśmy sprawy formalne. No, i teraz przybliżam się do tego miejsca. Mam nadzieję, że będzie ono na długi czas moim prawdziwym domem. Mimo, że jadę pełen niepewności, co zastanę na miejscu, odczuwam radość. –

Nieznajomy słuchał uważnie i powiedział:

- Miło było pana poznać. Życzę szczęśliwego spełnienia zamierzeń. Ja, niestety, już wysiadam na tej stacji. Do widzenia.

         Gdy dotarłem na miejsce okazało się, że brat postarał się nieco uporządkować i wysprzątać dom, a także i całe obejście. Pewnie poruszyło go sumienie i nie chciał mnie rozgniewać. Podróż miałem wygodną, nie potrzebowałem wypoczynku, więc z miejsca zabrałem się do planowania i ustalania, co mam po kolei robić. Najtrudniej było mi podejmować decyzje dotyczące pozbywania się starych mebli, obrazów i różnych bibelotów, które skrzętnie gromadzili moi dziadkowie. Oczywiście, głównie dziadek, który zbierał nieprzydatne już przedmioty, bo „mogą się kiedyś przydać.”

Rozmyślałem: - A może nic nie wyrzucać? Może moi synowie  w tym bałaganie znajdą jakieś przedmioty przydatne do ich zabaw?  No, ale przecież trzeba uwolnić miejsce na rzeczy osobiste, garderobę, książki itp. Trudno mi było rozwiązać ten dylemat. –

Zdecydowałem, że pozostawię na ścianach obrazy, szczególnie te „święte”, malowane na szkle, pamiętające jeszcze czasy moich pradziadków oraz dwa duże olejne, z sercami Pana Jezusa i Maryi.

    Już wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądać główny pokój, nazywany izbą, kiedy go odnowię i wyposażę w odrestaurowane stare meble. Miałem jednak duże wątpliwości, czy taki wystrój spodoba się moich chłopakom.

     Od kilku lat żyłem w separacji z Haliną, moją ukochaną niegdyś żoną, matką moich dwóch synów Daniela i Oskara. Widywałem się z synami raz w tygodniu, a od czasu do czasu wyjeżdżałem z nimi na krótki urlop. Marzeniem moim było, aby przebywać z nimi częściej i przekazywać im wiedzę o tym, jak radzić sobie w realnym życiu. Uważałem, że chłopcy za dużo siedzą przy swoich tabletach tracąc czas na głupie gry lub jeszcze głupsze animowane filmy. To był główny spór między moją „byłą” i mną. Ona pozwalała im kilka godzin dziennie spędzać na wpatrywaniu się w ekran, na którym gonili ludziki lub oglądali walczące ze sobą potwory. Oczywiście, chłopcy,  nie akceptowali tego, że chcę im ograniczać dostęp do Internetu i złościli się na mnie. Starałem się zatem, gdy byli pod moją opieką, zapewnić im zajęcia trenowe lub kulturalne. Różnie to przyjmowali. Teraz mają być ze mną ponad trzy tygodnie i będzie to ważny egzamin i dla nich i dla mnie. A więc ruszam z działaniem.

Byłem wdzięczny bratu, bo nie tylko ogarnął z grubsza obejście i dom, ale wyposażył kuchnię w nową lodówkę i kuchenkę mikrofalową. Do głównego gotowania pozostała jednak murowana kuchnia z fajerkami, która służyła również do ogrzewania w chłodne dni. Prąd był włączony, studnia została pogłębiona, a woda miała atest zdatności do spożycia. To były dwie najważniejsze sprawy. Nie było natomiast połączenia z Internetem, a możliwość korzystania z telefonu komórkowego była bardzo ograniczona.

    Rzuciłem się w wir przygotowań, aby zdążyć na przyjazd chłopaków. Szczególnie zależało mi na skombinowaniu dwóch dodatkowych rowerów. Jeden grat stał w komórce, sprawdziłem, że da się na nim jeździć, ale pozostałe dwa? Przecież tutaj na pustkowiu nie ma wypożyczalni rowerów, a nawet gdyby w miasteczku była, to nie sprawdzę tego, bo nie ma Internetu. Postanowiłem dojechać na tym gracie do najbliższego sklepu, zrobić zakupy i dowiedzieć się czegoś o możliwości wypożyczenia sprzętu. Pomyślałem również o jakiejś łodzi, motorówce, czy choćby rowerze wodnym, bo położone w pobliżu niewielkie jezioro bardzo zachęcało do popływania. Byłem kiepskim pływakiem, ale wiedziałem, że obaj moi synowie świetnie radzili sobie w wodzie. To właśnie bliskość jeziora najbardziej ich zachęciła do przyjęcia mojej propozycji wspólnego wyjazdu do „chaty”, jak nazywałem dom dziadków.

     Sprawa pożyczenia rowerów została pomyślnie rozwiązana. Uprzejmy właściciel najbliższego sklepu (z tzw. „szydłem i powidłem”), gdy go zapytałem zaoferował pożyczenie swojego, starego roweru na dwa tygodnie. Obiecał mi również popytać swoich klientów o możliwość pożyczenia lub taniego odsprzedania jeszcze jednego.

       Termin przyjazdu chłopców już się zbliżał i zacząłem odczuwać niepokój, czy ja dam radę sprostać wszystkim obowiązkom opieki nad nimi. Opracowałem harmonogram dyżurów w kuchni oraz podział innych obowiązków, które uważałem za możliwe do wykonania przez nich. Ale od razu wyobrażałem sobie jak się krzywią i marudzą, tłumacząc mi, że to są wakacje i nie muszą nic robić.

Lodówka była już zapełniona różnymi przysmakami, o których wiedziałem, że je lubią. Były tam również gotowe dania, szczególnie zupy i potrawy mączne.

Próbowałem do nich dzwonić, ale przy chacie nie było zasięgu. Musiałem dojechać do sklepu, a to zajmowało ponad piętnaście minut. Wreszcie telefon odebrał Oskar, miał trzynaście lat, ale był jeszcze bardzo dziecinny. Młodszy o rok Daniel był przeciwieństwem starszego brata, sprytny, szybki, trochę rozrabiaka, ale radosny.

Zapytałem Oskara, kiedy mam wyjść po nich na przystanek kolejowy. Nie potrafił mi odpowiedzieć, musiał zapytać się matki. W końcu telefon przejęła Halina i powiedziała, że odda ich pod opiekę kierownikowi pociągu, który przypilnuje, żeby nie rozrabiali i wysadzi ich około godziny trzynastej w najbliższy poniedziałek. Na końcu dopowiedziała:

 - Dobrze ich pilnuj i nie trać nigdy z oczu. Ich wspólne figle przyprawiają mnie czasem o ból głowy. Życzę wielu udanych wypadów i dużo radości. –

Ucieszyłem się słysząc, że głos Haliny był pogodny i pomyślałem: - Będzie miała trochę odpoczynku od macierzyńskich obowiązków. – Ale gdzieś tam w głowie świtała mi myśl, czy czasem nie zafunduje sobie ona wakacji z jakimś kochasiem. Dziwne, ale odczuwałem zazdrość.

