wtorek, 20 października 2026


 

                     „ To On mój los zabezpiecza…”

        Takiej śnieżycy w listopadzie nikt się nie spodziewał. Wracali właśnie służbowym samochodem z delegacji. Byli zadowoleni, bo udało się spotkanie z kontrahentami i wracali wymieniając jeszcze uwagi, co to dobrego przyniesie dla ich firmy. Śnieg sypał i od razu na drodze przymarzał do nawierzchni. Nic dziwnego, na zewnątrz było prawie trzydzieści stopni mrozu. 

     Gdy mimo pługów odgarniających śnieg i jadących za nimi piaskarek trudno było przebić się przez nieustannie nawiewane przez wiatr zaspy, zdecydowali, że zatrzymają się przy najbliższej stacji benzynowej lub przydrożnym barze. Zdecydować było łatwo, gorzej wprowadzić w życie. Wszystkie podjazdy pod ewentualne miejsca zatrzymania się były już zablokowane przez inne samochody i dodatkowo zasypane śniegiem. Ratowało ich jedynie to, że ich auto miało napęd na cztery koła i jakoś poruszali się wolno do przodu. Udało się im nawet ominąć jakiś bus, który nie mógł wyjechać z zaspy. W innych okolicznościach chętnie pomogliby i może podciągnęliby go na lince, ale teraz nie było na to szans. Kierowca zdenerwowanym tonem poinformował pasażerów, że przy takim sposobie poruszania się i przy włączonym ogrzewaniu paliwa wystarczy im może na dwadzieścia, trzydzieści kilometrów. Postanowili dzwonić na numer alarmowy i prosić o pomoc, a chociaż o jakieś wskazówki, co mają dalej robić.

   Szefem wyjazdu był Tomasz, więc on odpowiadał za bezpieczny powrót. Zadzwonił na numer pomocy, ale długo nikt nie odbierał. W końcu miły, kobiecy głos przyjął zgłoszenie i zapewnił, że po zasięgnięciu opinii kolegów, za kilkanaście minut oddzwoni. Rzeczywiście, za niecałe dwadzieścia minut zadzwoniła komórka i tym razem męski głos zapytał:

- Czy jesteście całkowicie zasypani, czy możecie się poruszać do przodu? –

Odpowiadał Tomasz: - Na razie jedziemy, obawiamy się, że za parę kilometrów zabraknie nam paliwa. –

- Określcie w miarę możliwości wasze obecne położenie. –

Tym razem odpowiedział kierowca: - Jesteśmy około pięciu kilometrów od tablicy wsi Wiśniewo na drodze krajowej. –

- Rozumiem. Za około dziesięć kilometrów będzie zjazd na drogę w kierunku linii kolejowej i dworca. Jeśli się tam dostaniecie macie dwie szanse: albo spróbować gdzieś zdobyć paliwo, albo zostawić auto i szukać połączenia kolejowego. Wiele pociągów nie zatrzymuje się na tej stacji, ale jeżeli zawiadowca powiadomi maszynistę o waszej sytuacji, może zatrzyma się na krótką chwilę, abyście wsiedli. Tyle ode mnie. Życzę powodzenia. –

     Rzeczywiście, dotarli do zjazdu i jakoś przebili się  podrzędną drogą do przystanku kolejowego. Budynek dworca był niewielki, ale spodziewali się znaleźć w nim chociaż niewielki bar, żeby wypić coś gorącego. Niestety główne wejście było zamknięte i zasypane śniegiem. Postanowili obejść budynek dookoła i znaleźć zawiadowcę. Okazało się, że od strony torów śnieg był odgarnięty w pryzmy, wąskie przejście posypane piaskiem. Ucieszyli się, gdy okazało się, że drzwi do poczekalni i kas dało się otworzyć, ale w środku nie było nikogo. Tomasz powiedział: - Ale musi tu być ktoś, bo przecież nie zostawiliby otwartego, pustego dworca. –

Zaczęli nawoływać z dobrym skutkiem, bo otworzyły się wewnętrzne drzwi i wyszedł do nich starszy pan w kolejarskim mundurze.

- A panowie skąd się tu wzięliście? Od paru dni, to znaczy od początku śnieżycy nikt tu nie zaglądał. Pewnie jesteście zmarznięci i głodni? Postaram się coś wymyśleć, a teraz zapraszam do mojego biura, mam tam ogrzewanie. Niestety, sam muszę palić w piecu, bo gdzieś przerwały się przewody i prąd do budynku nie dochodzi. Dobrze, że mam w miarę silny sygnał na komórce, bo nie mógłbym odprawiać pociągów. Mało ich się tutaj zatrzymuje, ale czuwać trzeba i meldować. Moi koledzy dbają o odśnieżanie torów, bo jeżdżą tędy nawet składy międzynarodowe. Ale się rozgadałem, przepraszam. To dlatego, że jestem tu cały czas sam, mój zmiennik się rozchorował. –

    Gdy już usiedli w biurze zawiadowca wstawił wodę na kuchence gazowej i zajrzał do lodówki. Podejrzeli, że była prawie pusta, więc Tomasz powiedział: - Proszę nie częstować nas żadnym jedzeniem. Przewidująco mamy jeszcze trochę zakupów, które kupiliśmy w stolicy, wędliny i słodycze, mamy tylko mało pieczywa. Ale podzielimy się z panem. –

- A to ci dopiero, ja powinienem ugościć wędrowców, a to oni będą mnie częstować – pomruczał do siebie zawiadowca. –

- Niech pan nam powie w zamian, czy można gdzieś w pobliżu kupić paliwo? Powiedziano nam, że jeśli nie zakupimy paliwa, to będzie możliwość zostawienia tutaj auta i skorzystania z pociągu. Co by pan nam radził? -

 - Panowie, następny pociąg, który tutaj staje będzie za pięć godzin. Te międzynarodowe nie staną tutaj, a już na pewno w taką pogodę. Stacji benzynowej w pobliżu nie ma, ale wiem, że jeden z moich znajomych zawsze ma zapas w kanistrach, bo dużo jeździ, a ma też maszyny na benzynę. Zaraz do niego zadzwonię. –

   Okazało się, że może trochę niechętnie, ale znajomy zdecydował się podzielić zapasem paliwa i serdecznie pożegnawszy zawiadowcę ruszyli w dalszą drogę. Zdawali sobie sprawę, że nie będzie ona łatwa, tym bardziej, że opady, co prawda, zmalały, ale zbliżał się zmrok. Gdy wyjechali na główną trasę z radością zobaczyli, że droga jest w miarę oczyszczona i można nawet zwiększyć prędkość. Po przejechaniu kilku kilometrów Dawid krzyknął:

- Tam w zaspie leży człowiek, musimy się zatrzymać! Panie Władku, proszę się zatrzymać, ja do niego pobiegnę! –

- Sam nie dasz rady, pójdę z tobą – powiedział Tomasz.

Był to młody mężczyzna, dość ciepło ubrany, ale twarz jego była nieruchoma i nie odpowiadał na ich pytania. Wzięli go, więc pod pachy i zaciągnęli do auta. Nawet nikt nie zdawał pytań, patrzyli tylko na siebie bezradnie. W końcu kierowca zaproponował:

- Zdejmijmy z niego te zmarznięte ubrania i owińmy go kocem. Ja mam termos z ciepłą herbatą, staram się zawsze mieć coś na rozgrzanie. Herbata jest gorąca, bo nalałem ją u zawiadowcy. –

   Zdjęcie zmarzniętego płaszcza nie było łatwe, ale pod nim odkryli, że mężczyzna miał na piersiach przewieszony przez szyję biały, płaski, wykonany z materiału przedmiot. Jego zaciśnięta prawa ręka trzymała w ręku sznur drewnianych koralików. Kierowca aż wykrzyknął:

- To chyba ksiądz! On pewnie szedł do chorego z wiatykiem. –

- Nie bardzo rozumiem, o co w tym chodzi. Wytłumacz mi, proszę – powiedział Tomasz.

- W tej białej torebce jest schowana Hostia i olej do namaszczania chorych. Kiedy rodzina uzna, że chory jest w ostatnich chwilach życia zaprasza księdza, aby go wyspowiadał, rozgrzeszył i namaścił na drogę do nieba. –

- Jakiego nieba? Przecież to zabobony, ja tam nie wierzę w życie po śmierci. Umieramy i znikamy. –

Tą rozmowę przerwał im Dawid: - Słuchajcie, szybko trzeba dzwonić na numer alarmowy. Na szczęście jest tutaj wystarczająco dużo miejsca na lądowanie helikoptera. Wy go rozgrzewajcie i próbujcie napoić, a ja będę dzwonił. –

- Nie trzeba, nie trzeba – słabym głosem przemówił ksiądz. Proszę nie zabierajcie mi Pana Jezusa, ja muszę z Nim iść dalej. Zakręciło mi się w głowie i upadłem, ale już mi lepiej. Tam na mnie czekają. Proszę was w Jego Imię. –

- Ale drogi księże, przecież nie dasz rady, znowu upadniesz i następnym razem może nie będzie nikogo, kto by cię podniósł – powiedział Tomasz i zwrócił się do kierowcy: Panie Władku, podwieziemy księdza? –

- Nie będzie to łatwe, ale powieziemy. Proszę, żeby nas ksiądz pokierował – odpowiedział zapytany.

