poniedziałek, 20 lipca 2026

Uwaga, uwaga! Nadchodzi!

                                                   

                                                 
                                                     

    „Nikt nie przypuszczał, że stanie się to akurat tej nocy. Nie było żadnych alertów, ani choćby jakiejś wzmianki w social mediach. Nie ostrzegały ani gazety prorządowe, ani opozycyjne. Nawet głos Kościoła brzmiał cichutko, a i tak właściwie nikt go nie słuchał.              < - Uwaga, uwaga! Wszyscy do schronu! Uwaga, uwaga! Wszyscy do schronu! Uwaga! Schowajcie się do schronu! - >

     Głos przemieszczał się po wszystkich ulicach, placach, osiedlach i zaułkach. Ludzie byli przerażeni i pytali się jeden drugiego:

- A gdzie są schrony? Gdzie mamy się schować? Co się dzieje? Czy to koniec świata? –

Panika narastająca z każdą minutą sprawiła, że wzmógł się również chaos. Ludzie biegali szukając schronienia, potrącając się wzajemnie i złorzecząc. Tak zachowywała się większość. Byli jednak i tacy, którzy mimo panującej ciemności, ze spokojem, nie rozpychając się zbytnio, po prostu skierowali się w stronę rozległych pól i lasów otaczających miasto.

   Ci, którzy zostali stracili nadzieję, że uda im się bezpiecznie przetrwać ogłoszony alarm. Ale po około godzinie oczekiwania na to najgorsze, które miało nadejść, niektórzy mieszkańcy wyczerpani stresem udali się do swoich domów. Inni dyskutowali i kłócili się, skąd mógł pochodzić ostrzegawczy Głos i czemu dali się nabrać jakiemuś żartownisiowi.

    Gdy minęła kolejna godzina Głos powrócił. Był jeszcze bardziej przerażający. Tym razem wołał:

< - Oto nadchodzi! Kto nie ma pieczęci na czole zostanie odrzucony! Kto ma znamię bestii na ciele zostanie odrzucony! Uciekajcie do schronu! – > „  

     Właśnie zastanawiał się, jak dalej opisywać zdarzenie w swoim nowym opowiadaniu, kiedy usłyszał pukanie do drzwi i cichy głos córki:

- Tatusiu, czy mogę na chwilę do ciebie wejść? –

- Tak, tak – odpowiedział – może pomożesz mi przy pisaniu. –

Do pokoju weszła około dwunastoletnia dziewczynka i od razu usiadła ojcu na kolanach.

- Naprawdę pozwolisz mi pisać opowieść razem z tobą? Zawsze mnie odganiałeś i mówiłeś, że ci przeszkadzam. –

- Może teraz nadszedł już taki czas, że duża i mądra moja córeczka będzie razem ze mną wymyślać piękne opowieści. Czy zgadzasz się? - 

- No pewnie. Zawsze o tym marzyłam. A o czym dzisiaj piszesz? –

- O, to bardzo trudny temat. Zacząłem wyobrażać sobie, jak może wyglądać koniec świata i chciałbym opisać to, co podpowiada mi moja wyobraźnia. –

- Ale po co? Chcesz nastraszyć twoich czytelników? Zawsze mi tłumaczyłeś, że nie lubisz i nie oglądasz horrorów, bo kaleczą ci mózg. –

- No, wiesz. Koniec świata to dla jednych tragedia, a dla innych radość. Piszę po to, żeby czytelnicy mogli przemyśleć, którą opcję świadomie wybiorą. Teraz wymyślam, jak wytłumaczyć, co oznacza słowo „schron”. To znaczy, gdzie mogą się schronić przed zagładą. –

- Tatusiu, zawsze mi mówiłeś, że naszym obrońcą jest Bóg Ojciec, Jego Syn i Duch Święty. Nie możesz tego wprost napisać w opowiadaniu? –

- Nie dla wszystkich jest to takie oczywiste. Niektórzy nawet odrzucają możliwość istnienia Boga, inni się nad tym nie zastanawiają, jeszcze inni chodzą do kościoła, ale tak naprawdę, to nie wiedzą po co. A są jeszcze tacy, którzy wykorzystują religię, do realizowania swoich własnych interesów. Myślę też, że najtrudniej będzie znaleźć się w niebie  fanatykom, takim nienawidzącym ludzi inaczej myślących niż oni. Ale to za trudne dla ciebie do zrozumienia. Ja również nie wszystko rozumiem. Teraz może przerwijmy naszą miłą pogawędkę i zejdźmy na dół na kolację. Rozumiem, że lekcje masz już odrobione? –

- Pytasz mnie jakbym była małym dzieckiem. Oczywiście, że mam odrobione. Chodźmy już. –

     Zeszli do kuchni i z przyjemnością zaczęli wspólnie przygotowywać kolację. To był zawsze miły czas dla nich obojga. Po całym dniu mieli wiele ciekawych spraw do przekazania i omówienia, a przygotowane wspólnie jedzenie  bardzo im smakowało. Dzisiaj zamiast ciekawostek z całego dnia Asia postanowiła zapytać ojca o bardzo trudną sprawę, która nurtowała ją od dawna. Do tej pory ciągle obawiała się reakcji ojca i nie poruszała tego trudnego tematu.

 - Tatusiu, wiem, że mnie kochasz i tak wspaniale troszczysz się o mnie. Dziś postanowiłam zapytać cię, dlaczego moja mama odeszła i nas zostawiła? Czy to przeze mnie? Nie podobałam się jej? –

Ojciec długo milczał. W końcu wziął rękę Asi, przytulił do policzka i powiedział:

- Tak naprawdę, to do końca nie wiem. Nigdy się nie skarżyła, że jest jej ze mną źle. Nigdy nie powiedziała, że mnie nie kocha, ale nie mówiła mi również, że mnie kocha. Zawsze była bardzo tajemnicza, zatopiona w swoich myślach, nigdy się nie zwierzała. Raz tylko zaczęła mi opowiadać o swoim trudnym dzieciństwie, ale bez szczegółów. Była wtedy bardzo smutna. Kiedy się urodziłaś zaczęła zachowywać się bardzo dziwnie. Trzymała cię w ramionach i nie dawała nikomu dotknąć. Właściwie cały czas leżała i tuliła cię. Nawet kiedy przyjechała twoja babcia, jej mama, nie potrafiła zrozumieć, że chcemy jej pomóc, jej i oczywiście tobie. Lekarz stwierdził, że ma depresję po porodzie i radził oddać was obie pod opiekę medyczną. Ale mama się nie zgodziła. Stopniowo dolegliwości ustępowały, w miarę jak stawałaś się radosnym niemowlęciem mama zaczęła zachowywać się prawie normalnie. Ale była ciągle smutna i często płakała. Kiedy już stawiałaś nieporadne, pierwsze kroki mama zaczęła wychodzić z tobą na samotne spacery. Nie chciała, abym wam towarzyszył. Ale ja ukradkiem chodziłem za wami śledząc was i pilnując, żeby nic wam nie zagroziło. –

Tu przerwał opowiadanie i zapytał:

- Kochanie, może przerwiemy na chwilę lub na dłużej. Pewnie trudno jest ci słuchać, a ja też się zmęczyłem tymi wspomnieniami. Jest dość późno, może chodźmy spać. –

- Dobrze, ale jeżeli mi obiecasz, że już jutro opowiesz mi co się potem wydarzyło – po namyśle odpowiedziała Asia.

- Okey, obiecuję. –  

    Po uprzątnięciu kuchni Tomasz nie poszedł od razu do swojej sypialni. Usiadł na ganku i zatopił się w myślach o swojej żonie, ale też o dalszym ciągu swojego opowiadania. Dawno nie wspominał Katarzyny, zatęsknił do niej i bardzo się wzruszył. Postanowił, że na nowo będzie jej poszukiwał przez różne organizacje pomocowe. Minęło już co prawda dziewięć lat od kiedy odeszła, ale może w jakiś cudowny sposób ją odnajdzie.

Usłyszał tupanie po schodach i za chwilę przytuliła się do niego Asia. Cicho powiedziała:

- Tatusiu, bardzo cię kocham. Dziękuję ci, że tak wspaniale zastępujesz mi mamę, jesteś dla mnie i tatą, i mamą. Dobranoc.

Asia pobiegła z powrotem do siebie, jakby wstydziła się swojego wyznania.

Tomasz odwrócił się, żeby jej odpowiedzieć, ale już jej nie było. Postanowił, że będzie dziś długo pisać i już wiedział, co dalej napisze. 

„Ale tym razem mieszkańcy miasta mieli pozatykane uszy,  ukryli się już w swoich domach i ulice były puste. Mimo tego Głos dalej wołał:

< - Kto krzywdzi, niech jeszcze krzywdę wyrządzi i plugawy niech się jeszcze splugawi, a sprawiedliwy niech jeszcze wypełni sprawiedliwość, a święty niechaj się jeszcze uświęci. Oto przyjdę niebawem, a moja zapłata jest ze mną, by każdemu odpłacić, jaka jest jego praca. - >

Okazało się, że Głos docierał do nich mimo zatkanych uszu, tak że wszyscy trzęśli się ze strachu. Znowu wyszli na ulicę szukając tego, kto tak przerażająco wołał. Ale nikt im się nie ukazał.

W końcu jeden z odważniejszych zaczął krzyczeć zwracając się do tego niewidocznego Głosu:

- Nie strasz nas, tylko powiedz, co mamy robić? Gdzie jest ten schron? –

Ale Głos dłuższą chwilę milczał. W końcu zagrzmiało coś przypominającego odgłos pioruna, a na wieży kościoła pojawiło się oślepiające światło. Nie widać było żadnego reflektora, a jednak światło przemieszczało się i oświetlało twarze zgromadzonych ludzi. Znów strach padł na mieszkańców i wzmógł się, kiedy do ich uszu dotarł znowu potężny dźwięk Głosu, który wołał:

< Niech wszyscy usłyszą:

 - Obmyjcie się we Krwi Baranka. W Sercu Jezusa, jest wasze schronienie. On to przyjdzie niebawem i osądzi wszystkie narody, plemiona, rodziny i ludzi samotnych. Osądzi z miłości i miłosierdzia. On jest Alfą i Omegą. Amen. >

     Po tych słowach światło zgasło i nie słychać już było żadnego dźwięku. Zgromadzeni powoli zaczęli się rozchodzić.

    Gdy nastał poranek ludzie budzili się ze wspomnieniem zdarzeń minionej nocy i zastanawiali się, czy to rzeczywiście był Głos z zaświatów, czy była to jakaś sztuczka kuglarska. Większość mieszkańców uwierzyła, że było to ostrzeżenie przed nadchodzącym Sądem Bożym. Ale było też trochę takich, którzy udawali, że nic takiego się nie stało, podrwiwali sobie, lecz w głębi duszy czuli niepokój.

   Dzień mijał spokojnie. Większość ludzi udała się do swoich zajęć, sklepy były otwarte, również szkoły i przedszkola. Życie toczyło się, jak gdyby nic się w nocy nie wydarzyło. Wrócili do miasteczka ci, którzy oddalili się do pobliskich wiosek i lasu. Tylko patrole policyjne krążyły po ulicach częściej niż zwykle.

Zadziwieni i zasmuceni byli jedynie emeryci i ci, którzy pozostali w domach. Po włączeniu telewizorów okazało się, że zniknęły wszystkie programy, wyświetlał się jedynie obraz wielkiego wzgórza z olbrzymim krzyżem na jego wierzchołku. Zaczęto wydzwaniać do znajomych z informacją o tym fakcie, a oni potwierdzali, że ich odbiorniki przekazują to samo. Wygasły wszystkie aparaty komórkowe i zaniepokojenie ogarnęło szczególnie młodzież i kobiety niepracujące. Niektórzy nawet głośno przeklinali i złorzeczyli operatorom sieci, bo uważali, że to ich działanie lub brak działania spowodował awarię.

     Znowu miasteczko ogarnęło ogólne zamieszanie i znowu sporo ludzi opuściło swoje mieszkania. Niektórzy wnikliwie wpatrywali się w wieżę kościoła, sądząc, że pojawi się jakiś komunikat, że odezwie się Głos. Ale nic takiego się nie nastąpiło. Najgorsze było to, że z powodu braku internetu stopniowo przestały działać banki i inne instytucje związane z koniecznością korzystania z łączności internetowej.  