     Chłopcy przyjechali zgodnie z planem. Podziękowałem kierownikowi pociągu za opiekę i zacząłem się rozglądać za taksówką. Mimo, że miasteczko było niewielkie zawsze przy dworcu stało kilka taksówek, ale tym razem na postoju było pusto. Zmartwiłem się, bo do chaty było prawie pięć kilometrów. Postaliśmy jeszcze kilka minut oczekując, że ktoś się pojawi, ale niestety nikt nie nadjechał. Mój rezolutny młodszy syn powiedział:

- Tato, dla nas to nie problem, my jesteśmy harcerzami i nieraz chodziliśmy na długie wyprawy. I także z plecakami. –

Oskar nic nie powiedział, ale po prostu nałożył plecak, wziął swoją torbę i patrzył na mnie, wyczekując co powiem. A cóż ja mogłem powiedzieć? Zabrałem plecaki od chłopców, założyłem jeden z przodu, drugi na plecy i ruszyłem. Czułem się w obowiązku odciążyć ich dziecięce kręgosłupy, chociaż obaj się wzbraniali. Droga była urokliwa, wiła się między polami, z jednej strony rosła dość wysoka kukurydza, a z drugiej, w równych bruzdach, zieleniła się plantacja ziemniaków. Pogoda była sprzyjająca, więc chłopcy mieli dobre humory i nawet śpiewali harcerskie piosenki. Dopiero gdy dotarliśmy do naszej chaty zatrzymali się, popatrzyli na siebie, wybuchnęli śmiechem i zapytali:

- Naprawdę tutaj mamy mieszkać? Ten dom wygląda jak domek Baby Jagi. I my w nim mamy spędzić trzy tygodnie? Żartujesz sobie tato. –

- Przecież nie będziemy ciągle siedzieć w domu, będziemy jeździć na rowerach po lesie, będziemy pływać, jezioro jest zaraz za tym zakrętem. Nie obawiajcie się, nie będzie wam się tutaj nudzić. Już ja o to zadbam. –

Mówiąc to miałem chyba nieco wystraszoną minę, bo Daniel powiedział:

- Nie pękaj, tato. Damy radę. My tylko chcieliśmy cię postraszyć. Ale mamy nadzieję, że chociaż jest Internet. –

Po dłuższej chwili oczekiwania na moją odpowiedź, powtórzył pytanie:

- Więc jest, czy nie ma? –

Było to najtrudniejsze dla mnie pytanie. A chociaż domyślając się, że będzie ono zadane i już wcześniej przygotowałem sobie odpowiedź, ale teraz zaniemówiłem. W roztargnieniu zacząłem szukać kluczy i pospiesznie wszedłem do sieni.

Słyszałem, jak obaj coś szeptali do siebie zanim weszli. No i spodziewany piękny nastrój wspólnego obiadu prysnął. Miałem nadzieję, że spodoba się im klimat tego wnętrza, że będą zaciekawieni, jak zaplanujemy sobie następny dzień, że zaczną pytać o jakieś dodatkowe atrakcje, które dla nich przygotowałem. A tu nic, zwieszone głowy i smutne miny.

Udając, że nic złego się nie dzieje poprosiłem o zaniesienie swoich bagaży do ich pokoju, częściowe rozpakowanie i potem zejście do kuchni na obiad.

Mimo niezadowolenia chłopaków z braku łączy obiad zjedli z apetytem i nawet brali dokładki. Zapytałem ich:

- Macie ochotę teraz pojechać rowerami do lasu, czy popływać?-

Rezolutny Daniel odpowiedział pytaniem: - A nie można i to i to? –

Zaśmiałem się: - Można, tylko, czy dacie radę? –

     Kiedy wróciliśmy do domu, była już pora kolacji. Zaproponowałem, żeby zajrzeli do lodówki i sami przygotowali sobie kanapki takie, jakie lubią: - Nie znam waszych upodobań kulinarnych, więc chętnie popatrzę, co wam będzie najbardziej smakowało. Ja może zjem coś nieco później. Teraz nie odczuwam głodu. –

Chciałem sprawdzić, czy potrafią przygotować sobie jedzenie, czy też mamusia ich w tym wyręcza. Ku mojemu zdziwieniu, nie tylko zrobili sobie kanapki, ustroili zieleniną, ale jeszcze zrobili i dla mnie.

- Dziękuję wam, wyglądają pysznie, więc chyba jednak się skuszę. – powiedziałem i dodałem: - Ja padam ze zmęczenia, nie wiem jak wy, ale umyję się „z grubsza” i położę. Mam fajną książkę do poduszki, przy której szybko zasypiam – zaśmiałem się.

Chłopcy nie protestowali, widać było, że również są zmęczeni. Gdy usłyszałem, że już poszli do swojego pokoju zajrzałem do nich, żeby powiedzieć dobranoc. Scena, którą zastałem wprawiła mnie w osłupienie: obaj razem klęczeli przy łóżku Daniela i odmawiali różaniec. Ten wyczuwając moją obecność, przerwał modlitwę i spytał: - A może pomodliłbyś się razem z nami? –

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po namyśle wyszeptałem: - Może jutro – i zamknąłem drzwi.

Byłem totalnie zaskoczony. Chłopcy w ich wieku, modlący się wspólnie na klęczkach, to chyba rzadki widok? Zacząłem się zastanawiać i przypominać sobie, czy Halina była głęboko wierząca? Chodziliśmy w niedzielę wspólnie całą rodziną do Kościoła, ale nigdy nie widziałem Haliny modlącej się w domu na kolanach. Skąd więc taka wiara u moich synów? Postanowiłem, że  delikatnie ich o to zapytam w odpowiedniej chwili.

    Nasze wspólne dni mijały szybko, a już po tygodniu chłopcy zupełnie zapomnieli o braku Internetu. Pokazywałem im świat, którego nie znali: zobaczyli rudego, skradającego się lisa, spotkaliśmy dwie sarenki, zajrzeliśmy do pustej dziupli sowy, odpowiadaliśmy na wołanie kukułki. Nawet jednego dnia nasz leśny szlak rowerowy przeszła locha dzika z pasiastymi maluchami. Wypożyczyłem rower wodny i siedziałem z tyłu, jak król, a oni z zapałem pedałowali. Odkryliśmy dwie wyspy, byli bardzo podekscytowani i szczęśliwi, Oskar zaproponował nawet, żebyśmy pożyczyli jeszcze namiot i rozbili obóz na jednej z nich.

    Na którejś z wypraw, w czasie odpoczynku, zapytałem skąd przyszedł im pomysł odmawiania różańca? Dowiedziałem się, że już od dawna się modlą codziennie na różańcu, od czasu, kiedy wyprowadziłem się z domu. Kiedy powiedzieli o moim odejściu księdzu katechecie, poradził im, żeby spróbowali wspólnie się modlić i prosić, żebym pogodził się z mamą i do nich wrócił. Bardzo się wzruszyłem, gdy tego wysłuchałem.

    Od tej pory zacząłem analizować zdarzenia i fakty, które poprzedziły nasze rozstanie. Próbowałem znaleźć jakiś choćby jeden argument, że postąpiłem niewłaściwie wyprowadzając się z domu. Oczywiście, był ten jeden argument, najważniejszy: wspólne spędzanie czasu z chłopcami i pomaganie im w dorastaniu. Ale nasze kłótnie z Haliną, wytykanie wzajemnie swoich wad, a przede wszystkim romansów na boku, które od czasu do czasu się pojawiały, były bardzo złym przykładem życia rodzinnego. A więc wyjście było jedno: opuścić wspólne mieszkanie, określić częstotliwość moich spotkań z Danielem i Oskarem, no i przekazywać przypadające na mnie koszty ich utrzymania. Bardzo  współczułem moim synom, bo sam wychowałem się w niepełnej rodzinie, ale uważałem, że muszę wybrać mniejsze zło. Czy to status quo może się kiedyś zmienić? Bałem się sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.

    Było to krótko przed terminem wyjazdu chłopców. Był piękny dzień i szykowaliśmy się na jedną z ostatnich wypraw, gdy usłyszeliśmy dzwonek roweru. Przed naszą bramką stał listonosz.

Nie miał jak zwykle wielkiej torby z listami, tylko machał do mnie jakąś kopertą. Okazało się, że to telegram od Haliny, która wiedziała, że w chacie i okolicy nie ma zasięgu, aby zadzwonić. Telegram był krótki: „Chwilowo nie mogę odebrać chłopców, zaopiekuj się nimi, proszę, aż cię powiadomię.„

 Zdenerwowałem się, bo przecież nie wiedziała, czy mam jeszcze urlop, czy czasem nie muszę wrócić do pracy. Nie podała też powodu zmiany planów. Chłopcom powiedziałem, że chyba musimy trochę dłużej zostać, jeżeli dostanę dodatkowy urlop, albo wrócimy do mnie, bo mama nie może się nimi zaopiekować. Wtedy obaj spojrzeli po sobie i  Oskar powiedział:

- „To mama nie mówiła ci wcześniej, że być może zostanie dłużej u babci? Babcia jest ciężko chora i mama pojechała nią się opiekować.”-

„Nie, nic mi nie mówiła – odpowiedziałem i dodałem: - Szkoda, bo teraz dalsza opieka nad wami zależy od decyzji mojego szefa. Podjadę na pocztę i do niego zadzwonię w sprawie przedłużenia urlopu.”