    Dom, który wskazał im ksiądz stał niezbyt daleko od głównej drogi, ale dojazd do niego był nieodśnieżony i postanowili, że kierowca zostanie w samochodzie i będzie pilnował, aby się nie wyziębił. Natomiast oni dwaj pomogli księdzu wysiąść i podtrzymywali go z obu stron.

  W domu faktycznie oczekiwała ich zapłakana rodzina i chory, starszy człowiek leżący na łóżku. Miał zamknięte oczy i wyglądał, jakby już nie żył, ale jego ciało przykryte kołdrą, co jakiś czas gwałtownie się poruszało. Ksiądz wszedł do pokoju i zamknął drzwi. Zebrani przed drzwiami jakby zastygli w oczekiwaniu. W pewnym momencie odezwała się dziewczynka trzymająca za rękę swoją matkę:

- To dziadek na pewno pójdzie do nieba i spotka Pana Jezusa? On przecież nie chodził do kościoła i nie modlił się razem z nami. –

Matka odpowiedziała: - Kiedyś chodził, ale ostatnio nie pozwalała mu choroba. Właśnie dlatego Pan Jezus przyszedł teraz do niego, żeby miał możliwość Go przeprosić. Pan nie chce śmierci grzesznika, ale żeby się nawrócił i miał życie wieczne, żeby mógł się cieszyć razem z wszystkimi świętymi i chwalić Pana Boga. Ja się bardzo martwiłam, że w taką pogodę ksiądz może nie zdążyć odwiedzić dziadka i podać mu Komunię. Ale teraz jestem już spokojna, że twój dziadek pójdzie do nieba. Może nie od razu, może będzie musiał się jeszcze oczyścić, żeby stanąć przed Panem Jezusem, ale dostał tą ostatnią szansę. Wielu jest takich, którzy jej nie dostają i idą na wieczne potępienie. Opowiem ci o tym później, a teraz módlmy się i dziękujmy Panu Bogu za całe życie waszego dziadka. Był dobrym człowiekiem i pomógł wielu ludziom. Będą go wspominać i też modlić się za niego. –

Trwali znowu w ciszy, aż drzwi się otworzyły i wyszedł ksiądz. Miał łzy w oczach, cichym głosem powiedział:

- Wielu umierających odprowadzałem na tamtą, drugą stronę, ale myślę, że niewielu z nich tak kochało Pana Boga, jak pan Stanisław. Nosił Go całe życie w sercu, jak mi powiedział. On już odszedł, z uśmiechem, bez strachu. Dziękuję Bogu, że mogłem być z nim w tych ostatnich minutach. Muszę wracać, a tutaj mam różaniec dla państwa, pomódlcie się jeszcze za pana Stanisława. A tych dwóch panów ma duże zasługi u Boga: uratowali mi życie, a ja dzięki nim mogłem uratować życie wieczne waszemu bliskiemu. A może oni są aniołami wysłanymi z nieba? Jak myślisz mała kobietko? – zwrócił się z uśmiechem do dziewczynki.

Jednym głosem, jakby się umówili Tomasz i Dawid powiedzieli: - Odwieziemy księdza. –

Ale jeden z mężczyzn z rodziny zaprotestował: - W żadnym wypadku, to nasz obowiązek. Dziękujemy panom za ich życzliwość. –

Usłyszeli, jak jeszcze ksiądz prosił mężczyznę, aby zajrzał do jego niesprawnego auta. – Mój staruszek powinien trafić do muzeum motoryzacji. Ale szkoda mi się z nim rozstawać.

   Gdy Tomasz i Dawid wrócili już do samochodu zastali kierowcę drzemiącego z głową na kierownicy. Zbudzili go, a kiedy się ocknął powiedział: - Chcą po nas przyjechać, czekają tylko co wy powiecie, czy jest taka potrzeba. –

- No, to pan niech zdecyduje, panie Władku, jakie mamy szanse dojechać do domu bez ich przyjazdu. Mnie się wydaje, że najgorsze już za nami, mniej sypie i więcej odśnieżają. Problem będzie jedynie, gdy zabraknie nam paliwa. Tak im odpowiemy, że w przypadku problemów z paliwem poprosimy ich o pomoc. To jeszcze chyba tylko około stu kilometrów. Zatem niech pan do nich dzwoni. –

Była to trafna decyzja, bo za piętnaście minut zobaczyli znaki stacji benzynowej. Ustawili auto w długiej kolejce do dystrybutora z czuwającym w środku kierowcą i poszli do budynku stacji, aby coś zjeść i zakupić jedzenie oraz napoje na dalszą drogę. Siedząc przy stoliku i czekając na zamówione danie zachowywali milczenie. W końcu Tomasz zaczął mówić:

- Wszystkiego bym się spodziewał, ale tego, że będę obecny przy czyjejś śmierci – nigdy. Zawsze unikałem takich sytuacji, a nawet rozmów na ten temat. A przecież nie da się przed tym uciec, każdy ma wyznaczony swój moment odejścia. –

Dawid odpowiedział: - Wiesz, że jestem wierzący i nawet praktykujący. Zacytuję ci zatem słowa Chrystusa: „ Któż z was, przy całej swej trosce, może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swojego życia?„ To nasz Stwórca tak postanowił, że moment przejścia do innego świata jest przed nami zakryty i musimy być ciągle przygotowani. Przecież w tej naszej dzisiejszej przygodzie moglibyśmy nie znaleźć pomocy i zamarznąć w zasypanym śniegiem aucie. Ale żyjemy, żyjemy po coś, Bóg ma jeszcze dla nas jakiś plan. Często sobie powtarzam: "To On mój los zabezpiecza..." i jest mi łatwiej przyjąć moje zmagania z życiem.

- Może masz rację kolego, tylko nie potrafię tego zrozumieć. Co prawda nie zagłębiam się zbytnio w poznanie tej religii, ale mam wewnętrzne przekonanie, że istnienie Boga zostało wymyślone w bardzo dawnych czasach. Żyjący wówczas ludzie mieli powody, aby cały czas żyć w strachu, więc wymyślili sobie na pociechę jakiegoś boga i było im lżej, gdy wierzyli, że ich chroni. –

- Też kiedyś tak myślałem, ale przez pewne zdarzenie, jest ono bardzo osobiste, więc nie będę o nim mówił, poczułem, że Ktoś trzyma moją rękę i prowadzi mnie w zupełnie inną stronę niż zamierzałem. To prowadzenie uratowało mnie od śmierci. Może ci o nim kiedyś opowiem. A teraz może zmieńmy pana Władka, niech i on się ogrzeje i posili. -

***************************************************


sobota, 10 października 2026

" Jeżeli więc Syn Boży was wyzwoli..."

 

*************************************************

                       „ Jeżeli więc Syn Boży was wyzwoli…”

    

     Obudziła się oświetlona ostrym światłem wschodzącego słońca. Dopiero po chwili  zorientowała się, że nie jest w swojej przytulnej sypialni, tylko w jakimś obcym pokoju. Drażnił ją ostry zapach jakby kopcącego się zioła. Domyśliła się, że może to być żarzący się kwiatostan konopi indyjskich. Znała ten zapach z pewnego spotkania w tak zwanym „Klubie Pociechy”. Zaprowadził ją tam kiedyś znajomy z pracy. Była tam tylko raz, ale zapach palonych ziół utrwalił się w jej pamięci.

     Podniosła się, usiadła na łóżku i próbowała rozejrzeć się po pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Szukała jakichś znajomych sobie  mebli, czy innych przedmiotów, ale nie znalazła. Chciała podejść do okna i sprawdzić otoczenie miejsca, w którym przebywała, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa, lekko się zachwiała i siadła z powrotem na łóżku. Pomyślała:

- Ile jeszcze potrwa moje dochodzenie do normalności? Kiedy będę już sprawna? –

Zrezygnowana położyła się z powrotem na łóżku i próbowała zasnąć. Niestety, sen nie nadchodził, a w zamian, pod zamkniętymi powiekami pokazywały się jakieś wykrzywione twarze zwierzęco – ludzkie.  Usłyszała trzask otwieranych drzwi i nieznane jej głosy kobiety i mężczyzny.

