wtorek, 11 sierpnia 2026

"...A nadzieja zawieść nie może..."

 

                       

                                                                                              

 

                            „A nadzieja zawieść nie może…”  

       

          Okno w pociągu było nieco przybrudzone, ale i tak z radością oglądałem znajome krajobrazy: urokliwą drogę biegnącą wzdłuż torów, białe pnie brzóz, które wyłaniały się z leśnych zarośli. Wydawało mi się nawet, że dostrzegłem kapelusze czerwonych kozaków, nieodłącznych towarzyszy brzozowych zagajników. Wspominałem wspólne wyprawy z kolegami: zbieranie jagód i grzybów, rajdy rowerowe po leśnych ścieżkach. Ile to lat minęło? Nie potrafiłem policzyć. Przyjazdy tutaj, na wakacyjny wypoczynek, były dla mnie spełnieniem moich chłopięcych marzeń. Skromny, wiejski domek babci i dziadka z wychodkiem za stodołą, ze skrzypiącym kołowrotem przy studni, gdaczące kury, klatki z królikami na podwórzu, to wszystko mnie zachwycało. Nie lubiłem blokowiska, na którym mieszkałem, nie lubiłem placu zabaw z zasikaną przez psy piaskownicą, huśtawką ciągle zajętą przez starszych ode mnie chłopaków. Tutaj, na wsi, w odosobnionym gospodarstwie położonym w sąsiedztwie starego, sosnowego lasu czułem się w pełni szczęśliwy.

     Gdy zmarli ukochani dziadkowie byłem już w ostatniej klasie ogólniaka. Czekali na moją maturę, ale niestety już jej nie doczekali. Najpierw zmarła babcia, nie chciała iść do szpitala i po cichu odeszła w swoim ukochanym domku. Dziadek dzielnie jej towarzyszył, a ostatnie dni jej życia były pożegnaniem z całą rodziną, która stawiła się w komplecie. Dziadek zmarł niedługo po babci, samotne życie bardzo mu dokuczało i nawet podobno modlił się, żeby Pan Bóg go zabrał.     Przypominając sobie tamte chwile bardzo się wzruszyłem. Siedzący na wprost mnie towarzysz podróży, spostrzegł jego wzruszenie i zapytał:

- Czy mógłbym w czymś pomóc? Widzę, że coś pana trapi. – Ocknąłem się zdziwiony pytaniem nieznajomego, uśmiechnąłem się i powiedziałem: - Wspominałem moje dzieciństwo i wakacje spędzane u dziadków w tej głuszy. To był piękny czas. -

 Dalej zacząłem wspominać, ale już na głos, dzieląc się  tym ze współpasażerem:

     -  Po śmierci dziadków własność gospodarstwa przypadła moim rodzicom. Dom i całe obejście były dość zaniedbane ze względu na wiek staruszków. Moi rodzice też nie byli już tacy młodzi, żeby podjąć się remontu, więc przekazali spadek mojemu starszemu bratu. Nie sądzę, żeby był on tym zachwycony. Przyjeżdżał tutaj, owszem, ale na krótko i nie gustował w tej ciszy, prostym jedzeniu i braku telewizji. Obiecał, co prawda, że doprowadzi do porządku zabudowania, ogrodzi ogród, ale powiedział z góry, że żadnych zwierząt hodował nie będzie. Dostał też od rodziców warunek, że rodzina będzie mogła przyjeżdżać tutaj na letni wypoczynek. Znałem dobrze mojego brata, wiele razy obiecywał solennie, że coś zrobi, wiedząc z góry, że słowa nie dotrzyma. I miałem rację. Kiedy któregoś roku zapowiedziałem, że chcę przyjechać na dwa tygodnie i pobyć w domu dziadków, usłyszałem, że nie bardzo można tu mieszkać. Podobno studnia wyschła i nie było wody do picia, a do potrzeb bytowych przywożono wodę w beczkowozie. Stwierdziłem, że mnie to nie przeszkadza i podałem konkretny termin przyjazdu.

     Gdy stanąłem przed domem byłem zupełnie załamany. Nie tylko nic nie zostało wyremontowane, ale nawet w niektórych oknach były wybite szyby. O ogrodzie nie wspomnę, bo właściwie ogrodu nie było, tylko porastały go wysokie zarośla. Obróciłem się na pięcie i wróciłem do swojego domu zmieniając plany urlopowe. Myśl o tak bardzo zaniedbanym i opuszczonym miejscu, które kochałem, nie dawała mi spokoju. Nie chciałem skarżyć się na brata do rodziców, tym bardziej, że oni również nie interesowali się sprawą siedliska po dziadkach. A w dodatku, gdy przeszli na emeryturę więcej czasu spędzali w letnim domu na Teneryfie niż w Polsce. Zdecydowałem, że szczerze porozmawiam z bratem i zaproponuję mu scedowanie własności na mnie. Brat się zgodził i po pewnym czasie załatwiliśmy sprawy formalne. No, i teraz przybliżam się do tego miejsca. Mam nadzieję, że będzie ono na długi czas moim prawdziwym domem. Mimo, że jadę pełen niepewności, co zastanę na miejscu, odczuwam radość. –

Nieznajomy słuchał uważnie i powiedział:

- Miło było pana poznać. Życzę szczęśliwego spełnienia zamierzeń. Ja, niestety, już wysiadam na tej stacji. Do widzenia.

         Gdy dotarłem na miejsce okazało się, że brat postarał się nieco uporządkować i wysprzątać dom, a także i całe obejście. Pewnie poruszyło go sumienie i nie chciał mnie rozgniewać. Podróż miałem wygodną, nie potrzebowałem wypoczynku, więc z miejsca zabrałem się do planowania i ustalania, co mam po kolei robić. Najtrudniej było mi podejmować decyzje dotyczące pozbywania się starych mebli, obrazów i różnych bibelotów, które skrzętnie gromadzili moi dziadkowie. Oczywiście, głównie dziadek, który zbierał nieprzydatne już przedmioty, bo „mogą się kiedyś przydać.”

Rozmyślałem: - A może nic nie wyrzucać? Może moi synowie  w tym bałaganie znajdą jakieś przedmioty przydatne do ich zabaw?  No, ale przecież trzeba uwolnić miejsce na rzeczy osobiste, garderobę, książki itp. Trudno mi było rozwiązać ten dylemat. –

Zdecydowałem, że pozostawię na ścianach obrazy, szczególnie te „święte”, malowane na szkle, pamiętające jeszcze czasy moich pradziadków oraz dwa duże olejne, z sercami Pana Jezusa i Maryi.

    Już wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądać główny pokój, nazywany izbą, kiedy go odnowię i wyposażę w odrestaurowane stare meble. Miałem jednak duże wątpliwości, czy taki wystrój spodoba się moich chłopakom.

     Od kilku lat żyłem w separacji z Haliną, moją ukochaną niegdyś żoną, matką moich dwóch synów Daniela i Oskara. Widywałem się z synami raz w tygodniu, a od czasu do czasu wyjeżdżałem z nimi na krótki urlop. Marzeniem moim było, aby przebywać z nimi częściej i przekazywać im wiedzę o tym, jak radzić sobie w realnym życiu. Uważałem, że chłopcy za dużo siedzą przy swoich tabletach tracąc czas na głupie gry lub jeszcze głupsze animowane filmy. To był główny spór między moją „byłą” i mną. Ona pozwalała im kilka godzin dziennie spędzać na wpatrywaniu się w ekran, na którym gonili ludziki lub oglądali walczące ze sobą potwory. Oczywiście, chłopcy,  nie akceptowali tego, że chcę im ograniczać dostęp do Internetu i złościli się na mnie. Starałem się zatem, gdy byli pod moją opieką, zapewnić im zajęcia trenowe lub kulturalne. Różnie to przyjmowali. Teraz mają być ze mną ponad trzy tygodnie i będzie to ważny egzamin i dla nich i dla mnie. A więc ruszam z działaniem.

Byłem wdzięczny bratu, bo nie tylko ogarnął z grubsza obejście i dom, ale wyposażył kuchnię w nową lodówkę i kuchenkę mikrofalową. Do głównego gotowania pozostała jednak murowana kuchnia z fajerkami, która służyła również do ogrzewania w chłodne dni. Prąd był włączony, studnia została pogłębiona, a woda miała atest zdatności do spożycia. To były dwie najważniejsze sprawy. Nie było natomiast połączenia z Internetem, a możliwość korzystania z telefonu komórkowego była bardzo ograniczona.

    Rzuciłem się w wir przygotowań, aby zdążyć na przyjazd chłopaków. Szczególnie zależało mi na skombinowaniu dwóch dodatkowych rowerów. Jeden grat stał w komórce, sprawdziłem, że da się na nim jeździć, ale pozostałe dwa? Przecież tutaj na pustkowiu nie ma wypożyczalni rowerów, a nawet gdyby w miasteczku była, to nie sprawdzę tego, bo nie ma Internetu. Postanowiłem dojechać na tym gracie do najbliższego sklepu, zrobić zakupy i dowiedzieć się czegoś o możliwości wypożyczenia sprzętu. Pomyślałem również o jakiejś łodzi, motorówce, czy choćby rowerze wodnym, bo położone w pobliżu niewielkie jezioro bardzo zachęcało do popływania. Byłem kiepskim pływakiem, ale wiedziałem, że obaj moi synowie świetnie radzili sobie w wodzie. To właśnie bliskość jeziora najbardziej ich zachęciła do przyjęcia mojej propozycji wspólnego wyjazdu do „chaty”, jak nazywałem dom dziadków.

     Sprawa pożyczenia rowerów została pomyślnie rozwiązana. Uprzejmy właściciel najbliższego sklepu (z tzw. „szydłem i powidłem”), gdy go zapytałem zaoferował pożyczenie swojego, starego roweru na dwa tygodnie. Obiecał mi również popytać swoich klientów o możliwość pożyczenia lub taniego odsprzedania jeszcze jednego.

       Termin przyjazdu chłopców już się zbliżał i zacząłem odczuwać niepokój, czy ja dam radę sprostać wszystkim obowiązkom opieki nad nimi. Opracowałem harmonogram dyżurów w kuchni oraz podział innych obowiązków, które uważałem za możliwe do wykonania przez nich. Ale od razu wyobrażałem sobie jak się krzywią i marudzą, tłumacząc mi, że to są wakacje i nie muszą nic robić.

Lodówka była już zapełniona różnymi przysmakami, o których wiedziałem, że je lubią. Były tam również gotowe dania, szczególnie zupy i potrawy mączne.

Próbowałem do nich dzwonić, ale przy chacie nie było zasięgu. Musiałem dojechać do sklepu, a to zajmowało ponad piętnaście minut. Wreszcie telefon odebrał Oskar, miał trzynaście lat, ale był jeszcze bardzo dziecinny. Młodszy o rok Daniel był przeciwieństwem starszego brata, sprytny, szybki, trochę rozrabiaka, ale radosny.