No i tak zrobiłem. Niestety, szef się nie zgodził, twierdząc, że inni pracownicy czekają na mój powrót, aby zacząć swój urlop. Pozostało mi jedynie zabrać chłopców, zainstalować ich jakoś w moim mieszkaniu i wrócić do pracy. Rozmyślałem chwilę, czy ja dam radę, czy nie zadzwonić do Haliny, żeby wzięła chłopców na wieś, do swojej matki skoro sama też tam przebywa. Spróbowałem połączyć się z nią i zaproponować takie rozwiązanie. Długo nie odbierała, w końcu usłyszałem jej cichy głos: „Postaraj się do mnie nie dzwonić, bo to przeszkadza mamie. Ona jest już przygotowana do odejścia, potrzebuje teraz spokoju i ciszy. Odwiedzają nas tylko panie pielęgniarki z hospicjum domowego, mówią, że to już niedługo potrwa. Przepraszam cię, że dopiero teraz ci o tym mówię. Jakoś musisz sobie poradzić z opieką. Jak już będziecie u ciebie może będziemy mogli dłużej porozmawiać. Myślę, że powinnam  przygotować chłopców na śmierć babci, to będzie dla nich trauma. Muszę już kończyć, mama się budzi. Do usłyszenia. ”

A ja, właściwie, oprócz: „ Do usłyszenia” nie powiedziałem ani słowa. Ale co mogłem jej powiedzieć? O tym, że będę miał jednak problemy? W tej sytuacji muszę sobie przecież jakoś poradzić.

W drodze powrotnej do chaty przypomniałem sobie, że za tydzień ma mnie odwiedzić przyjaciel z dzieciństwa. Umawialiśmy się już miesiąc temu, zastanawiałem się w jaki sposób mógłbym go przyjąć nie kwaterując w moim mieszkaniu ze względu na nową sytuację. Chyba wynajmę mu hotel, to by było, moim zdaniem, najlepsze rozwiązanie. I tak postanowiłem.

W połowie drogi przyszło mi do głowy, żeby jednak zawieźć chłopaków na wieś do babci, aby mogli się z nią pożegnać. Bardzo ją lubili. Pomyślałem też, że ona może mieć taką potrzebę. Wróciłem więc do miejsca, gdzie był zasięg i wysłałem do Haliny wiadomość z taką właśnie propozycją. Napisałem też, że znów zadzwonię w tej sprawie późnym popołudniem.

Gdy już wróciłem do chaty poczułem jakiś apetyczny zapach dochodzący z kuchni. To obaj moi synowie właśnie kończyli przygotowywać obiad. Sos i mięso były z kupionych wcześniej gotowych dań, ale sami obrali i ugotowali ziemniaki i zrobili mizerię. Bardzo byłem z nich dumny i serdecznie obydwóch uściskałem. Dopiero po obiedzie zaprosiłem ich do ogrodu na ławkę i starałem się przygotować ich na spotkanie z umierającą babcią. Oskar słuchał spokojnie, ale Daniel zaczął płakać, uciekł i schował się gdzieś w zaroślach. Odszukałem go i pocieszyłem tak jak potrafiłem. Byłem pewny, że Halina przyzna mi rację i zaproponuje termin, kiedy możemy przyjechać. I tak się stało. W popołudniowej rozmowie powiedziała, że czas jest krótki i możemy przyjechać choćby natychmiast. Podziękowała mi nawet za to, że o tym pomyślałem.

     Dom rodziców Haliny, wybudowany kilkadziesiąt lat temu, położony był na przedmieściach niewielkiego miasteczka. Z powodu choroby i podeszłego wieku teściowej musiała ona zatrudnić pomocnika do sprzątania i uprawiania ogrodu. Można było to rozpoznać po starannie wypielonych grządkach, kwitnących kwiatach i skoszonym trawniku. Przyjechaliśmy około południa, tak jak było wcześniej umówione. Chłopcy wybiegli z auta, dopadli do drzwi wejściowych i chcieli je otworzyć, ale były zamknięte na klucz. Zaczęli dzwonić i pukać. Wtedy z okna na piętrze wychyliła się Halina, położyła palec na ustach dając znak, żeby nie hałasowali. Gdy drzwi zostały otwarte ja również pospieszyłem do środka domu. Bywałem tutaj nieraz; lubiłem zapachy tego domu: czasem słodki zapach kwietnych bukietów, czasem jakichś ziół suszących się nad płytą kuchenną, czasem smakowity zapach pieczonego ciasta. Teraz przywitał mnie zapach jakby ze szpitalnej sali, taki drażniący, specyficzny odór środków odkażających i leków. Pokój chorej był tuż przy wejściu, czekałem grzecznie aż wprowadzi mnie do niego moja była żona. Pomyślałem, że byłem dobrym zięciem, nigdy też nie usłyszałem złego słowa do mnie z ust mojej teściowej. Lubiłem ją. Była pogodną, schludną staruszką, ciągle przesuwającą paciorki różańca. Zawsze uczynna i dbająca o rodzinę. Teraz spodziewałem się, że zobaczę ją zmienioną przez chorobę, ale widok, jaki ujrzałem przekroczył moje wyobrażenia, tak bardzo była wycieńczona chorobą. Podszedłem do łóżka, uśmiechnąłem się do niej i wziąłem ją za rękę. Wyszeptała: - Poznajesz mnie jeszcze, Karolku? Czekałam na ciebie, mam do ciebie wielką prośbę: wybacz Halince i pogódźcie się. To jest moje ostatnie marzenie i prośba. Wybaczcie sobie wzajemnie. Tak bardzo się kiedyś kochaliście. –

Zobaczyłem, że po twarzy umierającej płynęły łzy. Zrobiło mi się jej bardzo żal, uścisnąłem lekko jej rękę i ucałowałem. – Postaram się, mamo. Będę się bardzo starał. Bądź spokojna. Nie mam już złości w sercu na Halinę, myślę, że ona też będzie się starała. –

Z ledwością wyszeptała: - Dziękuję, Karolku, dziękuję. Teraz chcę zasnąć. –

Jeszcze raz ucałowałem jej dłoń i wyszedłem z pokoju. Rozmyślałem: - Pewnie chłopcy pomyślą, że to dzięki odmawianiu przez nich różańca znowu będziemy rodziną. A może faktycznie była to Boża interwencja. –

Zerknąłem jeszcze raz do pokoju chorej. Przy jej łóżku klęczeli obaj moi synowie i odmawiali różaniec. Pewnie był to ostatni różaniec mojej kochanej teściowej.

 

          

poniedziałek, 20 lipca 2026

Uwaga, uwaga! Nadchodzi!

                                                   

                                                 
                                                     

    „Nikt nie przypuszczał, że stanie się to akurat tej nocy. Nie było żadnych alertów, ani choćby jakiejś wzmianki w social mediach. Nie ostrzegały ani gazety prorządowe, ani opozycyjne. Nawet głos Kościoła brzmiał cichutko, a i tak właściwie nikt go nie słuchał.              < - Uwaga, uwaga! Wszyscy do schronu! Uwaga, uwaga! Wszyscy do schronu! Uwaga! Schowajcie się do schronu! - >

     Głos przemieszczał się po wszystkich ulicach, placach, osiedlach i zaułkach. Ludzie byli przerażeni i pytali się jeden drugiego:

- A gdzie są schrony? Gdzie mamy się schować? Co się dzieje? Czy to koniec świata? –

Panika narastająca z każdą minutą sprawiła, że wzmógł się również chaos. Ludzie biegali szukając schronienia, potrącając się wzajemnie i złorzecząc. Tak zachowywała się większość. Byli jednak i tacy, którzy mimo panującej ciemności, ze spokojem, nie rozpychając się zbytnio, po prostu skierowali się w stronę rozległych pól i lasów otaczających miasto.

   Ci, którzy zostali stracili nadzieję, że uda im się bezpiecznie przetrwać ogłoszony alarm. Ale po około godzinie oczekiwania na to najgorsze, które miało nadejść, niektórzy mieszkańcy wyczerpani stresem udali się do swoich domów. Inni dyskutowali i kłócili się, skąd mógł pochodzić ostrzegawczy Głos i czemu dali się nabrać jakiemuś żartownisiowi.