- Ona jeszcze śpi – powiedział głos kobiecy. Może dajmy jej jeszcze pospać, to jej dobrze zrobi. - Mężczyzna odpowiedział szeptem, więc nie usłyszała, co odpowiedział. Zorientowała się jednak, że raczej nic złego z ich strony jej nie zagraża. Nie otwierała zatem oczu i udawała, że głęboko śpi. Oni oboje starali zachowywać się cicho, weszli do kuchni i zamknęli drzwi. Po dłuższej chwili drzwi się otworzyły i weszła nieznajoma kobieta niosąc talerz pachnącego rosołu. Leżąc jeszcze z zamkniętymi oczami usłyszała, jak woła ją po imieniu:

- Pani Irenko, proszę się obudzić, musi pani coś zjeść. Nie jadła pani od wczoraj. Jedzenie jest bardzo ważne. Musi pani mieć siłę do powstania na nogi. Niosę dla pani rosołek. Jeśli trzeba mogę panią pokarmić. –

Zanim odwróciła głowę zaczęła w myślach zgadywać skąd ta kobieta może znać jej imię. Postanowiła zapytać ją o to.

- Jak ja się tutaj znalazłam i skąd zna pani moje imię? Ja nigdy nie byłam w tym mieszkaniu i nigdy pani nie widziałam. –

- To wszystko wyjaśnię, jak tylko pani zje rosół. Specjalnie  ugotowałam go już wczoraj, ale wczoraj pani Irenko nie była pani w stanie czegokolwiek przełknąć. – Głos kobiety był łagodny i kojący.

Odpowiedziała:

- Już chwilkę, proszę poczekać, postaram się wstać. Gdyby mi pani troszkę pomogła usiadłabym przy stole. –

Jakoś się udało wspólnymi siłami usiąść na krześle i Irena, trzęsącą się ręką, z apetytem zjadła pełną miseczkę rosołu. Podziękowała i przeprosiła za kłopot, który sprawia swoją obecnością. I znowu zadała te same pytania.

Kobieta z uśmiechem przedstawiła się, że ma na imię Paula i  pracuje od niedawna w tej samej firmie, w której zatrudniona jest Irena, tylko jej pokój mieści się dwa piętra wyżej.

- Początkowo, gdy zobaczyłam panią siedzącą na chodniku i opartą o ścianę domu chciałam zadzwonić po policję i pogotowie. Gdy jednak przyjrzałam się pani uważniej i zobaczyłam znajomą twarz, pomyślałam, że najpierw spróbuję wypytać o okoliczności tej sytuacji, aby nie wpadła pani w niepotrzebne tarapaty. I myślę, że miałam rację. Zorientowałam się, że nie jest pani pijana, ale odurzona. Zawołałam męża, aby pomógł mi doprowadzić panią do windy i do naszego skromnego mieszkania. To tyle moich informacji. A teraz może dowiem się czegoś od pani, co takiego zaszło wcześniej. –

- Trudno mi wyrazić swoją wdzięczność za to, co pani zrobiła. Uratowała mnie pani od skandalu, a może i utraty życia. Zanim opowiem, jak do tego doszło może zapytam, czy mogę mówić do pani po imieniu? Nasz, polski język jest piękny, ale z niektórymi zwrotami grzecznościowymi trudno jest prowadzić rozmowę. Jak mówiłam, mam na imię Irena, a czy mogę zwracać się do pani po prostu – Paula? –

- Oczywiście, bardzo proszę. –

- A więc, Paulo, wczorajszego wieczoru odbywało się uroczyste spotkanie z okazji urodzin Adriana, dobrego znajomego naszej rodziny, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem z moim byłym mężem. Lubiliśmy się, więc gdy zadzwonił, aby mnie zaprosić nie byłam zdziwiona. Zapytałam tylko, czy będzie na tym spotkaniu także mój „były”. Gdy odpowiedział, że mój „były” wyjechał i na pewno się nie pojawi, postanowiłam pójść. Wiedziałam, że mogę czuć się niezręcznie, bo większość z gości bywała kiedyś również na naszych przyjęciach i mogło dojść do jakichś docinków, czy wypytywania, jak sobie radzę. Ale zdecydowałam, że nic złego nie zrobiłam i nie mam powodu, aby rezygnować ze starych przyjaźni. 

    Wieczór rozpoczął się bardzo sympatycznie, wielu znajomych podchodziło do mnie, witali się, a niektórzy wyrażali swoje współczucie z powodu rozstania się z Karolem. Podszedł do mnie też mężczyzna w średnim wieku, którego nie znałam. Miał długie, gęste włosy, które spadały mu na czoło i  które odgarniał co chwila. Przedstawił się i z uśmiechem zaoferował swoje towarzystwo mówiąc:

 - Od dłuższego czasu obserwuję panią i zauważyłem, że chyba wszyscy tutaj panią znają. Postanowiłem więc, że ja również chcę być pani znajomym. Nazywam się Rokicki, a na imię mam Marek. Przyjechałem niedawno z Kopenhagi, mam tam swoją firmę i biuro. Teraz jestem na urlopie i odwiedzam w Polsce dawnych przyjaciół. –

    Taki był wstęp do naszej znajomości. Marek nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym: był średnio przystojny, średnio inteligentny, raczej uprzejmy na swój sposób, ale miał szczególnie ujmujący głos, który ocieplał nawet uszczypliwe uwagi w stosunku do obecnych gości, które szeptał mi do ucha.  To wskazywało na jego poczucie wyższości własnej osoby. Zabawiał mnie rozmową przez nieomal cały wieczór i odwiózł  do domu swoim wspaniałym Jaguarem. Po drodze tak mnie namawiał do zjedzenia z nim kolacji następnego wieczoru, że w końcu uległam. W restauracji dosiedli do nas jego dawni koledzy, podobno jeszcze ze szkoły. Trochę się głupio czułam, bo przypuszczałam, że oni znali mojego byłego męża, gdyż chodził on do tej samej szkoły. No, a potem po kilku drinkach zabawa się rozwinęła, nawet zaczęliśmy tańczyć. Kelner, pewnie na prośbę Marka, zaprowadził nas do osobnego pokoju na zapleczu knajpy. I po kilkunastu minutach i po wypaleniu jednego jointa po prostu odjechałam. Co było dalej nie wiem. Obudziłam się dopiero w waszym mieszkaniu. Zresztą, trudno powiedzieć, że się obudziłam, jeżeli jeszcze do tej pory wiruje mi w głowie. To chyba wszystko. –

- Droga moja, pewnie zmęczyło cię to opowiadanie. Może na trochę zakończmy i zastanówmy się, jak można było by ci pomóc, abyś jutro mogła zjawić się w pracy. Rosół cię odżywił, ale nie wiem, co ci jeszcze podać, aby złagodzić skutki przedawkowania. Właściwie, to powinnaś trafić do szpitala na ratunkowy.-

     Głos Pauli wskazywał na jej zaniepokojenie i jednocześnie bezradność, bo bała się, że nie kierując Ireny do lekarza może narazić ją na przykre konsekwencje zdrowotne. Ale Irena szybko odpowiedziała na jej sugestię:

- Wybij sobie z głowy, że mnie zawieziecie do szpitala. Przyznam ci się, że to nie pierwszy raz zdarza mi się odjechać po skręcie. To minie, tylko muszę na jutro załatwić sobie wolne i we wtorek będę już czysta. –

Paula jakby zastygła, długo nic nie mówiła i w końcu wyszeptała:

- Nigdy bym cię nie posądzała, że palisz jointy. Wyglądasz na grzeczną, potulną dziewczynę, którą skrzywdził mąż i ją zostawił. A może sytuacja wygląda odwrotnie. Może ćpiesz nałogowo i dlatego zostałaś sama? Przepraszam, że nie owijam w bawełnę, ale jestem przerażona tym, co słyszę. -

 - Hola, hola. Nie jestem żadnym ćpunem. To tylko od czasu do czasu sobie przypalam. Kontroluję to. Ten ostatni przypadek nie był planowany, po prostu nie sprawdziłam, co mi podali. –

- Powiedz mi, zatem dlaczego, gdy cię znaleźliśmy trzymałaś w ręku kartkę z napisem: „Pozdrowienia od Karolka.” ? Miałam ci chwilowo nie mówić o tym, aż dojdziesz do siebie. Ale chyba już nadszedł ten czas. Proszę, oto ona. –

    Irena wzięła kartkę i przyglądała się temu, co było na niej napisane. Nie znała charakteru pisma, ale zauważyła, że na kartce był jeszcze dalszy tekst, ale zamazany korektorem. Zastanawiała się, jak  odczytać resztę napisu. Zapytała Paulę:

- A czy dalszy tekst został może zamazany przez ciebie? –

- Jaki dalszy tekst? Nic nie zauważyłam. Pokaż. –

Zastanawiały się teraz obie, jak usunąć korektor. Paula wzięła kartkę, wyszła do kuchni i pokazała ją mężowi z prośbą o pomoc. Zaczęli oboje próbować trzymać ją nad parującą wodą, a potem zeskrobywać ostrym nożem biały korektor. Po mozolnych próbach ledwo udało im się odczytać niektóre wyrazy. Ale ponieważ zapis był krótki odgadli jego całość. Brzmiał on: „Tęsknię za Tobą. Poddaj się terapii.” Spojrzeli na siebie i Paula powiedziała:

- Teraz już się nie wyprze. Biedna dziewczyna, może da się jej pomóc. –

- Tylko działaj ostrożnie i powoli. Ja sądzę, że to do niej było napisane, więc ma prawo znać treść. Gdyby trzeba było cię wesprzeć zawsze jestem blisko, ale ona może mieć uprzedzenie do mężczyzn. Nie wiemy, co tak naprawdę wydarzyło się wczoraj, czy jej nie skrzywdzono. –

- Postaram się, kochanie. A co dziś serwujesz na obiad? –

Stefan uśmiechnął się i powiedział: - Niespodzianka. Nie poznajesz po zapachu? –

- A właśnie, to na pewno sos grzybowy i chyba ziemniaczane kotlety? A co jeszcze ? –

- Musisz poczekać, aż skończę i was poproszę. –

  Stefan był wspaniałym kucharzem i zawsze przygotowywał niedzielne obiady. Bardzo lubił przebywać w kuchni, która była przestronnym pomieszczeniem, mieszczącym oprócz wyposażenia kuchennego okrągły stół do spożywania posiłków, a nawet niewielką kanapę do zrelaksowania się. Tak się złożyło, że Stefan był terapeutą od uzależnień i pracował w poradni dla młodzieży. Miał również swoje dawne doświadczenia z narkotykami, dlatego rozumiał problemy tych młodych, uzależnionych ludzi, nad którymi sprawował opiekę. Nic nie mówił żonie Pauli, że w jego ocenie Irena nie wygląda, ani nie zachowuje się jak narkomanka. Spokojnie czekał na wspólny czas przy obiedzie, kiedy będzie mógł rozmawiać bezpośrednio z Ireną. Ale ona podziękowała i stwierdziła, że nie jest jeszcze głodna:

- Ten pyszny rosół tak mnie zasycił, że pewnie zjem dopiero kolację. 

Próbowali zachęcać ją oboje, ale ona zdecydowanie odmawiała. Zrozumieli, że chce już ich opuścić i wrócić do siebie. Paula powiedziała: - Moja droga, jest nam naprawdę przykro i będziemy martwić się o ciebie, bo nie wiemy, czy już całe twoje złe samopoczucie minęło. Wiesz, bardzo cię polubiłam, a przecież Stefan też chciałby cię bliżej poznać, bo dotąd nie bardzo miał czas na przebywanie z nami. On na dzisiejszy obiad przygotował coś specjalnego i to na pewno na twoją cześć. –

- Skoro tak nalegacie, byłoby niegrzecznie z mojej strony upierać się. Jestem zawstydzona, że narobiłam wam kłopotu, a jeszcze dodatkowo nie bardzo wiem, jak mogę się wam odwdzięczyć. –

- No, właśnie twoje towarzystwo będzie dla nas wystarczającym podziękowaniem – z uśmiechem odpowiedział Stefan. I dodał: - nakryłem w kuchni, bo dla nas obojga to takie przyjazne miejsce z okrągłym stołem i wygodnymi siedzeniami. Myślę, że tobie też się spodoba. –

- Bardzo chętnie, moja babcia mówiła, że w kuchni jest najprzytulniej. –

Gdy przeszli z pokoju i usiedli przy stole, Irena była zachwycona wystrojem wnętrza i nawet powiedziała, że czuje się tutaj zupełnie jak w salonie. Zaintrygował ją napis oprawiony w ramki i zawieszony na wprost wejścia:


 MIŁOŚĆ, RADOŚĆ, WOLNOŚĆ, PIĘKNO, ZDROWIE,

*ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * 

 „JEŻELI WIĘC SYN (BOŻY) WAS WYZWOLI

WÓWCZAS BĘDZIECIE RZECZYWIŚCIE WOLNI. „J 8,36.

 

- Nie dziwię się, Stefanie, że lubisz tu przebywać. I takie piękne przesłanie – wskazała ręką na napis. Ciekawa jestem, kto je zredagował i tak pięknie oprawił? –

Odpowiedziała jej Paula: - Jak to kto? Mój ukochany mąż. Przesłanie bardzo mu pomaga, nie ukrywam, że mnie także. –  On jej przerwał : - Zabierzmy się już do obiadu, bardzo się starałem, aby wam dogodzić. Przyrządziłem ulubioną potrawę Pauli, mam nadzieję, że tobie też zasmakuje. –

Rzeczywiście, wszystko było pyszne i Irena, chwaląc, poprosiła nawet o dokładkę.

Już przy kawie i deserze Stefan zapytał: - Czy chciałabyś się dowiedzieć, Irenko, skąd wziął się ten obrazek z napisem? Jest to zwieńczenie mrocznej historii sporego kawałka mojego życia. Zauważ, że obok niego powiesiłem krzyż. Razem odczytane przedstawiają mój powrót z ciemności do światła. Dlatego pewnie lubię tu przebywać, patrzeć na nie często, aby nie zapomnieć. –

- Nie będę cię wypytywała o szczegóły, bo to na pewno intymne wspomnienia – powiedziała Irena.

- Nie obawiaj się, o tej części mojej historii opowiadam często moim podopiecznym. To biedne dzieciaki, przeważnie z patologicznych rodzin, niektóre wpadły w nałóg naśladując rodziców, niektóre były poniżane i nigdy nie zaznały ich  miłości, a niektóre, po prostu zapragnęły być jak ich starsi kumple i brały, aby im dorównać. To jest wielka plaga naszych czasów – brak celu i sensu życia. Nie umiemy kochać, bo jesteśmy ofiarami ofiar, z pokolenia na pokolenie. Ale dosyć narzekania. Wielu z nich wychodzi z tego, uczy się szacunku i miłości do siebie. Dopiero potem może nauczyć się kochać innych. To są naprawdę mądre dzieciaki. Kiedy już załapią, o co naprawdę chodzi w życiu, nadrabiają zaległości i często kończą nawet dobre studia. -  

 - Czyli pracujesz jako terapeuta uzależnień? To wspaniałe zajęcie, na pewno dające dużo satysfakcji. –

- Satysfakcji? O czym ty mówisz? To codzienna walka o zmianę ich sposobu myślenia, szczególnie o sobie samych, to ciągła uważność na ich odbiór tego, co im proponuję. Mam ich dwudziestu i każdy jest inny, każdy z nich ma swoją historię do przerobienia. Zapraszam cię, przyjdź kiedyś na miting otwarty, przychodzą wtedy ich rodzice, jeżeli są w stanie, a także zaproszeni przez nich goście. –

- Wiesz, chyba nie skorzystam z twojego zaproszenia, tyle ludzkich traum na raz, to może mnie załamać. Ale miałeś coś powiedzieć o sobie. –

- Może kiedyś opowiem ci więcej szczegółów. Dziś jakoś już straciłem ochotę na osobiste zwierzenia. Powiem tylko, że trafiłem do Ośrodka, w którym teraz pracuję, jako młody pacjent potrzebujący pomocy. Miałem za sobą wtedy już dwie próby samobójcze. Cóż można tu więcej dodać. Jeśli ktoś nie przeżył tego sam bardzo trudno jest mu zrozumieć narkomana. Wiele zawdzięczam dyrektorowi Ośrodka, był nim ksiądz, salezjanin, który naprawdę kochał ludzi, szczególnie tych połamanych przez życie. On pokazał mi na Kim zawsze mogę się oprzeć i Kogo prosić o pomoc w potrzebie. Nawróciłem się, zakończyłem terapię, dostałem od księdza Jana krzyż, który tutaj wisi wraz z propozycją pracy w Ośrodku po ukończeniu studiów. Ksiądz Jan już nie żyje, ale jestem pewien, że trafił do nieba i dostaje tam zasłużoną nagrodę przebywania z Najwyższym. A ten oprawiony napis dostałem niedawno od moich chłopców. I tutaj masz rację, ten prezent daje mi faktycznie satysfakcję. Ale dosyć drogie panie, nie będę was już zanudzał. A ty, Irenko, gdybyś miała jakieś problemy, zawsze możesz podzielić się tym ze mną. Wyganiam was już z kuchni – zaśmiał się Stefan – bo będę zmywał. - 

- Powiedz mi jeszcze tylko, skąd wziął się w pokoju, w którym się obudziłam zapach marihuany ? - zapytała Irena.

- On po prostu zapisał się w twoim nosie, w twoim mózgu i myślę, że twoje ubranie również było nim przesiąknięte. Radzę ci z całego serca, nie zadawaj się z ludźmi, którzy proponują ci chwilowe odprężenie. Wyobraź sobie wtedy siebie leżącą pod murem i nieprzytomną i przeproś siebie w myślach, że pozwoliłaś się tak się poniżyć. - 

- Dziękuję ci, Stefanie, to była dla mnie ważna lekcja. -

    *************************************************

środa, 16 września 2026




 

                   „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać…”

 

      Układała się już do snu, gdy przypomniała sobie, że jutro ma spotkanie ze swoim prawnikiem. Zdenerwowała się, bo nie przygotowała dla niego dokumentów, o które ją prosił. Zaczęła się zastanawiać, czy nie przełożyć jutrzejszego spotkania, bo inaczej musiałaby teraz zacząć ich szukać. Zabrałoby jej to co najmniej dwie godziny, a przypuszczalnie później miałaby kłopoty z zaśnięciem. Otuliła się kołdrą i włączyła cichutko relaksacyjną muzykę, przy której zwykle zasypiała. Ale sen nie chciał nadejść. Zaczęły kłębić się w jej głowie wspomnienia różnych scen z przeszłości. Niektóre były przyjemne, ale niektóre stresujące. Odganiała je, ale powracały i męczyły.

 

    Decyzję o wznowieniu sprawy spadkowej po jej adopcyjnych rodzicach podjęła już dość dawno, ale ciągle coś jej przeszkadzało, aby umówić się z prawnikiem. Prawdę mówiąc, to bała się spotkania na rozprawie swojego przybranego brata Janka. Znała go dobrze z jego kłamstw i oszustw. Była święcie przekonana, że testament został przez niego sfałszowany. Nienawidziła Janka, był dla niej przykładem perfidnego łobuza wykorzystującego dobroć i miłość rodziców. Był hołubiony i na wszystko mu pozwalano. A mimo to był zazdrosny o ich miłość do niej. Na każdym kroku ją przedrzeźniał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, nazywał ją Kryśka-Fiśka. Nie skarżyła się rodzicom, bo sądziła, że i tak nie uwierzą. Dopiero, gdy którejś nocy zakradł się do jej łóżka i próbował zgwałcić, powiedziała o tym matce. Była zaskoczona jej reakcją. Matka powiedziała, że z nim porozmawia, ale nie okazywała oburzenia, czy współczucia dla niej. Tak, jakby cała ta sprawa zbytnio jej nie obeszła. A przecież ona miała wtedy szesnaście lat, a on był dwa lata starszy. Dopiero po kilku latach dowiedziała się, że rozmowa matki z Jankiem była stanowcza, a sankcje bardzo dotkliwe. Po roku Janek wyprowadził się z domu, podał adres rodzicom, ale oni mało go odwiedzali.

    W mieście, gdzie mieszkali było wiele uczelni, wybrała Uniwersytet i obroniła dyplom na Wydziale Ekonomicznym. Bardzo szybko dostała dobrze płatną pracę i wynajęła mieszkanie.

    Gdy jej adopcyjni rodzice zaczęli niedomagać, nie tylko z racji wieku, ale też wielu chorób, być może długo nieleczonych, Janek zaciągnął się do wojska i wysłano go na misje ONZ do Afganistanu. Nikt nie rozumiał tej decyzji, a jego wyjazd jeszcze bardziej pogłębił złe samopoczucie, szczególnie matki, oboje zresztą stracili chęć życia. Opiekowała się nimi najlepiej jak potrafiła. Niestety, choroby postępowały i w końcu  zdecydowali, że chcą zostać oddani do domu opieki. Ona nie miała, oczywiście, adresu Janka przebywającego w Afganistanie, ale napisała list i wysłała do dowództwa w Polsce. Prosiła w liście, żeby wziął urlop i pomógł jej znaleźć odpowiednią opiekę dla rodziców. Ale nie dostała odpowiedzi.

      Jakoś z trudem udało jej się znaleźć dwa miejsca w tym samym domu opieki, aby staruszkowie mogli nawzajem się wspierać. Ale coś się w nich odmieniło. Tak, jak kiedyś byli dla niej bardzo serdeczni, tak teraz odczuwała chłód, a nawet niechęć. Domyślała się, że obciążali ją winą za decyzję Janka, ale nie rozmawiali o tym. Ojciec poprosił ją tylko, żeby przeprowadziła się z powrotem do ich domu. Ten właśnie fakt utwierdził ją w przekonaniu, że nie mogła zostać pominięta w ich testamencie.

      Pierwszy odszedł ojciec, a kilka miesięcy później matka. Wysyłała do Janka wiadomość o ich śmierci, jednak listy pozostały bez odpowiedzi. Również na telegramy z domu opieki nie zareagował. Otwarcie testamentu odbyło się także bez jego obecności. Gdy notariusz w obecności dyrekcji domu opieki odczytał go była niemile zaskoczona, gdyż cała ich nieruchomość, dom z ogrodem i działka nad jeziorem, zostały zapisane Jankowi, a jej pozostawiono skromny zachowek i biżuterię po matce. Wiedziała, że dom jest dość stary, że wymaga kapitalnego remontu, ale czuła sentyment do tego miejsca. Bardzo chciała wyremontować go i zamieszkać w nim na stałe.

    Prawnik wyraził zgodę na przełożenie terminu spotkania. Zdążyła zatem odnaleźć dokumenty dotyczące własności rodziców, jak też orzeczenie sądu o jej adopcji. Mecenas przyjął dokumenty i obiecał, że dość szybko sformułuję wniosek do sądu. Pod koniec rozmowy powiedział:

- Pani Krystyno. Zabawiłem się w detektywa i odnalazłem pani przyrodniego brata. Radziłbym pani odwiedzić go zanim złożymy wniosek do sądu – i podał jej zapisany na kartce adres, pod którym przebywał Janek.

Podziękowała i schowała do torebki. Na odchodnym zapytała: - To kiedy się znowu spotkamy? –

- Jak tylko wróci pani od brata. Proszę do mnie zadzwonić, że jest pani gotowa. –

Kartkę z adresem wyjęła dopiero w domu. Miejsce pobytu Janka wprawiło ją w osłupienie. Przeczytała na głos, jakby nie dowierzała: - Ośrodek Rehabilitacyjny dla Inwalidów Wojennych. –

Podany był również numer kontaktowy, więc od razu wystukała numer, chciała się upewnić, że to nie pomyłka. Sympatyczny męski głos odpowiedział jej, że nie podają informacji przez telefon, trzeba przyjechać osobiście. Była zdenerwowana i odpowiedziała coś niezbyt grzecznie.

Wzięła kilka dni bezpłatnego urlopu, bo przysługujący jej już wcześniej wykorzystała i ruszyła w podróż. Przy bramie ośrodka stali dwaj wartownicy i długo musiała im tłumaczyć, dlaczego nie dostała zaproszenia do odwiedzin od brata, tylko wybrała się na własną rękę. W końcu wydano jej przepustkę i otwarto bramę. Jeden z wartowników podał jej numer bloku i pokoju, w którym przebywał Janek. Była bardzo podekscytowana i zastanawiała się, jak ma go przywitać.  Wcześniej chciała uniknąć  spotkania Janka w sądzie, a teraz stoi przed drzwiami jego pokoju nie wiedząc w jakim on jest stanie. Zapukała, ale nikt się nie odezwał, zapukała drugi raz i gdy dalej nie usłyszała zaproszenia nacisnęła klamkę i cicho uchyliła drzwi. Janek siedział w fotelu i coś czytał. Był do połowy okryty kocem, a przy fotelu stał wózek inwalidzki. Nie patrząc na nią odezwał się:

- Dziękuję pani Agnieszko. Proszę postawić na stole. Zjem później. –

Dopiero po chwili zorientował się, że to nie obsługa i obejrzał w kierunku drzwi.

- Hej. I kogo my tu mamy – moja ukochana siostrzyczka mnie odnalazła. Witam cię, rozgość się, proszę. I co cię do mnie sprowadza? Pewnie jakieś interesy, bo przecież chyba nie siostrzana miłość? –

Nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć, bo przecież miał rację, przyjechała załatwić sprawę spadku.