Zaczęto podejrzewać, że te wszystkie nocne zdarzenia i trwająca blokada internetu są spowodowane przez wrogie państwo, chcące zawładnąć miasteczkiem. Jeszcze nie dopuszczano myśli o działaniu nadzwyczajnych mocy. Dopiero, kiedy księża wikariusze razem z proboszczem parafii pokazali się na ulicach i głośno nawoływali do nawrócenia, ludzie zorientowali się, że Czas nadszedł. Byli zaskoczeni, że ich pasterze, chowający się w większości w swoich mieszkaniach w domu parafialnym, dziś wyszli głośno ostrzegać ich przed tym, co nadchodzi. Wszyscy byli bardzo poruszeni i niespokojni. Było jednak kilkanaście osób, które uspokajały tych najbardziej przestraszonych i mówiły:

- Nie bójcie się. Rzućcie się w otchłań Miłosierdzia Bożego. Nie osądzajcie sami siebie, to Bóg was osądzi, a On jest samą Miłością. Jeżeli zwrócicie się do Niego nie odrzuci was. Wszyscy jesteśmy przecież Jego dziećmi. Tylko porzućcie wszystkie wasze bożki, szczególnie komputery, komórki, tablety i laptopy, do których modlicie się przez całe dnie, a nawet w czasem w nocy. Zostały one wyłączone, a to znak, że ich nadużywanie nie podoba się Bogu. –

   Jednak większość mieszkańców szukała pomocy w Urzędzie Burmistrza i nawet głośno wykrzykiwała, dlaczego nic z tym nie robi, dlaczego nie interweniuje w Warszawie, nie zwraca się do rządu i prezydenta.

- Panie Burmistrzu, nie możemy tak żyć bez łączności ze światem, nie możemy pracować, ani się uczyć. Nawet banki nie działają. –

  W końcu zdenerwowany Burmistrz wyszedł na balkon i powiedział głośno:

- Drodzy mieszkańcy, jak możecie mi zarzucać, że nic nie robię, kiedy sami wiecie, że brak jest łączności. Więc jak mam powiadomić Warszawę o tej całej sprawie? Właśnie mamy naradę wszystkich odpowiedzialnych za stan kryzysowy i wyznaczyliśmy osoby, które pojadą jutro rano do stolicy, aby prosić o pomoc. -„

Wieść ta rozeszła się po całym miasteczku. Szeptano: dopiero jutro wyjadą, więc nie wiadomo, kiedy przyjmą ich odpowiedni urzędnicy i że to wszystko może się przedłużać w nieskończoność. Byli bardzo niezadowoleni.

Następnego dnia doszło kolejne niespotykane zdarzenie. Na wszystkich ulicach znikły nazwy, natomiast pojawiły się tablice wszędzie z jednakową treścią:

                                           

       I znowu w środku kolejnej nocy usłyszeli wołanie Głosu:

„Uwaga, uwaga! Nadchodzi, by osądzić ziemię! Wołajcie do Boga, wołajcie głośno:

Ojcze Wszechmogący, zgrzeszyliśmy przeciw Tobie, nie jesteśmy godni nazywać się Twoimi dziećmi.
Zniszczyliśmy i niszczymy dalej ten cudowny świat,
który dla nas stworzyłeś.
Zatruwamy morza i rzeki, trujemy powietrze i samych siebie,
zobojętniały nasze serca na płacz głodnych, szczególnie dzieci,
na krzyki gwałconych i bitych kobiet, na potworności wojen
i wszelkiej przemocy. Zamiast Ciebie czcimy bałwany: pieniądze, władzę, idoli, uzależnienia i sami dla siebie staliśmy się bogami. Zasłużyliśmy na Twój gniew przez naszą pychę i samowystarczalność.
Zlituj się nad nami przez wzgląd na cierpienia i mękę

                        Twojego Syna,

 na modlitwy i ofiary Twoich wybranych.
Przebacz nam i ześlij Twoją pomoc, ześlij ratunek dla świata!!! Jeszcze ten raz ulituj się nad nami!!!”

 

    Na tym zakończył pisanie zdziwiony, że już jest tak późna godzina. Przed ułożeniem się do spania zajrzał jeszcze do pokoju Asi i okrył ją szczelniej kołdrą. Uśmiechnął się sam do siebie i z czułością pomyślał jak śliczną i kochaną ma córkę. 

     Ten poranek był dla Asi najzwyklejszym porankiem, takim jak tysiące wcześniejszych: szybka toaleta, szybkie śniadanie, biegiem do autobusu i w pośpiechu do klasy. Była spokojna, przygotowana do lekcji, ale gdzieś zza głowy pojawiały się trudne myśli: czego dowie się dzisiaj o swojej mamie. Nigdy nie skarżyła się ojcu, nie okazywała, że czasem w nocy płacze. Była jednak pewna, że on to czuje i może nawet słyszy przez drzwi jej pochlipywanie. Z tego zamyślenia wyrwał ją głos nauczycielki zwracający się wprost do niej:

- Asiu, chyba nie jesteś tutaj z nami? Czy słyszałaś, co mówiłam przed momentem? Jaki będzie temat dzisiejszej lekcji? –

Asia zwiesiła głowę i powiedziała:

- Przepraszam, mam trochę problemów i nie zostawiłam ich za drzwiami, tylko przyniosłam ze sobą do klasy. Już będę uważała. –

Ale co innego chcieć, a co innego móc. Niestety już do końca lekcji Asia była trochę rozproszona i cieszyła się, że pani o nic jej nie pyta. Pewnie znając sytuację rodzinną dziewczynki pozostawiła ją w spokoju. Jednak po zakończeniu lekcji poprosiła Asię o rozmowę na temat jej problemów. Ale dziewczynka nie chciała się zwierzać i powiedziała, że to jej tajemnica i że może kiedyś będzie mogła powiedzieć.

Nauczycielka zaczęła podejrzewać, że coś niedobrego dzieje się w Asi układach z ojcem. Pomyślała nawet, że może krzywdzi on w jakiś sposób swoją córkę. Zdecydowała, że powie o tej sytuacji dyrektorce szkoły. No i się zaczęło. Najpierw spotkanie Asi z pedagogiem szkolnym oraz terapeutą dzieci krzywdzonych. Potem wezwanie ojca do szkoły na rozmowę do dyrektorki. Bardzo to było frustrujące, a nawet oburzające i krzywdzące dla nich obojga. Ale po rozmowach sprawa ucichła i kierownictwo szkoły uznało, że nie będzie nadawać tej sprawie dalszego biegu.

Niestety, piękna miłość, która łączyła ojca z córką została zakłócona. Szczególnie ojciec zaczął uważać, czy nie nazbyt czule przytula i całuje Asię. A ona tylko domyślała się, że powodem odsunięcia się od niej ojca było to okropne podejrzenie. Postanowili oboje, że od września Asia zmieni szkołę, w której nikt już nie będzie jej podejrzliwie  obserwował. Tadeusz postanowił, że na wakacje wyjadą w daleką podróż po kurortach i sanktuariach zachodniej Europy mając nadzieję, że po powrocie zapomną o stresującym zdarzeniu.

Wynikiem tej niesmacznej sprawy była również przerwa w pisaniu opowiadania. Kilkakrotnie próbował coś napisać, ale myśli umykały, nawet to, co już napisał wydawało mu się miałkie i niepotrzebne.

Pomyślał:

- „ Pewnie tak ma być, pewnie muszę jeszcze przemyśleć ten trudny temat.”-

   Minęły wakacje spędzone we wspaniałej podróży. Mnóstwo wrażeń i wielu ciekawych ludzi spotykanych w trasie, których zabierali „na stopa” sprawiło, że zapomnieli o dręczącej sprawie pomówień. Odwiedzali muzea, parki, kościoły, piękne plaże we Francji, Hiszpanii i Portugalii. Ale przede wszystkim zatrzymywali się w słynnych Sanktuariach.

Byli w Montserrat, gdzie wysoko w górach zbudowano Sanktuarium Czarnej Madonny. Zatrzymali się na dłużej w Lourdes, gdzie czczona jest Matka Boża Uzdrowienia Chorych. Pojechali także do Fatimy i tam również, na kolanach prosili oboje w tej samej intencji: o odnalezienie żony i matki. Gdy więc po powrocie, w przeglądanej korespondencji, znaleźli odpowiedź jednej z organizacji zajmującej się poszukiwaniem zaginionych osób, byli przekonani, że ich modlitwy zostały wysłuchane. W liście nie było zbyt dużo informacji, natomiast było zaproszenie do siedziby biura, gdzie będą próbowali odnaleźć dokumenty sprzed kilku lat, zawierające więcej szczegółów.

Tadeusz natychmiast skontaktował się z biurem i umówił termin spotkania. Asia bardzo prosiła ojca, aby pozwolił jej jechać razem z nim. Ale stanowczo odmówił, twierdząc, że jej obecność nie tylko zakłóci poszukiwania, ale przedstawiciele biura mogą odmówić udostępnienia informacji z powodu obecności nieletniej.

- Zrozum to, kochanie. Poproszę ciocię Amelię, aby pobyła z tobą. Wiesz, że bardzo cię kocha i będzie na pewno się starała, aby ci było z nią dobrze. -

      W biurze czekała na Tadeusza bardzo miła, starsza pani z plikiem dokumentów w ręku. Po przywitaniu powiedziała:

- Cieszę się, że wznowił pan poszukiwania żony. Wiele mamy przypadków, gdy osoba poszukująca znajdzie sobie innego partnera życiowego i przestaje się interesować sprawą odnalezienia zagubionej. Mam dla pana wiadomości sprzed dwóch lat. Nie jesteśmy do końca pewni, że to pańska żona, ale wiele szczegółów na to wskazuje. Otóż: mamy ślad pobytu w szpitalu psychiatrycznym kobiety w wieku pana żony, która zgłosiła się sama na leczenie, twierdząc, że ma zupełny zanik pamięci. Nie pamiętała, jak się nazywa i gdzie mieszka. Przebywała w szpitalu około dwóch miesięcy, stwierdzono, że jest zupełnie zdrowa z wyjątkiem braku świadomości dotyczącej jej przeszłości. Po dwóch miesiącach odbyła się rozprawa sądowa i przyznano jej nowe nazwisko, wydano dowód i inne zaświadczenia pozwalające na podjęcie pracy. Ale dostała nakaz zgłaszania się, co trzy miesiące, do ustalonego przez sąd kuratora, z informacją, gdzie przebywa i czy radzi sobie w samodzielnym życiu. Ostatnią informację sąd otrzymał dwa tygodnie temu. Ta kobieta przebywa za granicą, konkretnie we Włoszech, tam została zatrudniona w restauracji jako kucharka. Niestety, nie mogę podać panu adresu bez pozwolenia sądu. O taką informację musi pan wystąpić do sądu sam. –

- Czy to może długo potrwać? Mam już niewiele dni urlopu,  mam też dwunastoletnią córkę, której niedługo kończą się wakacje. –

- Tego nie wiem, ale zadzwonię do sekretariatu i zapytam. Wiem, że dla tego typu spraw starają się skracać terminy. –

     Niestety, okazało się, że czas oczekiwania na decyzję może wynieść nawet miesiąc. Tadeusz bardzo się zasmucił, ale skierował się do budynku sądu i złożył stosowne pismo. W drodze powrotnej do domu zastanawiał się, jak powiedzieć Asi o tym, czego się dowiedział. Obawiał się jej emocjonalnej reakcji. Postanowił nie przekazywać szczegółów rozmowy z panią w organizacji, jedynie wspomnieć o konieczności miesięcznego oczekiwania na decyzję sądu w sprawie odtajnienia dokumentów.

   Gdy już po powrocie wybiegła do niego do bramy głośno wołając:

- I jak tatku? Masz dobre wiadomości o mamie? –

Odpowiedział:

- Jest nadzieja, jest nadzieja. Ale nadal musimy być cierpliwi i odczekać około miesiąca na zgodę w sprawie odtajnienia dokumentów. –

- Ja nie dam rady tak długo czekać. Dlaczego oni są tacy bezduszni? Przecież wiedzą, jak nam bardzo zależy, aby być od nowa rodziną. –

- Niestety, nic na to nie poradzę. –

    W głębi duszy Tadeusz obawiał się, że Katarzyna albo go nie pozna, albo będzie udawała, że nie poznaje i nie zechce wrócić. Jaka byłaby to tragedia dla Asi, gdyby wiedziała, że odnalazł jej mamę, a ona nie zechciałaby jej poznać i zamieszkać z nimi. Dlatego nie wtajemniczał córki w szczegóły, które były mu wiadome.

     Zezwolenie z sądu przyszło dość szybko. Było w nim podane nowe imię i nazwisko Katarzyny oraz dwa adresy: do jej miejsca zamieszkania i do restauracji, w której była zatrudniona. Oba adresy wskazywały, że przebywała na terenie Włoch. Tadeusz ukrył ten fakt przed Asią, a sam poprosił w pracy o tygodniowy urlop i zabukował bilet na najbliższy lot do Mediolanu. Asi powiedział, że jedzie w delegację, ale ona nie bardzo w to uwierzyła.

     Tadeusz znał język angielski, jak sam mówił: „na trzy minus”, ale przebywając wiele razy za granicą jakoś dogadywał się w hotelach, czy sklepach. We Włoszech nigdy nie był, ale uznał, że warto wziąć ze sobą słownik tego języka i zapisać sobie kilka podstawowych, niezbędnych zwrotów.

    Gdy już znalazł się w centrum Mediolanu, posługując się szczegółową mapą, odnalazł najpierw restaurację, w której miała pracować Katarzyna. Postanowił zjeść tam obiad i rozejrzeć się, a nuż jego żona będzie w pracy. Zdecydował, że zapyta miłą dziewczynę przy barze, czy zna Angelikę Mors. Ona uśmiechnęła się i zawołała w stronę kuchni:

- Angela, vieni qui, qualcuno ti cerca! –

- Arrivo subito – odpowiedział głos zza kuchennych drzwi.

    Po chwili wyszła kobieta w białym czepku kucharskim na głowie, zaciekawiona, kto o nią pyta. Kiedy zobaczyła Tadeusza zakręciła się na pięcie i znikła za drzwiami. Za chwilę jednak ukazała się ponownie, już bez czepka i białego fartucha.

Zwróciła się do Tadeusza po polsku:

- Znalazłeś mnie? Po tylu latach? Po co mnie odnalazłeś? Przecież zraniłam cię i uciekłam, jak jakiś przestępca. Nie sądzę, żebyś mi wybaczył to, co zrobiłam. Chodźmy stąd, dostałam pół godziny wolnego. –

Tadeusz do tej pory nie odezwał się ani słowem, dopiero gdy przeszli w milczeniu dwie przecznice, zatrzymał się, spojrzał Katarzynie w oczy i powiedział:

- Nie mam ci co wybaczać. Wybrałaś wolność i muszę to zaakceptować. Ale bardzo cię potrzebujemy, oboje z Asią. Ona marzy o spotkaniu z tobą, a w ogóle to oboje bardzo za tobą  tęsknimy. Kasiu, nie będę cię wypytywał, co się takiego stało, że odeszłaś. To było tak dawno i nie warto tego wspominać. Bardzo chcemy, abyś wróciła. Asia jest w takim wieku, w którym szczególnie potrzebuje matki. –

Zauważył, że ona bardzo się wzruszyła, a jej oczy były pełne łez. Powiedziała:

- Chodź, siądziemy tam w parku na ławce. To głupio tak tutaj stać. –

Gdy już usiedli Tadeusz nieśmiało ujął jej rękę i powiedział:

- Nigdy cię nie oskarżałem, a szczególnie przed Asią. Ona jest przekonana, że gdy cię odnajdę zamieszkasz z nami i znowu będziemy rodziną. Co prawda minęło już dziewięć lat, których nie nadrobimy, ale możemy zacząć od nowa. –

- Co to dla ciebie znaczy „od nowa”? Nie wiesz, dlaczego chciałam uciec od was. Chciałam już nie żyć, ale spotkałam starszego kapłana, który mi wytłumaczył, dlaczego musimy chronić nasze życie. Ono nie należy do nas, jesteśmy dziećmi Boga i do Niego należymy. Nie odpowiem ci dzisiaj, jaką podejmę decyzję. Jeżeli poczekasz na mnie aż skończę pracę, może opowiem ci czemu uciekłam. Możesz przyjść po mnie, to jeszcze dwie godziny do końca. A teraz muszę wracać. –

    Tadeusz siedział jeszcze chwilę na ławce zastanawiając się, jak formalnie wyglądałby powrót Kasi do domu. Ma przecież inne imię i nazwisko, czy musieliby drugi raz zawierać małżeństwo? Bardzo byłoby to skomplikowane, ale przecież nie niemożliwe. Był już prawie przekonany, że Kasia zgodzi się wrócić.

     Wstał z ławki i zerknął na mapę, aby sprawdzić, jak daleko jest do słynnej Mediolańskiej Katedry. Okazało się, że może tam dojść w piętnaście minut, więc udał się w jej stronę szybkim krokiem. Rzeczywiście, obiekt był imponujący. Inaczej oglądało się go na zdjęciach w komputerze, a zupełnie inaczej Katedra prezentowała się, gdy stał przed nią i w zachwyceniu podziwiał każdy szczegół przepięknej fasady. Miał wielkie szczęście, bo akurat w jej wnętrzu odprawiana była Msza Święta i mógł wejść bez rezerwacji i opłaty za wstęp. Ucieszył się, że akurat w tym czasie oczekiwania na ważną w jego życiu wiadomość może spotkać się z Panem Jezusem, oddać mu swój trudny problem i przyjąć Go w Komunii Świętej.

Po zakończonej Eucharystii długo jeszcze klęczał w milczeniu przed Najświętszym Sakramentem. O nic nie prosił, tylko oddawał wszystkie sprawy woli Bożej.  

    Gdy wyszedł, nieomal biegiem skierował się przed wejście do lokalu, w którym pracowała Kasia. Zobaczył z daleka, że czeka już na niego i jeszcze bardziej przyspieszył kroku.

Uśmiechała się do niego, więc przyjął to za dobry znak. Zdyszany tłumaczył się z małego spóźnienia:

- Wybacz, ale byłem w Katedrze na Mszy, prosiłem Pana Boga, aby pomógł ci w podjęciu decyzji. Tego lata byliśmy z Asią w znanych europejskich Sanktuariach i prosiliśmy o pomoc w znalezieniu ciebie. I nasza modlitwa została wysłuchana. –

- A ty dalej taki „rozmodlony”? Ja odsunęłam się od Boga, nie potrafię uwierzyć, że może mi przebaczyć to, co zrobiłam. –

- Kasiu, jeżeli ja ci wybaczyłem, to tym bardziej Miłosierny Bóg. Można próbować naprawić swoje błędy i żyć szczęśliwie dalej. –

- Ale ty nawet nie wiesz, jaki był powód mojej ucieczki. –

- Już ci mówiłem, że nie jest to dla mnie istotne. Ważne są dni, które są przed nami. –

Nagle Katarzyna zmieniła temat i zapytała:

- W którym hotelu się zatrzymałeś? Może jest tam jakaś knajpka, w której moglibyśmy usiąść. Bolą mnie nogi po całym dniu pracy. –

- Nie zdążyłem jeszcze zarezerwować hotelu. Kiedy otrzymałem wiadomość o miejscu twojego pobytu natychmiast wsiadłem w samolot. Jest ciepło, więc mogę przespać się na ławce w parku, gdyby były kłopoty ze znalezieniem noclegu. –

- Kłopoty? – zaśmiała się Kasia. Aby znaleźć miejsce w hotelu trzeba je rezerwować co najmniej miesiąc wcześniej. Tak się do mnie spieszyłeś Tadziu? –

- Nie wierzysz mi? –

- Wierzę, jestem nawet wzruszona. No, to nie mamy wyjścia, chodźmy do mnie. Mam dwa pokoje, więc nie będzie problemu ze spaniem – z uśmiechem powiedziała Kasia.

     Ale tej nocy nie spali. Najpierw Kasia wyjawiła swój sekret.

Była bardzo poruszona i często przerywała opowieść.

- Gdy miałam około siedemnastu lat głupio i niepotrzebnie zaprzyjaźniłam się z chłopakiem trochę starszym ode mnie, który od dawna chodził za mną. Kiedyś wymusił na mnie, abym mu się oddała. Może nie był to gwałt, ale łagodne przymuszenie. Zerwałam z nim po tym fakcie obawiając się konsekwencji. Ale wystarczył ten jeden raz, aby zajść w ciążę. Moi rodzice, jak już ci kiedyś mówiłam, oboje byli alkoholikami i niezbyt się mną interesowali. Jednak musiałam im powiedzieć o moim problemie, bo przecież mieszkaliśmy razem, byłam jeszcze nieletnia. Bardzo szybko załatwili mi prywatną wizytę u ginekologa, a pan doktor dość szybko usunął mój „problem”. I znowu zostałam przymuszona, bo rodzice nawet mnie nie zapytali, czy przypadkiem nie chcę urodzić tego dziecka. Znałeś mnie dobrze i czułeś, że coś jest ze mną nie tak. Nie potrafiłam się cieszyć, chodziłam smutna i zamyślona. Nawet nie bardzo rozpoznając, dlaczego tak jest. Dopiero kiedy urodziła się Joasia moja psychika zaczęła szaleć. Bałam się, że ktoś mi zabierze moje dziecko, jak pewnie pamiętasz, zachowywałam się irracjonalnie. Potem to ucichło, ale ciągle, patrząc na Joasię myślałam o tamtym, zabitym dziecku. W końcu to przerosło moje siły i zdezerterowałam. Postanowiłam uciec od was, wszystko zmienić i ukryć się choćby na końcu świata. Nie będę ci teraz opowiadała, co się dalej ze mną działo. To może opowieść już na inny czas. Teraz powiedz mi coś o sobie. Jak dawałeś sobie radę w takiej trudnej sytuacji? –

   W czasie, gdy Kasia opowiadała o swojej przeszłości  Tadeusz nie patrzył na nią, tylko siedział w milczeniu ze zwieszoną głową. Teraz podniósł się z fotela i zaczął spacerować po pokoju.

- Jak sobie dawałem radę, pytasz. Może i było trudno, ale miłość dziecka wynagradzała mi i nieprzespane noce, i uczenie się z fachowych książek, jak się nią opiekować. Pomagała mi kochana ciocia Amelia, na tyle, że mogłem pracować i zarabiać na nasze utrzymanie. Joanna wyrasta na śliczną i mądrą kobietę, ma już ponad dwanaście lat, chętnie i dobrze się uczy. Bardzo kochamy się wzajemnie. Ostatnio przytuliła mnie i dziękowała, że zastępuję jej ciebie. To tyle. Teraz cię pożegnam. Mam kupiony bilet powrotny na poranny lot. Myślę, że dobrze będzie, jeżeli zostaniesz sama. To będzie twój czas na podjęcie decyzji. Asia nie wie, że cię odnalazłem i nie powiem jej w przypadku, gdy zdecydujesz, że tutaj zostajesz.  –

Tadeusz podszedł do żony i ucałował ją w czoło. Na stoliku położył wizytówkę ze swoim adresem.

Po wyjściu, zamyślony, błąkał się po ulicach miasta w końcu zdecydował, że resztę nocy spędzi na lotnisku. 

    Po powrocie nie zastał Asi w domu, była tylko ciocia Amelia przygotowująca obiad. Okazało się, że ukochana córeczka zapisała się do drużyny siatkówki młodzików i dość często biegała na treningi. Ucieszył się z tego, bo już nieraz martwił się, że będzie stroniła od rówieśników. Nazywał ją czasem pieszczotliwie „Myszką”, z powodu zamykania się w swoim pokoju ze swoimi książkami i laptopem. Mówił do niej:

- I znów moja Myszka siedzi w swojej norce. Może wyjdziemy gdzieś na lody, albo do kina. –

- Tato, ty do kina? A jaki to film wspólnie by nas zainteresował? – mówiła ze śmiechem.

Wiedział, że pisze swój dzienniczek i czasem nawet przed wyjściem do szkoły biegnie do swojego pokoju, aby coś w nim dopisać. Korciło go, żeby zajrzeć do jej tajemnic, ale nie robił tego, uważał, że przekroczy wtedy rodzicielskie uprawnienia.

Zostało mu jeszcze kilka dni urlopu, a więc powrócił do pisania. Długo się zastanawiał zanim rozpoczął. Ważne było pierwsze zdanie, potem już treść jakoś sama układała się w zdarzenia i opisy faktów.   

    „Kolejnej nocy znowu nie wszyscy spali, niektórzy rozmyślali, co zdarzy się jutro. Płakali i żałowali wszystkich swoich grzechów. A była tych ludzi większość. Ledwie zaczęło świtać, a już wielu z nich wyszło na ulice. I znowu spotkało ich wielkie zaskoczenie, gdyż na każdej z ulic zobaczyli ustawione konfesjonały. Byli pewni, że nikt w nich nie siedzi, ale jeden z odważniejszych zajrzał do środka i wykrzyknął: - Tam rzeczywiście siedzi ksiądz, chyba nawet zakonnik. Wtedy ze wszystkich konfesjonałów odezwały się głosy:

„- Przyjdźcie do zdroju Miłosierdzia Bożego. On przebaczy wszystkie wasze winy i uleczy wszystkie choroby. Tylko Mu zaufajcie.-”

Trudno opisać co potem się działo. Ludzie na wyścigi zaczęli ustawiać się w kolejkach przed konfesjonałami, a ci którzy już dostali rozgrzeszenie płakali z radości i wzruszenia. Zaskoczeniem było, że na ich czołach pojawiły się maleńkie znaki krzyża. I tak minął cały ten dzień. Noc była spokojna, dopiero nad ranem odezwał się Głos:

„< Pocieszcie, pocieszcie mój lud > - mówi wasz Bóg.

Głos się rozlega:

 «Drogę dla Pana
przygotujcie na pustyni,
wyrównajcie na pustkowiu
gościniec naszemu Bogu!
 Niech się podniosą wszystkie doliny,
a wszystkie góry i wzgórza obniżą;
równiną niechaj się staną urwiska,
a strome zbocza niziną gładką.
 Wtedy się chwała Pańska objawi,
razem ją wszelkie ciało zobaczy,
bo usta Pańskie to powiedziały».”

Ludzie słuchali, ale nie bardzo rozumieli, co do nich mówi Głos. Wydawało się, że to pocieszenie, ale co znaczyły dalsze słowa nikt tak naprawdę nie pojął. Konfesjonały stały aż do późnego wieczora, a cały czas były przy nich kolejki. Pojawiły się nawet żołnierskie kuchnie wydające gorącą grochówkę, aby nie zasłabli ci długo oczekujący na spowiedź. Gdy już zapadł zmrok znowu odezwał się Głos:

< Oto Pan Bóg przychodzi z mocą
i ramię Jego dzierży władzę.
Oto Jego nagroda z Nim idzie
i przed Nim Jego zapłata.
 Podobnie jak pasterz pasie On swą trzodę,
gromadzi ją swoim ramieniem,
jagnięta nosi na swej piersi,
owce karmiące prowadzi łagodnie.>

Głos ucichł i już się więcej nie odezwał.

     Następnego dnia wrócili z delegacji przedstawiciele Urzędu Miasta. Jakież było ich zdziwienie i przerażenie, gdy zastali miasteczko zupełnie opuszczone, nie było w nim nie tylko mieszkańców, ale także wszystkich domowych zwierząt i ptaków. Tego nie przewidzieli. Już dotychczasowe zdarzenia referowane przedstawicielom władz w Warszawie spowodowały ich konsternację i niedowierzanie. Wysłuchali co prawda cierpliwie relacji o wydarzeniach w miasteczku, ale w odpowiedzi na skierowaną do nich prośbę o pomoc tylko bezradnie rozkładali ręce.

    Gdy członkowie zespołu kryzysowego stwierdzili, że zostali w miasteczku zupełnie sami bali się stokroć więcej niż przed wyjazdem. Naradzali się półgłosem obawiając się, że ktoś z zaświatów może podsłuchiwać i postanowić, że oni również powinni zniknąć. Zniknąć? Ale gdzie się wtedy znajdą? Nic nie rozumieli. W końcu jeden z nich podniósł głowę spoglądając w niebo i szeptem powiedział:

- Popatrzcie w górę, jest dzień, a świecą gwiazdy. Widzę, jak do nas mrugają, a jak jest ich dużo! Może to oni, nasi mieszkańcy? Może dają nam sygnały. Tylko co te sygnały mogą oznaczać? -"  

      Tu musiał przerwać pisanie, bo wróciła Asia. Już bez żadnych oporów rzuciła mu się na szyję i powiedziała: - Tęskniłam tatku, dobrze, że już wróciłeś. Ciocia Amelia jest bardzo kochana, ale z tobą czuję się bezpieczniejsza. Czy są jakieś wieści o mamie? –

- Jeszcze trochę cierpliwości Asiu. I nie nastawiaj się zbytnio, że rzeczywiście do nas wróci. Wiem, że bardzo tego chcesz, ale ta sprawa nie zależy od naszego pragnienia. Ja też żyję nadzieją, ale staram się o tym nie rozmyślać.

Życie rodzinne toczyło się bez specjalnych ważnych zdarzeń, ale cały czas i on, i ona z nadzieją zaglądali do skrzynki na listy. Niestety, wiadomość od Katarzyny nie nadchodziła.

Minęły już dwa miesiące od czasu wizyty Tadeusza w Mediolanie i powoli zaczynał on wątpić, że coś się pozytywnego wydarzy. Czas mijał nieubłaganie. Aż którejś niedzieli, gdy siedzieli razem przy stole w kuchni jedząc obiad zaskrzypiała furtka i zobaczyli, że obładowana bagażami kobieta zbliża się do drzwi domu. Tadeusz wyskoczył pierwszy i z radością powitał Katarzynę. Asia stanęła nieśmiało z boku i uśmiechając się czekała, kiedy ojciec oznajmi, że to jej mama wróciła. Powitanie matki i córki było skropione łzami, ale były to łzy radości. 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx 

   



                             

niedziela, 14 czerwca 2026

"Obłoków wiedza tajemna..."

                                                                              


                Drodzy. Przeżyłam już sporo lat z przekonaniem, że moje życie jest szczęśliwe i wartościowe. Chcę wam opisać pewne zdarzenia z mojego dzieciństwa, które na zawsze pozostały w mojej pamięci, jako przykład, jak ze zła może zrodzić się dobro.  A jeżeli w głębi mojej podświadomości pozostają jeszcze ślady  wspomnień tamtych tragicznych zdarzeń, to może podzielenie się nimi oczyści mnie z nich w pełni? 

     Miałam wtedy dziesięć lat. Mieszkaliśmy w małym domku z ogrodem, na obrzeżach dużego miasta. To stało się właśnie tego dnia, kiedy przyjechali nas odwiedzić dziadkowie. Dawno już u nas nie gościli, więc było dużo radości i przytulania. To znaczy przytulali ich moi rodzice, a my z Rafałem staliśmy z boku i tylko się przyglądaliśmy. Czułam się, jakby to byli obcy ludzie, bo tak naprawdę pamiętałam ich tylko ze zdjęcia stojącego na półce w sypialni rodziców. Starszy, siwy pan podszedł najpierw do mnie, położył mi ręce na ramionach i powiedział: - Witaj Martusiu, mam na imię Jurek i jestem tatusiem twojego taty. A to jest mama taty, babcia Klara – i wskazał na starszą panią witającą się z moim bratem.

- Dzień dobry panu – odpowiedziałam.

- Nie panu, tylko dziadkowi – z uśmiechem sprostował starszy pan – i dodał – mieszkamy bardzo daleko, w innym kraju, dlatego mnie nie pamiętasz. Kiedyś przyjeżdżaliśmy do was częściej, gdy mieszkaliśmy w Polsce, ale wtedy byłaś jeszcze malutka.

Już trochę bardziej ośmielona powiedziałam:

- Pan dziadek z babcią są na fotografii w sypialni rodziców. Czasem patrzę na to zdjęcie. –

- Oj, nie pan dziadek, tylko po prostu „dziadek”, może też być dziadek Jurek. Podejdźmy teraz do babci i ładnie się z nią  przywitaj. –

Starsza pani miała na sobie zieloną bluzkę z krótkimi rękawami i czarne, szerokie spodnie. Miała blond włosy i wyglądała dość młodo. Szeroki uśmiech, którym mnie powitała ośmielił mnie na tyle, że pozwoliłam się przytulić.

Przed przyjazdem dziadków rodzice byli mocno zajęci, krzątali się przygotowując uroczysty obiad i dokładnie porządkując cały dom. Oddali dziadkom do dyspozycji swoją sypialnię, a sami przenieśli się do altanki w ogrodzie. Ja byłam bardzo onieśmielona nowym towarzystwem. Mama mówiła, że już od niemowlęctwa byłam cicha, posłuszna i cierpliwa. Zupełnie odwrotnie, jak mój brat, ciągle psocący i hałasujący. Ale wiedziałam, że oni kochają nas tak samo, tylko Rafał był bardziej pilnowany, aby nie zrobił sobie krzywdy.

Po skończonym obiedzie dziadkowie zaproponowali pójście nad jezioro, bo jak powiedział dziadek, bardzo tęsknili do tego miejsca.

     Już w drodze dziadek opowiadał mi o tym, że kiedyś tutaj mieszkali, że tutaj urodził się mój tata i że w tym domu mieszkali długo razem zanim tata się nie ożenił.

- A potem, moja kochana wnuczko, zrobiło się nam ciasno, bo urodził się Rafałek, a później ty. Wyjechaliśmy, żeby zwolnić miejsce i zaczęliśmy zwiedzać świat. Spodobało nam się bardzo jedno miejsce w Hiszpanii i kupiliśmy domek nad samą plażą niedaleko Barcelony. Tam też jest pięknie, kiedyś do nas przylecisz samolotem. Byłam zaciekawiona tym, co opowiadał, ale przerwałam jego opowiadanie i powiedziałam zaczepnie:

- Nie przylecę, bo się boję samolotu. –

Zaśmiał się i sprostował:

- No, to przyjedziesz autobusem, ale to bardzo długa podróż. –

       Przerwaliśmy dialog, bo już dotarliśmy do przystani i długiego pomostu zakończonego dość wysoką trampoliną. Mama zabraniała nam wchodzić na trampolinę, ciągle nam tłumaczyła, jakie to niebezpieczne dla dzieci takich jak my. Przyszliśmy przed mamą, tatą i babcią, a mój brat Rafał wyprzedził nas wszystkich i już biegał jak szalony, gdzieś nad brzegiem jeziora.

Usiedliśmy na końcu pomostu i dziadek długo i pięknie opisywał widok płynących po błękitnym niebie białych chmur, porównując niektóre z nich do zwierząt i osób, a także słynnych budowli. Piękno płynących chmur odbijało się w spokojnej tafli jeziora, co dodawało jeszcze uroku tej chwili.

    Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, a potem dziadek nagle wstał i zaczął wchodzić na trampolinę. Tłumaczyłam dziadkowi, żeby czasem nie skakał z trampoliny, bo mama mówi, że to niebezpieczne. Ale on nie słuchał moich rad, wdrapał się na najwyższy punkt skoczni i wyskoczył.

Czekałam, aż wypłynie, ale moment wypłynięcia bardzo się przedłużał. Zaczęłam krzyczeć i wołać tatę, ale oni szli dosyć wolno i mój głos do niego nie dotarł. Byłam przerażona i biegałam po pomoście myśląc nawet o wskoczeniu do wody i ratowaniu dziadka. Dobrze, że tego nie zrobiłam, bo utonęlibyśmy oboje. Moje przerażenie przerodziło się w histerię. Ratując się od tego uczucia, odruchowo zaczęłam uciekać. Bez żadnego pomysłu dokąd pobiegnę gnałam przed siebie do pobliskiego lasu, aby się schować. Czułam się winna i odpowiedzialna za to, co się stało. Wiedziałam, że na skraju zagajnika stoi ambona dla myśliwych obserwujących  zwierzynę. Postanowiłam wejść na nią i tam po prostu umrzeć.

    Zanim mnie znaleziono przy pomocy policji i psów tropiących byłam już na wpół przytomna ze strachu, z głodu i odwodnienia. Zabrano mnie do szpitala, ale krótko leżałam. Dano mi tylko kroplówki i wykonano niezbędne badania. Poddawałam się temu i byłam potulna, jak baranek. Tylko w ogóle do nikogo się nie odzywałam, nawet do rodziców. Bałam się też, że zamkną mnie w więzieniu za to, że pozwoliłam dziadkowi utonąć. Trudno mi teraz po tylu latach opisywać, co kłębiło się w główce tego przerażonego dziecka. Pamiętam jedynie, że moje milczenie trwało bardzo długo. Rodzice wozili mnie do specjalistów i byłam na obserwacji w sanatorium dla nerwowo chorych, ale nic nie pomagało. Zamilkłam i myślano, że to z powodu traumy zupełnie straciłam umiejętność formułowania i wypowiadania myśli.

    Pamiętam doskonale wszystkie sposoby leczenia mojego milczenia: tabletki, kroplówki, wysłuchiwanie długich prelekcji różnych pań i panów. Opowiadano mi i czytano bajki o dobrych zdarzeniach, o wspaniałych bohaterach pokonujących strach, aby ratować świat. Wszystkiego tego wysłuchiwałam i zachowywałam w pamięci. Ale nie zadawałam żadnych pytań i na żadne z ich zapytań nie odpowiadałam ani słowem.

Miałam swoje miejsce w pokoju pełnym zabawek i książeczek.  W tym samym pokoju mieszkała nieco starsza ode mnie dziewczynka, która bardzo się jąkała i przechodziła również jakieś terapie. Mało się odzywała, bo pewnie wstydziła się swojego jąkania, ale nawet ona, gdy mnie o coś w końcu zapytała nie dostawała odpowiedzi. Czas mijał, moje współlokatorki się zmieniały, a ja dalej milczałam. W milczeniu przeżywałam miłą imprezę urodzinową, którą mi wyprawiono na moje jedenaste urodziny. W końcu rodzice zabrali mnie do domu, ale nie był to już ten dom nad jeziorem. Byłam im wdzięczna, że się wyprowadzili z tamtego tragicznego miejsca. Okazało się, że babcia sprzedała nieruchomość w Hiszpanii i obecny dom został zakupiony za wspólne pieniądze. No i babcia zamieszkała z nami. Miała osobne wejście i dwa pokoje z kuchnią i łazienką na parterze, a rodzice i my z bratem zajmowaliśmy pozostałą część parteru i wszystkie pomieszczenia na piętrze. Pokochałam moją babcię Klarę. Ona nie próbowała namawiać mnie do rozmowy, najczęściej przytulała mnie po prostu, gdy siedziałyśmy na tarasie lub na kanapie w jej pokoju. Czasem tylko, cichym, spokojnym głosem opowiadała mi ciekawe historie, przeważnie z jakimś mądrym przesłaniem. Od niej nauczyłam się żyć w ciszy. Babcia nie miała telewizora, ani nawet radia, niekiedy  korzystała ze swojego komputera, ale tylko, żeby wiedzieć co się dzieje w świecie. Interesowały ją reportaże z wypraw do egzotycznych miejsc, miała dość dużą bibliotekę, więc pewnie także czytała książki.

    Pewnego dnia, gdy siedziałyśmy przytulone na tarasie, babcia wstała przestawiła swój fotelik tak, żeby patrzeć mi w oczy i powiedziała:

- Twoja mama poprosiła mnie, żebym cię przygotowała do rozpoczęcia prawdziwej nauki. Będzie do ciebie przychodzić nauczyciel lub nauczycielka i spróbują przekazać ci trochę wiedzy. Jesteś mądrą dziewczynką i na pewno zaciekawią cię lekcje z sympatycznymi osobami. Masz problem z mówieniem, ale przecież nie z pisaniem, więc będziecie się porozumiewać przy pomocy tabletu. Na następne nasze spotkanie przynieś, proszę, swój tablet. Spróbujemy przećwiczyć w jaki sposób należy z niego korzystać, żeby nauczyciel mógł cię zrozumieć.

    I to był początek mojej edukacji. To, co było dla mnie trudne lub niezrozumiałe w wykładach moich nauczycieli, po ich wyjściu, tłumaczyła mi babcia. Zauważyłam, że oboje moi rodzice są zazdrośni o mój tak ścisły i serdeczny kontakt z babcią Klarą. A mama zrobiła się nawet nieco opryskliwa i często wygłaszała niepochlebne uwagi pod adresem teściowej. A jeszcze kiedy babcia oświadczyła, że będzie do mnie przychodzić pani psycholog, która studiowała na znanej, angielskiej uczelni i specjalizuje się w leczeniu zaburzeń mowy, tata wstał i poprosił:

- Mamo, chodź, przejdźmy do drugiego pokoju, chcę z tobą pilnie porozmawiać. –

Rozmawiali dość długo, a ja obawiałam się, że już nie będę mogła chodzić do babci i zrobiło mi się smutno.

Ale nic takiego nie nastąpiło, a przynajmniej nie dano mi tego odczuć.

    Jako jedenastoletnia dziewczynka dalej byłam nadzwyczaj spokojna, nie złościłam się, grzecznie słuchałam i wykonywałam polecenia. Ale w moim wnętrzu kłębiły się złe myśli, czasem nienawidziłam siebie i moich rodziców. Jedynie obecność babci uspokajała moje serce. Dlatego bardzo się zasmuciłam, gdy mi powiedziała, że musi wyjechać. Tłumaczyła, że to nie potrwa długo, ale ja wyczuwałam, że już do nas nie wróci. Długo płakałam tej nocy.

    Babcia wyjechała, a za to pojawiła się w naszym domu starsza pani, trochę tylko młodsza od babci. Rodzice przedstawili mi ją jako moją towarzyszkę i trochę opiekunkę, gdy będę chciała gdzieś pójść, czy pojechać. Pani Ewa wydała mi się sympatyczna i starała się być dla mnie miła, ale ja byłam ciągle nieufna. Rozmyślałam:

- Czy ta pani ma zastąpić mi babcię? Przecież oni wiedzą, że to niemożliwe, przecież ja nie potrzebuję opieki, a z domu rzadko wychodzę chyba, że do ogrodu lub do kościoła. –

Byłam rozgoryczona i smutna z powodu wyjazdu babci. Nawet przyszło mi do głowy, że opuściła nas przeze mnie.

  Pani Ewa przyjeżdżała do mnie starym, podrdzewiałym już autem i radośnie trąbiła przed domem, aby oznajmić swoje przybycie. Była zawsze uśmiechnięta i miała takie figliki w oczach, jakby chciała zrobić jakąś psotę. Jej opowieści i czytane bajki trochę mnie zajmowały, ale szybko się nudziłam. Pewnego dnia zaproponowała mi zabawę we wspólne tworzenie opowieści. Ona opowiadała pewien fragment, a później ja miałam wymyśleć, co się dalej działo. Oczywiście moją część opowieści miałam zapisywać na tablecie, a ona go odczytywała. Początkowo wydawało mi się to bardzo trudne, ale powoli uwalniała się moja wyobraźnia i opowieść zaczynała mnie wciągać.

Jej bohaterką była dziewczynka podobna do mnie, która miała wiele wspaniałych pomysłów na dobrą zabawę. Dziewczynka mieszkała w małym domku nad jeziorem. Pani Ewa poprosiła, żebym wymyśliła imię tej dziewczynki i nazwałam ją Alicja, tak jak w książce „Alicja w krainie czarów”. Gdy już miałyśmy wymyśloną prawie całą treść tej historii moja opiekunka zarządziła przerwę tej zabawy. Zapytałam ją przez tablet:

- Dlaczego musimy przerwać? Ta zabawa bardzo mi się podoba. –

- Wiesz, kochanie, męczy mnie odczytywanie twojej części na tablecie. Przestaję wtedy myśleć o tym, co ja wymyślę w dalszej części. Obiecuję ci, że wrócimy do tej zabawy za kilka dni. –

Byłam niepocieszona, ale musiałam się zgodzić. Pani Ewa dodała:

- W czasie przerwy będziesz przecież mogła dalej tworzyć tę historię. Nawet możesz narysować lub namalować ilustracje do niej. A ja obiecuję ci w zamian niespodziankę. –    

   Dopiero wielu latach dowiedziałam się od rodziców, że pani Ewa była doświadczoną terapeutką, która zgodziła się na moją intensywną terapię, po namowach babci, której była koleżanką z lat młodzieńczych. Dobrze, że mi o tym wcześniej nie powiedziano, bo byłabym bardziej nieufna i terapia byłaby trudniejsza.

   Tą niespodzianką, którą mi obiecała pani Ewa był dużego formatu obraz przedstawiający nieomal identyczny, widok jak z mojego koszmaru. To znaczy było na nim jezioro, przystań i pomost ze skocznią na końcu i niesamowite, białe chmury odbijające się w tafli jeziora. Kiedy zobaczyłam ten widok zaczęłam głośno krzyczeć:

- Nie, nie! Zabierz to stąd! Ja go nie zabiłam! Ja nie mogłam mu pomóc! Dziadek sam się utopił!

Zaczęłam głośno płakać i rzucać w obraz kredkami i książkami,  które leżały na stole.

Pani Ewa chciała mnie przytulić, ale uciekłam z pokoju do ogrodu i skulona ukryłam się za krzewami. Gdy dotarło do mnie, że wypowiedziałam, a właściwie wykrzyczałam pierwsze od kilku lat słowa zaczęłam jeszcze bardziej żałośliwie płakać.

Leżałam tam dość długo, ale w końcu poczułam głód i przypomniałam sobie, że mam w mojej sypialni schowaną tabliczkę czekolady. Wstałam ostrożnie, aby nikt mnie nie zobaczył i dotarłam na piętro. Czekolada rzeczywiście leżała w szufladzie i nieomal rzuciłam się na nią. Zjadłam całą tabliczkę. Gdy wyjrzałam przez okno samochodu pani Ewy już nie było, ucieszyłam się, że odjechała. Długo nie schodziłam do salonu, ale przypomniałam sobie, że niedługo wrócą z pracy rodzice i wróci ze szkoły Rafał. Zbiegłam więc szybko na dół, żeby ukryć ten przerażający mnie obraz. Moje zaskoczenie było ogromne, gdy zamiast widoku jeziora na obrazie zobaczyłam  namalowaną dużą postać Jezusa Miłosiernego. Nie odważyłam się zajrzeć na drugą stronę, by sprawdzić, czy jest tam widok jeziora. Usiadłam i patrzyłam na Pana Jezusa. Do obrazu przypięta była kartka:

„ Kochana Martusiu. Od tej pory rozpoczęło się twoje zdrowienie. Zaczęłaś reagować głosem na swoje emocje. Już niedługo zrozumiesz, że to, co zrobiłam było dla twojego dobra. Teraz dalej będzie działał Pan Jezus Miłosierny. Oddaj Jemu swoje tragiczne wspomnienia, poproś, aby cię już na zawsze od nich uwolnił. To On przyjął twojego dziadka do swojego Królestwa. Dziadek miał bardzo chore serce i nagłe zderzenie z zimną wodą mogło spowodować jego śmierć. Zmarł w pięknej chwili, bo byłaś przy nim, a w oczach miał zapewne widok tych cudownych obłoków odbijających się w tafli jeziora. Jeżeli zechcesz jeszcze kiedyś spotkać się ze mną powiedz rodzicom, aby mnie powiadomili. Bardzo cię polubiłam i będę za tobą tęsknić. Ewa. ”

 Wzięłam obraz wraz z kartką i pospiesznie zaniosłam je do mojego pokoju. Długo wpatrywałam się w twarz Pana Jezusa i nawet próbowałam z Nim rozmawiać. Rozmawiać poprzez wypowiadanie głośno słów! Trudno mi było w to uwierzyć, że potrafię wydawać z siebie dźwięki i składać zdania. W końcu ułożyłam się na łóżku i dalej wpatrując się w Jezusa zasnęłam. Tak zastali mnie rodzice. Gdy się obudziłam zobaczyłam ich oboje siedzących na wprost mnie. Coś cicho szeptali. Domyśliłam się, że się modlą. Nie próbowałam się odzywać, bo nie chciałam im przeszkadzać, ale w końcu przemówiłam:

- Mamo, tato ja mówię. Pani Ewa mnie nastraszyła, zaczęłam krzyczeć, a teraz już mówię. Jaka jestem szczęśliwa. –

   No i rzeczywiście był to przełom i nastąpiła w moim życiu, można powiedzieć – rewolucja. Stałam się gadułą, ćwiczyłam mowę i nadrabiałam zaległości, bardzo chętnie się uczyłam i mogłam pójść do normalnej szkoły. Cały czas żyłam jakby, ktoś unosił mnie na skrzydłach, radośnie skakałam i nawet zaczęłam śpiewać piosenki.

Ale najważniejsze było dla mnie siedzenie przed obrazem i wpatrywanie się w Postać Pana Jezusa. Rafał śmiał się ze mnie i mówił, że się chyba w Nim zakochałam. A ja nie zaprzeczałam.

   No i tak zostało. Po ukończeniu liceum oznajmiłam rodzicom, że chcę pójść do zakonu. Dziwne były ich reakcje: mama pochlipywała i martwiła się, że nie będziemy się często widywać, że nie będzie miała wnuków. Zaś tata chyba się ucieszył, bo słyszałam, jak tłumaczył mamie:

- A gdyby chciała być modelką, albo jakąś słynną gwiazdą, to wolałabyś? Przy najmniej będzie się za nas modlić. – 

    Tak, to był jeden z powodów mojej decyzji: modlić się za cały świat, za rodzinę, a szczególnie za dziadka Jurka i niedługo po nim zmarłą babcię Klarę. Chcę jeszcze uzupełnić, że po drugiej stronie obrazu Pana Jezusa Miłosiernego pozostał widok kiedyś tak dla mnie traumatyczny. Teraz z rozrzewnieniem na niego patrzę i dziękuję Bogu za całe piękno, które stworzył i nawet na jednym z obłoczków rozpoznaję czasem postać mojego dziadka.

       

czwartek, 14 maja 2026

Radosne oczekiwanie... (?)

 


                                   Radosne oczekiwanie…(?)

        Był ciepły, wiosenny wieczór. Na werandzie w wiklinowych fotelach siedziały w milczeniu dwie osoby. Jedna z nich okryta była ciepłym pledem, druga miała kolorową bluzę z krótkimi rękawami. Ich ręce były splecione w uścisku. Wokół werandy rosły owocowe drzewa, które były w pełnym rozkwicie: białe kwiaty wiśni i śliw wyglądały, jak puszyste chmurki, a pomiędzy nimi zachwycały jabłonie swoimi różowymi kwiatami. Trudno opisać piękno tego miejsca. Światła na tarasie były wygaszone, jedynie latarnia uliczna oświetlała sad. Lekki wiatr kołysał gałęzie i wtedy smugi padającego światła nadawały drzewom czarującą poświatę. Gdzieś w oddali słychać było szczekającego psa, ale nawet to szczekanie nie zagłuszało pięknego, radosnego śpiewu ptaków.

W pewnym momencie jedna z osób wstała i w nikłym świetle okazało się, że jest wysoką  dziewczyną z rozpuszczonymi, długimi włosami. Cicho powiedziała do tej siedzącej obok:

- Trochę robi się chłodno, może okryję cię dodatkowym kocem? –

- Wiesz, myślę, że czas już na ciebie. Zaprowadź mnie, proszę, do domu i leć do rodzinki. Na pewno już bardzo tęsknią za tobą. Ja dam sobie radę, kolację przygotowałam wcześniej, tylko ją zagrzeję, potem mała kąpiel i pójdę do łóżka. Bardzo ci dziękuję, że mnie odwiedziłaś. Od razu inaczej się czuję i moje boleści mi nie dokuczają. Ucałuj Staszka i dzieciaki. –

- Mamo, pamiętasz o tym, co mówiłam wcześniej, że wyjeżdżamy na kilka dni nad morze. Dzieci bardzo chcą wykąpać się w morskiej wodzie. Nie będzie nas do czwartku. W tym czasie częściej będzie przychodzić twoja opiekunka. A tak na marginesie – jak ona się sprawuje? Jesteś zadowolona z opieki? –

Mówiąc te słowa młoda kobieta cały czas łagodnie głaskała włosy starszej pani.

- Kochanie, jakże mogę być niezadowolona?  Ona oddaje mi swój czas i troszczy się o moje potrzeby aż za bardzo. Jest cierpliwa i wyrozumiała.  Każdego dnia dziękuję Bogu za nią.  Dziękuję ci, że taką osobę dla mnie znalazłaś. –

    Młoda kobieta ucałowała włosy matki i ostrożnie przesadziła ją na wózek inwalidzki. Wózek miał elektryczny napęd, więc staruszka mogła przemieszczać się sama, a że dom był parterowy, bez progów i stopni radziła sobie doskonale.

- Pomyślę, mamo, w czym jeszcze mogłabym ci ułatwić i umilić to trochę monotonne życie. Dla ciebie, takiej zawsze ruchliwej i zapracowanej, jest pewnie trudno przyzwyczaić się do zwolnienia tempa i poddania się opiece innych osób. –

- Irenko, tak za bardzo nie przesadzaj z troskliwością. Wiesz, że umiałam sobie radzić w wielu różnych tarapatach, więc już powoli przystosowałam się do moich ograniczeń. Pamiętasz, że rzadko narzekałam na swój los, a przecież nie było mi łatwo samej was wychowywać. -

       Jeszcze tego samego wieczoru, gdy starsza pani układała się do spania zadzwoniła komórka. Zastanawiała się, czy nie za późno na rozmowę i czy w ogóle ją odebrać. Sprawdziła kto to do niej dzwoni o tej porze. Okazało się, że to Konrad, przyjaciel jej zmarłego męża. Po głosie poznała, że ma jej coś ważnego do powiedzenia.

- Witam cię Helenko. Przepraszam, że tak późno dzwonię, ale przed chwilą dowiedziałem się, że jutro jest pogrzeb Halinki. Byłaś z nią dość blisko, więc postanowiłem przekazać ci tą smutną wiadomość. Odpowiedziała dość surowo:

- Nie mogłeś mi tego jutro rano powiedzieć? Trudno odbierać takie wiadomości przed zaśnięciem. Po chwili dodała: - No, przepraszam za mój ton. Dziękuję, że w ogóle do mnie zadzwoniłeś, już od dawna mój telefon jakby zamilkł, nikt do mnie nie dzwoni. –

W głosie Heleny słychać było rozżalenie. Po chwili ciszy mówiła dalej:

- Drogi Konradzie, znasz moją sytuację zdrowotną. Sama na wózku nie zajadę na cmentarz, a dzieci wyjeżdżają gdzieś nad ciepłe morze. Przykro mi, że nie pożegnam mojej Halinki. –

- Ale ja właśnie mam dla ciebie propozycję. Jadę razem z naszym kolegą Józkiem jego autem. Auto jest duże i wózek doskonale się w nim zmieści. Jeśli nie będzie to dla ciebie za trudne zabierzemy cię. Msza jest o dwunastej, a pogrzeb około trzynastej. Pomyśl nad tą propozycją, zadzwonię wcześnie rano. O której już można do ciebie dzwonić? –

- Ja wstaję dość wcześnie, przeważnie od ósmej już jestem „na nogach” – powiedziała dowcipnie i ze śmiechem.

- Wiesz - dodała - jest tylko jeden problem: ja nie chcę iść do kościoła. Pewnie coś na ten temat mówił ci Leszek. On był mocno wierzący, nie opuszczał żadnej Mszy niedzielnej, często chodził w dni powszednie, mówił, że to pomaga mu w życiu. Myślę, że może pomogło mu i w śmierci, bo zmarł spokojnie i bez bólu. Ciągle powtarzał, że w wieczności się spotka z Jezusem. A ja, cóż ja, od młodości sceptyczna ateistka. –

- Pomyślimy nad tym Helenko. Jest dość ciepło, więc zostanę z tobą przed kościołem. Naprawdę, tak bardzo by ci to przeszkadzało stanąć z wózkiem choćby w kruchcie? –

- Dobrze Konradzie, posiedzę w kruchcie. Na dziś może zakończmy rozmowę. Jeszcze raz dziękuję ci, że mnie powiadomiłeś i zaproponowałeś podwózkę. Śpij dobrze. – 

     Helena nie była zbyt zaskoczona wiadomością o śmierci koleżanki, bo wiedziała o jej ciężkiej chorobie. Miała wielką ochotę spotkać się z nią, może pocieszyć, może pożegnać, ale rodzina nie zgadzała się na odwiedziny. Było jej przykro, ale nic nie mogła na to poradzić. A teraz była wdzięczna Konradowi, że o niej pomyślał i nawet zatroszczył się o jej możliwość uczestniczenia w pogrzebie.

      Długo nie mogła zasnąć, wspominała lata młodości i pięknej przyjaźni z Haliną. Obie kończyły ten sam ogólniak, obie studiowały medycynę, w tym samym roku skończyły i w tym samym roku wyszły za mąż. Bardzo często spotykały się lub choćby dzwoniły do siebie. Znajomość się rozluźniła, gdy urodziły się dzieci, a poza tym Halina z rodziną przeprowadziła się do mieszkania w odległej dzielnicy. Obie brały także wiele dyżurów, aby zarobić na spłatę rat za mieszkania. Było to również utrudnienie w kontynuacji przyjaźni. Ale pamiętały o sobie z życzliwością, brały udział w ważnych wydarzeniach obu ich rodzin.

      Helena miała żal do rodziny swojej przyjaciółki, że nie pozwolili spotkać się z nią przed śmiercią. W głębi duszy czuła, że było to spowodowane jej własnym sceptycyzmem dotyczącym życia po śmierci i odrzuceniem wiary w Boga. Nawet i teraz, gdy nachodziły ją myśli o własnym odejściu i o tym, czy jest tam coś po drugiej stronie, odganiała je od siebie i szybko znajdowała sobie jakieś zajęcie. Jutro, niestety, będzie musiała zmierzyć się z tym problemem. Jako lekarz wiele razy nie tylko była obecna przy odchodzeniu chorych, ale walczyła jak potrafiła o przywrócenie ich do życia. Tylko, że byli to dla niej obcy ludzie, więc stopniowo nauczyła się opanowywać emocje i reagować nieomal automatycznie. Teraz śmierć dotknęła kolejną, bliską sercu osobę. Już odchodzenie męża, Leszka, mocno zachwiało jej pewnością, co braku  działania w życiu jakiej Siły Sprawczej, Kogoś kto czeka gdzieś tam w wielkich przestrzeniach Wszechświata i przyjmuje niewidzialną część nas. Obecnie te myśli powróciły, a ponieważ była już noc, nie bardzo mogła odgonić je od siebie i znaleźć sobie jakieś zajęcie. Jednak postanowiła przemieścić się na wózek i zażyć tabletkę na sen. To pozwoliło jej przespać noc.

    Rano zadzwonił Konrad. Był dawnym przyjacielem jej męża, ale ona nie przepadała za jego towarzystwem, szczególnie od czasu, gdy dowiedziała się, że nosi chorągwie w procesjach kościelnych. Ale teraz zaczęła myśleć o nim z życzliwością i wdzięcznością.

- Co jeszcze chcesz mi przekazać? – zapytała.

- Przyjedziemy po ciebie o wpół do dwunastej, myślę, że będziesz gotowa na czas. –

- Tak, tak. Dziś przyjdzie moja opiekunka i pomoże mi się przygotować – odpowiedziała.

- Jest jeszcze jedna wiadomość. Rodzina Halinki prosiła mnie, żebym cię namówił na spotkanie na obiedzie po pogrzebie. Jak się na to zapatrujesz? -

 - O nie, nie chcę się z nimi spotkać. Cały czas czuję do nich uprzedzenie, że nie pozwolili mi spotkać się z Halinką. Podziękuj im w moim imieniu, powiedz, że jestem słaba i nie dam rady. -

 Dzień był upalny i Helena ucieszyła się, że w kruchcie kościelnej było dość chłodno. Cała świątynia była zapełniona ludźmi, wiele osób stało ze względu na brak miejsc w ławkach. Pomyślała, że jej przyjaciółka musiała być życzliwa i kompetentna w wykonywaniu swojego zawodu. Myśl jej pobiegła w przyszłość i wyobraziła sobie swój pogrzeb:

- Kto tam będzie o mnie pamiętał? Tyle lat przecież minęło od czasu, gdy pracowałam w przychodni.  Poza tym, nie życzę sobie tych kościelnych uroczystości, tylko pożegnanie na cmentarzu, zasypią mnie i koniec historii Heleny Mazur. -           Zrobiło jej się dziwnie smutno, a gdy jeszcze, chcąc nie chcąc, wysłuchała kazania, które było o życiu w zaświatach. Ksiądz mówił też o skarbie, który nosiła w sobie zmarła, o jej głębokiej wierze w Odkupienie, Zmartwychwstanie i życie wieczne z Bogiem w niebie. To było jakby mówił bezpośrednio do niej:

” nie wyobrażasz sobie, siostro i bracie, co tracisz odrzucając główny Kerygmat naszej wiary, że Pan Jezus Zmartwychwstał, wstąpił do nieba, że każdy z nas ma tam przygotowane miejsce u Jego boku”.

- I po co ja tu siedzę? Po co wysłuchuję tych wymysłów nawiedzonych ludzi, którzy boją się, że śmierć ich unicestwi na zawsze? Tak myślą tylko tchórze – utwierdzała się w swoim uporze odrzucenia wiary.

Postanowiła skierować wózek do wyjścia i zjechać po pochylni na zewnątrz kościoła. Nie wiedziała, że przy wejściu zamontowane są głośniki, które nie tylko nagłaśniały głos księdza, ale odbijały echem jego słowa. Próbowała zatkać uszy, ale to nie pomagało.

- To moja wina, powinnam zrezygnować z tej podwózki Konrada i wziąć odpowiednią taksówkę od razu na cmentarz. Była na siebie zła. Starała się całe życie unikać pogrzebów. Kondukt żałobny, w którym ludzie rozmawiali, a nawet śmiali się zamiast zachować ciszę bardzo ją denerwował. Wolała iść i złożyć kwiaty, czy zapalić znicz już po uroczystościach.

- Tym razem też tak powinnam zrobić, złożyć kwiaty na przykład jutro. –

   Zakończono pożegnanie w kościele. Gdy zobaczyła Konrada zmierzającego w jej kierunku poprosiła go, żeby przywołał taksówkę i pomógł jej wsiąść. Powiedziała:

- Bardzo cię proszę. Ja naprawdę nie dam rady. Muszę wrócić do domu. Mam nadzieję, że taksówka szybko przyjedzie. –

Konrad był nieco rozczarowany, ale spełnił prośbę Heleny. Jadąc już do domu ona rozmyślała:

- Przecież ja wcale nie jestem aż tak zmęczona. Sądzę, że dałabym radę, ale pewnie nie dałyby rady moje emocje. –

      Po powrocie już sama musiała poradzić sobie z przemieszczeniem się na kanapę w salonie. Poszło jej to nawet dość sprawnie. Potem jak to zwykle robiła sięgnęła po pilota i włączyła jakiś program telewizyjny. Nie obchodziło jej kto tam się wypowiada i o czym mówi, ważne było tylko, że głos z telewizora zagłuszał panującą ciszę. Po dłuższej chwili zasnęła.       

        Starsza pani nie odczuła zbytnio tygodniowej nieobecności jej najbliższej rodziny. Wnuki, wychowywane były przez rodziców z wielką miłością, ale nie nauczono ich, że nie są centrum całego świata. Każda ich zachcianka była zaspokajana, nie miały żadnych obowiązków pomagania w codziennych zajęciach, a rodzice, szczególnie matka, wyręczali je nawet w pakowaniu szkolnych plecaków. Nie miały potrzeby odwiedzania babci na wózku, chyba, że spodziewały się jakiegoś prezentu, a najchętniej kasy. Wiedziały, że mama odwiedza babcię dość często, ale tata zawsze zostawał w domu i wolały zostawać z nim zabawiając się grami komputerowymi lub oglądając głupie filmiki. Helena, początkowo próbowała zwracać uwagę, że dzieci mogą wyrosnąć na snobów i egoistów. Niestety, traktowano te dość delikatne napominania jako napaść na ich rodzicielską „mądrość” i wtedy obrywało się staruszce. Początkowo było jej przykro, ale z czasem przyzwyczaiła się do tego, że tak naprawdę, to oprócz kochanej Dorotki, reszta rodzinki ma ją w nosie.

      Pewnego dnia opiekunka przyniosła dość sporą kopertę oklejoną amerykańskimi znaczkami i powiedziała:

- Dzień dobry kochana pani Helenko. Ta kopertę wręczył mi listonosz, gdy dochodziłam do furtki. To pewnie coś bardzo ważnego, bo jest mocno zaklejona i ma tak dużo znaczków. Czy pani wnuki zbierają znaczki? Gdyby nie, to chętnie je wezmę. Mój starszy wnuk ma klaser i prosił mnie, żebym mu pomogła zbierać. –

Helena była zaciekawiona, co jest w liście i nie bardzo słyszała, o co pytała opiekunka. Ale kiwnęła głową na znak, że się zgadza.

- Mój wnuk lubi przychodzić do mnie, żebym opowiadała mu o wszystkich krajach, z których znaczki są w jego klaserze. –

- O, to wspaniale. Ale pozwoli pani, że teraz zajmę się listem. – odpowiedziała Helena.

   List był napisany po angielsku, miał na pierwszej stronie logo jakiegoś biura. Domyśliła się, że to kancelaria notarialna. Sięgnęła po słownik i zaczęła tłumaczyć wyraz po wyrazie. Zajmowało to dużo czasu i w końcu postanowiła poprosić Konrada o radę, kto znał na tyle angielski, że mógłby jej przetłumaczyć cały list. Zorientowała się już z tych pierwszych przetłumaczonych zdań, że sprawa dotyczy dziedziczenia.

- Czyżby moja siostra zmarła? Czemu nikt mnie o tym nie powiadomił? – .

Było jej przykro. Pomyślała:

- Biedna Frania. Pewnie nie było przy niej nikogo. Alek już chyba dziesięć lat jak odszedł. Tak, to było rok po moim Leszku. Nie wiem czemu nie mieli dzieci, nigdy nie ośmieliłam się o to zapytać. –

Westchnęła i zadzwoniła do Konrada. Obiecał jej pilnie pomóc i znaleźć kogoś zaufanego. Wzięła jeszcze raz list do ręki i szukała miejsca, w którym byłaby określona wielkość spadku.

Nie chciało jej się wierzyć, że Frania zapisała jej w testamencie tak wielką kwotę, która była wymieniona w liście. Oprócz tego były jeszcze chyba jakieś nieruchomości, ale postanowiła, że na szczegóły zaczeka do momentu otrzymania dokładnego tłumaczenia.

 - Po co mnie to wszystko? Co ja z tym zrobię? Oczywiście przekażę Dorocie, ale jak my będziemy w stanie załatwić te wszystkie formalności i przejąć spadek? Tam trzeba by było polecieć, a przecież to już nie dla mnie. Nie będę się tym teraz przejmować, jak wrócą z wakacji to niech coś wymyślą. -

 Jeszcze przed powrotem Doroty z rodziną z wakacji Konrad przekazał Helenie zalakowany list od przysięgłego tłumacza. Powiedział:

- Trochę to kosztowało, ale proszę, masz Helenko oficjalne tłumaczenie. Pan powiedział do mnie tylko, że będziesz nieco zaskoczona. Oczywiście, nie przekazał mi czego to zaskoczenie może dotyczyć. –

- Dziękuję ci bardzo. Przepraszam, że obarczam cię moimi problemami. Powiedz mi, ile mam ci zwrócić. –

Gdy już się rozliczyli Helena powiedziała:

- Moja siostra była bardzo dobrą osobą, ale upartą i nieprzewidywalną. Od dawna kochałyśmy się tylko na odległość, ostatnie spotkanie miałyśmy chyba dziesięć lat temu. Pamiętam, że rozstawałyśmy się trochę pokłócone, ale już nie pamiętam o co. –

- Zostawiam cię teraz samą, żebyś mogła dokładnie przeczytać pismo od notariusza – powiedział Konrad i wyszedł.

     Nie od razu otworzyła kopertę. Najpierw przemieściła się do kuchni i zrobiła sobie mocną kawę. Miała przy wózku stolik, więc nie obawiała się rozlania. Dosyć długo trwało jej rozlokowanie się na kanapie i wypicie kawy. W końcu złamała pieczęć i zabrała się do czytania. 

     Na początku listu było sporo formułek prawnych wymaganych przy tego rodzaju dokumentach. Gdy doszła do sedna testamentu swojej siostry chciała w zdenerwowaniu po prostu go podrzeć. Ale potem, kiedy już minął gniew zaczęła się głośno śmiać, aż zanosiła się od śmiechu. 

Otóż, okazało się, że otrzymanie spadku było uwarunkowane przyjęciem przez Helenę Sakramentów Świętych: odbycia spowiedzi, przyjęcia Komunii i namaszczenia chorych. Frania zastrzegła, że spełnienie warunków nie musi być w żaden sposób udokumentowane. Wystarczy jedynie oświadczenie ustne lub na piśmie, że został on spełniony. I to był celny strzał w poczucie niezależności i uporu Heleny. Siostra, mimo odległości, która je dzieliła, pamiętała o głównych wadach Heleny „panny wszystko najlepiej wiedzącej”, jak ją w dzieciństwie i młodości nazywano.

- A to małpiszon jeden. Nawet po śmierci chce mnie wychowywać. –

    W uzasadnieniu podanego warunku było, co prawda, napisane, że jest to „dla dobra ukochanej Helenki, z troski, aby była zbawiona i aby spotkały się kiedyś razem w niebie”. Jednakże takie postawienie sprawy już do reszty rozsierdziło Helenę. Pomyślała:

- Przecież nie mogę takiego zapisu pokazać Dorocie, a szczególnie Staszkowi. To byłoby dla mnie upokarzające. Jak z tego wybrnąć? –

    Okazja nadarzyła się sama. Otóż, opiekunka znowu przyniosła dla niej małą paczuszkę, ale tym razem przesyłka leżała w skrzynce na listy. Być może, że przeleżała tam dość długo, bo stempel miał datę sprzed miesiąca. Tym razem był to list od jej zmarłej siostry i małe wydanie Nowego Testamentu. - Napisała go, zapewne, krótko przed śmiercią – pomyślała Helena.

Była bardzo poruszona, zastanawiała się, czy w ogóle go otworzyć. Miała już dość na ten dzień przeżyć i nie miała ochoty pogłębiać swojej frustracji. Odłożyła go na nocny stolik i włączyła jakiś program w telewizji, żeby się odprężyć. Ale nie mogła przestać myśleć o Frani, o jej życiu na obczyźnie przez tak wiele lat, bez dzieci, bez bliskiej rodziny. Gdy rozmawiały ze sobą przez telefon ona zawsze była pogodna, nawet radosna. Należała do jakiegoś Stowarzyszenia pomagającego ludziom w kryzysie bezdomności, a także wspierającego sierocińce. Była członkiem Koła Polonii i udzielała się w organizowaniu wielu imprez integracyjnych. O tym opowiadała w każdej wspólnej rozmowie aż do znudzenia, ale przecież to było całe jej życie.

    List leżał jeszcze nieotwarty przez kilka dni. W końcu, w kolejny poranek zdecydowała się na przeczytanie go. Znalazła sobie miejsce w ogrodzie, w cieniu drzew i pomyślała:

- To właściwie list zza grobu. Moja kochana siostrzyczko, gdzie teraz jesteś? –

List był napisany odręcznie, ale nie było to pismo Frani. Musiała, zatem komuś go podyktować. Rozpoczynał się od bardzo serdecznych słów opisujących miłość siostrzaną, którą zawsze darzyła Helenę. W dalszej części listu było przypomnienie o ich wspólnym dzieciństwie, o rodzicach i bracie, który zmarł wiele lat temu. Potem Frania starała się opisać, jak postrzegała sens i cel swojego  życia. Jej jedynym marzeniem i dążeniem było zostać świętą w oczach Boga. Zacytowała nawet fragment Biblii: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.” Duży fragment listu był opisem kerygmatu wiary w Jezusa Chrystusa jedynego Pana i Zbawiciela, Który umarł za każdego człowieka, aby wykupić go od grzechów i dać mu życie wieczne. W dalszym fragmencie Frania opisała swoją miłość do Pana Jezusa i swoje oddanie Mu całego życia.  Na zakończenie listu napisała: „ Czuję niesamowitą radość, że jestem dzieckiem Boga i ufam, że niedługo przejdę poprzez śmierć do życia z Nim. Trwam w radosnym oczekiwaniu. Tego życzę również Tobie ukochana Helenko, gdy zostaniesz wezwana…”

Helena przytuliła list do piersi i cichutko płakała. Rozmyślała:

 - A może ona ma rację? Może to moja pycha i upór odbierają mi szansę na szczęśliwe życie po drugiej stronie? A może to po prostu strach i odganianie myśli o odejściu? Chyba jednak porozmawiam z Dorotą jak wróci. Ona była zapatrzona w tatusia i właśnie Leszek nauczył ją głębokiej wiary. Zawsze ją strofowałam, gdy chciała podzielić się ze mną sprawami związanymi z Kościołem. Może ona się ucieszy, że teraz ją proszę o wskazówki, jak tą wiarę odzyskać. A zanim się zjawi postaram się przeczytać tę ważną książeczkę od Frani. Ale jeszcze nie pokażę jej testamentu, żeby nie pomyślała, że to tylko wyrachowanie w spełnieniu warunku przyjęcia spadku. – 

     Dorota faktycznie bardzo się ucieszyła zmianą nastawienia matki do wiary. Chętnie odpowiadała na zadawane pytania i obiecała przynieść parę książek mądrych ludzi, którzy opowiadali o swoim nawróceniu. Na grubym papierze wydrukowała dwie „złote” myśli do częstego czytania:

"Są dwie możliwości: albo Bóg jest, albo Go nie ma.

Jeżeli przyjmę, że Bóg jest, a Boga nie ma, 

ryzykuję swoim skończonym, krótkim życiem.

Właściwie czym ryzykuję?

Chyba tylko tym, że gdybym uważał, że Boga nie ma, 

mógłbym nie wkładać tyle wysiłku w to, by żyć uczciwie...

Jeżeli jednak przyjmę, że Boga nie ma, a Bóg jest,

ryzykuję nieskończoną wiecznością.

Zysk i strata są niewspółmierne.

Mają się do siebie, jak skończona liczba do nieskończoności.

Wybór powinien więc być oczywisty.

Ale dla wielu ludzi nie jest..." Blaise Pascal


xxx
„Pascal uważał, że życie jest grą hazardową.
Mamy przed sobą do wygrania lub stracenia wielką stawkę.
Dostrzegał on brak proporcji między
krótkim życiem człowieka a nieskończoną wiecznością.
W naszej religii wiary w życie wieczne nie opieramy
na obliczeniach prawdopodobieństw,
lecz na zaufaniu Jezusowi Chrystusowi...”

ks. prof. Michał Heller

xxx

Helena nie bardzo jeszcze potrafiła się wgłębić w to przesłanie, ale położyła kartki na półce i czasem je czytała.

Dorota wcześniej nigdy nie pytała matki, czy przyjęła w dzieciństwie Sakramenty, domyślała się, że pewnie tak, bo inaczej nie mogłaby poślubić ojca.

     W końcu przyszedł czas na odczytanie córce testamentu Frani. Pierwszą jej reakcją było zdziwienie i niedowierzanie, ale po chwili Dorota zaczęła się głośno śmiać, a właściwie aż zanosić od śmiechu. Matka zaczęła ją strofować i powiedziała:

- Tego się najbardziej obawiałam – twojej reakcji. -

Córka spostrzegła w jej oczach łzy, serdecznie ją przytuliła i powiedziała:

- Mamusiu, ja nie śmieję się z ciebie, śmieję się z cioci Frani, jak ona to wymyśliła i przygotowała z troski o ciebie. Piękne przesłanie dokładnie przekazała ci w liście. Musiała bardzo cię kochać. –

- Ja też ją kochałam i chyba kocham nadal, ale miłość potrzebuje nieustannego potwierdzania, na odległość jest trudno kochać. Jeszcze teraz, kiedy nie wiem, gdzie ona jest. –

- Napisała ci, gdzie spodziewa się być: z Tym, Któremu oddała całe swoje życie i postępowała według Jego wskazówek. Jeżeli przyjmiesz taką prawdę i też taką, że „ostatni będą pierwszymi” w drodze do nieba, to już możesz, jak ciocia Frania „radośnie oczekiwać”. Przecież wiesz, że życzę ci jeszcze długich lat, ale można je przeżyć w tłumionym lęku, a można zaufać i mieć w sercu radość. –

- Jaka ty jesteś mądra, Dorotko. Skąd to wszystko wiesz? –

- Przecież obserwujesz mnie, mamo i wydaje mi się, że idę dobrą drogą do ostatecznego celu. Uczę się, czytam, spotykam się z Panem Jezusem w Eucharystii, przyjmuję Sakramenty. Tego wszystkiego nauczył mnie kiedyś tatuś. Ty, niestety, odrzucałaś jego prośby o wspólną modlitwę, czy rozmowę na temat wiary. Nie mam prawa za to cię potępiać, ale cieszę się, że dzięki pośmiertnemu listowi cioci może spróbujesz uwierzyć? To dla twojego największego dobra. Jesteś wspaniałą osobą, z wielkim sercem, tylu ludziom pomogłaś. Teraz pomóż sobie. Kocham cię mamusiu. –

Gdy to mówiła głos Doroty drżał. Po namyśle usłyszała odpowiedź matki:

- Dobrze, że mam ciebie , kochanie. Jesteś moim największym skarbem. –

- W niedzielę zabiorę cię na Mszę, staramy się chodzić razem, całą rodziną. Mam to szczęście, że Staszek wychował się w rodzinie chrześcijańskiej. Dołączysz do nas, jeżeli zechcesz. –

- Nie, Dorotko, potrzebuję rozpocząć moją naukę przebywając sam na sam z Tym Bogiem, Którego mi poleciłaś. Zaczęłam już czytać Ewangelię i będę próbowała zrozumieć i zapamiętać co głosił Jezus. Wiesz, że zawsze starałam się radzić sobie sama. A teraz przejdźmy do testamentu. Wiesz, że nie potrzebuję tych pieniędzy i tych nieruchomości, więc nie broń mi czasem zapisać to wszystko tobie. Ale wymaga to wyjazdu do Stanów i pewnie dość długiego pobytu, aby załatwić wszystkie formalności. Pomyśl, kiedy moglibyście polecieć. Całe szczęście, że nadchodzą wakacje. -

- Myślę, że ciocia chciałaby najbardziej uszczęśliwić ciebie. Dla nas to chyba jedynie kłopot, bo jak wiesz, nie jesteśmy pazerni i wystarcza nam to co mamy. Ale rozmówię się ze Staszkiem, podejmiemy decyzję i powiadomię cię. Na pewno z przyjęciem tego spadku związane są olbrzymie formalności prawne, jakieś podatki, zmiany własności nieruchomości. Trochę się tego obawiam i sądzę, że uratować nas może jedynie dobry prawnik znający prawo amerykańskie. Ale to będzie nie mało kosztować. –

- Oj, myślę, że jeszcze coś dla was zostanie – zaśmiała się Helena.

      Wyjazd zaplanowano na sierpień. Ustalili, żeby wziąć ze sobą doświadczonego prawnika, który zobowiązałby się umownie do sfinalizowania całej sprawy. Procedury spadkowe w Polsce przebiegły dość szybko i rodzina zaczęła planować, jak będą rozdysponowywać spadek po jego przejęciu. Początkowo dzieci wspólnie z ojcem byli bardzo podnieceni otrzymaniem wielkiej ilości pieniędzy i nawet rozmawiali o kupnie wielkiego domu z ogrodem i sadem, przy którym znalazłoby się miejsce dla dwóch koni i trzech samochodów. Wszystkie rozmowy rodzinne dotyczyły tylko tego tematu. Dzieci rozpowiedziały w szkole, że wkrótce będą bardzo bogaci, stały się zarozumiałe i koledzy zaczęli od nich stronić. Mąż Doroty, co prawda, nie zwierzał się wszystkim w pracy, ale wystarczyło, że powiedział dwom najbliższym współpracownikom i za kilka dni już całe biuro o niczym innym nie rozmawiało. 

       Wylot zabukowano na piętnastego sierpnia licząc na to, że z pomocą prawnika uda się im w ciągu dwóch tygodni wszystko pozałatwiać, aby dzieci mogły wrócić na czas do szkoły. Niestety na miejscu okazało się, że procedury są bardzo skomplikowane i długotrwałe, gdyż żadne z nich nie posiada obywatelstwa USA. Staszek był przygotowany na dłuższy pobyt i wziął sobie urlop bezpłatny, ale Dorota musiała wrócić przed pierwszym września, żeby wyprawić chłopców do szkoły. Zgodnie z zaleceniem prawnika, przed wyjazdem do Polski pozostawiła notarialne upoważnienie dla męża do jej reprezentowania. Gdy już wróciła z chłopcami do Polski ciągle słyszała od nich narzekania jakie tutaj mają beznadziejne życie,   mieszkanie w bloku, przy ruchliwej ulicy, w hałasie. Chcieli z powrotem wracać do Stanów i zamieszkać w apartamencie zmarłej cioci, a na weekendy wyjeżdżać do domu z ogrodem.

Dorocie sprzykrzyło się ich narzekanie i stanowczo powiedziała:

- Już więcej ani słowa na ten temat! Zostało już postanowione, że będziemy tutaj mieszkać. A jak tata wróci po załatwieniu spraw, to postaramy się kupić nowe mieszkanie. -  

     Przynajmniej raz w tygodniu odbywali ze Staszkiem telefoniczne narady dotyczące jego dalszych działań. Główny problem to była sprzedaż domu z ogrodem położonego w bardzo ekskluzywnej, podmiejskiej dzielnicy, w otulinie parku krajobrazowego.  

      Gdy spodziewała się już powrotu męża do kraju otrzymała wiadomość, że przedłużył swój bezpłatny urlop, bo jeszcze kilka spraw musi załatwić w Stanach. Nie powiedział jej wtedy, że przedłużył go aż o pół roku. Gdy minął kolejny miesiąc  zaczął tłumaczyć Dorocie, że tak naprawdę, to on wolałby tu zostać:

- Mam już zezwolenie na pracę, odnalazłem kolegę ze studiów, który ma swoją firmę i proponuje mi dobre stanowisko. Myślę, że chłopcy mieliby tutaj lepszą przyszłość, możliwość nauki na słynnych uniwersytetach. Pomyśl, o tym, proszę, i nie mów mi od razu, że się nie zgadzasz. –

Dorocie głos się trząsł, gdy mu odpowiadała:

- Jesteś bezdusznym egoistą, przecież to mama oddała nam swoją własność, a teraz zostawilibyśmy ją samą w Polsce? Jak mogłeś o tym zapomnieć! -

 - Ale zabierzemy ją tutaj. Warunki są luksusowe i opieka zdrowotna pewnie lepsza niż w Polsce. Dorotko, opanuj się, przecież znasz mnie i wiesz, że nigdy nie chciałbym jej krzywdy. –

- No, tak. Ale przecież nasi chłopcy nie znają na tyle angielskiego, żeby mogli od razu tam iść do szkoły. –

- No to będą przez pierwszy rok uczyć się języka. Nie stracą na tym, a zyskają szanse na lepsze życie w przyszłości. –

- Jestem zaskoczona twoją propozycją, pozwól, że pomyślę nad tym, a przede wszystkim porozumiem się z mamą. –

- Okey, okey. Tylko proszę, nie przedłużaj decyzji w nieskończoność. Porozmawiamy jeszcze jak tu przylecisz, bo bez ciebie żadna transakcja nie może być zakończona. –

- Do usłyszenia Staszku. Zadzwonię. –

W tym miejscu Dorota przerwała rozmowę i zdenerwowana wyszła z domu, aby na spacerze odreagować emocje. Główna myśl, która nie dawała jej spokoju to była sprawa przekazania propozycji Staszka swojej mamie:

- Przecież to będzie dla niej cios. Ma tutaj swój mały domek, ogródek, miłą opiekunkę, swoje przyzwyczajenia i dostępność pomieszczeń. Wątpię, żeby z jej niepełnosprawnością zechciała na nowo przystosowywać do odmiennych warunków życia, uczyć się języka i poznawać zwyczaje innego kraju. Powiem jej dopiero w niedzielę. –

Tak postanowiła i wróciła do codziennych zajęć. 

    Reakcja Heleny, gdy usłyszała o pomyśle swojego zięcia była dla Doroty szokująca, bo matka uśmiechnęła się i powiedziała:

- Przeczuwałam, że tak będzie i już rozmyślałam nad odpowiedzią. Wiesz, córeczko, jak ważne jest dla mnie wasze szczęście. Nie wyjadę z Polski, jak długo to będzie możliwe pragnę mieszkać w tym domu. Są w nim wspomnienia, których bardzo by mi brakowało. Jestem tutaj szczęśliwa, a dodatkowo odkrywam nowy świat, świat duchowy i jestem tym zafascynowana. Na prośbę Konrada, tego przyjaciela taty, odwiedza mnie dość często zakonnik, franciszkanin i toczymy z nim długie rozmowy o wierze. Coraz bardziej zaczynam ufać Bożemu miłosierdziu i Jego miłości do mnie. Musiałabym te spotkania utracić przenosząc się z wami do Stanów.

Dlatego, kochana moja, jedź za Staszkiem, bo rozłam w rodzinie, to największa tragedia. Będę tęsknić, ale mam już swoje lata i bliżej mi do śmierci niż do intensywnego życia. Uczę się teraz „radosnego oczekiwania”, jak poradziła mi moja siostrzyczka. –

Przytuliły się mocno i długo siedziały w ciszy.

                                                  xxx

„W nocy samotnej, rozmodlonej ciszą,

po falach morza, które nią kołyszą, łódka ma płynęła.

A gdy był pokój na morzu i niebie –

rzekłbyś, że Stwórca mówi sam do ciebie;

lecz nagle wicher wstrząsnął głąb bałwanów

i porwał łódkę na dno oceanu.

Potem przepastnym swoim wirem wchłonął

 w cudowną otchłań: Świętej Trójcy łono.

O, już nie ujrzy mnie nikt u wybrzeży,

bom znikła w Panu, Bóg do mnie należy.

W Niezmierzoności dusza ma spoczęła

w bezkresie czasu ze swoimi Trzema.” 

xxx

„Idę do Światła, do Miłości, do Życia.”

św. Elżbieta od Trójcy Świętej.