    Gdy minęła kolejna godzina Głos powrócił. Był jeszcze bardziej przerażający. Tym razem wołał:

< - Oto nadchodzi! Kto nie ma pieczęci na czole zostanie odrzucony! Kto ma znamię bestii na ciele zostanie odrzucony! Uciekajcie do schronu! – > „  

     Właśnie zastanawiał się, jak dalej opisywać zdarzenie w swoim nowym opowiadaniu, kiedy usłyszał pukanie do drzwi i cichy głos córki:

- Tatusiu, czy mogę na chwilę do ciebie wejść? –

- Tak, tak – odpowiedział – może pomożesz mi przy pisaniu. –

Do pokoju weszła około dwunastoletnia dziewczynka i od razu usiadła ojcu na kolanach.

- Naprawdę pozwolisz mi pisać opowieść razem z tobą? Zawsze mnie odganiałeś i mówiłeś, że ci przeszkadzam. –

- Może teraz nadszedł już taki czas, że duża i mądra moja córeczka będzie razem ze mną wymyślać piękne opowieści. Czy zgadzasz się? - 

- No pewnie. Zawsze o tym marzyłam. A o czym dzisiaj piszesz? –

- O, to bardzo trudny temat. Zacząłem wyobrażać sobie, jak może wyglądać koniec świata i chciałbym opisać to, co podpowiada mi moja wyobraźnia. –

- Ale po co? Chcesz nastraszyć twoich czytelników? Zawsze mi tłumaczyłeś, że nie lubisz i nie oglądasz horrorów, bo kaleczą ci mózg. –

- No, wiesz. Koniec świata to dla jednych tragedia, a dla innych radość. Piszę po to, żeby czytelnicy mogli przemyśleć, którą opcję świadomie wybiorą. Teraz wymyślam, jak wytłumaczyć, co oznacza słowo „schron”. To znaczy, gdzie mogą się schronić przed zagładą. –

- Tatusiu, zawsze mi mówiłeś, że naszym obrońcą jest Bóg Ojciec, Jego Syn i Duch Święty. Nie możesz tego wprost napisać w opowiadaniu? –

- Nie dla wszystkich jest to takie oczywiste. Niektórzy nawet odrzucają możliwość istnienia Boga, inni się nad tym nie zastanawiają, jeszcze inni chodzą do kościoła, ale tak naprawdę, to nie wiedzą po co. A są jeszcze tacy, którzy wykorzystują religię, do realizowania swoich własnych interesów. Myślę też, że najtrudniej będzie znaleźć się w niebie  fanatykom, takim nienawidzącym ludzi inaczej myślących niż oni. Ale to za trudne dla ciebie do zrozumienia. Ja również nie wszystko rozumiem. Teraz może przerwijmy naszą miłą pogawędkę i zejdźmy na dół na kolację. Rozumiem, że lekcje masz już odrobione? –

- Pytasz mnie jakbym była małym dzieckiem. Oczywiście, że mam odrobione. Chodźmy już. –

     Zeszli do kuchni i z przyjemnością zaczęli wspólnie przygotowywać kolację. To był zawsze miły czas dla nich obojga. Po całym dniu mieli wiele ciekawych spraw do przekazania i omówienia, a przygotowane wspólnie jedzenie  bardzo im smakowało. Dzisiaj zamiast ciekawostek z całego dnia Asia postanowiła zapytać ojca o bardzo trudną sprawę, która nurtowała ją od dawna. Do tej pory ciągle obawiała się reakcji ojca i nie poruszała tego trudnego tematu.

 - Tatusiu, wiem, że mnie kochasz i tak wspaniale troszczysz się o mnie. Dziś postanowiłam zapytać cię, dlaczego moja mama odeszła i nas zostawiła? Czy to przeze mnie? Nie podobałam się jej? –

Ojciec długo milczał. W końcu wziął rękę Asi, przytulił do policzka i powiedział:

- Tak naprawdę, to do końca nie wiem. Nigdy się nie skarżyła, że jest jej ze mną źle. Nigdy nie powiedziała, że mnie nie kocha, ale nie mówiła mi również, że mnie kocha. Zawsze była bardzo tajemnicza, zatopiona w swoich myślach, nigdy się nie zwierzała. Raz tylko zaczęła mi opowiadać o swoim trudnym dzieciństwie, ale bez szczegółów. Była wtedy bardzo smutna. Kiedy się urodziłaś zaczęła zachowywać się bardzo dziwnie. Trzymała cię w ramionach i nie dawała nikomu dotknąć. Właściwie cały czas leżała i tuliła cię. Nawet kiedy przyjechała twoja babcia, jej mama, nie potrafiła zrozumieć, że chcemy jej pomóc, jej i oczywiście tobie. Lekarz stwierdził, że ma depresję po porodzie i radził oddać was obie pod opiekę medyczną. Ale mama się nie zgodziła. Stopniowo dolegliwości ustępowały, w miarę jak stawałaś się radosnym niemowlęciem mama zaczęła zachowywać się prawie normalnie. Ale była ciągle smutna i często płakała. Kiedy już stawiałaś nieporadne, pierwsze kroki mama zaczęła wychodzić z tobą na samotne spacery. Nie chciała, abym wam towarzyszył. Ale ja ukradkiem chodziłem za wami śledząc was i pilnując, żeby nic wam nie zagroziło. –

Tu przerwał opowiadanie i zapytał:

- Kochanie, może przerwiemy na chwilę lub na dłużej. Pewnie trudno jest ci słuchać, a ja też się zmęczyłem tymi wspomnieniami. Jest dość późno, może chodźmy spać. –

- Dobrze, ale jeżeli mi obiecasz, że już jutro opowiesz mi co się potem wydarzyło – po namyśle odpowiedziała Asia.

- Okey, obiecuję. –  

    Po uprzątnięciu kuchni Tomasz nie poszedł od razu do swojej sypialni. Usiadł na ganku i zatopił się w myślach o swojej żonie, ale też o dalszym ciągu swojego opowiadania. Dawno nie wspominał Katarzyny, zatęsknił do niej i bardzo się wzruszył. Postanowił, że na nowo będzie jej poszukiwał przez różne organizacje pomocowe. Minęło już co prawda dziewięć lat od kiedy odeszła, ale może w jakiś cudowny sposób ją odnajdzie.

Usłyszał tupanie po schodach i za chwilę przytuliła się do niego Asia. Cicho powiedziała:

- Tatusiu, bardzo cię kocham. Dziękuję ci, że tak wspaniale zastępujesz mi mamę, jesteś dla mnie i tatą, i mamą. Dobranoc.

Asia pobiegła z powrotem do siebie, jakby wstydziła się swojego wyznania.

Tomasz odwrócił się, żeby jej odpowiedzieć, ale już jej nie było. Postanowił, że będzie dziś długo pisać i już wiedział, co dalej napisze. 

„Ale tym razem mieszkańcy miasta mieli pozatykane uszy,  ukryli się już w swoich domach i ulice były puste. Mimo tego Głos dalej wołał:

< - Kto krzywdzi, niech jeszcze krzywdę wyrządzi i plugawy niech się jeszcze splugawi, a sprawiedliwy niech jeszcze wypełni sprawiedliwość, a święty niechaj się jeszcze uświęci. Oto przyjdę niebawem, a moja zapłata jest ze mną, by każdemu odpłacić, jaka jest jego praca. - >

Okazało się, że Głos docierał do nich mimo zatkanych uszu, tak że wszyscy trzęśli się ze strachu. Znowu wyszli na ulicę szukając tego, kto tak przerażająco wołał. Ale nikt im się nie ukazał.

W końcu jeden z odważniejszych zaczął krzyczeć zwracając się do tego niewidocznego Głosu:

- Nie strasz nas, tylko powiedz, co mamy robić? Gdzie jest ten schron? –

Ale Głos dłuższą chwilę milczał. W końcu zagrzmiało coś przypominającego odgłos pioruna, a na wieży kościoła pojawiło się oślepiające światło. Nie widać było żadnego reflektora, a jednak światło przemieszczało się i oświetlało twarze zgromadzonych ludzi. Znów strach padł na mieszkańców i wzmógł się, kiedy do ich uszu dotarł znowu potężny dźwięk Głosu, który wołał:

< Niech wszyscy usłyszą:

 - Obmyjcie się we Krwi Baranka. W Sercu Jezusa, jest wasze schronienie. On to przyjdzie niebawem i osądzi wszystkie narody, plemiona, rodziny i ludzi samotnych. Osądzi z miłości i miłosierdzia. On jest Alfą i Omegą. Amen. >

     Po tych słowach światło zgasło i nie słychać już było żadnego dźwięku. Zgromadzeni powoli zaczęli się rozchodzić.