- Przepraszam, że nie szukałam cię wcześniej. Pisałam do ciebie, ale nie dawałeś znaku życia. W końcu za sprawą nieomal detektywa odnalazłam cię. Nie wiedziałam, że byłeś ranny. Ukrywałeś się przede mną, a wcześniej też przed rodzicami. Nie raczyłeś być nawet na ich pogrzebach. –

- No, to gorzko powiedziane. Kiedy oni umierali, ja również byłem na krawędzi życia. Kiedy nas zbierali spod gazika, który wjechał na minę, w meldunku podali, że jestem martwy. Dopiero, gdy dotarliśmy do szpitala polowego lekarz stwierdził, że tli się jeszcze we mnie życie. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, ale skoro zadałaś sobie tyle trudu i tu przyjechałaś… -

- Przepraszam cię Janku. Jak łatwo jest niesłusznie kogoś oskarżyć. Czy możesz mi wybaczyć? Może miałam do ciebie kiedyś dużo złości, ale to już przeszłość. Bardzo chciałabym, abyśmy byli dla siebie siostrą i bratem. Wiesz, że nie mam teraz nikogo bliskiego po śmierci rodziców. –

- No, ja też nie byłem ci dłużny. Tylko ty chowałaś swoje emocje, a ja wyżywałem się na tobie. Myślę, że byłem zazdrosny o miłość rodziców, o to, że traktowali cię jak swoją rodzoną córkę. Ja też mam za co przepraszać. Ale nie chcę twojej siostrzanej bliskości, twojego współczucia, czy litości. Mam tutaj dobre warunki, dbają o nas, inwalidów, aż z przesadą. Zapewniają nie tylko mieszkanie i wyżywienie, ale mamy wiele atrakcyjnych rozrywek, jak kino, czy teatr,  spotykamy się z ciekawymi ludźmi, mam tutaj przyjaciół. –

- Janku, a czy pozwolisz mi mieszkać w domu rodziców? Odremontowała bym go i zadbała o ogród. A ty zawsze będziesz mógł tam wrócić, czy przyjechać na pewien czas. Zaopiekowała bym się tobą lub zapewniła pomoc kompetentnej osoby. Jeżeli już zakopaliśmy topór wojenny, może spróbujmy myśleć o sobie nawzajem z życzliwością. Co ty na to? –

Janek zaczął się głośno śmiać:

- To już teraz wiem, czemu mnie odwiedziłaś. Chciałaś załatwić sobie wygodne lokum z ogródkiem. A mieszkaj sobie i daj mi święty spokój. –

Krystynę zamurowało i dłuższą chwilę milczała. Nie mogła zaprzeczyć, co było celem jej podróży, ale w sytuacji kalectwa Janka sprawa spadku przedstawiała się w zupełnie innej perspektywie.

- Tak, Janku. Nie mogę zaprzeczyć, że głównym problemem, o którym chciałam z tobą rozmawiać to była sprawa spadku po rodzicach. Nie chciało mi się wierzyć, że wszystkie nieruchomości zapisali tobie, a ja dostanę jakieś ochłapy. –

- Ochłapy? Pewnie nie wiesz, że cała biżuteria mamy, którą miała od swoich babek i prababek, jest warta dwa razy więcej niż ten stary dom i działka nad jeziorem. To ja mogę czuć się pokrzywdzony. –

- Przepraszam cię Janku, ale niedługo mam pociąg i muszę jeszcze coś zjeść, bo jestem bardzo głodna. –

- Możesz zjeść mój obiad, stoi na stole. Ja zupełnie nie mam apetytu. Bardzo proszę – odpowiedział Janek. Karmią nas bardzo smacznie i do sytości. Gdybym wszystko zjadał ważyłbym już pewnie ze sto kilogramów. A jak widzisz, mało się ruszam – uśmiechnął się.

- Naprawdę mogę zjeść twój obiad? Dzięki. Nic nie jadłam od wczorajszej kolacji. Denerwowałam się, że nie będziesz chciał  widzieć się ze mną – powiedziała cichym głosem. –

Janek zaczął próbować przemieścić się na wózek, ale szło mu to niezbyt zgrabnie. Krysia podbiegła, uniosła go i pomogła usiąść w wózku. Odkrył się przy tej czynności koc i zobaczyła, że jedna jego noga jest amputowana poniżej kolana. Wzruszyła się, ale nie dała tego po sobie poznać, aby go nie speszyć. On w tym momencie zaczął się śmiać:

- Jak myślisz, odrośnie mi, czy nie odrośnie? Nie bądź skrępowana, ja już jestem pogodzony i nawet wierzę, że stanę na nogi. Zobacz, tam stoi proteza. –

Rzeczywiście, pod ścianą, w specjalnym stojaku, stała  błyszcząca nowością brakująca część nogi.

- Już możesz ją zakładać? – spytała.

- No, właśnie się tego uczę. Jeszcze moja blizna jest zbyt świeża, ale z czasem, podobno będę nawet mógł biegać – znowu z uśmiechem odpowiedział Janek i mówił dalej:

-  Chodzę na długie rozmowy z psychologiem i bardzo mi to pomaga. Staję się pomału innym człowiekiem. Na ciebie też już inaczej patrzę. Może się jeszcze kiedyś spotkamy, to opowiem ci, dlaczego tak cię dręczyłem. Ale do takich wyznań muszę się przygotować na zajęciach terapeutycznych, bo znowu mogę coś schrzanić. O której masz pociąg? Chętnie cię odprowadzę, ale niezbyt daleko, bo nie jestem jeszcze wprawiony w poruszaniu się na wózku. Krysiu, przyjedziesz jeszcze do mnie? –

- Tak, tak, oczywiście, przyjadę. Będę miała trochę wolnego za nadgodziny to wpadnę do ciebie. Czy pozwolisz, że cię przytulę, Janku? –

- Z przyjemnością moja siostrzyczko. Z przyjemnością. –

    Miała jeszcze trochę czasu do odjazdu, ale zrozumiała, że Janek był zmęczony i pewnie chciał odpocząć. Nie miała ochoty chodzić po nieznanym mieście, a tym bardziej przesiadywać w poczekalni dworca. Przypomniała sobie, że ktoś kiedyś opowiadał jej o pięknym, barokowym kościele położonym w pobliżu budynku Dworca Głównego. Zapytała pierwszą napotkaną osobę i wskazała jej kierunek, w który ma się udać. Rzeczywiście, kościół był przepiękny. Bogato rzeźbione filary i stele były pokryte złoceniami, które we wpadającym przez wysmukłe okna słońcu błyszczały, a nawet oślepiały wzrok. Była zdziwiona, że w kościele jest tak wielu ludzi siedzących w ławkach i jakby na coś oczekujących. A przecież nie była to pora na odprawianie Mszy. Po kilkuminutowym oczekiwaniu głośnym dźwiękiem zabrzmiały organy i poznała, że organista wykonuje jeden z koncertów brandenburskich Bacha. Ucieszyła się bardzo, bo dawno nie była na żadnym koncercie. Znane jej dźwięki wybrzmiewały i odbijały się od sklepienia kościoła. Siedziała i słuchała, jak zaczarowana. Niedaleko niej zapaliło się boczne światełko, skręciła głowę i zobaczyła, że światło pada z konfesjonału. Pomyślała:

- A może skorzystać z takiej okazji i się wyspowiadać? –

Sprawdziła ile ma jeszcze czasu do odjazdu pociągu i stanowczym krokiem podeszła do kratek konfesjonału. Spowiadał starszy, zupełnie siwy ksiądz o łagodnym, miłym dla ucha głosie. Brzmiały jeszcze dźwięki organów i nie była pewna, czy ksiądz dobrze słyszy co do niego mówi. Nawet zapytała go o to. A on swoim miłym głosem odpowiedział:

- Dziecko, ja mogę nie słyszeć, ale Jezus na pewno cię słyszy. Mów tak, jakbyś mówiła do Niego. –

Po tych słowach rozpłakała się i zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie, tak trudnym szczególnie dla małego dziecka, o nowej rodzinie, która przyjęła ją całym sercem i w końcu o jej złości i nienawiści do brata, który ją prześladował. Wypowiedziała wszystkie swoje bóle i czekała na pouczenie księdza. A on powiedział:

- Niedaleko jesteś dziecko od Królestwa Bożego, w Imię Pana Jezusa i mocą Kościoła ja odpuszczam tobie wszystkie grzechy. Żyj teraz jak dziecko Boże. „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą.” A za pokutę czytaj sobie często Księgę Izajasza. Pan z tobą. –

Po odejściu od konfesjonału czuła się jakby wyszła z kąpieli, nawet trwający nadal koncert wydawał się jej jakiś bardziej uroczysty, jakby organista grał tylko dla niej.

Sprawdziła czas i wybiegła z kościoła obawiając się, że nie zdąży na pociąg. Weszła na peron minutę przed odjazdem, zdyszana, ale szczęśliwa.

    Minęły dwa miesiące od wizyty u Janka. Kontaktowali się telefonicznie i przekazywali sobie informacje. Janek opowiadał o postępach w ćwiczeniach z protezą, a Krysia informowała go o tym, co już wyremontowała w domu i zasadziła nowego w ogrodzie. Mimo tych kontaktów byli jeszcze oboje skrępowani i brak było pełnej szczerości i radości w ich rozmowach. Na jego zaproszenie do powtórnego odwiedzenia go odpowiedziała pozytywnie, ale nie wyczuwało się w jej głosie radości. Odpowiedziała grzecznie:

- Postaram się, Janku, odwiedzić cię w przyszłym tygodniu, ale długo nie zabawię. Mam mnóstwo zajęć w pracy i w domu. Moje wolne za nadgodziny już wykorzystałam na pilnowanie fachowców remontujących dom. Dam ci znać kiedy się pojawię. –

    Powitanie było bardziej serdeczne niż rozmowy przez telefon. Janek jakoś przemieścił się na wózku na dworzec, aby powitać ją na peronie. Od razu zaproponował, aby skierowali się na drugą stronę ulicy przydworcowej i wspólnie coś przekąsili. Knajpka była przytulna, a gości w niej niewielu, mogli więc spokojnie rozmawiać. Pierwszy zaczął Janek:

- Bardzo się cieszę z tego spotkania Krysiu. Chciałbym opowiedzieć ci o naszym wspólnym dzieciństwie z mojej perspektywy - jedynaka, który był rozpieszczany i hołubiony aż z przesadą. –

Krysia łagodnie zaprotestowała:

- Myślę, że nie jest to dobry pomysł na miłe spędzenie wspólnego czasu. Ale jeżeli masz takie życzenie, to postaram się spokojnie cię wysłuchać. –

- Dzięki. Miałem sporo czasu na przemyślenia i próbę oceny mojego zachowania wobec ciebie. Na pewno główną przeszkodą w naszych kontaktach była moja zazdrość o zabranie przez ciebie sporej części zainteresowania i miłości rodziców. Ale to był jeden z powodów. W miarę, jak obserwowałem twoje zachowanie: grzeczność, cichość i cierpliwość poczułem, że jesteś dużo lepsza ode mnie. Dlatego tak często dokuczałem ci, żeby cię po prostu złamać i doprowadzić do złości. Byłem już nastolatkiem, kiedy odkryłem, że jesteś bardzo ładna i zgrabna. Wtedy nagle poczułem, że się w tobie zakochałem na zabój. Nie była to miłość braterska, ale namiętne uczucie, które oczywiście ukrywałem. A przez dokuczanie ci chciałem zwrócić na siebie twoją uwagę. To taki młodzieńczy, a nawet dziecinny sposób zachowania. Ten przypadek, który uznałaś za próbę zniewolenia ciebie, miał w sobie jedynie potrzebę przytulenia cię i powiedzenia, co do ciebie czuję. Może nie byłem zbyt delikatny i mogłaś to odebrać jako próbę gwałtu. Nie będę ci powtarzał, co do mnie później powiedziała mama. Ona też nie zrozumiała mojego zachowania i nie chciała słuchać o moim uczuciu do ciebie. Kazała mi się natychmiast wyprowadzić z domu. Reszty się domyślasz, byłem zrozpaczony, odczuwałem podwójne odrzucenie i przez ciebie, i przez nią. Jedynym wyjściem dla mnie było po prostu zniknięcie. No i dlatego pojechałem narażać życie do Afganistanu. Resztę opowieści już słyszałaś. Teraz odpokutowuję, a to, że się pojawiłaś przyniosło mi światełko nadziei, że mi wybaczysz. –

      Krysia słuchała ze spuszczoną głową opowieści Janka i rozmyślała, co ma mu odpowiedzieć. Nigdy nie patrzyła na niego, jak na zwykłego chłopaka. Starała się pokochać go jak swojego prawdziwego brata, ale z powodu przykrości, które jej sprawiał nie potrafiła i szczerze go nie lubiła. Czy ma mu to teraz powiedzieć? To może go załamać – pomyślała.

- Janku, mamy dzisiaj godzinę szczerości, przyznam, że nie przepadałam za tobą i twoim towarzystwem. Ale przecież po tych kilku latach jesteśmy innymi ludźmi, dorośliśmy i sądzę, że patrzymy na siebie z serdecznością. Oboje zostaliśmy bez rodziny, samotni i pewnie trochę zgorzkniali. Ja nie mam szczęścia do podrywania porządnych facetów. Z tymi, z którymi byłam blisko, nie chciałabym spędzić całego życia. Byli trochę z innego świata, lubili życie łatwe i przyjemne, a gdy coś im nie pasowało, pojawiały się jakieś problemy, po prostu „zwijali żagle” i odchodzili w siną dal. Nauczyłam się żyć jako singielka i dobrze mi z tym. Trudno byłoby mi teraz dostosowywać swoje przyzwyczajenia i zmieniać je dla drugiej osoby. –

- Doskonale cię rozumiem. Jestem bardzo zagubiony i to nie tylko z powodu mojego kalectwa, ale nie wiem, czy potrafiłbym żyć z drugą osobą. Czy znowu nie poplątał bym w moim zagubieniu jej losu, no i swojego. Teraz żyję z dnia na dzień, w ustalonym harmonogramie, w otoczeniu ciągle tych samych osób. Wszyscy są dla mnie życzliwi, ale brakuje mi prawdziwej bliskości. Ale dosyć narzekania. Chcę już zamknąć ten niezbyt chlubny etap młodzieńczych głupot i złych wyborów. Mam dobrego terapeutę, z którym pracuję nad pozytywnym postrzeganiem siebie i tego, co ten świat może mi jeszcze zaoferować. Byłbym szczęśliwy, gdybyś zechciała pomóc mi w tym. –

- A w jaki sposób mogłabym ci pomóc? Jak ci mówiłam sama jestem nieco zagubiona i nie raz myślę, jak będę sobie radzić w starszym wieku. Czy czeka mnie dom opieki? Przebywanie, może i latami, wśród obcych mi ludzi? Sam to przeżywasz, więc wiesz o czym mówię. –

- Też czasem o tym myślę. Ale znów smucimy. Już lepiej porozmawiajmy o pogodzie lub o ulubionych potrawach. -

Janek uśmiechnął się i wziął do ręki kartę dań.  

     Od tej rozmowy minęły trzy lata. Świat obojga bohaterów opowiadania bardzo się zmienił. Mieszkali wspólnie, jak brat z siostrą, w odnowionym domu rodziców. Podjęli się wychowania dwóch małych chłopców z Domu Dziecka. Krysia prawnie była rodziną zastępczą dla Adasia, a Janek dla jego rówieśnika Dawidka. Obaj chłopcy znali się wcześniej, bo przebywali w tym samym Domu, co znacznie ułatwiało organizowanie wspólnych zabaw. Obaj chłopcy mówili do swoich opiekunów ciociu i wujku, więc później, w dorosłym życiu nie czuli się oszukani, że obce osoby zastępowały im rodziców. W jadalni, na widocznym miejscu wisiały dwa obrazki namalowane przez chłopców, i na jednym i na drugim były dość podobne „portrety” Krysi i Janka z napisami:

„Bardzo Was kochamy !!!”

 

 

 

 

 

 

 






 

              „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać…”

 

      Układała się już do snu, gdy przypomniała sobie, że jutro ma spotkanie ze swoim prawnikiem. Zdenerwowała się, bo nie przygotowała dla niego dokumentów, o które ją prosił. Zaczęła się zastanawiać, czy nie przełożyć jutrzejszego spotkania, bo inaczej musiałaby teraz zacząć ich szukać. Zabrałoby jej to co najmniej dwie godziny, a przypuszczalnie później miałaby kłopoty z zaśnięciem. Otuliła się kołdrą i włączyła cichutko relaksacyjną muzykę, przy której zwykle zasypiała. Ale sen nie chciał nadejść. Zaczęły kłębić się w jej głowie wspomnienia różnych scen z przeszłości. Niektóre były przyjemne, ale niektóre stresujące. Odganiała je, ale powracały i męczyły. 

    Decyzję o wznowieniu sprawy spadkowej po jej adopcyjnych rodzicach podjęła już dość dawno, ale ciągle coś jej przeszkadzało, aby umówić się z prawnikiem. Prawdę mówiąc, to bała się spotkania na rozprawie swojego przybranego brata Janka. Znała go dobrze z jego kłamstw i oszustw. Była święcie przekonana, że testament został przez niego sfałszowany. Nienawidziła Janka, był dla niej przykładem perfidnego łobuza wykorzystującego dobroć i miłość rodziców. Był hołubiony i na wszystko mu pozwalano. A mimo to był zazdrosny o ich miłość do niej. Na każdym kroku ją przedrzeźniał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, nazywał ją Kryśka-Fiśka. Nie skarżyła się rodzicom, bo sądziła, że i tak nie uwierzą. Dopiero, gdy którejś nocy zakradł się do jej łóżka i próbował zgwałcić, powiedziała o tym matce. Była zaskoczona jej reakcją. Matka powiedziała, że z nim porozmawia, ale nie okazywała oburzenia, czy współczucia dla niej. Tak, jakby cała ta sprawa zbytnio jej nie obeszła. A przecież ona miała wtedy szesnaście lat, a on był dwa lata starszy. Dopiero po kilku latach dowiedziała się, że rozmowa matki z Jankiem była stanowcza, a sankcje bardzo dotkliwe. Po roku Janek wyprowadził się z domu, podał adres rodzicom, ale oni mało go odwiedzali.

    W mieście, gdzie mieszkali było wiele uczelni, wybrała Uniwersytet i obroniła dyplom na Wydziale Ekonomicznym. Bardzo szybko dostała dobrze płatną pracę i wynajęła mieszkanie.

    Gdy jej adopcyjni rodzice zaczęli niedomagać, nie tylko z racji wieku, ale też wielu chorób, być może długo nieleczonych, Janek, nagle zaciągnął się do wojska i wysłano go na misje ONZ do Afganistanu. Nikt nie rozumiał tej decyzji, a jego wyjazd jeszcze bardziej pogłębił złe samopoczucie, szczególnie matki, oboje zresztą stracili chęć życia. Opiekowała się nimi najlepiej jak potrafiła. Niestety, choroby postępowały i w końcu  zdecydowali, że chcą zostać oddani do domu opieki. Ona nie miała, oczywiście, adresu Janka przebywającego w Afganistanie, ale napisała list i wysłała do dowództwa w Polsce. Prosiła w liście, żeby wziął urlop i pomógł jej znaleźć odpowiednią opiekę dla rodziców. Ale nie dostała odpowiedzi.

      Jakoś z trudem udało jej się znaleźć dwa miejsca w tym samym domu opieki, aby staruszkowie mogli nawzajem się wspierać. Ale coś się w nich odmieniło. Tak, jak kiedyś byli dla niej bardzo serdeczni, tak teraz odczuwała chłód, a nawet niechęć. Domyślała się, że obciążali ją winą za decyzję Janka, ale nie rozmawiali o tym. Ojciec poprosił ją tylko, żeby przeprowadziła się z powrotem do ich domu. Ten właśnie fakt utwierdził ją w przekonaniu, że nie mogła zostać pominięta w ich testamencie.

      Pierwszy odszedł ojciec, a kilka miesięcy później matka. Wysyłała do Janka wiadomość o ich śmierci, jednak listy pozostały bez odpowiedzi. Również na telegramy z domu opieki nie zareagował. Otwarcie testamentu odbyło się także bez jego obecności. Gdy notariusz w obecności dyrekcji domu opieki odczytał go była niemile zaskoczona, gdyż cała ich nieruchomość, dom z ogrodem i działka nad jeziorem, zostały zapisane Jankowi, a jej pozostawiono skromny zachowek i biżuterię po matce. Wiedziała, że dom jest dość stary, że wymaga kapitalnego remontu, ale czuła sentyment do tego miejsca. Bardzo chciała wyremontować go i zamieszkać w nim na stałe.

    Prawnik wyraził zgodę na przełożenie terminu spotkania. Zdążyła zatem odnaleźć dokumenty dotyczące własności rodziców, jak też orzeczenie sądu o jej adopcji. Mecenas przyjął dokumenty i obiecał, że dość szybko sformułuję wniosek do sądu. Pod koniec rozmowy powiedział:

- Pani Krystyno. Zabawiłem się w detektywa i odnalazłem pani przyrodniego brata. Radziłbym pani odwiedzić go zanim złożymy wniosek do sądu – i podał jej zapisany na kartce adres, pod którym przebywał Janek.

Podziękowała i schowała do torebki. Na odchodnym zapytała: - To kiedy się znowu spotkamy? –

- Jak tylko wróci pani od brata. Proszę do mnie zadzwonić, że jest pani gotowa. –

Kartkę z adresem wyjęła dopiero w domu. Miejsce pobytu Janka wprawiło ją w osłupienie. Przeczytała na głos, jakby nie dowierzała: - Ośrodek Rehabilitacyjny dla Inwalidów Wojennych. –

Podany był również numer kontaktowy, więc od razu wystukała numer, chciała się upewnić, że to nie pomyłka. Sympatyczny męski głos odpowiedział jej, że nie podają informacji przez telefon, trzeba przyjechać osobiście. Była zdenerwowana i odpowiedziała coś niezbyt grzecznie.

Wzięła kilka dni bezpłatnego urlopu, bo przysługujący jej już wcześniej wykorzystała i ruszyła w podróż. Przy bramie ośrodka stali dwaj wartownicy i długo musiała im tłumaczyć, dlaczego nie dostała zaproszenia do odwiedzin od brata, tylko wybrała się na własną rękę. W końcu wydano jej przepustkę i otwarto bramę. Jeden z wartowników podał jej numer bloku i pokoju, w którym przebywał Janek. Była bardzo podekscytowana i zastanawiała się, jak ma go przywitać.  Wcześniej chciała uniknąć  spotkania Janka w sądzie, a teraz stoi przed drzwiami jego pokoju nie wiedząc w jakim on jest stanie. Zapukała, ale nikt się nie odezwał, zapukała drugi raz i gdy dalej nie usłyszała zaproszenia nacisnęła klamkę i cicho uchyliła drzwi. Janek siedział w fotelu i coś czytał. Był do połowy okryty kocem, a przy fotelu stał wózek inwalidzki. Nie patrząc na nią odezwał się:

- Dziękuję pani Agnieszko. Proszę postawić na stole. Zjem później. –

Dopiero po chwili zorientował się, że to nie obsługa i obejrzał w kierunku drzwi.

- Hej. I kogo my tu mamy – moja ukochana siostrzyczka mnie odnalazła. Witam cię, rozgość się, proszę. I co cię do mnie sprowadza? Pewnie jakieś interesy, bo przecież nie siostrzana miłość? –

Nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć, bo przecież miał rację, przyjechała załatwić sprawę spadku.

- Przepraszam, że nie szukałam cię wcześniej. Pisałam do ciebie, ale nie dawałeś znaku życia. W końcu za sprawą nieomal detektywa odnalazłam cię. Nie wiedziałam, że byłeś ranny. Ukrywałeś się przede mną, a wcześniej też przed rodzicami. Nie raczyłeś być nawet na ich pogrzebach. –

- No, to gorzko powiedziane. Kiedy oni umierali, ja również byłem na krawędzi życia. Kiedy nas zbierali spod gazika, który wjechał na minę, w meldunku podali, że jestem martwy. Dopiero, gdy dotarliśmy do szpitala polowego lekarz stwierdził, że tli się jeszcze we mnie życie. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, ale skoro zadałaś sobie tyle trudu i tu przyjechałaś… -

- Przepraszam cię Janku. Jak łatwo jest niesłusznie kogoś oskarżyć. Czy możesz mi wybaczyć? Może miałam do ciebie kiedyś dużo złości, ale to już przeszłość. Bardzo chciałabym, abyśmy byli dla siebie siostrą i bratem. Wiesz, że nie mam teraz nikogo bliskiego po śmierci rodziców. –

- No, ja też nie byłem ci dłużny. Tylko ty chowałaś swoje emocje, a ja wyżywałem się na tobie. Myślę, że byłem zazdrosny o miłość rodziców, o to, że traktowali cię jak swoją rodzoną córkę. Ja też mam za co przepraszać. Ale nie chcę twojej siostrzanej bliskości, twojego współczucia, czy litości. Mam tutaj dobre warunki, dbają o nas, inwalidów, aż z przesadą. Zapewniają nie tylko mieszkanie i wyżywienie, ale mamy wiele atrakcyjnych rozrywek, jak kino, czy teatr,  spotykamy się z ciekawymi ludźmi, mam tutaj przyjaciół. –

- Janku, a czy pozwolisz mi mieszkać w domu rodziców? Odremontowała bym go i zadbała o ogród. A ty zawsze będziesz mógł tam wrócić, czy przyjechać na pewien czas. Zaopiekowała bym się tobą lub zapewniła pomoc kompetentnej osoby. Jeżeli już zakopaliśmy topór wojenny, może spróbujmy myśleć o sobie nawzajem z życzliwością. Co ty na to? –

Janek zaczął się głośno śmiać:

- To już teraz wiem, czemu mnie odwiedziłaś. Chciałaś załatwić sobie wygodne lokum z ogródkiem. A mieszkaj sobie i daj mi święty spokój. –

Krystynę zamurowało i dłuższą chwilę milczała.