Zapytałem Oskara, kiedy mam wyjść po nich na przystanek kolejowy. Nie potrafił mi odpowiedzieć, musiał zapytać się matki. W końcu telefon przejęła Halina i powiedziała, że odda ich pod opiekę kierownikowi pociągu, który przypilnuje, żeby nie rozrabiali i wysadzi ich około godziny trzynastej w najbliższy poniedziałek. Na końcu dopowiedziała:

 - Dobrze ich pilnuj i nie trać nigdy z oczu. Ich wspólne figle przyprawiają mnie czasem o ból głowy. Życzę wielu udanych wypadów i dużo radości. –

Ucieszyłem się słysząc, że głos Haliny był pogodny i pomyślałem: - Będzie miała trochę odpoczynku od macierzyńskich obowiązków. – Ale gdzieś tam w głowie świtała mi myśl, czy czasem nie zafunduje sobie ona wakacji z jakimś kochasiem. Dziwne, ale odczuwałem zazdrość.

     Chłopcy przyjechali zgodnie z planem. Podziękowałem kierownikowi pociągu za opiekę i zacząłem się rozglądać za taksówką. Mimo, że miasteczko było niewielkie zawsze przy dworcu stało kilka taksówek, ale tym razem na postoju było pusto. Zmartwiłem się, bo do chaty było prawie pięć kilometrów. Postaliśmy jeszcze kilka minut oczekując, że ktoś się pojawi, ale niestety nikt nie nadjechał. Mój rezolutny młodszy syn powiedział:

- Tato, dla nas to nie problem, my jesteśmy harcerzami i nieraz chodziliśmy na długie wyprawy. I także z plecakami. –

Oskar nic nie powiedział, ale po prostu nałożył plecak, wziął swoją torbę i patrzył na mnie, wyczekując co powiem. A cóż ja mogłem powiedzieć? Zabrałem plecaki od chłopców, założyłem jeden z przodu, drugi na plecy i ruszyłem. Czułem się w obowiązku odciążyć ich dziecięce kręgosłupy, chociaż obaj się wzbraniali. Droga była urokliwa, wiła się między polami, z jednej strony rosła dość wysoka kukurydza, a z drugiej, w równych bruzdach, zieleniła się plantacja ziemniaków. Pogoda była sprzyjająca, więc chłopcy mieli dobre humory i nawet śpiewali harcerskie piosenki. Dopiero gdy dotarliśmy do naszej chaty zatrzymali się, popatrzyli na siebie, wybuchnęli śmiechem i zapytali:

- Naprawdę tutaj mamy mieszkać? Ten dom wygląda jak domek Baby Jagi. I my w nim mamy spędzić trzy tygodnie? Żartujesz sobie tato. –

- Przecież nie będziemy ciągle siedzieć w domu, będziemy jeździć na rowerach po lesie, będziemy pływać, jezioro jest zaraz za tym zakrętem. Nie obawiajcie się, nie będzie wam się tutaj nudzić. Już ja o to zadbam. –

Mówiąc to miałem chyba nieco wystraszoną minę, bo Daniel powiedział:

- Nie pękaj, tato. Damy radę. My tylko chcieliśmy cię postraszyć. Ale mamy nadzieję, że chociaż jest Internet. –

Po dłuższej chwili oczekiwania na moją odpowiedź, powtórzył pytanie:

- Więc jest, czy nie ma? –

Było to najtrudniejsze dla mnie pytanie. A chociaż domyślając się, że będzie ono zadane i już wcześniej przygotowałem sobie odpowiedź, ale teraz zaniemówiłem. W roztargnieniu zacząłem szukać kluczy i pospiesznie wszedłem do sieni.

Słyszałem, jak obaj coś szeptali do siebie zanim weszli. No i spodziewany piękny nastrój wspólnego obiadu prysnął. Miałem nadzieję, że spodoba się im klimat tego wnętrza, że będą zaciekawieni, jak zaplanujemy sobie następny dzień, że zaczną pytać o jakieś dodatkowe atrakcje, które dla nich przygotowałem. A tu nic, zwieszone głowy i smutne miny.

Udając, że nic złego się nie dzieje poprosiłem o zaniesienie swoich bagaży do ich pokoju, częściowe rozpakowanie i potem zejście do kuchni na obiad.

Mimo niezadowolenia chłopaków z braku łączy obiad zjedli z apetytem i nawet brali dokładki. Zapytałem ich:

- Macie ochotę teraz pojechać rowerami do lasu, czy popływać?-

Rezolutny Daniel odpowiedział pytaniem: - A nie można i to i to? –

Zaśmiałem się: - Można, tylko, czy dacie radę? –

     Kiedy wróciliśmy do domu, była już pora kolacji. Zaproponowałem, żeby zajrzeli do lodówki i sami przygotowali sobie kanapki takie, jakie lubią: - Nie znam waszych upodobań kulinarnych, więc chętnie popatrzę, co wam będzie najbardziej smakowało. Ja może zjem coś nieco później. Teraz nie odczuwam głodu. –

Chciałem sprawdzić, czy potrafią przygotować sobie jedzenie, czy też mamusia ich w tym wyręcza. Ku mojemu zdziwieniu, nie tylko zrobili sobie kanapki, ustroili zieleniną, ale jeszcze zrobili i dla mnie.

- Dziękuję wam, wyglądają pysznie, więc chyba jednak się skuszę. – powiedziałem i dodałem: - Ja padam ze zmęczenia, nie wiem jak wy, ale umyję się „z grubsza” i położę. Mam fajną książkę do poduszki, przy której szybko zasypiam – zaśmiałem się.

Chłopcy nie protestowali, widać było, że również są zmęczeni. Gdy usłyszałem, że już poszli do swojego pokoju zajrzałem do nich, żeby powiedzieć dobranoc. Scena, którą zastałem wprawiła mnie w osłupienie: obaj razem klęczeli przy łóżku Daniela i odmawiali różaniec. Ten wyczuwając moją obecność, przerwał modlitwę i spytał: - A może pomodliłbyś się razem z nami? –

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po namyśle wyszeptałem: - Może jutro – i zamknąłem drzwi.

Byłem totalnie zaskoczony. Chłopcy w ich wieku, modlący się wspólnie na klęczkach, to chyba rzadki widok? Zacząłem się zastanawiać i przypominać sobie, czy Halina była głęboko wierząca? Chodziliśmy w niedzielę wspólnie całą rodziną do Kościoła, ale nigdy nie widziałem Haliny modlącej się w domu na kolanach. Skąd więc taka wiara u moich synów? Postanowiłem, że  delikatnie ich o to zapytam w odpowiedniej chwili.

    Nasze wspólne dni mijały szybko, a już po tygodniu chłopcy zupełnie zapomnieli o braku Internetu. Pokazywałem im świat, którego nie znali: zobaczyli rudego, skradającego się lisa, spotkaliśmy dwie sarenki, zajrzeliśmy do pustej dziupli sowy, odpowiadaliśmy na wołanie kukułki. Nawet jednego dnia nasz leśny szlak rowerowy przeszła locha dzika z pasiastymi maluchami. Wypożyczyłem rower wodny i siedziałem z tyłu, jak król, a oni z zapałem pedałowali. Odkryliśmy dwie wyspy, byli bardzo podekscytowani i szczęśliwi, Oskar zaproponował nawet, żebyśmy pożyczyli jeszcze namiot i rozbili obóz na jednej z nich.

    Na którejś z wypraw, w czasie odpoczynku, zapytałem skąd przyszedł im pomysł odmawiania różańca? Dowiedziałem się, że już od dawna się modlą codziennie na różańcu, od czasu, kiedy wyprowadziłem się z domu. Kiedy powiedzieli o moim odejściu księdzu katechecie, poradził im, żeby spróbowali wspólnie się modlić i prosić, żebym pogodził się z mamą i do nich wrócił. Bardzo się wzruszyłem, gdy tego wysłuchałem.

    Od tej pory zacząłem analizować zdarzenia i fakty, które poprzedziły nasze rozstanie. Próbowałem znaleźć jakiś choćby jeden argument, że postąpiłem niewłaściwie wyprowadzając się z domu. Oczywiście, był ten jeden argument, najważniejszy: wspólne spędzanie czasu z chłopcami i pomaganie im w dorastaniu. Ale nasze kłótnie z Haliną, wytykanie wzajemnie swoich wad, a przede wszystkim romansów na boku, które od czasu do czasu się pojawiały, były bardzo złym przykładem życia rodzinnego. A więc wyjście było jedno: opuścić wspólne mieszkanie, określić częstotliwość moich spotkań z Danielem i Oskarem, no i przekazywać przypadające na mnie koszty ich utrzymania. Bardzo  współczułem moim synom, bo sam wychowałem się w niepełnej rodzinie, ale uważałem, że muszę wybrać mniejsze zło. Czy to status quo może się kiedyś zmienić? Bałem się sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.

    Było to krótko przed terminem wyjazdu chłopców. Był piękny dzień i szykowaliśmy się na jedną z ostatnich wypraw, gdy usłyszeliśmy dzwonek roweru. Przed naszą bramką stał listonosz.

Nie miał jak zwykle wielkiej torby z listami, tylko machał do mnie jakąś kopertą. Okazało się, że to telegram od Haliny, która wiedziała, że w chacie i okolicy nie ma zasięgu, aby zadzwonić. Telegram był krótki: „Chwilowo nie mogę odebrać chłopców, zaopiekuj się nimi, proszę, aż cię powiadomię.„

 Zdenerwowałem się, bo przecież nie wiedziała, czy mam jeszcze urlop, czy czasem nie muszę wrócić do pracy. Nie podała też powodu zmiany planów. Chłopcom powiedziałem, że chyba musimy trochę dłużej zostać, jeżeli dostanę dodatkowy urlop, albo wrócimy do mnie, bo mama nie może się nimi zaopiekować. Wtedy obaj spojrzeli po sobie i  Oskar powiedział:

- „To mama nie mówiła ci wcześniej, że być może zostanie dłużej u babci? Babcia jest ciężko chora i mama pojechała nią się opiekować.”-

„Nie, nic mi nie mówiła – odpowiedziałem i dodałem: - Szkoda, bo teraz dalsza opieka nad wami zależy od decyzji mojego szefa. Podjadę na pocztę i do niego zadzwonię w sprawie przedłużenia urlopu.”

No i tak zrobiłem. Niestety, szef się nie zgodził, twierdząc, że inni pracownicy czekają na mój powrót, aby zacząć swój urlop. Pozostało mi jedynie zabrać chłopców, zainstalować ich jakoś w moim mieszkaniu i wrócić do pracy. Rozmyślałem chwilę, czy ja dam radę, czy nie zadzwonić do Haliny, żeby wzięła chłopców na wieś, do swojej matki skoro sama też tam przebywa. Spróbowałem połączyć się z nią i zaproponować takie rozwiązanie. Długo nie odbierała, w końcu usłyszałem jej cichy głos: „Postaraj się do mnie nie dzwonić, bo to przeszkadza mamie. Ona jest już przygotowana do odejścia, potrzebuje teraz spokoju i ciszy. Odwiedzają nas tylko panie pielęgniarki z hospicjum domowego, mówią, że to już niedługo potrwa. Przepraszam cię, że dopiero teraz ci o tym mówię. Jakoś musisz sobie poradzić z opieką. Jak już będziecie u ciebie może będziemy mogli dłużej porozmawiać. Myślę, że powinnam  przygotować chłopców na śmierć babci, to będzie dla nich trauma. Muszę już kończyć, mama się budzi. Do usłyszenia. ”

A ja, właściwie, oprócz: „ Do usłyszenia” nie powiedziałem ani słowa. Ale co mogłem jej powiedzieć? O tym, że będę miał jednak problemy? W tej sytuacji muszę sobie przecież jakoś poradzić.

W drodze powrotnej do chaty przypomniałem sobie, że za tydzień ma mnie odwiedzić przyjaciel z dzieciństwa. Umawialiśmy się już miesiąc temu, zastanawiałem się w jaki sposób mógłbym go przyjąć nie kwaterując w moim mieszkaniu ze względu na nową sytuację. Chyba wynajmę mu hotel, to by było, moim zdaniem, najlepsze rozwiązanie. I tak postanowiłem.

W połowie drogi przyszło mi do głowy, żeby jednak zawieźć chłopaków na wieś do babci, aby mogli się z nią pożegnać. Bardzo ją lubili. Pomyślałem też, że ona może mieć taką potrzebę. Wróciłem więc do miejsca, gdzie był zasięg i wysłałem do Haliny wiadomość z taką właśnie propozycją. Napisałem też, że znów zadzwonię w tej sprawie późnym popołudniem.

Gdy już wróciłem do chaty poczułem jakiś apetyczny zapach dochodzący z kuchni. To obaj moi synowie właśnie kończyli przygotowywać obiad. Sos i mięso były z kupionych wcześniej gotowych dań, ale sami obrali i ugotowali ziemniaki i zrobili mizerię. Bardzo byłem z nich dumny i serdecznie obydwóch uściskałem. Dopiero po obiedzie zaprosiłem ich do ogrodu na ławkę i starałem się przygotować ich na spotkanie z umierającą babcią. Oskar słuchał spokojnie, ale Daniel zaczął płakać, uciekł i schował się gdzieś w zaroślach. Odszukałem go i pocieszyłem tak jak potrafiłem. Byłem pewny, że Halina przyzna mi rację i zaproponuje termin, kiedy możemy przyjechać. I tak się stało. W popołudniowej rozmowie powiedziała, że czas jest krótki i możemy przyjechać choćby natychmiast. Podziękowała mi nawet za to, że o tym pomyślałem.

     Dom rodziców Haliny, wybudowany kilkadziesiąt lat temu, położony był na przedmieściach niewielkiego miasteczka. Z powodu choroby i podeszłego wieku teściowej musiała ona zatrudnić pomocnika do sprzątania i uprawiania ogrodu. Można było to rozpoznać po starannie wypielonych grządkach, kwitnących kwiatach i skoszonym trawniku. Przyjechaliśmy około południa, tak jak było wcześniej umówione. Chłopcy wybiegli z auta, dopadli do drzwi wejściowych i chcieli je otworzyć, ale były zamknięte na klucz. Zaczęli dzwonić i pukać. Wtedy z okna na piętrze wychyliła się Halina, położyła palec na ustach dając znak, żeby nie hałasowali. Gdy drzwi zostały otwarte ja również pospieszyłem do środka domu. Bywałem tutaj nieraz; lubiłem zapachy tego domu: czasem słodki zapach kwietnych bukietów, czasem jakichś ziół suszących się nad płytą kuchenną, czasem smakowity zapach pieczonego ciasta. Teraz przywitał mnie zapach jakby ze szpitalnej sali, taki drażniący, specyficzny odór środków odkażających i leków. Pokój chorej był tuż przy wejściu, czekałem grzecznie aż wprowadzi mnie do niego moja była żona. Pomyślałem, że byłem dobrym zięciem, nigdy też nie usłyszałem złego słowa do mnie z ust mojej teściowej. Lubiłem ją. Była pogodną, schludną staruszką, ciągle przesuwającą paciorki różańca. Zawsze uczynna i dbająca o rodzinę. Teraz spodziewałem się, że zobaczę ją zmienioną przez chorobę, ale widok, jaki ujrzałem przekroczył moje wyobrażenia, tak bardzo była wycieńczona chorobą. Podszedłem do łóżka, uśmiechnąłem się do niej i wziąłem ją za rękę. Wyszeptała: - Poznajesz mnie jeszcze, Karolku? Czekałam na ciebie, mam do ciebie wielką prośbę: wybacz Halince i pogódźcie się. To jest moje ostatnie marzenie i prośba. Wybaczcie sobie wzajemnie. Tak bardzo się kiedyś kochaliście. –

Zobaczyłem, że po twarzy umierającej płynęły łzy. Zrobiło mi się jej bardzo żal, uścisnąłem lekko jej rękę i ucałowałem. – Postaram się, mamo. Będę się bardzo starał. Bądź spokojna. Nie mam już złości w sercu na Halinę, myślę, że ona też będzie się starała. –

Z ledwością wyszeptała: - Dziękuję, Karolku, dziękuję. Teraz chcę zasnąć. –

Jeszcze raz ucałowałem jej dłoń i wyszedłem z pokoju. Rozmyślałem: - Pewnie chłopcy pomyślą, że to dzięki odmawianiu przez nich różańca znowu będziemy rodziną. A może faktycznie była to Boża interwencja. –

Zerknąłem jeszcze raz do pokoju chorej. Przy jej łóżku klęczeli obaj moi synowie i odmawiali różaniec. Pewnie był to ostatni różaniec mojej kochanej teściowej.

 

          

poniedziałek, 20 lipca 2026

Uwaga, uwaga! Nadchodzi!

                                                   

                                                 
                                                     

    „Nikt nie przypuszczał, że stanie się to akurat tej nocy. Nie było żadnych alertów, ani choćby jakiejś wzmianki w social mediach. Nie ostrzegały ani gazety prorządowe, ani opozycyjne. Nawet głos Kościoła brzmiał cichutko, a i tak właściwie nikt go nie słuchał.              < - Uwaga, uwaga! Wszyscy do schronu! Uwaga, uwaga! Wszyscy do schronu! Uwaga! Schowajcie się do schronu! - >

     Głos przemieszczał się po wszystkich ulicach, placach, osiedlach i zaułkach. Ludzie byli przerażeni i pytali się jeden drugiego:

- A gdzie są schrony? Gdzie mamy się schować? Co się dzieje? Czy to koniec świata? –

Panika narastająca z każdą minutą sprawiła, że wzmógł się również chaos. Ludzie biegali szukając schronienia, potrącając się wzajemnie i złorzecząc. Tak zachowywała się większość. Byli jednak i tacy, którzy mimo panującej ciemności, ze spokojem, nie rozpychając się zbytnio, po prostu skierowali się w stronę rozległych pól i lasów otaczających miasto.

   Ci, którzy zostali stracili nadzieję, że uda im się bezpiecznie przetrwać ogłoszony alarm. Ale po około godzinie oczekiwania na to najgorsze, które miało nadejść, niektórzy mieszkańcy wyczerpani stresem udali się do swoich domów. Inni dyskutowali i kłócili się, skąd mógł pochodzić ostrzegawczy Głos i czemu dali się nabrać jakiemuś żartownisiowi.

    Gdy minęła kolejna godzina Głos powrócił. Był jeszcze bardziej przerażający. Tym razem wołał:

< - Oto nadchodzi! Kto nie ma pieczęci na czole zostanie odrzucony! Kto ma znamię bestii na ciele zostanie odrzucony! Uciekajcie do schronu! – > „  

     Właśnie zastanawiał się, jak dalej opisywać zdarzenie w swoim nowym opowiadaniu, kiedy usłyszał pukanie do drzwi i cichy głos córki:

- Tatusiu, czy mogę na chwilę do ciebie wejść? –

- Tak, tak – odpowiedział – może pomożesz mi przy pisaniu. –

Do pokoju weszła około dwunastoletnia dziewczynka i od razu usiadła ojcu na kolanach.

- Naprawdę pozwolisz mi pisać opowieść razem z tobą? Zawsze mnie odganiałeś i mówiłeś, że ci przeszkadzam. –

- Może teraz nadszedł już taki czas, że duża i mądra moja córeczka będzie razem ze mną wymyślać piękne opowieści. Czy zgadzasz się? - 

- No pewnie. Zawsze o tym marzyłam. A o czym dzisiaj piszesz? –

- O, to bardzo trudny temat. Zacząłem wyobrażać sobie, jak może wyglądać koniec świata i chciałbym opisać to, co podpowiada mi moja wyobraźnia. –

- Ale po co? Chcesz nastraszyć twoich czytelników? Zawsze mi tłumaczyłeś, że nie lubisz i nie oglądasz horrorów, bo kaleczą ci mózg. –

- No, wiesz. Koniec świata to dla jednych tragedia, a dla innych radość. Piszę po to, żeby czytelnicy mogli przemyśleć, którą opcję świadomie wybiorą. Teraz wymyślam, jak wytłumaczyć, co oznacza słowo „schron”. To znaczy, gdzie mogą się schronić przed zagładą. –

- Tatusiu, zawsze mi mówiłeś, że naszym obrońcą jest Bóg Ojciec, Jego Syn i Duch Święty. Nie możesz tego wprost napisać w opowiadaniu? –

- Nie dla wszystkich jest to takie oczywiste. Niektórzy nawet odrzucają możliwość istnienia Boga, inni się nad tym nie zastanawiają, jeszcze inni chodzą do kościoła, ale tak naprawdę, to nie wiedzą po co. A są jeszcze tacy, którzy wykorzystują religię, do realizowania swoich własnych interesów. Myślę też, że najtrudniej będzie znaleźć się w niebie  fanatykom, takim nienawidzącym ludzi inaczej myślących niż oni. Ale to za trudne dla ciebie do zrozumienia. Ja również nie wszystko rozumiem. Teraz może przerwijmy naszą miłą pogawędkę i zejdźmy na dół na kolację. Rozumiem, że lekcje masz już odrobione? –

- Pytasz mnie jakbym była małym dzieckiem. Oczywiście, że mam odrobione. Chodźmy już. –

     Zeszli do kuchni i z przyjemnością zaczęli wspólnie przygotowywać kolację. To był zawsze miły czas dla nich obojga. Po całym dniu mieli wiele ciekawych spraw do przekazania i omówienia, a przygotowane wspólnie jedzenie  bardzo im smakowało. Dzisiaj zamiast ciekawostek z całego dnia Asia postanowiła zapytać ojca o bardzo trudną sprawę, która nurtowała ją od dawna. Do tej pory ciągle obawiała się reakcji ojca i nie poruszała tego trudnego tematu.

 - Tatusiu, wiem, że mnie kochasz i tak wspaniale troszczysz się o mnie. Dziś postanowiłam zapytać cię, dlaczego moja mama odeszła i nas zostawiła? Czy to przeze mnie? Nie podobałam się jej? –

Ojciec długo milczał. W końcu wziął rękę Asi, przytulił do policzka i powiedział:

- Tak naprawdę, to do końca nie wiem. Nigdy się nie skarżyła, że jest jej ze mną źle. Nigdy nie powiedziała, że mnie nie kocha, ale nie mówiła mi również, że mnie kocha. Zawsze była bardzo tajemnicza, zatopiona w swoich myślach, nigdy się nie zwierzała. Raz tylko zaczęła mi opowiadać o swoim trudnym dzieciństwie, ale bez szczegółów. Była wtedy bardzo smutna. Kiedy się urodziłaś zaczęła zachowywać się bardzo dziwnie. Trzymała cię w ramionach i nie dawała nikomu dotknąć. Właściwie cały czas leżała i tuliła cię. Nawet kiedy przyjechała twoja babcia, jej mama, nie potrafiła zrozumieć, że chcemy jej pomóc, jej i oczywiście tobie. Lekarz stwierdził, że ma depresję po porodzie i radził oddać was obie pod opiekę medyczną. Ale mama się nie zgodziła. Stopniowo dolegliwości ustępowały, w miarę jak stawałaś się radosnym niemowlęciem mama zaczęła zachowywać się prawie normalnie. Ale była ciągle smutna i często płakała. Kiedy już stawiałaś nieporadne, pierwsze kroki mama zaczęła wychodzić z tobą na samotne spacery. Nie chciała, abym wam towarzyszył. Ale ja ukradkiem chodziłem za wami śledząc was i pilnując, żeby nic wam nie zagroziło. –

Tu przerwał opowiadanie i zapytał:

- Kochanie, może przerwiemy na chwilę lub na dłużej. Pewnie trudno jest ci słuchać, a ja też się zmęczyłem tymi wspomnieniami. Jest dość późno, może chodźmy spać. –

- Dobrze, ale jeżeli mi obiecasz, że już jutro opowiesz mi co się potem wydarzyło – po namyśle odpowiedziała Asia.

- Okey, obiecuję. –  

    Po uprzątnięciu kuchni Tomasz nie poszedł od razu do swojej sypialni. Usiadł na ganku i zatopił się w myślach o swojej żonie, ale też o dalszym ciągu swojego opowiadania. Dawno nie wspominał Katarzyny, zatęsknił do niej i bardzo się wzruszył. Postanowił, że na nowo będzie jej poszukiwał przez różne organizacje pomocowe. Minęło już co prawda dziewięć lat od kiedy odeszła, ale może w jakiś cudowny sposób ją odnajdzie.

Usłyszał tupanie po schodach i za chwilę przytuliła się do niego Asia. Cicho powiedziała:

- Tatusiu, bardzo cię kocham. Dziękuję ci, że tak wspaniale zastępujesz mi mamę, jesteś dla mnie i tatą, i mamą. Dobranoc.

Asia pobiegła z powrotem do siebie, jakby wstydziła się swojego wyznania.

Tomasz odwrócił się, żeby jej odpowiedzieć, ale już jej nie było. Postanowił, że będzie dziś długo pisać i już wiedział, co dalej napisze. 

„Ale tym razem mieszkańcy miasta mieli pozatykane uszy,  ukryli się już w swoich domach i ulice były puste. Mimo tego Głos dalej wołał:

< - Kto krzywdzi, niech jeszcze krzywdę wyrządzi i plugawy niech się jeszcze splugawi, a sprawiedliwy niech jeszcze wypełni sprawiedliwość, a święty niechaj się jeszcze uświęci. Oto przyjdę niebawem, a moja zapłata jest ze mną, by każdemu odpłacić, jaka jest jego praca. - >

Okazało się, że Głos docierał do nich mimo zatkanych uszu, tak że wszyscy trzęśli się ze strachu. Znowu wyszli na ulicę szukając tego, kto tak przerażająco wołał. Ale nikt im się nie ukazał.

W końcu jeden z odważniejszych zaczął krzyczeć zwracając się do tego niewidocznego Głosu:

- Nie strasz nas, tylko powiedz, co mamy robić? Gdzie jest ten schron? –

Ale Głos dłuższą chwilę milczał. W końcu zagrzmiało coś przypominającego odgłos pioruna, a na wieży kościoła pojawiło się oślepiające światło. Nie widać było żadnego reflektora, a jednak światło przemieszczało się i oświetlało twarze zgromadzonych ludzi. Znów strach padł na mieszkańców i wzmógł się, kiedy do ich uszu dotarł znowu potężny dźwięk Głosu, który wołał:

< Niech wszyscy usłyszą:

 - Obmyjcie się we Krwi Baranka. W Sercu Jezusa, jest wasze schronienie. On to przyjdzie niebawem i osądzi wszystkie narody, plemiona, rodziny i ludzi samotnych. Osądzi z miłości i miłosierdzia. On jest Alfą i Omegą. Amen. >

     Po tych słowach światło zgasło i nie słychać już było żadnego dźwięku. Zgromadzeni powoli zaczęli się rozchodzić.

    Gdy nastał poranek ludzie budzili się ze wspomnieniem zdarzeń minionej nocy i zastanawiali się, czy to rzeczywiście był Głos z zaświatów, czy była to jakaś sztuczka kuglarska. Większość mieszkańców uwierzyła, że było to ostrzeżenie przed nadchodzącym Sądem Bożym. Ale było też trochę takich, którzy udawali, że nic takiego się nie stało, podrwiwali sobie, lecz w głębi duszy czuli niepokój.

   Dzień mijał spokojnie. Większość ludzi udała się do swoich zajęć, sklepy były otwarte, również szkoły i przedszkola. Życie toczyło się, jak gdyby nic się w nocy nie wydarzyło. Wrócili do miasteczka ci, którzy oddalili się do pobliskich wiosek i lasu. Tylko patrole policyjne krążyły po ulicach częściej niż zwykle.

Zadziwieni i zasmuceni byli jedynie emeryci i ci, którzy pozostali w domach. Po włączeniu telewizorów okazało się, że zniknęły wszystkie programy, wyświetlał się jedynie obraz wielkiego wzgórza z olbrzymim krzyżem na jego wierzchołku. Zaczęto wydzwaniać do znajomych z informacją o tym fakcie, a oni potwierdzali, że ich odbiorniki przekazują to samo. Wygasły wszystkie aparaty komórkowe i zaniepokojenie ogarnęło szczególnie młodzież i kobiety niepracujące. Niektórzy nawet głośno przeklinali i złorzeczyli operatorom sieci, bo uważali, że to ich działanie lub brak działania spowodował awarię.

     Znowu miasteczko ogarnęło ogólne zamieszanie i znowu sporo ludzi opuściło swoje mieszkania. Niektórzy wnikliwie wpatrywali się w wieżę kościoła, sądząc, że pojawi się jakiś komunikat, że odezwie się Głos. Ale nic takiego się nie nastąpiło. Najgorsze było to, że z powodu braku internetu stopniowo przestały działać banki i inne instytucje związane z koniecznością korzystania z łączności internetowej.  

Zaczęto podejrzewać, że te wszystkie nocne zdarzenia i trwająca blokada internetu są spowodowane przez wrogie państwo, chcące zawładnąć miasteczkiem. Jeszcze nie dopuszczano myśli o działaniu nadzwyczajnych mocy. Dopiero, kiedy księża wikariusze razem z proboszczem parafii pokazali się na ulicach i głośno nawoływali do nawrócenia, ludzie zorientowali się, że Czas nadszedł. Byli zaskoczeni, że ich pasterze, chowający się w większości w swoich mieszkaniach w domu parafialnym, dziś wyszli głośno ostrzegać ich przed tym, co nadchodzi. Wszyscy byli bardzo poruszeni i niespokojni. Było jednak kilkanaście osób, które uspokajały tych najbardziej przestraszonych i mówiły:

- Nie bójcie się. Rzućcie się w otchłań Miłosierdzia Bożego. Nie osądzajcie sami siebie, to Bóg was osądzi, a On jest samą Miłością. Jeżeli zwrócicie się do Niego nie odrzuci was. Wszyscy jesteśmy przecież Jego dziećmi. Tylko porzućcie wszystkie wasze bożki, szczególnie komputery, komórki, tablety i laptopy, do których modlicie się przez całe dnie, a nawet w czasem w nocy. Zostały one wyłączone, a to znak, że ich nadużywanie nie podoba się Bogu. –

   Jednak większość mieszkańców szukała pomocy w Urzędzie Burmistrza i nawet głośno wykrzykiwała, dlaczego nic z tym nie robi, dlaczego nie interweniuje w Warszawie, nie zwraca się do rządu i prezydenta.

- Panie Burmistrzu, nie możemy tak żyć bez łączności ze światem, nie możemy pracować, ani się uczyć. Nawet banki nie działają. –

  W końcu zdenerwowany Burmistrz wyszedł na balkon i powiedział głośno:

- Drodzy mieszkańcy, jak możecie mi zarzucać, że nic nie robię, kiedy sami wiecie, że brak jest łączności. Więc jak mam powiadomić Warszawę o tej całej sprawie? Właśnie mamy naradę wszystkich odpowiedzialnych za stan kryzysowy i wyznaczyliśmy osoby, które pojadą jutro rano do stolicy, aby prosić o pomoc. -„

Wieść ta rozeszła się po całym miasteczku. Szeptano: dopiero jutro wyjadą, więc nie wiadomo, kiedy przyjmą ich odpowiedni urzędnicy i że to wszystko może się przedłużać w nieskończoność. Byli bardzo niezadowoleni.

Następnego dnia doszło kolejne niespotykane zdarzenie. Na wszystkich ulicach znikły nazwy, natomiast pojawiły się tablice wszędzie z jednakową treścią:

                                           

       I znowu w środku kolejnej nocy usłyszeli wołanie Głosu:

„Uwaga, uwaga! Nadchodzi, by osądzić ziemię! Wołajcie do Boga, wołajcie głośno:

Ojcze Wszechmogący, zgrzeszyliśmy przeciw Tobie, nie jesteśmy godni nazywać się Twoimi dziećmi.
Zniszczyliśmy i niszczymy dalej ten cudowny świat,
który dla nas stworzyłeś.
Zatruwamy morza i rzeki, trujemy powietrze i samych siebie,
zobojętniały nasze serca na płacz głodnych, szczególnie dzieci,
na krzyki gwałconych i bitych kobiet, na potworności wojen
i wszelkiej przemocy. Zamiast Ciebie czcimy bałwany: pieniądze, władzę, idoli, uzależnienia i sami dla siebie staliśmy się bogami. Zasłużyliśmy na Twój gniew przez naszą pychę i samowystarczalność.
Zlituj się nad nami przez wzgląd na cierpienia i mękę

                        Twojego Syna,

 na modlitwy i ofiary Twoich wybranych.
Przebacz nam i ześlij Twoją pomoc, ześlij ratunek dla świata!!! Jeszcze ten raz ulituj się nad nami!!!”

 

    Na tym zakończył pisanie zdziwiony, że już jest tak późna godzina. Przed ułożeniem się do spania zajrzał jeszcze do pokoju Asi i okrył ją szczelniej kołdrą. Uśmiechnął się sam do siebie i z czułością pomyślał jak śliczną i kochaną ma córkę. 

     Ten poranek był dla Asi najzwyklejszym porankiem, takim jak tysiące wcześniejszych: szybka toaleta, szybkie śniadanie, biegiem do autobusu i w pośpiechu do klasy. Była spokojna, przygotowana do lekcji, ale gdzieś zza głowy pojawiały się trudne myśli: czego dowie się dzisiaj o swojej mamie. Nigdy nie skarżyła się ojcu, nie okazywała, że czasem w nocy płacze. Była jednak pewna, że on to czuje i może nawet słyszy przez drzwi jej pochlipywanie. Z tego zamyślenia wyrwał ją głos nauczycielki zwracający się wprost do niej:

- Asiu, chyba nie jesteś tutaj z nami? Czy słyszałaś, co mówiłam przed momentem? Jaki będzie temat dzisiejszej lekcji? –

Asia zwiesiła głowę i powiedziała:

- Przepraszam, mam trochę problemów i nie zostawiłam ich za drzwiami, tylko przyniosłam ze sobą do klasy. Już będę uważała. –

Ale co innego chcieć, a co innego móc. Niestety już do końca lekcji Asia była trochę rozproszona i cieszyła się, że pani o nic jej nie pyta. Pewnie znając sytuację rodzinną dziewczynki pozostawiła ją w spokoju. Jednak po zakończeniu lekcji poprosiła Asię o rozmowę na temat jej problemów. Ale dziewczynka nie chciała się zwierzać i powiedziała, że to jej tajemnica i że może kiedyś będzie mogła powiedzieć.

Nauczycielka zaczęła podejrzewać, że coś niedobrego dzieje się w Asi układach z ojcem. Pomyślała nawet, że może krzywdzi on w jakiś sposób swoją córkę. Zdecydowała, że powie o tej sytuacji dyrektorce szkoły. No i się zaczęło. Najpierw spotkanie Asi z pedagogiem szkolnym oraz terapeutą dzieci krzywdzonych. Potem wezwanie ojca do szkoły na rozmowę do dyrektorki. Bardzo to było frustrujące, a nawet oburzające i krzywdzące dla nich obojga. Ale po rozmowach sprawa ucichła i kierownictwo szkoły uznało, że nie będzie nadawać tej sprawie dalszego biegu.

Niestety, piękna miłość, która łączyła ojca z córką została zakłócona. Szczególnie ojciec zaczął uważać, czy nie nazbyt czule przytula i całuje Asię. A ona tylko domyślała się, że powodem odsunięcia się od niej ojca było to okropne podejrzenie. Postanowili oboje, że od września Asia zmieni szkołę, w której nikt już nie będzie jej podejrzliwie  obserwował. Tadeusz postanowił, że na wakacje wyjadą w daleką podróż po kurortach i sanktuariach zachodniej Europy mając nadzieję, że po powrocie zapomną o stresującym zdarzeniu.

Wynikiem tej niesmacznej sprawy była również przerwa w pisaniu opowiadania. Kilkakrotnie próbował coś napisać, ale myśli umykały, nawet to, co już napisał wydawało mu się miałkie i niepotrzebne.

Pomyślał:

- „ Pewnie tak ma być, pewnie muszę jeszcze przemyśleć ten trudny temat.”-

   Minęły wakacje spędzone we wspaniałej podróży. Mnóstwo wrażeń i wielu ciekawych ludzi spotykanych w trasie, których zabierali „na stopa” sprawiło, że zapomnieli o dręczącej sprawie pomówień. Odwiedzali muzea, parki, kościoły, piękne plaże we Francji, Hiszpanii i Portugalii. Ale przede wszystkim zatrzymywali się w słynnych Sanktuariach.

Byli w Montserrat, gdzie wysoko w górach zbudowano Sanktuarium Czarnej Madonny. Zatrzymali się na dłużej w Lourdes, gdzie czczona jest Matka Boża Uzdrowienia Chorych. Pojechali także do Fatimy i tam również, na kolanach prosili oboje w tej samej intencji: o odnalezienie żony i matki. Gdy więc po powrocie, w przeglądanej korespondencji, znaleźli odpowiedź jednej z organizacji zajmującej się poszukiwaniem zaginionych osób, byli przekonani, że ich modlitwy zostały wysłuchane. W liście nie było zbyt dużo informacji, natomiast było zaproszenie do siedziby biura, gdzie będą próbowali odnaleźć dokumenty sprzed kilku lat, zawierające więcej szczegółów.

Tadeusz natychmiast skontaktował się z biurem i umówił termin spotkania. Asia bardzo prosiła ojca, aby pozwolił jej jechać razem z nim. Ale stanowczo odmówił, twierdząc, że jej obecność nie tylko zakłóci poszukiwania, ale przedstawiciele biura mogą odmówić udostępnienia informacji z powodu obecności nieletniej.

- Zrozum to, kochanie. Poproszę ciocię Amelię, aby pobyła z tobą. Wiesz, że bardzo cię kocha i będzie na pewno się starała, aby ci było z nią dobrze. -

      W biurze czekała na Tadeusza bardzo miła, starsza pani z plikiem dokumentów w ręku. Po przywitaniu powiedziała:

- Cieszę się, że wznowił pan poszukiwania żony. Wiele mamy przypadków, gdy osoba poszukująca znajdzie sobie innego partnera życiowego i przestaje się interesować sprawą odnalezienia zagubionej. Mam dla pana wiadomości sprzed dwóch lat. Nie jesteśmy do końca pewni, że to pańska żona, ale wiele szczegółów na to wskazuje. Otóż: mamy ślad pobytu w szpitalu psychiatrycznym kobiety w wieku pana żony, która zgłosiła się sama na leczenie, twierdząc, że ma zupełny zanik pamięci. Nie pamiętała, jak się nazywa i gdzie mieszka. Przebywała w szpitalu około dwóch miesięcy, stwierdzono, że jest zupełnie zdrowa z wyjątkiem braku świadomości dotyczącej jej przeszłości. Po dwóch miesiącach odbyła się rozprawa sądowa i przyznano jej nowe nazwisko, wydano dowód i inne zaświadczenia pozwalające na podjęcie pracy. Ale dostała nakaz zgłaszania się, co trzy miesiące, do ustalonego przez sąd kuratora, z informacją, gdzie przebywa i czy radzi sobie w samodzielnym życiu. Ostatnią informację sąd otrzymał dwa tygodnie temu. Ta kobieta przebywa za granicą, konkretnie we Włoszech, tam została zatrudniona w restauracji jako kucharka. Niestety, nie mogę podać panu adresu bez pozwolenia sądu. O taką informację musi pan wystąpić do sądu sam. –

- Czy to może długo potrwać? Mam już niewiele dni urlopu,  mam też dwunastoletnią córkę, której niedługo kończą się wakacje. –

- Tego nie wiem, ale zadzwonię do sekretariatu i zapytam. Wiem, że dla tego typu spraw starają się skracać terminy. –

     Niestety, okazało się, że czas oczekiwania na decyzję może wynieść nawet miesiąc. Tadeusz bardzo się zasmucił, ale skierował się do budynku sądu i złożył stosowne pismo. W drodze powrotnej do domu zastanawiał się, jak powiedzieć Asi o tym, czego się dowiedział. Obawiał się jej emocjonalnej reakcji. Postanowił nie przekazywać szczegółów rozmowy z panią w organizacji, jedynie wspomnieć o konieczności miesięcznego oczekiwania na decyzję sądu w sprawie odtajnienia dokumentów.

   Gdy już po powrocie wybiegła do niego do bramy głośno wołając:

- I jak tatku? Masz dobre wiadomości o mamie? –

Odpowiedział:

- Jest nadzieja, jest nadzieja. Ale nadal musimy być cierpliwi i odczekać około miesiąca na zgodę w sprawie odtajnienia dokumentów. –

- Ja nie dam rady tak długo czekać. Dlaczego oni są tacy bezduszni? Przecież wiedzą, jak nam bardzo zależy, aby być od nowa rodziną. –

- Niestety, nic na to nie poradzę. –

    W głębi duszy Tadeusz obawiał się, że Katarzyna albo go nie pozna, albo będzie udawała, że nie poznaje i nie zechce wrócić. Jaka byłaby to tragedia dla Asi, gdyby wiedziała, że odnalazł jej mamę, a ona nie zechciałaby jej poznać i zamieszkać z nimi. Dlatego nie wtajemniczał córki w szczegóły, które były mu wiadome.

     Zezwolenie z sądu przyszło dość szybko. Było w nim podane nowe imię i nazwisko Katarzyny oraz dwa adresy: do jej miejsca zamieszkania i do restauracji, w której była zatrudniona. Oba adresy wskazywały, że przebywała na terenie Włoch. Tadeusz ukrył ten fakt przed Asią, a sam poprosił w pracy o tygodniowy urlop i zabukował bilet na najbliższy lot do Mediolanu. Asi powiedział, że jedzie w delegację, ale ona nie bardzo w to uwierzyła.

     Tadeusz znał język angielski, jak sam mówił: „na trzy minus”, ale przebywając wiele razy za granicą jakoś dogadywał się w hotelach, czy sklepach. We Włoszech nigdy nie był, ale uznał, że warto wziąć ze sobą słownik tego języka i zapisać sobie kilka podstawowych, niezbędnych zwrotów.

    Gdy już znalazł się w centrum Mediolanu, posługując się szczegółową mapą, odnalazł najpierw restaurację, w której miała pracować Katarzyna. Postanowił zjeść tam obiad i rozejrzeć się, a nuż jego żona będzie w pracy. Zdecydował, że zapyta miłą dziewczynę przy barze, czy zna Angelikę Mors. Ona uśmiechnęła się i zawołała w stronę kuchni:

- Angela, vieni qui, qualcuno ti cerca! –

- Arrivo subito – odpowiedział głos zza kuchennych drzwi.

    Po chwili wyszła kobieta w białym czepku kucharskim na głowie, zaciekawiona, kto o nią pyta. Kiedy zobaczyła Tadeusza zakręciła się na pięcie i znikła za drzwiami. Za chwilę jednak ukazała się ponownie, już bez czepka i białego fartucha.

Zwróciła się do Tadeusza po polsku:

- Znalazłeś mnie? Po tylu latach? Po co mnie odnalazłeś? Przecież zraniłam cię i uciekłam, jak jakiś przestępca. Nie sądzę, żebyś mi wybaczył to, co zrobiłam. Chodźmy stąd, dostałam pół godziny wolnego. –

Tadeusz do tej pory nie odezwał się ani słowem, dopiero gdy przeszli w milczeniu dwie przecznice, zatrzymał się, spojrzał Katarzynie w oczy i powiedział:

- Nie mam ci co wybaczać. Wybrałaś wolność i muszę to zaakceptować. Ale bardzo cię potrzebujemy, oboje z Asią. Ona marzy o spotkaniu z tobą, a w ogóle to oboje bardzo za tobą  tęsknimy. Kasiu, nie będę cię wypytywał, co się takiego stało, że odeszłaś. To było tak dawno i nie warto tego wspominać. Bardzo chcemy, abyś wróciła. Asia jest w takim wieku, w którym szczególnie potrzebuje matki. –

Zauważył, że ona bardzo się wzruszyła, a jej oczy były pełne łez. Powiedziała:

- Chodź, siądziemy tam w parku na ławce. To głupio tak tutaj stać. –

Gdy już usiedli Tadeusz nieśmiało ujął jej rękę i powiedział:

- Nigdy cię nie oskarżałem, a szczególnie przed Asią. Ona jest przekonana, że gdy cię odnajdę zamieszkasz z nami i znowu będziemy rodziną. Co prawda minęło już dziewięć lat, których nie nadrobimy, ale możemy zacząć od nowa. –

- Co to dla ciebie znaczy „od nowa”? Nie wiesz, dlaczego chciałam uciec od was. Chciałam już nie żyć, ale spotkałam starszego kapłana, który mi wytłumaczył, dlaczego musimy chronić nasze życie. Ono nie należy do nas, jesteśmy dziećmi Boga i do Niego należymy. Nie odpowiem ci dzisiaj, jaką podejmę decyzję. Jeżeli poczekasz na mnie aż skończę pracę, może opowiem ci czemu uciekłam. Możesz przyjść po mnie, to jeszcze dwie godziny do końca. A teraz muszę wracać. –

    Tadeusz siedział jeszcze chwilę na ławce zastanawiając się, jak formalnie wyglądałby powrót Kasi do domu. Ma przecież inne imię i nazwisko, czy musieliby drugi raz zawierać małżeństwo? Bardzo byłoby to skomplikowane, ale przecież nie niemożliwe. Był już prawie przekonany, że Kasia zgodzi się wrócić.

     Wstał z ławki i zerknął na mapę, aby sprawdzić, jak daleko jest do słynnej Mediolańskiej Katedry. Okazało się, że może tam dojść w piętnaście minut, więc udał się w jej stronę szybkim krokiem. Rzeczywiście, obiekt był imponujący. Inaczej oglądało się go na zdjęciach w komputerze, a zupełnie inaczej Katedra prezentowała się, gdy stał przed nią i w zachwyceniu podziwiał każdy szczegół przepięknej fasady. Miał wielkie szczęście, bo akurat w jej wnętrzu odprawiana była Msza Święta i mógł wejść bez rezerwacji i opłaty za wstęp. Ucieszył się, że akurat w tym czasie oczekiwania na ważną w jego życiu wiadomość może spotkać się z Panem Jezusem, oddać mu swój trudny problem i przyjąć Go w Komunii Świętej.

Po zakończonej Eucharystii długo jeszcze klęczał w milczeniu przed Najświętszym Sakramentem. O nic nie prosił, tylko oddawał wszystkie sprawy woli Bożej.  

    Gdy wyszedł, nieomal biegiem skierował się przed wejście do lokalu, w którym pracowała Kasia. Zobaczył z daleka, że czeka już na niego i jeszcze bardziej przyspieszył kroku.

Uśmiechała się do niego, więc przyjął to za dobry znak. Zdyszany tłumaczył się z małego spóźnienia:

- Wybacz, ale byłem w Katedrze na Mszy, prosiłem Pana Boga, aby pomógł ci w podjęciu decyzji. Tego lata byliśmy z Asią w znanych europejskich Sanktuariach i prosiliśmy o pomoc w znalezieniu ciebie. I nasza modlitwa została wysłuchana. –

- A ty dalej taki „rozmodlony”? Ja odsunęłam się od Boga, nie potrafię uwierzyć, że może mi przebaczyć to, co zrobiłam. –

- Kasiu, jeżeli ja ci wybaczyłem, to tym bardziej Miłosierny Bóg. Można próbować naprawić swoje błędy i żyć szczęśliwie dalej. –

- Ale ty nawet nie wiesz, jaki był powód mojej ucieczki. –

- Już ci mówiłem, że nie jest to dla mnie istotne. Ważne są dni, które są przed nami. –

Nagle Katarzyna zmieniła temat i zapytała:

- W którym hotelu się zatrzymałeś? Może jest tam jakaś knajpka, w której moglibyśmy usiąść. Bolą mnie nogi po całym dniu pracy. –

- Nie zdążyłem jeszcze zarezerwować hotelu. Kiedy otrzymałem wiadomość o miejscu twojego pobytu natychmiast wsiadłem w samolot. Jest ciepło, więc mogę przespać się na ławce w parku, gdyby były kłopoty ze znalezieniem noclegu. –

- Kłopoty? – zaśmiała się Kasia. Aby znaleźć miejsce w hotelu trzeba je rezerwować co najmniej miesiąc wcześniej. Tak się do mnie spieszyłeś Tadziu? –

- Nie wierzysz mi? –

- Wierzę, jestem nawet wzruszona. No, to nie mamy wyjścia, chodźmy do mnie. Mam dwa pokoje, więc nie będzie problemu ze spaniem – z uśmiechem powiedziała Kasia.

     Ale tej nocy nie spali. Najpierw Kasia wyjawiła swój sekret.

Była bardzo poruszona i często przerywała opowieść.

- Gdy miałam około siedemnastu lat głupio i niepotrzebnie zaprzyjaźniłam się z chłopakiem trochę starszym ode mnie, który od dawna chodził za mną. Kiedyś wymusił na mnie, abym mu się oddała. Może nie był to gwałt, ale łagodne przymuszenie. Zerwałam z nim po tym fakcie obawiając się konsekwencji. Ale wystarczył ten jeden raz, aby zajść w ciążę. Moi rodzice, jak już ci kiedyś mówiłam, oboje byli alkoholikami i niezbyt się mną interesowali. Jednak musiałam im powiedzieć o moim problemie, bo przecież mieszkaliśmy razem, byłam jeszcze nieletnia. Bardzo szybko załatwili mi prywatną wizytę u ginekologa, a pan doktor dość szybko usunął mój „problem”. I znowu zostałam przymuszona, bo rodzice nawet mnie nie zapytali, czy przypadkiem nie chcę urodzić tego dziecka. Znałeś mnie dobrze i czułeś, że coś jest ze mną nie tak. Nie potrafiłam się cieszyć, chodziłam smutna i zamyślona. Nawet nie bardzo rozpoznając, dlaczego tak jest. Dopiero kiedy urodziła się Joasia moja psychika zaczęła szaleć. Bałam się, że ktoś mi zabierze moje dziecko, jak pewnie pamiętasz, zachowywałam się irracjonalnie. Potem to ucichło, ale ciągle, patrząc na Joasię myślałam o tamtym, zabitym dziecku. W końcu to przerosło moje siły i zdezerterowałam. Postanowiłam uciec od was, wszystko zmienić i ukryć się choćby na końcu świata. Nie będę ci teraz opowiadała, co się dalej ze mną działo. To może opowieść już na inny czas. Teraz powiedz mi coś o sobie. Jak dawałeś sobie radę w takiej trudnej sytuacji? –

   W czasie, gdy Kasia opowiadała o swojej przeszłości  Tadeusz nie patrzył na nią, tylko siedział w milczeniu ze zwieszoną głową. Teraz podniósł się z fotela i zaczął spacerować po pokoju.

- Jak sobie dawałem radę, pytasz. Może i było trudno, ale miłość dziecka wynagradzała mi i nieprzespane noce, i uczenie się z fachowych książek, jak się nią opiekować. Pomagała mi kochana ciocia Amelia, na tyle, że mogłem pracować i zarabiać na nasze utrzymanie. Joanna wyrasta na śliczną i mądrą kobietę, ma już ponad dwanaście lat, chętnie i dobrze się uczy. Bardzo kochamy się wzajemnie. Ostatnio przytuliła mnie i dziękowała, że zastępuję jej ciebie. To tyle. Teraz cię pożegnam. Mam kupiony bilet powrotny na poranny lot. Myślę, że dobrze będzie, jeżeli zostaniesz sama. To będzie twój czas na podjęcie decyzji. Asia nie wie, że cię odnalazłem i nie powiem jej w przypadku, gdy zdecydujesz, że tutaj zostajesz.  –

Tadeusz podszedł do żony i ucałował ją w czoło. Na stoliku położył wizytówkę ze swoim adresem.

Po wyjściu, zamyślony, błąkał się po ulicach miasta w końcu zdecydował, że resztę nocy spędzi na lotnisku. 

    Po powrocie nie zastał Asi w domu, była tylko ciocia Amelia przygotowująca obiad. Okazało się, że ukochana córeczka zapisała się do drużyny siatkówki młodzików i dość często biegała na treningi. Ucieszył się z tego, bo już nieraz martwił się, że będzie stroniła od rówieśników. Nazywał ją czasem pieszczotliwie „Myszką”, z powodu zamykania się w swoim pokoju ze swoimi książkami i laptopem. Mówił do niej:

- I znów moja Myszka siedzi w swojej norce. Może wyjdziemy gdzieś na lody, albo do kina. –

- Tato, ty do kina? A jaki to film wspólnie by nas zainteresował? – mówiła ze śmiechem.

Wiedział, że pisze swój dzienniczek i czasem nawet przed wyjściem do szkoły biegnie do swojego pokoju, aby coś w nim dopisać. Korciło go, żeby zajrzeć do jej tajemnic, ale nie robił tego, uważał, że przekroczy wtedy rodzicielskie uprawnienia.

Zostało mu jeszcze kilka dni urlopu, a więc powrócił do pisania. Długo się zastanawiał zanim rozpoczął. Ważne było pierwsze zdanie, potem już treść jakoś sama układała się w zdarzenia i opisy faktów.   

    „Kolejnej nocy znowu nie wszyscy spali, niektórzy rozmyślali, co zdarzy się jutro. Płakali i żałowali wszystkich swoich grzechów. A była tych ludzi większość. Ledwie zaczęło świtać, a już wielu z nich wyszło na ulice. I znowu spotkało ich wielkie zaskoczenie, gdyż na każdej z ulic zobaczyli ustawione konfesjonały. Byli pewni, że nikt w nich nie siedzi, ale jeden z odważniejszych zajrzał do środka i wykrzyknął: - Tam rzeczywiście siedzi ksiądz, chyba nawet zakonnik. Wtedy ze wszystkich konfesjonałów odezwały się głosy:

„- Przyjdźcie do zdroju Miłosierdzia Bożego. On przebaczy wszystkie wasze winy i uleczy wszystkie choroby. Tylko Mu zaufajcie.-”

Trudno opisać co potem się działo. Ludzie na wyścigi zaczęli ustawiać się w kolejkach przed konfesjonałami, a ci którzy już dostali rozgrzeszenie płakali z radości i wzruszenia. Zaskoczeniem było, że na ich czołach pojawiły się maleńkie znaki krzyża. I tak minął cały ten dzień. Noc była spokojna, dopiero nad ranem odezwał się Głos:

„< Pocieszcie, pocieszcie mój lud > - mówi wasz Bóg.

Głos się rozlega:

 «Drogę dla Pana
przygotujcie na pustyni,
wyrównajcie na pustkowiu
gościniec naszemu Bogu!
 Niech się podniosą wszystkie doliny,
a wszystkie góry i wzgórza obniżą;
równiną niechaj się staną urwiska,
a strome zbocza niziną gładką.
 Wtedy się chwała Pańska objawi,
razem ją wszelkie ciało zobaczy,
bo usta Pańskie to powiedziały».”

Ludzie słuchali, ale nie bardzo rozumieli, co do nich mówi Głos. Wydawało się, że to pocieszenie, ale co znaczyły dalsze słowa nikt tak naprawdę nie pojął. Konfesjonały stały aż do późnego wieczora, a cały czas były przy nich kolejki. Pojawiły się nawet żołnierskie kuchnie wydające gorącą grochówkę, aby nie zasłabli ci długo oczekujący na spowiedź. Gdy już zapadł zmrok znowu odezwał się Głos:

< Oto Pan Bóg przychodzi z mocą
i ramię Jego dzierży władzę.
Oto Jego nagroda z Nim idzie
i przed Nim Jego zapłata.
 Podobnie jak pasterz pasie On swą trzodę,
gromadzi ją swoim ramieniem,
jagnięta nosi na swej piersi,
owce karmiące prowadzi łagodnie.>

Głos ucichł i już się więcej nie odezwał.

     Następnego dnia wrócili z delegacji przedstawiciele Urzędu Miasta. Jakież było ich zdziwienie i przerażenie, gdy zastali miasteczko zupełnie opuszczone, nie było w nim nie tylko mieszkańców, ale także wszystkich domowych zwierząt i ptaków. Tego nie przewidzieli. Już dotychczasowe zdarzenia referowane przedstawicielom władz w Warszawie spowodowały ich konsternację i niedowierzanie. Wysłuchali co prawda cierpliwie relacji o wydarzeniach w miasteczku, ale w odpowiedzi na skierowaną do nich prośbę o pomoc tylko bezradnie rozkładali ręce.

    Gdy członkowie zespołu kryzysowego stwierdzili, że zostali w miasteczku zupełnie sami bali się stokroć więcej niż przed wyjazdem. Naradzali się półgłosem obawiając się, że ktoś z zaświatów może podsłuchiwać i postanowić, że oni również powinni zniknąć. Zniknąć? Ale gdzie się wtedy znajdą? Nic nie rozumieli. W końcu jeden z nich podniósł głowę spoglądając w niebo i szeptem powiedział:

- Popatrzcie w górę, jest dzień, a świecą gwiazdy. Widzę, jak do nas mrugają, a jak jest ich dużo! Może to oni, nasi mieszkańcy? Może dają nam sygnały. Tylko co te sygnały mogą oznaczać? -"  

      Tu musiał przerwać pisanie, bo wróciła Asia. Już bez żadnych oporów rzuciła mu się na szyję i powiedziała: - Tęskniłam tatku, dobrze, że już wróciłeś. Ciocia Amelia jest bardzo kochana, ale z tobą czuję się bezpieczniejsza. Czy są jakieś wieści o mamie? –

- Jeszcze trochę cierpliwości Asiu. I nie nastawiaj się zbytnio, że rzeczywiście do nas wróci. Wiem, że bardzo tego chcesz, ale ta sprawa nie zależy od naszego pragnienia. Ja też żyję nadzieją, ale staram się o tym nie rozmyślać.

Życie rodzinne toczyło się bez specjalnych ważnych zdarzeń, ale cały czas i on, i ona z nadzieją zaglądali do skrzynki na listy. Niestety, wiadomość od Katarzyny nie nadchodziła.

Minęły już dwa miesiące od czasu wizyty Tadeusza w Mediolanie i powoli zaczynał on wątpić, że coś się pozytywnego wydarzy. Czas mijał nieubłaganie. Aż którejś niedzieli, gdy siedzieli razem przy stole w kuchni jedząc obiad zaskrzypiała furtka i zobaczyli, że obładowana bagażami kobieta zbliża się do drzwi domu. Tadeusz wyskoczył pierwszy i z radością powitał Katarzynę. Asia stanęła nieśmiało z boku i uśmiechając się czekała, kiedy ojciec oznajmi, że to jej mama wróciła. Powitanie matki i córki było skropione łzami, ale były to łzy radości. 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx 

   



                             

niedziela, 14 czerwca 2026

"Obłoków wiedza tajemna..."

                                                                              


                Drodzy. Przeżyłam już sporo lat z przekonaniem, że moje życie jest szczęśliwe i wartościowe. Chcę wam opisać pewne zdarzenia z mojego dzieciństwa, które na zawsze pozostały w mojej pamięci, jako przykład, jak ze zła może zrodzić się dobro.  A jeżeli w głębi mojej podświadomości pozostają jeszcze ślady  wspomnień tamtych tragicznych zdarzeń, to może podzielenie się nimi oczyści mnie z nich w pełni? 

     Miałam wtedy dziesięć lat. Mieszkaliśmy w małym domku z ogrodem, na obrzeżach dużego miasta. To stało się właśnie tego dnia, kiedy przyjechali nas odwiedzić dziadkowie. Dawno już u nas nie gościli, więc było dużo radości i przytulania. To znaczy przytulali ich moi rodzice, a my z Rafałem staliśmy z boku i tylko się przyglądaliśmy. Czułam się, jakby to byli obcy ludzie, bo tak naprawdę pamiętałam ich tylko ze zdjęcia stojącego na półce w sypialni rodziców. Starszy, siwy pan podszedł najpierw do mnie, położył mi ręce na ramionach i powiedział: - Witaj Martusiu, mam na imię Jurek i jestem tatusiem twojego taty. A to jest mama taty, babcia Klara – i wskazał na starszą panią witającą się z moim bratem.

- Dzień dobry panu – odpowiedziałam.

- Nie panu, tylko dziadkowi – z uśmiechem sprostował starszy pan – i dodał – mieszkamy bardzo daleko, w innym kraju, dlatego mnie nie pamiętasz. Kiedyś przyjeżdżaliśmy do was częściej, gdy mieszkaliśmy w Polsce, ale wtedy byłaś jeszcze malutka.

Już trochę bardziej ośmielona powiedziałam:

- Pan dziadek z babcią są na fotografii w sypialni rodziców. Czasem patrzę na to zdjęcie. –

- Oj, nie pan dziadek, tylko po prostu „dziadek”, może też być dziadek Jurek. Podejdźmy teraz do babci i ładnie się z nią  przywitaj. –

Starsza pani miała na sobie zieloną bluzkę z krótkimi rękawami i czarne, szerokie spodnie. Miała blond włosy i wyglądała dość młodo. Szeroki uśmiech, którym mnie powitała ośmielił mnie na tyle, że pozwoliłam się przytulić.

Przed przyjazdem dziadków rodzice byli mocno zajęci, krzątali się przygotowując uroczysty obiad i dokładnie porządkując cały dom. Oddali dziadkom do dyspozycji swoją sypialnię, a sami przenieśli się do altanki w ogrodzie. Ja byłam bardzo onieśmielona nowym towarzystwem. Mama mówiła, że już od niemowlęctwa byłam cicha, posłuszna i cierpliwa. Zupełnie odwrotnie, jak mój brat, ciągle psocący i hałasujący. Ale wiedziałam, że oni kochają nas tak samo, tylko Rafał był bardziej pilnowany, aby nie zrobił sobie krzywdy.

Po skończonym obiedzie dziadkowie zaproponowali pójście nad jezioro, bo jak powiedział dziadek, bardzo tęsknili do tego miejsca.

     Już w drodze dziadek opowiadał mi o tym, że kiedyś tutaj mieszkali, że tutaj urodził się mój tata i że w tym domu mieszkali długo razem zanim tata się nie ożenił.

- A potem, moja kochana wnuczko, zrobiło się nam ciasno, bo urodził się Rafałek, a później ty. Wyjechaliśmy, żeby zwolnić miejsce i zaczęliśmy zwiedzać świat. Spodobało nam się bardzo jedno miejsce w Hiszpanii i kupiliśmy domek nad samą plażą niedaleko Barcelony. Tam też jest pięknie, kiedyś do nas przylecisz samolotem. Byłam zaciekawiona tym, co opowiadał, ale przerwałam jego opowiadanie i powiedziałam zaczepnie:

- Nie przylecę, bo się boję samolotu. –

Zaśmiał się i sprostował:

- No, to przyjedziesz autobusem, ale to bardzo długa podróż. –

       Przerwaliśmy dialog, bo już dotarliśmy do przystani i długiego pomostu zakończonego dość wysoką trampoliną. Mama zabraniała nam wchodzić na trampolinę, ciągle nam tłumaczyła, jakie to niebezpieczne dla dzieci takich jak my. Przyszliśmy przed mamą, tatą i babcią, a mój brat Rafał wyprzedził nas wszystkich i już biegał jak szalony, gdzieś nad brzegiem jeziora.

Usiedliśmy na końcu pomostu i dziadek długo i pięknie opisywał widok płynących po błękitnym niebie białych chmur, porównując niektóre z nich do zwierząt i osób, a także słynnych budowli. Piękno płynących chmur odbijało się w spokojnej tafli jeziora, co dodawało jeszcze uroku tej chwili.

    Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, a potem dziadek nagle wstał i zaczął wchodzić na trampolinę. Tłumaczyłam dziadkowi, żeby czasem nie skakał z trampoliny, bo mama mówi, że to niebezpieczne. Ale on nie słuchał moich rad, wdrapał się na najwyższy punkt skoczni i wyskoczył.

Czekałam, aż wypłynie, ale moment wypłynięcia bardzo się przedłużał. Zaczęłam krzyczeć i wołać tatę, ale oni szli dosyć wolno i mój głos do niego nie dotarł. Byłam przerażona i biegałam po pomoście myśląc nawet o wskoczeniu do wody i ratowaniu dziadka. Dobrze, że tego nie zrobiłam, bo utonęlibyśmy oboje. Moje przerażenie przerodziło się w histerię. Ratując się od tego uczucia, odruchowo zaczęłam uciekać. Bez żadnego pomysłu dokąd pobiegnę gnałam przed siebie do pobliskiego lasu, aby się schować. Czułam się winna i odpowiedzialna za to, co się stało. Wiedziałam, że na skraju zagajnika stoi ambona dla myśliwych obserwujących  zwierzynę. Postanowiłam wejść na nią i tam po prostu umrzeć.

    Zanim mnie znaleziono przy pomocy policji i psów tropiących byłam już na wpół przytomna ze strachu, z głodu i odwodnienia. Zabrano mnie do szpitala, ale krótko leżałam. Dano mi tylko kroplówki i wykonano niezbędne badania. Poddawałam się temu i byłam potulna, jak baranek. Tylko w ogóle do nikogo się nie odzywałam, nawet do rodziców. Bałam się też, że zamkną mnie w więzieniu za to, że pozwoliłam dziadkowi utonąć. Trudno mi teraz po tylu latach opisywać, co kłębiło się w główce tego przerażonego dziecka. Pamiętam jedynie, że moje milczenie trwało bardzo długo. Rodzice wozili mnie do specjalistów i byłam na obserwacji w sanatorium dla nerwowo chorych, ale nic nie pomagało. Zamilkłam i myślano, że to z powodu traumy zupełnie straciłam umiejętność formułowania i wypowiadania myśli.

    Pamiętam doskonale wszystkie sposoby leczenia mojego milczenia: tabletki, kroplówki, wysłuchiwanie długich prelekcji różnych pań i panów. Opowiadano mi i czytano bajki o dobrych zdarzeniach, o wspaniałych bohaterach pokonujących strach, aby ratować świat. Wszystkiego tego wysłuchiwałam i zachowywałam w pamięci. Ale nie zadawałam żadnych pytań i na żadne z ich zapytań nie odpowiadałam ani słowem.

Miałam swoje miejsce w pokoju pełnym zabawek i książeczek.  W tym samym pokoju mieszkała nieco starsza ode mnie dziewczynka, która bardzo się jąkała i przechodziła również jakieś terapie. Mało się odzywała, bo pewnie wstydziła się swojego jąkania, ale nawet ona, gdy mnie o coś w końcu zapytała nie dostawała odpowiedzi. Czas mijał, moje współlokatorki się zmieniały, a ja dalej milczałam. W milczeniu przeżywałam miłą imprezę urodzinową, którą mi wyprawiono na moje jedenaste urodziny. W końcu rodzice zabrali mnie do domu, ale nie był to już ten dom nad jeziorem. Byłam im wdzięczna, że się wyprowadzili z tamtego tragicznego miejsca. Okazało się, że babcia sprzedała nieruchomość w Hiszpanii i obecny dom został zakupiony za wspólne pieniądze. No i babcia zamieszkała z nami. Miała osobne wejście i dwa pokoje z kuchnią i łazienką na parterze, a rodzice i my z bratem zajmowaliśmy pozostałą część parteru i wszystkie pomieszczenia na piętrze. Pokochałam moją babcię Klarę. Ona nie próbowała namawiać mnie do rozmowy, najczęściej przytulała mnie po prostu, gdy siedziałyśmy na tarasie lub na kanapie w jej pokoju. Czasem tylko, cichym, spokojnym głosem opowiadała mi ciekawe historie, przeważnie z jakimś mądrym przesłaniem. Od niej nauczyłam się żyć w ciszy. Babcia nie miała telewizora, ani nawet radia, niekiedy  korzystała ze swojego komputera, ale tylko, żeby wiedzieć co się dzieje w świecie. Interesowały ją reportaże z wypraw do egzotycznych miejsc, miała dość dużą bibliotekę, więc pewnie także czytała książki.

    Pewnego dnia, gdy siedziałyśmy przytulone na tarasie, babcia wstała przestawiła swój fotelik tak, żeby patrzeć mi w oczy i powiedziała:

- Twoja mama poprosiła mnie, żebym cię przygotowała do rozpoczęcia prawdziwej nauki. Będzie do ciebie przychodzić nauczyciel lub nauczycielka i spróbują przekazać ci trochę wiedzy. Jesteś mądrą dziewczynką i na pewno zaciekawią cię lekcje z sympatycznymi osobami. Masz problem z mówieniem, ale przecież nie z pisaniem, więc będziecie się porozumiewać przy pomocy tabletu. Na następne nasze spotkanie przynieś, proszę, swój tablet. Spróbujemy przećwiczyć w jaki sposób należy z niego korzystać, żeby nauczyciel mógł cię zrozumieć.

    I to był początek mojej edukacji. To, co było dla mnie trudne lub niezrozumiałe w wykładach moich nauczycieli, po ich wyjściu, tłumaczyła mi babcia. Zauważyłam, że oboje moi rodzice są zazdrośni o mój tak ścisły i serdeczny kontakt z babcią Klarą. A mama zrobiła się nawet nieco opryskliwa i często wygłaszała niepochlebne uwagi pod adresem teściowej. A jeszcze kiedy babcia oświadczyła, że będzie do mnie przychodzić pani psycholog, która studiowała na znanej, angielskiej uczelni i specjalizuje się w leczeniu zaburzeń mowy, tata wstał i poprosił:

- Mamo, chodź, przejdźmy do drugiego pokoju, chcę z tobą pilnie porozmawiać. –

Rozmawiali dość długo, a ja obawiałam się, że już nie będę mogła chodzić do babci i zrobiło mi się smutno.

Ale nic takiego nie nastąpiło, a przynajmniej nie dano mi tego odczuć.

    Jako jedenastoletnia dziewczynka dalej byłam nadzwyczaj spokojna, nie złościłam się, grzecznie słuchałam i wykonywałam polecenia. Ale w moim wnętrzu kłębiły się złe myśli, czasem nienawidziłam siebie i moich rodziców. Jedynie obecność babci uspokajała moje serce. Dlatego bardzo się zasmuciłam, gdy mi powiedziała, że musi wyjechać. Tłumaczyła, że to nie potrwa długo, ale ja wyczuwałam, że już do nas nie wróci. Długo płakałam tej nocy.

    Babcia wyjechała, a za to pojawiła się w naszym domu starsza pani, trochę tylko młodsza od babci. Rodzice przedstawili mi ją jako moją towarzyszkę i trochę opiekunkę, gdy będę chciała gdzieś pójść, czy pojechać. Pani Ewa wydała mi się sympatyczna i starała się być dla mnie miła, ale ja byłam ciągle nieufna. Rozmyślałam:

- Czy ta pani ma zastąpić mi babcię? Przecież oni wiedzą, że to niemożliwe, przecież ja nie potrzebuję opieki, a z domu rzadko wychodzę chyba, że do ogrodu lub do kościoła. –

Byłam rozgoryczona i smutna z powodu wyjazdu babci. Nawet przyszło mi do głowy, że opuściła nas przeze mnie.

  Pani Ewa przyjeżdżała do mnie starym, podrdzewiałym już autem i radośnie trąbiła przed domem, aby oznajmić swoje przybycie. Była zawsze uśmiechnięta i miała takie figliki w oczach, jakby chciała zrobić jakąś psotę. Jej opowieści i czytane bajki trochę mnie zajmowały, ale szybko się nudziłam. Pewnego dnia zaproponowała mi zabawę we wspólne tworzenie opowieści. Ona opowiadała pewien fragment, a później ja miałam wymyśleć, co się dalej działo. Oczywiście moją część opowieści miałam zapisywać na tablecie, a ona go odczytywała. Początkowo wydawało mi się to bardzo trudne, ale powoli uwalniała się moja wyobraźnia i opowieść zaczynała mnie wciągać.

Jej bohaterką była dziewczynka podobna do mnie, która miała wiele wspaniałych pomysłów na dobrą zabawę. Dziewczynka mieszkała w małym domku nad jeziorem. Pani Ewa poprosiła, żebym wymyśliła imię tej dziewczynki i nazwałam ją Alicja, tak jak w książce „Alicja w krainie czarów”. Gdy już miałyśmy wymyśloną prawie całą treść tej historii moja opiekunka zarządziła przerwę tej zabawy. Zapytałam ją przez tablet:

- Dlaczego musimy przerwać? Ta zabawa bardzo mi się podoba. –

- Wiesz, kochanie, męczy mnie odczytywanie twojej części na tablecie. Przestaję wtedy myśleć o tym, co ja wymyślę w dalszej części. Obiecuję ci, że wrócimy do tej zabawy za kilka dni. –

Byłam niepocieszona, ale musiałam się zgodzić. Pani Ewa dodała:

- W czasie przerwy będziesz przecież mogła dalej tworzyć tę historię. Nawet możesz narysować lub namalować ilustracje do niej. A ja obiecuję ci w zamian niespodziankę. –    

   Dopiero wielu latach dowiedziałam się od rodziców, że pani Ewa była doświadczoną terapeutką, która zgodziła się na moją intensywną terapię, po namowach babci, której była koleżanką z lat młodzieńczych. Dobrze, że mi o tym wcześniej nie powiedziano, bo byłabym bardziej nieufna i terapia byłaby trudniejsza.

   Tą niespodzianką, którą mi obiecała pani Ewa był dużego formatu obraz przedstawiający nieomal identyczny, widok jak z mojego koszmaru. To znaczy było na nim jezioro, przystań i pomost ze skocznią na końcu i niesamowite, białe chmury odbijające się w tafli jeziora. Kiedy zobaczyłam ten widok zaczęłam głośno krzyczeć:

- Nie, nie! Zabierz to stąd! Ja go nie zabiłam! Ja nie mogłam mu pomóc! Dziadek sam się utopił!

Zaczęłam głośno płakać i rzucać w obraz kredkami i książkami,  które leżały na stole.

Pani Ewa chciała mnie przytulić, ale uciekłam z pokoju do ogrodu i skulona ukryłam się za krzewami. Gdy dotarło do mnie, że wypowiedziałam, a właściwie wykrzyczałam pierwsze od kilku lat słowa zaczęłam jeszcze bardziej żałośliwie płakać.

Leżałam tam dość długo, ale w końcu poczułam głód i przypomniałam sobie, że mam w mojej sypialni schowaną tabliczkę czekolady. Wstałam ostrożnie, aby nikt mnie nie zobaczył i dotarłam na piętro. Czekolada rzeczywiście leżała w szufladzie i nieomal rzuciłam się na nią. Zjadłam całą tabliczkę. Gdy wyjrzałam przez okno samochodu pani Ewy już nie było, ucieszyłam się, że odjechała. Długo nie schodziłam do salonu, ale przypomniałam sobie, że niedługo wrócą z pracy rodzice i wróci ze szkoły Rafał. Zbiegłam więc szybko na dół, żeby ukryć ten przerażający mnie obraz. Moje zaskoczenie było ogromne, gdy zamiast widoku jeziora na obrazie zobaczyłam  namalowaną dużą postać Jezusa Miłosiernego. Nie odważyłam się zajrzeć na drugą stronę, by sprawdzić, czy jest tam widok jeziora. Usiadłam i patrzyłam na Pana Jezusa. Do obrazu przypięta była kartka:

„ Kochana Martusiu. Od tej pory rozpoczęło się twoje zdrowienie. Zaczęłaś reagować głosem na swoje emocje. Już niedługo zrozumiesz, że to, co zrobiłam było dla twojego dobra. Teraz dalej będzie działał Pan Jezus Miłosierny. Oddaj Jemu swoje tragiczne wspomnienia, poproś, aby cię już na zawsze od nich uwolnił. To On przyjął twojego dziadka do swojego Królestwa. Dziadek miał bardzo chore serce i nagłe zderzenie z zimną wodą mogło spowodować jego śmierć. Zmarł w pięknej chwili, bo byłaś przy nim, a w oczach miał zapewne widok tych cudownych obłoków odbijających się w tafli jeziora. Jeżeli zechcesz jeszcze kiedyś spotkać się ze mną powiedz rodzicom, aby mnie powiadomili. Bardzo cię polubiłam i będę za tobą tęsknić. Ewa. ”

 Wzięłam obraz wraz z kartką i pospiesznie zaniosłam je do mojego pokoju. Długo wpatrywałam się w twarz Pana Jezusa i nawet próbowałam z Nim rozmawiać. Rozmawiać poprzez wypowiadanie głośno słów! Trudno mi było w to uwierzyć, że potrafię wydawać z siebie dźwięki i składać zdania. W końcu ułożyłam się na łóżku i dalej wpatrując się w Jezusa zasnęłam. Tak zastali mnie rodzice. Gdy się obudziłam zobaczyłam ich oboje siedzących na wprost mnie. Coś cicho szeptali. Domyśliłam się, że się modlą. Nie próbowałam się odzywać, bo nie chciałam im przeszkadzać, ale w końcu przemówiłam:

- Mamo, tato ja mówię. Pani Ewa mnie nastraszyła, zaczęłam krzyczeć, a teraz już mówię. Jaka jestem szczęśliwa. –

   No i rzeczywiście był to przełom i nastąpiła w moim życiu, można powiedzieć – rewolucja. Stałam się gadułą, ćwiczyłam mowę i nadrabiałam zaległości, bardzo chętnie się uczyłam i mogłam pójść do normalnej szkoły. Cały czas żyłam jakby, ktoś unosił mnie na skrzydłach, radośnie skakałam i nawet zaczęłam śpiewać piosenki.

Ale najważniejsze było dla mnie siedzenie przed obrazem i wpatrywanie się w Postać Pana Jezusa. Rafał śmiał się ze mnie i mówił, że się chyba w Nim zakochałam. A ja nie zaprzeczałam.

   No i tak zostało. Po ukończeniu liceum oznajmiłam rodzicom, że chcę pójść do zakonu. Dziwne były ich reakcje: mama pochlipywała i martwiła się, że nie będziemy się często widywać, że nie będzie miała wnuków. Zaś tata chyba się ucieszył, bo słyszałam, jak tłumaczył mamie:

- A gdyby chciała być modelką, albo jakąś słynną gwiazdą, to wolałabyś? Przy najmniej będzie się za nas modlić. – 

    Tak, to był jeden z powodów mojej decyzji: modlić się za cały świat, za rodzinę, a szczególnie za dziadka Jurka i niedługo po nim zmarłą babcię Klarę. Chcę jeszcze uzupełnić, że po drugiej stronie obrazu Pana Jezusa Miłosiernego pozostał widok kiedyś tak dla mnie traumatyczny. Teraz z rozrzewnieniem na niego patrzę i dziękuję Bogu za całe piękno, które stworzył i nawet na jednym z obłoczków rozpoznaję czasem postać mojego dziadka.