    Gdy nastał poranek ludzie budzili się ze wspomnieniem zdarzeń minionej nocy i zastanawiali się, czy to rzeczywiście był Głos z zaświatów, czy była to jakaś sztuczka kuglarska. Większość mieszkańców uwierzyła, że było to ostrzeżenie przed nadchodzącym Sądem Bożym. Ale było też trochę takich, którzy udawali, że nic takiego się nie stało, podrwiwali sobie, lecz w głębi duszy czuli niepokój.

   Dzień mijał spokojnie. Większość ludzi udała się do swoich zajęć, sklepy były otwarte, również szkoły i przedszkola. Życie toczyło się, jak gdyby nic się w nocy nie wydarzyło. Wrócili do miasteczka ci, którzy oddalili się do pobliskich wiosek i lasu. Tylko patrole policyjne krążyły po ulicach częściej niż zwykle.

Zadziwieni i zasmuceni byli jedynie emeryci i ci, którzy pozostali w domach. Po włączeniu telewizorów okazało się, że zniknęły wszystkie programy, wyświetlał się jedynie obraz wielkiego wzgórza z olbrzymim krzyżem na jego wierzchołku. Zaczęto wydzwaniać do znajomych z informacją o tym fakcie, a oni potwierdzali, że ich odbiorniki przekazują to samo. Wygasły wszystkie aparaty komórkowe i zaniepokojenie ogarnęło szczególnie młodzież i kobiety niepracujące. Niektórzy nawet głośno przeklinali i złorzeczyli operatorom sieci, bo uważali, że to ich działanie lub brak działania spowodował awarię.

     Znowu miasteczko ogarnęło ogólne zamieszanie i znowu sporo ludzi opuściło swoje mieszkania. Niektórzy wnikliwie wpatrywali się w wieżę kościoła, sądząc, że pojawi się jakiś komunikat, że odezwie się Głos. Ale nic takiego się nie nastąpiło. Najgorsze było to, że z powodu braku internetu stopniowo przestały działać banki i inne instytucje związane z koniecznością korzystania z łączności internetowej.  

Zaczęto podejrzewać, że te wszystkie nocne zdarzenia i trwająca blokada internetu są spowodowane przez wrogie państwo, chcące zawładnąć miasteczkiem. Jeszcze nie dopuszczano myśli o działaniu nadzwyczajnych mocy. Dopiero, kiedy księża wikariusze razem z proboszczem parafii pokazali się na ulicach i głośno nawoływali do nawrócenia, ludzie zorientowali się, że Czas nadszedł. Byli zaskoczeni, że ich pasterze, chowający się w większości w swoich mieszkaniach w domu parafialnym, dziś wyszli głośno ostrzegać ich przed tym, co nadchodzi. Wszyscy byli bardzo poruszeni i niespokojni. Było jednak kilkanaście osób, które uspokajały tych najbardziej przestraszonych i mówiły:

- Nie bójcie się. Rzućcie się w otchłań Miłosierdzia Bożego. Nie osądzajcie sami siebie, to Bóg was osądzi, a On jest samą Miłością. Jeżeli zwrócicie się do Niego nie odrzuci was. Wszyscy jesteśmy przecież Jego dziećmi. Tylko porzućcie wszystkie wasze bożki, szczególnie komputery, komórki, tablety i laptopy, do których modlicie się przez całe dnie, a nawet w czasem w nocy. Zostały one wyłączone, a to znak, że ich nadużywanie nie podoba się Bogu. –

   Jednak większość mieszkańców szukała pomocy w Urzędzie Burmistrza i nawet głośno wykrzykiwała, dlaczego nic z tym nie robi, dlaczego nie interweniuje w Warszawie, nie zwraca się do rządu i prezydenta.

- Panie Burmistrzu, nie możemy tak żyć bez łączności ze światem, nie możemy pracować, ani się uczyć. Nawet banki nie działają. –

  W końcu zdenerwowany Burmistrz wyszedł na balkon i powiedział głośno:

- Drodzy mieszkańcy, jak możecie mi zarzucać, że nic nie robię, kiedy sami wiecie, że brak jest łączności. Więc jak mam powiadomić Warszawę o tej całej sprawie? Właśnie mamy naradę wszystkich odpowiedzialnych za stan kryzysowy i wyznaczyliśmy osoby, które pojadą jutro rano do stolicy, aby prosić o pomoc. -„

Wieść ta rozeszła się po całym miasteczku. Szeptano: dopiero jutro wyjadą, więc nie wiadomo, kiedy przyjmą ich odpowiedni urzędnicy i że to wszystko może się przedłużać w nieskończoność. Byli bardzo niezadowoleni.

Następnego dnia doszło kolejne niespotykane zdarzenie. Na wszystkich ulicach znikły nazwy, natomiast pojawiły się tablice wszędzie z jednakową treścią:

                                           

       I znowu w środku kolejnej nocy usłyszeli wołanie Głosu:

„Uwaga, uwaga! Nadchodzi, by osądzić ziemię! Wołajcie do Boga, wołajcie głośno:

Ojcze Wszechmogący, zgrzeszyliśmy przeciw Tobie, nie jesteśmy godni nazywać się Twoimi dziećmi.
Zniszczyliśmy i niszczymy dalej ten cudowny świat,
który dla nas stworzyłeś.
Zatruwamy morza i rzeki, trujemy powietrze i samych siebie,
zobojętniały nasze serca na płacz głodnych, szczególnie dzieci,
na krzyki gwałconych i bitych kobiet, na potworności wojen
i wszelkiej przemocy. Zamiast Ciebie czcimy bałwany: pieniądze, władzę, idoli, uzależnienia i sami dla siebie staliśmy się bogami. Zasłużyliśmy na Twój gniew przez naszą pychę i samowystarczalność.
Zlituj się nad nami przez wzgląd na cierpienia i mękę

                        Twojego Syna,

 na modlitwy i ofiary Twoich wybranych.
Przebacz nam i ześlij Twoją pomoc, ześlij ratunek dla świata!!! Jeszcze ten raz ulituj się nad nami!!!”

                                                    


 

    Na tym zakończył pisanie zdziwiony, że już jest tak późna godzina. Przed ułożeniem się do spania zajrzał jeszcze do pokoju Asi i okrył ją szczelniej kołdrą. Uśmiechnął się sam do siebie i z czułością pomyślał jak śliczną i kochaną ma córkę. 

     Ten poranek był dla Asi najzwyklejszym porankiem, takim jak tysiące wcześniejszych: szybka toaleta, szybkie śniadanie, biegiem do autobusu i w pośpiechu do klasy. Była spokojna, przygotowana do lekcji, ale gdzieś zza głowy pojawiały się trudne myśli: czego dowie się dzisiaj o swojej mamie. Nigdy nie skarżyła się ojcu, nie okazywała, że czasem w nocy płacze. Była jednak pewna, że on to czuje i może nawet słyszy przez drzwi jej pochlipywanie. Z tego zamyślenia wyrwał ją głos nauczycielki zwracający się wprost do niej:

- Asiu, chyba nie jesteś tutaj z nami? Czy słyszałaś, co mówiłam przed momentem? Jaki będzie temat dzisiejszej lekcji? –

Asia zwiesiła głowę i powiedziała:

- Przepraszam, mam trochę problemów i nie zostawiłam ich za drzwiami, tylko przyniosłam ze sobą do klasy. Już będę uważała. –

Ale co innego chcieć, a co innego móc. Niestety już do końca lekcji Asia była trochę rozproszona i cieszyła się, że pani o nic jej nie pyta. Pewnie znając sytuację rodzinną dziewczynki pozostawiła ją w spokoju. Jednak po zakończeniu lekcji poprosiła Asię o rozmowę na temat jej problemów. Ale dziewczynka nie chciała się zwierzać i powiedziała, że to jej tajemnica i że może kiedyś będzie mogła powiedzieć.

Nauczycielka zaczęła podejrzewać, że coś niedobrego dzieje się w Asi układach z ojcem. Pomyślała nawet, że może krzywdzi on w jakiś sposób swoją córkę. Zdecydowała, że powie o tej sytuacji dyrektorce szkoły. No i się zaczęło. Najpierw spotkanie Asi z pedagogiem szkolnym oraz terapeutą dzieci krzywdzonych. Potem wezwanie ojca do szkoły na rozmowę do dyrektorki. Bardzo to było frustrujące, a nawet oburzające i krzywdzące dla nich obojga. Ale po rozmowach sprawa ucichła i kierownictwo szkoły uznało, że nie będzie nadawać tej sprawie dalszego biegu.

Niestety, piękna miłość, która łączyła ojca z córką została zakłócona. Szczególnie ojciec zaczął uważać, czy nie nazbyt czule przytula i całuje Asię. A ona tylko domyślała się, że powodem odsunięcia się od niej ojca było to okropne podejrzenie. Postanowili oboje, że od września Asia zmieni szkołę, w której nikt już nie będzie jej podejrzliwie  obserwował. Tadeusz postanowił, że na wakacje wyjadą w daleką podróż po kurortach i sanktuariach zachodniej Europy mając nadzieję, że po powrocie zapomną o stresującym zdarzeniu.

Wynikiem tej niesmacznej sprawy była również przerwa w pisaniu opowiadania. Kilkakrotnie próbował coś napisać, ale myśli umykały, nawet to, co już napisał wydawało mu się miałkie i niepotrzebne.

Pomyślał:

- „ Pewnie tak ma być, pewnie muszę jeszcze przemyśleć ten trudny temat.”-

   Minęły wakacje spędzone we wspaniałej podróży. Mnóstwo wrażeń i wielu ciekawych ludzi spotykanych w trasie, których zabierali „na stopa” sprawiło, że zapomnieli o dręczącej sprawie pomówień. Odwiedzali muzea, parki, kościoły, piękne plaże we Francji, Hiszpanii i Portugalii. Ale przede wszystkim zatrzymywali się w słynnych Sanktuariach.

Byli w Montserrat, gdzie wysoko w górach zbudowano Sanktuarium Czarnej Madonny. Zatrzymali się na dłużej w Lourdes, gdzie czczona jest Matka Boża Uzdrowienia Chorych. Pojechali także do Fatimy i tam również, na kolanach prosili oboje w tej samej intencji: o odnalezienie żony i matki. Gdy więc po powrocie, w przeglądanej korespondencji, znaleźli odpowiedź jednej z organizacji zajmującej się poszukiwaniem zaginionych osób, byli przekonani, że ich modlitwy zostały wysłuchane. W liście nie było zbyt dużo informacji, natomiast było zaproszenie do siedziby biura, gdzie będą próbowali odnaleźć dokumenty sprzed kilku lat, zawierające więcej szczegółów.

Tadeusz natychmiast skontaktował się z biurem i umówił termin spotkania. Asia bardzo prosiła ojca, aby pozwolił jej jechać razem z nim. Ale stanowczo odmówił, twierdząc, że jej obecność nie tylko zakłóci poszukiwania, ale przedstawiciele biura mogą odmówić udostępnienia informacji z powodu obecności nieletniej.

- Zrozum to, kochanie. Poproszę ciocię Amelię, aby pobyła z tobą. Wiesz, że bardzo cię kocha i będzie na pewno się starała, aby ci było z nią dobrze. -

      W biurze czekała na Tadeusza bardzo miła, starsza pani z plikiem dokumentów w ręku. Po przywitaniu powiedziała:

- Cieszę się, że wznowił pan poszukiwania żony. Wiele mamy przypadków, gdy osoba poszukująca znajdzie sobie innego partnera życiowego i przestaje się interesować sprawą odnalezienia zagubionej. Mam dla pana wiadomości sprzed dwóch lat. Nie jesteśmy do końca pewni, że to pańska żona, ale wiele szczegółów na to wskazuje. Otóż: mamy ślad pobytu w szpitalu psychiatrycznym kobiety w wieku pana żony, która zgłosiła się sama na leczenie, twierdząc, że ma zupełny zanik pamięci. Nie pamiętała, jak się nazywa i gdzie mieszka. Przebywała w szpitalu około dwóch miesięcy, stwierdzono, że jest zupełnie zdrowa z wyjątkiem braku świadomości dotyczącej jej przeszłości. Po dwóch miesiącach odbyła się rozprawa sądowa i przyznano jej nowe nazwisko, wydano dowód i inne zaświadczenia pozwalające na podjęcie pracy. Ale dostała nakaz zgłaszania się, co trzy miesiące, do ustalonego przez sąd kuratora, z informacją, gdzie przebywa i czy radzi sobie w samodzielnym życiu. Ostatnią informację sąd otrzymał dwa tygodnie temu. Ta kobieta przebywa za granicą, konkretnie we Włoszech, tam została zatrudniona w restauracji jako kucharka. Niestety, nie mogę podać panu adresu bez pozwolenia sądu. O taką informację musi pan wystąpić do sądu sam. –

- Czy to może długo potrwać? Mam już niewiele dni urlopu,  mam też dwunastoletnią córkę, której niedługo kończą się wakacje. –

- Tego nie wiem, ale zadzwonię do sekretariatu i zapytam. Wiem, że dla tego typu spraw starają się skracać terminy. –

     Niestety, okazało się, że czas oczekiwania na decyzję może wynieść nawet miesiąc. Tadeusz bardzo się zasmucił, ale skierował się do budynku sądu i złożył stosowne pismo. W drodze powrotnej do domu zastanawiał się, jak powiedzieć Asi o tym, czego się dowiedział. Obawiał się jej emocjonalnej reakcji. Postanowił nie przekazywać szczegółów rozmowy z panią w organizacji, jedynie wspomnieć o konieczności miesięcznego oczekiwania na decyzję sądu w sprawie odtajnienia dokumentów.

   Gdy już po powrocie wybiegła do niego do bramy głośno wołając:

- I jak tatku? Masz dobre wiadomości o mamie? –

Odpowiedział:

- Jest nadzieja, jest nadzieja. Ale nadal musimy być cierpliwi i odczekać około miesiąca na zgodę w sprawie odtajnienia dokumentów. –

- Ja nie dam rady tak długo czekać. Dlaczego oni są tacy bezduszni? Przecież wiedzą, jak nam bardzo zależy, aby być od nowa rodziną. –

- Niestety, nic na to nie poradzę. –

    W głębi duszy Tadeusz obawiał się, że Katarzyna albo go nie pozna, albo będzie udawała, że nie poznaje i nie zechce wrócić. Jaka byłaby to tragedia dla Asi, gdyby wiedziała, że odnalazł jej mamę, a ona nie zechciałaby jej poznać i zamieszkać z nimi. Dlatego nie wtajemniczał córki w szczegóły, które były mu wiadome.

     Zezwolenie z sądu przyszło dość szybko. Było w nim podane nowe imię i nazwisko Katarzyny oraz dwa adresy: do jej miejsca zamieszkania i do restauracji, w której była zatrudniona. Oba adresy wskazywały, że przebywała na terenie Włoch. Tadeusz ukrył ten fakt przed Asią, a sam poprosił w pracy o tygodniowy urlop i zabukował bilet na najbliższy lot do Mediolanu. Asi powiedział, że jedzie w delegację, ale ona nie bardzo w to uwierzyła.

     Tadeusz znał język angielski, jak sam mówił: „na trzy minus”, ale przebywając wiele razy za granicą jakoś dogadywał się w hotelach, czy sklepach. We Włoszech nigdy nie był, ale uznał, że warto wziąć ze sobą słownik tego języka i zapisać sobie kilka podstawowych, niezbędnych zwrotów.

    Gdy już znalazł się w centrum Mediolanu, posługując się szczegółową mapą, odnalazł najpierw restaurację, w której miała pracować Katarzyna. Postanowił zjeść tam obiad i rozejrzeć się, a nuż jego żona będzie w pracy. Zdecydował, że zapyta miłą dziewczynę przy barze, czy zna Angelikę Mors. Ona uśmiechnęła się i zawołała w stronę kuchni:

- Angela, vieni qui, qualcuno ti cerca! –

- Arrivo subito – odpowiedział głos zza kuchennych drzwi.

    Po chwili wyszła kobieta w białym czepku kucharskim na głowie, zaciekawiona, kto o nią pyta. Kiedy zobaczyła Tadeusza zakręciła się na pięcie i znikła za drzwiami. Za chwilę jednak ukazała się ponownie, już bez czepka i białego fartucha.

Zwróciła się do Tadeusza po polsku:

- Znalazłeś mnie? Po tylu latach? Po co mnie odnalazłeś? Przecież zraniłam cię i uciekłam, jak jakiś przestępca. Nie sądzę, żebyś mi wybaczył to, co zrobiłam. Chodźmy stąd, dostałam pół godziny wolnego. –

Tadeusz do tej pory nie odezwał się ani słowem, dopiero gdy przeszli w milczeniu dwie przecznice, zatrzymał się, spojrzał Katarzynie w oczy i powiedział:

- Nie mam ci co wybaczać. Wybrałaś wolność i muszę to zaakceptować. Ale bardzo cię potrzebujemy, oboje z Asią. Ona marzy o spotkaniu z tobą, a w ogóle to oboje bardzo za tobą  tęsknimy. Kasiu, nie będę cię wypytywał, co się takiego stało, że odeszłaś. To było tak dawno i nie warto tego wspominać. Bardzo chcemy, abyś wróciła. Asia jest w takim wieku, w którym szczególnie potrzebuje matki. –

Zauważył, że ona bardzo się wzruszyła, a jej oczy były pełne łez. Powiedziała:

- Chodź, siądziemy tam w parku na ławce. To głupio tak tutaj stać. –

Gdy już usiedli Tadeusz nieśmiało ujął jej rękę i powiedział:

- Nigdy cię nie oskarżałem, a szczególnie przed Asią. Ona jest przekonana, że gdy cię odnajdę zamieszkasz z nami i znowu będziemy rodziną. Co prawda minęło już dziewięć lat, których nie nadrobimy, ale możemy zacząć od nowa. –

- Co to dla ciebie znaczy „od nowa”? Nie wiesz, dlaczego chciałam uciec od was. Chciałam już nie żyć, ale spotkałam starszego kapłana, który mi wytłumaczył, dlaczego musimy chronić nasze życie. Ono nie należy do nas, jesteśmy dziećmi Boga i do Niego należymy. Nie odpowiem ci dzisiaj, jaką podejmę decyzję. Jeżeli poczekasz na mnie aż skończę pracę, może opowiem ci czemu uciekłam. Możesz przyjść po mnie, to jeszcze dwie godziny do końca. A teraz muszę wracać. –

    Tadeusz siedział jeszcze chwilę na ławce zastanawiając się, jak formalnie wyglądałby powrót Kasi do domu. Ma przecież inne imię i nazwisko, czy musieliby drugi raz zawierać małżeństwo? Bardzo byłoby to skomplikowane, ale przecież nie niemożliwe. Był już prawie przekonany, że Kasia zgodzi się wrócić.

     Wstał z ławki i zerknął na mapę, aby sprawdzić, jak daleko jest do słynnej Mediolańskiej Katedry. Okazało się, że może tam dojść w piętnaście minut, więc udał się w jej stronę szybkim krokiem. Rzeczywiście, obiekt był imponujący. Inaczej oglądało się go na zdjęciach w komputerze, a zupełnie inaczej Katedra prezentowała się, gdy stał przed nią i w zachwyceniu podziwiał każdy szczegół przepięknej fasady. Miał wielkie szczęście, bo akurat w jej wnętrzu odprawiana była Msza Święta i mógł wejść bez rezerwacji i opłaty za wstęp. Ucieszył się, że akurat w tym czasie oczekiwania na ważną w jego życiu wiadomość może spotkać się z Panem Jezusem, oddać mu swój trudny problem i przyjąć Go w Komunii Świętej.

Po zakończonej Eucharystii długo jeszcze klęczał w milczeniu przed Najświętszym Sakramentem. O nic nie prosił, tylko oddawał wszystkie sprawy woli Bożej.  

    Gdy wyszedł, nieomal biegiem skierował się przed wejście do lokalu, w którym pracowała Kasia. Zobaczył z daleka, że czeka już na niego i jeszcze bardziej przyspieszył kroku.

Uśmiechała się do niego, więc przyjął to za dobry znak. Zdyszany tłumaczył się z małego spóźnienia:

- Wybacz, ale byłem w Katedrze na Mszy, prosiłem Pana Boga, aby pomógł ci w podjęciu decyzji. Tego lata byliśmy z Asią w znanych europejskich Sanktuariach i prosiliśmy o pomoc w znalezieniu ciebie. I nasza modlitwa została wysłuchana. –

- A ty dalej taki „rozmodlony”? Ja odsunęłam się od Boga, nie potrafię uwierzyć, że może mi przebaczyć to, co zrobiłam. –

- Kasiu, jeżeli ja ci wybaczyłem, to tym bardziej Miłosierny Bóg. Można próbować naprawić swoje błędy i żyć szczęśliwie dalej. –

- Ale ty nawet nie wiesz, jaki był powód mojej ucieczki. –

- Już ci mówiłem, że nie jest to dla mnie istotne. Ważne są dni, które są przed nami. –

Nagle Katarzyna zmieniła temat i zapytała:

- W którym hotelu się zatrzymałeś? Może jest tam jakaś knajpka, w której moglibyśmy usiąść. Bolą mnie nogi po całym dniu pracy. –

- Nie zdążyłem jeszcze zarezerwować hotelu. Kiedy otrzymałem wiadomość o miejscu twojego pobytu natychmiast wsiadłem w samolot. Jest ciepło, więc mogę przespać się na ławce w parku, gdyby były kłopoty ze znalezieniem noclegu. –

- Kłopoty? – zaśmiała się Kasia. Aby znaleźć miejsce w hotelu trzeba je rezerwować co najmniej miesiąc wcześniej. Tak się do mnie spieszyłeś Tadziu? –

- Nie wierzysz mi? –

- Wierzę, jestem nawet wzruszona. No, to nie mamy wyjścia, chodźmy do mnie. Mam dwa pokoje, więc nie będzie problemu ze spaniem – z uśmiechem powiedziała Kasia.

     Ale tej nocy nie spali. Najpierw Kasia wyjawiła swój sekret.

Była bardzo poruszona i często przerywała opowieść.

- Gdy miałam około siedemnastu lat głupio i niepotrzebnie zaprzyjaźniłam się z chłopakiem trochę starszym ode mnie, który od dawna chodził za mną. Kiedyś wymusił na mnie, abym mu się oddała. Może nie był to gwałt, ale łagodne przymuszenie. Zerwałam z nim po tym fakcie obawiając się konsekwencji. Ale wystarczył ten jeden raz, aby zajść w ciążę. Moi rodzice, jak już ci kiedyś mówiłam, oboje byli alkoholikami i niezbyt się mną interesowali. Jednak musiałam im powiedzieć o moim problemie, bo przecież mieszkaliśmy razem, byłam jeszcze nieletnia. Bardzo szybko załatwili mi prywatną wizytę u ginekologa, a pan doktor dość szybko usunął mój „problem”. I znowu zostałam przymuszona, bo rodzice nawet mnie nie zapytali, czy przypadkiem nie chcę urodzić tego dziecka. Znałeś mnie dobrze i czułeś, że coś jest ze mną nie tak. Nie potrafiłam się cieszyć, chodziłam smutna i zamyślona. Nawet nie bardzo rozpoznając, dlaczego tak jest. Dopiero kiedy urodziła się Joasia moja psychika zaczęła szaleć. Bałam się, że ktoś mi zabierze moje dziecko, jak pewnie pamiętasz, zachowywałam się irracjonalnie. Potem to ucichło, ale ciągle, patrząc na Joasię myślałam o tamtym, zabitym dziecku. W końcu to przerosło moje siły i zdezerterowałam. Postanowiłam uciec od was, wszystko zmienić i ukryć się choćby na końcu świata. Nie będę ci teraz opowiadała, co się dalej ze mną działo. To może opowieść już na inny czas. Teraz powiedz mi coś o sobie. Jak dawałeś sobie radę w takiej trudnej sytuacji? –

   W czasie, gdy Kasia opowiadała o swojej przeszłości  Tadeusz nie patrzył na nią, tylko siedział w milczeniu ze zwieszoną głową. Teraz podniósł się z fotela i zaczął spacerować po pokoju.

- Jak sobie dawałem radę, pytasz. Może i było trudno, ale miłość dziecka wynagradzała mi i nieprzespane noce, i uczenie się z fachowych książek, jak się nią opiekować. Pomagała mi kochana ciocia Amelia, na tyle, że mogłem pracować i zarabiać na nasze utrzymanie. Joanna wyrasta na śliczną i mądrą kobietę, ma już ponad dwanaście lat, chętnie i dobrze się uczy. Bardzo kochamy się wzajemnie. Ostatnio przytuliła mnie i dziękowała, że zastępuję jej ciebie. To tyle. Teraz cię pożegnam. Mam kupiony bilet powrotny na poranny lot. Myślę, że dobrze będzie, jeżeli zostaniesz sama. To będzie twój czas na podjęcie decyzji. Asia nie wie, że cię odnalazłem i nie powiem jej w przypadku, gdy zdecydujesz, że tutaj zostajesz.  –

Tadeusz podszedł do żony i ucałował ją w czoło. Na stoliku położył wizytówkę ze swoim adresem.

Po wyjściu, zamyślony, błąkał się po ulicach miasta w końcu zdecydował, że resztę nocy spędzi na lotnisku. 

    Po powrocie nie zastał Asi w domu, była tylko ciocia Amelia przygotowująca obiad. Okazało się, że ukochana córeczka zapisała się do drużyny siatkówki młodzików i dość często biegała na treningi. Ucieszył się z tego, bo już nieraz martwił się, że będzie stroniła od rówieśników. Nazywał ją czasem pieszczotliwie „Myszką”, z powodu zamykania się w swoim pokoju ze swoimi książkami i laptopem. Mówił do niej:

- I znów moja Myszka siedzi w swojej norce. Może wyjdziemy gdzieś na lody, albo do kina. –

- Tato, ty do kina? A jaki to film wspólnie by nas zainteresował? – mówiła ze śmiechem.

Wiedział, że pisze swój dzienniczek i czasem nawet przed wyjściem do szkoły biegnie do swojego pokoju, aby coś w nim dopisać. Korciło go, żeby zajrzeć do jej tajemnic, ale nie robił tego, uważał, że przekroczy wtedy rodzicielskie uprawnienia.

Zostało mu jeszcze kilka dni urlopu, a więc powrócił do pisania. Długo się zastanawiał zanim rozpoczął. Ważne było pierwsze zdanie, potem już treść jakoś sama układała się w zdarzenia i opisy faktów.   

    „Kolejnej nocy znowu nie wszyscy spali, niektórzy rozmyślali, co zdarzy się jutro. Płakali i żałowali wszystkich swoich grzechów. A była tych ludzi większość. Ledwie zaczęło świtać, a już wielu z nich wyszło na ulice. I znowu spotkało ich wielkie zaskoczenie, gdyż na każdej z ulic zobaczyli ustawione konfesjonały. Byli pewni, że nikt w nich nie siedzi, ale jeden z odważniejszych zajrzał do środka i wykrzyknął: - Tam rzeczywiście siedzi ksiądz, chyba nawet zakonnik. Wtedy ze wszystkich konfesjonałów odezwały się głosy:

„- Przyjdźcie do zdroju Miłosierdzia Bożego. On przebaczy wszystkie wasze winy i uleczy wszystkie choroby. Tylko Mu zaufajcie.-”

Trudno opisać co potem się działo. Ludzie na wyścigi zaczęli ustawiać się w kolejkach przed konfesjonałami, a ci którzy już dostali rozgrzeszenie płakali z radości i wzruszenia. Zaskoczeniem było, że na ich czołach pojawiły się maleńkie znaki krzyża. I tak minął cały ten dzień. Noc była spokojna, dopiero nad ranem odezwał się Głos:

„< Pocieszcie, pocieszcie mój lud > - mówi wasz Bóg.

Głos się rozlega:

 «Drogę dla Pana
przygotujcie na pustyni,
wyrównajcie na pustkowiu
gościniec naszemu Bogu!
 Niech się podniosą wszystkie doliny,
a wszystkie góry i wzgórza obniżą;
równiną niechaj się staną urwiska,
a strome zbocza niziną gładką.
 Wtedy się chwała Pańska objawi,
razem ją wszelkie ciało zobaczy,
bo usta Pańskie to powiedziały».”

Ludzie słuchali, ale nie bardzo rozumieli, co do nich mówi Głos. Wydawało się, że to pocieszenie, ale co znaczyły dalsze słowa nikt tak naprawdę nie pojął. Konfesjonały stały aż do późnego wieczora, a cały czas były przy nich kolejki. Pojawiły się nawet żołnierskie kuchnie wydające gorącą grochówkę, aby nie zasłabli ci długo oczekujący na spowiedź. Gdy już zapadł zmrok znowu odezwał się Głos:

< Oto Pan Bóg przychodzi z mocą
i ramię Jego dzierży władzę.
Oto Jego nagroda z Nim idzie
i przed Nim Jego zapłata.
 Podobnie jak pasterz pasie On swą trzodę,
gromadzi ją swoim ramieniem,
jagnięta nosi na swej piersi,
owce karmiące prowadzi łagodnie.>

Głos ucichł i już się więcej nie odezwał.

     Następnego dnia wrócili z delegacji przedstawiciele Urzędu Miasta. Jakież było ich zdziwienie i przerażenie, gdy zastali miasteczko zupełnie opuszczone, nie było w nim nie tylko mieszkańców, ale także wszystkich domowych zwierząt i ptaków. Tego nie przewidzieli. Już dotychczasowe zdarzenia referowane przedstawicielom władz w Warszawie spowodowały ich konsternację i niedowierzanie. Wysłuchali co prawda cierpliwie relacji o wydarzeniach w miasteczku, ale w odpowiedzi na skierowaną do nich prośbę o pomoc tylko bezradnie rozkładali ręce.

    Gdy członkowie zespołu kryzysowego stwierdzili, że zostali w miasteczku zupełnie sami bali się stokroć więcej niż przed wyjazdem. Naradzali się półgłosem obawiając się, że ktoś z zaświatów może podsłuchiwać i postanowić, że oni również powinni zniknąć. Zniknąć? Ale gdzie się wtedy znajdą? Nic nie rozumieli. W końcu jeden z nich podniósł głowę spoglądając w niebo i szeptem powiedział:

- Popatrzcie w górę, jest dzień, a świecą gwiazdy. Widzę, jak do nas mrugają, a jak jest ich dużo! Może to oni, nasi mieszkańcy? Może dają nam sygnały. Tylko co te sygnały mogą oznaczać? -"  

      Tu musiał przerwać pisanie, bo wróciła Asia. Już bez żadnych oporów rzuciła mu się na szyję i powiedziała: - Tęskniłam tatku, dobrze, że już wróciłeś. Ciocia Amelia jest bardzo kochana, ale z tobą czuję się bezpieczniejsza. Czy są jakieś wieści o mamie? –

- Jeszcze trochę cierpliwości Asiu. I nie nastawiaj się zbytnio, że rzeczywiście do nas wróci. Wiem, że bardzo tego chcesz, ale ta sprawa nie zależy od naszego pragnienia. Ja też żyję nadzieją, ale staram się o tym nie rozmyślać.

Życie rodzinne toczyło się bez specjalnych ważnych zdarzeń, ale cały czas i on, i ona z nadzieją zaglądali do skrzynki na listy. Niestety, wiadomość od Katarzyny nie nadchodziła.

Minęły już dwa miesiące od czasu wizyty Tadeusza w Mediolanie i powoli zaczynał on wątpić, że coś się pozytywnego wydarzy. Czas mijał nieubłaganie. Aż którejś niedzieli, gdy siedzieli razem przy stole w kuchni jedząc obiad zaskrzypiała furtka i zobaczyli, że obładowana bagażami kobieta zbliża się do drzwi domu. Tadeusz wyskoczył pierwszy i z radością powitał Katarzynę. Asia stanęła nieśmiało z boku i uśmiechając się czekała, kiedy ojciec oznajmi, że to jej mama wróciła. Powitanie matki i córki było skropione łzami, ale były to łzy radości. 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx