czwartek, 14 maja 2026

Radosne oczekiwanie... (?)

 


                                   Radosne oczekiwanie…(?)

        Był ciepły, wiosenny wieczór. Na werandzie w wiklinowych fotelach siedziały w milczeniu dwie osoby. Jedna z nich okryta była ciepłym pledem, druga miała kolorową bluzę z krótkimi rękawami. Ich ręce były splecione w uścisku. Wokół werandy rosły owocowe drzewa, które były w pełnym rozkwicie: białe kwiaty wiśni i śliw wyglądały, jak puszyste chmurki, a pomiędzy nimi zachwycały jabłonie swoimi różowymi kwiatami. Trudno opisać piękno tego miejsca. Światła na tarasie były wygaszone, jedynie latarnia uliczna oświetlała sad. Lekki wiatr kołysał gałęzie i wtedy smugi padającego światła nadawały drzewom czarującą poświatę. Gdzieś w oddali słychać było szczekającego psa, ale nawet to szczekanie nie zagłuszało pięknego, radosnego śpiewu ptaków.

W pewnym momencie jedna z osób wstała i w nikłym świetle okazało się, że jest wysoką  dziewczyną z rozpuszczonymi, długimi włosami. Cicho powiedziała do tej siedzącej obok:

- Trochę robi się chłodno, może okryję cię dodatkowym kocem? –

- Wiesz, myślę, że czas już na ciebie. Zaprowadź mnie, proszę, do domu i leć do rodzinki. Na pewno już bardzo tęsknią za tobą. Ja dam sobie radę, kolację przygotowałam wcześniej, tylko ją zagrzeję, potem mała kąpiel i pójdę do łóżka. Bardzo ci dziękuję, że mnie odwiedziłaś. Od razu inaczej się czuję i moje boleści mi nie dokuczają. Ucałuj Staszka i dzieciaki. –

- Mamo, pamiętasz o tym, co mówiłam wcześniej, że wyjeżdżamy na kilka dni nad morze. Dzieci bardzo chcą wykąpać się w morskiej wodzie. Nie będzie nas do czwartku. W tym czasie częściej będzie przychodzić twoja opiekunka. A tak na marginesie – jak ona się sprawuje? Jesteś zadowolona z opieki? –

Mówiąc te słowa młoda kobieta cały czas łagodnie głaskała włosy starszej pani.

- Kochanie, jakże mogę być niezadowolona?  Ona oddaje mi swój czas i troszczy się o moje potrzeby aż za bardzo. Jest cierpliwa i wyrozumiała.  Każdego dnia dziękuję Bogu za nią.  Dziękuję ci, że taką osobę dla mnie znalazłaś. –

    Młoda kobieta ucałowała włosy matki i ostrożnie przesadziła ją na wózek inwalidzki. Wózek miał elektryczny napęd, więc staruszka mogła przemieszczać się sama, a że dom był parterowy, bez progów i stopni radziła sobie doskonale.

- Pomyślę, mamo, w czym jeszcze mogłabym ci ułatwić i umilić to trochę monotonne życie. Dla ciebie, takiej zawsze ruchliwej i zapracowanej, jest pewnie trudno przyzwyczaić się do zwolnienia tempa i poddania się opiece innych osób. –

- Irenko, tak za bardzo nie przesadzaj z troskliwością. Wiesz, że umiałam sobie radzić w wielu różnych tarapatach, więc już powoli przystosowałam się do moich ograniczeń. Pamiętasz, że rzadko narzekałam na swój los, a przecież nie było mi łatwo samej was wychowywać. -

       Jeszcze tego samego wieczoru, gdy starsza pani układała się do spania zadzwoniła komórka. Zastanawiała się, czy nie za późno na rozmowę i czy w ogóle ją odebrać. Sprawdziła kto to do niej dzwoni o tej porze. Okazało się, że to Konrad, przyjaciel jej zmarłego męża. Po głosie poznała, że ma jej coś ważnego do powiedzenia.

- Witam cię Helenko. Przepraszam, że tak późno dzwonię, ale przed chwilą dowiedziałem się, że jutro jest pogrzeb Halinki. Byłaś z nią dość blisko, więc postanowiłem przekazać ci tą smutną wiadomość. –

Odpowiedziała dość surowo:

- Nie mogłeś mi tego jutro rano powiedzieć? Trudno odbierać takie wiadomości przed zaśnięciem. Po chwili dodała: - No, przepraszam za mój ton. Dziękuję, że w ogóle do mnie zadzwoniłeś, już od dawna mój telefon jakby zamilkł, nikt do mnie nie dzwoni. –

W głosie Heleny słychać było rozżalenie. Po chwili ciszy mówiła dalej:

- Drogi Konradzie, znasz moją sytuację zdrowotną. Sama na wózku nie zajadę na cmentarz, a dzieci wyjeżdżają gdzieś nad ciepłe morze. Przykro mi, że nie pożegnam mojej Halinki. –

- Ale ja właśnie mam dla ciebie propozycję. Jadę razem z naszym kolegą Józkiem jego autem. Auto jest duże i wózek doskonale się w nim zmieści. Jeśli nie będzie to dla ciebie za trudne zabierzemy cię. Msza jest o dwunastej, a pogrzeb około trzynastej. Pomyśl nad tą propozycją, zadzwonię wcześnie rano. O której już można do ciebie dzwonić? –

- Ja wstaję dość wcześnie, przeważnie od ósmej już jestem „na nogach” – powiedziała dowcipnie i ze śmiechem.

- Wiesz - dodała - jest tylko jeden problem: ja nie chcę iść do kościoła. Pewnie coś na ten temat mówił ci Leszek. On był mocno wierzący, nie opuszczał żadnej Mszy niedzielnej, często chodził w dni powszednie, mówił, że to pomaga mu w życiu. Myślę, że może pomogło mu i w śmierci, bo zmarł spokojnie i bez bólu. Ciągle powtarzał, że w wieczności się spotka z Jezusem. A ja, cóż ja, od młodości sceptyczna ateistka. –

- Pomyślimy nad tym Helenko. Jest dość ciepło, więc zostanę z tobą przed kościołem. Naprawdę, tak bardzo by ci to przeszkadzało stanąć z wózkiem choćby w kruchcie? –

- Dobrze Konradzie, posiedzę w kruchcie. Na dziś może zakończmy rozmowę. Jeszcze raz dziękuję ci, że mnie powiadomiłeś i zaproponowałeś podwózkę. Śpij dobrze. – 

     Helena nie była zbyt zaskoczona wiadomością o śmierci koleżanki, bo wiedziała o jej ciężkiej chorobie. Miała wielką ochotę spotkać się z nią, może pocieszyć, może pożegnać, ale rodzina nie zgadzała się na odwiedziny. Było jej przykro, ale nic nie mogła na to poradzić. A teraz była wdzięczna Konradowi, że o niej pomyślał i nawet zatroszczył się o jej możliwość uczestniczenia w pogrzebie.

      Długo nie mogła zasnąć, wspominała lata młodości i pięknej przyjaźni z Haliną. Obie kończyły ten sam ogólniak, obie studiowały medycynę, w tym samym roku skończyły i w tym samym roku wyszły za mąż. Bardzo często spotykały się lub choćby dzwoniły do siebie. Znajomość się rozluźniła, gdy urodziły się dzieci, a poza tym Halina z rodziną przeprowadziła się do mieszkania w odległej dzielnicy. Obie brały także wiele dyżurów, aby zarobić na spłatę rat za mieszkania. Było to również utrudnienie w kontynuacji przyjaźni. Ale pamiętały o sobie z życzliwością, brały udział w ważnych wydarzeniach obu ich rodzin.

      Helena miała żal do rodziny swojej przyjaciółki, że nie pozwolili spotkać się z nią przed śmiercią. W głębi duszy czuła, że było to spowodowane jej własnym sceptycyzmem dotyczącym życia po śmierci i odrzuceniem wiary w Boga. Nawet i teraz, gdy nachodziły ją myśli o własnym odejściu i o tym, czy jest tam coś po drugiej stronie, odganiała je od siebie i szybko znajdowała sobie jakieś zajęcie. Jutro, niestety, będzie musiała zmierzyć się z tym problemem. Jako lekarz wiele razy nie tylko była obecna przy odchodzeniu chorych, ale walczyła jak potrafiła o przywrócenie ich do życia. Tylko, że byli to dla niej obcy ludzie, więc stopniowo nauczyła się opanowywać emocje i reagować nieomal automatycznie. Teraz śmierć dotknęła kolejną, bliską sercu osobę. Już odchodzenie męża, Leszka, mocno zachwiało jej pewnością, co braku  działania w życiu jakiej Siły Sprawczej, Kogoś kto czeka gdzieś tam w wielkich przestrzeniach Wszechświata i przyjmuje niewidzialną część nas. Obecnie te myśli powróciły, a ponieważ była już noc, nie bardzo mogła odgonić je od siebie i znaleźć sobie jakieś zajęcie. Jednak postanowiła przemieścić się na wózek i zażyć tabletkę na sen. To pozwoliło jej przespać noc.

    Rano zadzwonił Konrad. Był dawnym przyjacielem jej męża, ale ona nie przepadała za jego towarzystwem, szczególnie od czasu, gdy dowiedziała się, że nosi chorągwie w procesjach kościelnych. Ale teraz zaczęła myśleć o nim z życzliwością i wdzięcznością.

- Co jeszcze chcesz mi przekazać Konradzie? – zapytała.

- Przyjedziemy po ciebie o wpół do dwunastej, myślę, że będziesz gotowa na czas. –

- Tak, tak. Dziś przyjdzie moja opiekunka i pomoże mi się przygotować – odpowiedziała.

- Jest jeszcze jedna wiadomość. Rodzina Halinki prosiła mnie, żebym cię namówił na spotkanie na obiedzie po pogrzebie. Jak się na to zapatrujesz? -

 - O nie, nie chcę się z nimi spotkać. Cały czas czuję do nich uprzedzenie, że nie pozwolili mi spotkać się z Halinką. Podziękuj im w moim imieniu, powiedz, że jestem słaba i nie dam rady. -

 Dzień był upalny i Helena ucieszyła się, że w kruchcie kościelnej było dość chłodno. Cała świątynia była zapełniona ludźmi, wiele osób stało ze względu na brak miejsc w ławkach. Pomyślała, że jej przyjaciółka musiała być życzliwa i kompetentna w wykonywaniu swojego zawodu. Myśl jej pobiegła w przyszłość i wyobraziła sobie swój pogrzeb:

- Kto tam będzie o mnie pamiętał? Tyle lat przecież minęło od czasu, gdy pracowałam w przychodni.  Poza tym, nie życzę sobie tych kościelnych uroczystości, tylko pożegnanie na cmentarzu, zasypią mnie i koniec historii Heleny Mazur. -           Zrobiło jej się dziwnie smutno, a gdy jeszcze, chcąc nie chcąc, wysłuchała kazania, które było o życiu w zaświatach. Ksiądz mówił też o skarbie, który nosiła w sobie zmarła, o jej głębokiej wierze w Odkupienie, Zmartwychwstanie i życie wieczne z Bogiem w niebie. To było jakby mówił bezpośrednio do niej:

” nie wyobrażasz sobie, siostro i bracie, co tracisz odrzucając główny Kerygmat naszej wiary, że Pan Jezus Zmartwychwstał, wstąpił do nieba, że każdy z nas ma tam przygotowane miejsce u Jego boku”.

- I po co ja tu siedzę? Po co wysłuchuję tych wymysłów nawiedzonych ludzi, którzy boją się, że śmierć ich unicestwi na zawsze? Tak myślą tylko tchórze – utwierdzała się w swoim uporze odrzucenia wiary.

Postanowiła skierować wózek do wyjścia i zjechać po pochylni na zewnątrz kościoła. Nie wiedziała, że przy wejściu zamontowane są głośniki, które nie tylko nagłaśniały głos księdza, ale odbijały echem jego słowa. Próbowała zatkać uszy, ale to nie pomagało.

- To moja wina, powinnam zrezygnować z tej podwózki Konrada i wziąć odpowiednią taksówkę od razu na cmentarz. Była na siebie zła. Starała się całe życie unikać pogrzebów. Kondukt żałobny, w którym ludzie rozmawiali, a nawet śmiali się zamiast zachować ciszę bardzo ją denerwował. Wolała iść i złożyć kwiaty, czy zapalić znicz już po uroczystościach.

- Tym razem też tak powinnam zrobić, złożyć kwiaty na przykład jutro. –

   Zakończono pożegnanie w kościele. Gdy zobaczyła Konrada zmierzającego w jej kierunku poprosiła go, żeby przywołał taksówkę i pomógł jej wsiąść. Powiedziała:

- Bardzo cię proszę, Konradzie. Ja naprawdę nie dam rady. Muszę wrócić do domu. Mam nadzieję, że taksówka szybko przyjedzie. –

Konrad był nieco rozczarowany, ale spełnił prośbę Heleny. Jadąc już do domu ona rozmyślała:

- Przecież ja wcale nie jestem aż tak zmęczona. Sądzę, że dałabym radę, ale pewnie nie dałyby rady moje emocje. –

      Po powrocie już sama musiała poradzić sobie z przemieszczeniem się na kanapę w salonie. Poszło jej to nawet dość sprawnie. Potem jak to zwykle robiła sięgnęła po pilota i włączyła jakiś program telewizyjny. Nie obchodziło jej kto tam się wypowiada i o czym mówi, ważne było tylko, że głos z telewizora zagłuszał panującą ciszę. Po dłuższej chwili zasnęła.       

        Starsza pani nie odczuła zbytnio tygodniowej nieobecności jej najbliższej rodziny. Wnuki, wychowywane były przez rodziców z wielką miłością, ale nie nauczono ich, że nie są centrum całego świata. Każda ich zachcianka była zaspokajana, nie miały żadnych obowiązków pomagania w codziennych zajęciach, a rodzice, szczególnie matka, wyręczali je nawet w pakowaniu szkolnych plecaków. Nie miały potrzeby odwiedzania babci na wózku, chyba, że spodziewały się jakiegoś prezentu, a najchętniej kasy. Wiedziały, że mama odwiedza babcię dość często, ale tata zawsze zostawał w domu i wolały zostawać z nim zabawiając się grami komputerowymi lub oglądając głupie filmiki. Helena, początkowo próbowała zwracać uwagę, że dzieci mogą wyrosnąć na snobów i egoistów. Niestety, traktowano te dość delikatne napominania jako napaść na ich rodzicielską „mądrość” i wtedy obrywało się staruszce. Początkowo było jej przykro, ale z czasem przyzwyczaiła się do tego, że tak naprawdę, to oprócz kochanej Dorotki, reszta rodzinki ma ją w nosie.

      Pewnego dnia opiekunka przyniosła dość sporą kopertę oklejoną amerykańskimi znaczkami i powiedziała:

- Dzień dobry kochana pani Helenko. Ta kopertę wręczył mi listonosz, gdy dochodziłam do furtki. To pewnie coś bardzo ważnego, bo jest mocno zaklejona i ma tak dużo znaczków. Czy pani wnuki zbierają znaczki? Gdyby nie, to chętnie je wezmę. Mój starszy wnuk ma klaser i prosił mnie, żebym mu pomogła zbierać. –

Helena była zaciekawiona, co jest w liście i nie bardzo słyszała, o co pytała opiekunka. Ale kiwnęła głową na znak, że się zgadza.

- Mój wnuk lubi przychodzić do mnie, żebym opowiadała mu o wszystkich krajach, z których znaczki są w jego klaserze. –

- O, to wspaniale. Ale pozwoli pani, że teraz zajmę się listem. – odpowiedziała Helena.

   List był napisany po angielsku, miał na pierwszej stronie logo jakiegoś biura. Domyśliła się, że to kancelaria notarialna. Sięgnęła po słownik i zaczęła tłumaczyć wyraz po wyrazie. Zajmowało to dużo czasu i w końcu postanowiła poprosić Konrada o radę, kto znał na tyle angielski, że mógłby jej przetłumaczyć cały list. Zorientowała się już z tych pierwszych przetłumaczonych zdań, że sprawa dotyczy dziedziczenia.

- Czyżby moja siostra zmarła? Czemu nikt mnie o tym nie powiadomił? – pomyślała.

Było jej przykro i pomyślała:

- Biedna Frania. Pewnie nie było przy niej nikogo. Alek już chyba dziesięć lat jak odszedł. Tak, to było rok po moim Leszku. Nie wiem czemu nie mieli dzieci, nigdy nie ośmieliłam się o to zapytać. –

Westchnęła i zadzwoniła do Konrada. Obiecał jej pilnie pomóc i znaleźć kogoś zaufanego. Wzięła jeszcze raz list do ręki i szukała miejsca, w którym byłaby określona wielkość spadku.

Nie chciało jej się wierzyć, że Frania zapisała jej w testamencie tak wielką kwotę, która była wymieniona w liście. Oprócz tego były jeszcze chyba jakieś nieruchomości, ale postanowiła, że na szczegóły zaczeka do momentu otrzymania dokładnego tłumaczenia.

Pomyślała:

 - Po co mnie to wszystko? Co ja z tym zrobię? Oczywiście przekażę Dorocie, ale jak my będziemy w stanie załatwić te wszystkie formalności i przejąć spadek? Tam trzeba by było polecieć, a przecież to już nie dla mnie. Nie będę się tym teraz przejmować, jak wrócą z wakacji to niech coś wymyślą. -

 Jeszcze przed powrotem Doroty z rodziną z wakacji Konrad przekazał Helenie zalakowany list od przysięgłego tłumacza. Powiedział:

- Trochę to kosztowało, ale proszę, masz Helenko oficjalne tłumaczenie. Pan powiedział do mnie tylko, że będziesz nieco zaskoczona. Oczywiście, nie przekazał mi czego to zaskoczenie może dotyczyć. –

- Dziękuję ci bardzo. Przepraszam, że obarczam cię moimi problemami. Powiedz mi, ile mam ci zwrócić. –

Gdy już się rozliczyli Helena powiedziała:

- Moja siostra była bardzo dobrą osobą, ale upartą i nieprzewidywalną. Od dawna kochałyśmy się tylko na odległość, ostatnie spotkanie miałyśmy chyba dziesięć lat temu. Pamiętam, że rozstawałyśmy się trochę pokłócone, ale już nie pamiętam o co. –

- Zostawiam cię teraz samą, żebyś mogła dokładnie przeczytać pismo od notariusza. – powiedział Konrad i wyszedł.

     Nie od razu otworzyła kopertę. Najpierw przemieściła się do kuchni i zrobiła sobie mocną kawę. Miała przy wózku stolik, więc nie obawiała się rozlania. Dosyć długo trwało jej rozlokowanie się na kanapie i wypicie kawy. W końcu złamała pieczęć i zabrała się do czytania. 

     Na początku listu było sporo formułek prawnych wymaganych przy tego rodzaju dokumentach. Gdy doszła do sedna testamentu swojej siostry chciała w zdenerwowaniu po prostu go podrzeć. Ale potem, kiedy już minął gniew zaczęła się głośno śmiać, aż zanosiła się od śmiechu. 

Otóż, okazało się, że otrzymanie spadku było uwarunkowane przyjęciem przez Helenę Sakramentów Świętych: odbycia spowiedzi, przyjęcia Komunii i namaszczenia chorych. Frania zastrzegła, że spełnienie warunków nie musi być w żaden sposób udokumentowane. Wystarczy jedynie oświadczenie ustne lub na piśmie, że został on spełniony. I to był celny strzał w poczucie niezależności i uporu Heleny. Siostra, mimo odległości, która je dzieliła, pamiętała o głównych wadach Heleny „panny wszystko najlepiej wiedzącej”, jak ją w dzieciństwie i młodości nazywano.

- A to małpiszon jeden. Nawet po śmierci chce mnie wychowywać. –

    W uzasadnieniu podanego warunku było, co prawda, napisane, że jest to „dla dobra ukochanej Helenki, z troski, aby była zbawiona i aby spotkały się kiedyś razem w niebie”. Jednakże takie postawienie sprawy już do reszty rozsierdziło Helenę. Pomyślała:

- Przecież nie mogę takiego zapisu pokazać Dorocie, a szczególnie Staszkowi. To byłoby dla mnie upokarzające. Jak z tego wybrnąć? –

    Okazja nadarzyła się sama. Otóż, opiekunka znowu przyniosła dla niej małą paczuszkę, ale tym razem przesyłka leżała w skrzynce na listy. Być może, że przeleżała tam dość długo, bo stempel miał datę sprzed miesiąca. Tym razem był to list od jej zmarłej siostry i małe wydanie Nowego Testamentu. - Napisała go, zapewne, krótko przed śmiercią – pomyślała Helena.

Była bardzo poruszona, zastanawiała się, czy w ogóle go otworzyć. Miała już dość na ten dzień przeżyć i nie miała ochoty pogłębiać swojej frustracji. Odłożyła go na nocny stolik i włączyła jakiś program w telewizji, żeby się odprężyć. Ale nie mogła przestać myśleć o Frani, o jej życiu na obczyźnie przez tak wiele lat, bez dzieci, bez bliskiej rodziny. Gdy rozmawiały ze sobą przez telefon ona zawsze była pogodna, nawet radosna. Należała do jakiegoś Stowarzyszenia pomagającego ludziom w kryzysie bezdomności, a także wspierającego sierocińce. Była członkiem Koła Polonii i udzielała się w organizowaniu wielu imprez integracyjnych. O tym opowiadała w każdej wspólnej rozmowie aż do znudzenia, ale przecież to było całe jej życie.

    List leżał jeszcze nieotwarty przez kilka dni. W końcu, w kolejny poranek zdecydowała się na przeczytanie go. Znalazła sobie miejsce w ogrodzie, w cieniu drzew i pomyślała:

- To właściwie list zza grobu. Moja kochana siostrzyczko, gdzie teraz jesteś? –

List był napisany odręcznie, ale nie było to pismo Frani. Musiała, zatem komuś go podyktować. Rozpoczynał się od bardzo serdecznych słów opisujących miłość siostrzaną, którą zawsze darzyła Helenę. W dalszej części listu było przypomnienie o ich wspólnym dzieciństwie, o rodzicach i bracie, który zmarł wiele lat temu. Potem Frania starała się opisać, jak postrzegała sens i cel swojego  życia. Jej jedynym marzeniem i dążeniem było zostać świętą w oczach Boga. Zacytowała nawet fragment Biblii: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.” Duży fragment listu był opisem kerygmatu wiary w Jezusa Chrystusa jedynego Pana i Zbawiciela, Który umarł za każdego człowieka, aby wykupić go od grzechów i dać mu życie wieczne. W dalszym fragmencie Frania opisała swoją miłość do Pana Jezusa i swoje oddanie Mu całego życia.  Na zakończenie listu napisała: „ Czuję niesamowitą radość, że jestem dzieckiem Boga i ufam, że niedługo przejdę poprzez śmierć do życia z Nim. Trwam w radosnym oczekiwaniu. Tego życzę również Tobie ukochana Helenko, gdy zostaniesz wezwana…”

Helena przytuliła list do piersi i cichutko płakała. Rozmyślała:

 - A może ona ma rację? Może to moja pycha i upór odbierają mi szansę na szczęśliwe życie po drugiej stronie? A może to po prostu strach i odganianie myśli o odejściu? Chyba jednak porozmawiam z Dorotą jak wróci. Ona była zapatrzona w tatusia i właśnie Leszek nauczył ją głębokiej wiary. Zawsze ją strofowałam, gdy chciała podzielić się ze mną sprawami związanymi z Kościołem. Może ona się ucieszy, że teraz ją proszę o wskazówki, jak tą wiarę odzyskać. A zanim się zjawi postaram się przeczytać tę ważną książeczkę od Frani. Ale jeszcze nie pokażę jej testamentu, żeby nie pomyślała, że to tylko wyrachowanie w spełnieniu warunku przyjęcia spadku. – 

     Dorota faktycznie bardzo się ucieszyła zmianą nastawienia matki do wiary. Chętnie odpowiadała na zadawane pytania i obiecała przynieść parę książek mądrych ludzi, którzy opowiadali o swoim nawróceniu. Na grubym papierze wydrukowała dwie „złote” myśli do częstego czytania:


"Są dwie możliwości: albo Bóg jest, albo Go nie ma. 

Jeżeli przyjmę, że Bóg jest, a Boga nie ma, 

ryzykuję swoim skończonym, krótkim życiem.

Właściwie czym ryzykuję?

Chyba tylko tym, że gdybym uważał, że Boga nie ma, 

mógłbym nie wkładać tyle wysiłku w to, by żyć uczciwie...

Jeżeli jednak przyjmę, że Boga nie ma, a Bóg jest,

ryzykuję nieskończoną wiecznością.

Zysk i strata są niewspółmierne.

Mają się do siebie, jak skończona liczba do nieskończoności.

Wybór powinien więc być oczywisty.

Ale dla wielu ludzi nie jest..." Blaise Pascal
xxx
„Pascal uważał, że życie jest grą hazardową.
Mamy przed sobą do wygrania lub stracenia wielką stawkę.
Dostrzegał on brak proporcji między
krótkim życiem człowieka a nieskończoną wiecznością.

W naszej religii wiary w życie wieczne nie opieramy
na obliczeniach prawdopodobieństw,
lecz na zaufaniu Jezusowi Chrystusowi...”

ks. prof. Michał Heller

xxx

Helena nie bardzo jeszcze potrafiła się wgłębić w to przesłanie, ale położyła kartki na półce i czasem je czytała.

Dorota wcześniej nigdy nie pytała matki, czy przyjęła w dzieciństwie Sakramenty, domyślała się, że pewnie tak, bo inaczej nie mogłaby poślubić ojca.

     W końcu przyszedł czas na odczytanie córce testamentu Frani. Pierwszą jej reakcją było zdziwienie i niedowierzanie, ale po chwili Dorota zaczęła się głośno śmiać, a właściwie aż zanosić od śmiechu. Matka zaczęła ją strofować i powiedziała:

- Tego się najbardziej obawiałam – twojej reakcji. -

Córka spostrzegła w jej oczach łzy, serdecznie ją przytuliła i powiedziała:

- Mamusiu, ja nie śmieję się z ciebie, śmieję się z cioci Frani, jak ona to wymyśliła i przygotowała z troski o ciebie. Piękne przesłanie dokładnie przekazała ci w liście. Musiała bardzo cię kochać. –

- Ja też ją kochałam i chyba kocham nadal, ale miłość potrzebuje nieustannego potwierdzania, na odległość jest trudno kochać. Jeszcze teraz, kiedy nie wiem, gdzie ona jest. –

- Napisała ci, gdzie spodziewa się być: z Tym, Któremu oddała całe swoje życie i postępowała według Jego wskazówek. Jeżeli przyjmiesz taką prawdę i też taką, że „ostatni będą pierwszymi” w drodze do nieba, to już możesz, jak ciocia Frania „radośnie oczekiwać”. Przecież wiesz, że życzę ci jeszcze długich lat, ale można je przeżyć w tłumionym lęku, a można zaufać i mieć w sercu radość. –

- Jaka ty jesteś mądra, Dorotko. Skąd to wszystko wiesz? –

- Przecież obserwujesz mnie, mamo i wydaje mi się, że idę dobrą drogą do ostatecznego celu. Uczę się, czytam, spotykam się z Panem Jezusem w Eucharystii, przyjmuję Sakramenty. Tego wszystkiego nauczył mnie kiedyś tatuś. Ty, niestety, odrzucałaś jego prośby o wspólną modlitwę, czy rozmowę na temat wiary. Nie mam prawa za to cię potępiać, ale cieszę się, że dzięki pośmiertnemu listowi cioci może spróbujesz uwierzyć? To dla twojego największego dobra. Jesteś wspaniałą osobą, z wielkim sercem, tylu ludziom pomogłaś. Teraz pomóż sobie. Kocham cię mamusiu. –

Gdy to mówiła głos Doroty drżał. Po namyśle usłyszała odpowiedź matki:

- Dobrze, że mam ciebie , kochanie. Jesteś moim największym skarbem. –

- W niedzielę zabiorę cię na Mszę, staramy się chodzić razem, całą rodziną. Mam to szczęście, że Staszek wychował się w rodzinie chrześcijańskiej. Dołączysz do nas, jeżeli zechcesz. –

- Nie, Dorotko, potrzebuję rozpocząć moją naukę przebywając sam na sam z Tym Bogiem, Którego mi poleciłaś. Zaczęłam już czytać Ewangelię i będę próbowała zrozumieć i zapamiętać co głosił Jezus. Wiesz, że zawsze starałam się radzić sobie sama. A teraz przejdźmy do testamentu. Wiesz, że nie potrzebuję tych pieniędzy i tych nieruchomości, więc nie broń mi czasem zapisać to wszystko tobie. Ale wymaga to wyjazdu do Stanów i pewnie dość długiego pobytu, aby załatwić wszystkie formalności. Pomyśl, kiedy moglibyście polecieć. Całe szczęście, że nadchodzą wakacje. -

- Myślę, że ciocia chciałaby najbardziej uszczęśliwić ciebie. Dla nas to chyba jedynie kłopot, bo jak wiesz, nie jesteśmy pazerni i wystarcza nam to co mamy. Ale rozmówię się ze Staszkiem, podejmiemy decyzję i powiadomię cię. Na pewno z przyjęciem tego spadku związane są olbrzymie formalności prawne, jakieś podatki, zmiany własności nieruchomości. Trochę się tego obawiam i sądzę, że uratować nas może jedynie dobry prawnik znający prawo amerykańskie. Ale to będzie nie mało kosztować. –

- Oj, myślę, że jeszcze coś dla was zostanie – zaśmiała się Helena.

      Wyjazd zaplanowano na sierpień. Ustalili, żeby wziąć ze sobą doświadczonego prawnika, który zobowiązałby się umownie do sfinalizowania całej sprawy. Procedury spadkowe w Polsce przebiegły dość szybko i rodzina zaczęła planować, jak będą rozdysponowywać spadek po jego przejęciu. Początkowo dzieci wspólnie z ojcem byli bardzo podnieceni otrzymaniem wielkiej ilości pieniędzy i nawet rozmawiali o kupnie wielkiego domu z ogrodem i sadem, przy którym znalazłoby się miejsce dla dwóch koni i trzech samochodów. Wszystkie rozmowy rodzinne dotyczyły tylko tego tematu. Dzieci rozpowiedziały w szkole, że wkrótce będą bardzo bogaci, stały się zarozumiałe i koledzy zaczęli od nich stronić. Mąż Doroty, co prawda, nie zwierzał się wszystkim w pracy, ale wystarczyło, że powiedział dwom najbliższym współpracownikom i za kilka dni już całe biuro o niczym innym nie rozmawiało. 

       Wylot zabukowano na piętnastego sierpnia licząc na to, że z pomocą prawnika uda się im w ciągu dwóch tygodni wszystko pozałatwiać, aby dzieci mogły wrócić na czas do szkoły. Niestety na miejscu okazało się, że procedury są bardzo skomplikowane i długotrwałe, gdyż żadne z nich nie posiada obywatelstwa USA. Staszek był przygotowany na dłuższy pobyt i wziął sobie urlop bezpłatny, ale Dorota musiała wrócić przed pierwszym września, żeby wyprawić chłopców do szkoły. Zgodnie z zaleceniem prawnika, przed wyjazdem do Polski pozostawiła notarialne upoważnienie dla męża do jej reprezentowania. Gdy już wróciła z chłopcami do Polski ciągle słyszała od nich narzekania jakie tutaj mają beznadziejne życie,   mieszkanie w bloku, przy ruchliwej ulicy, w hałasie. Chcieli z powrotem wracać do Stanów i zamieszkać w apartamencie zmarłej cioci, a na weekendy wyjeżdżać do domu z ogrodem.

Dorocie sprzykrzyło się ich narzekanie i stanowczo powiedziała:

- Już więcej ani słowa na ten temat! Zostało już postanowione, że będziemy tutaj mieszkać. A jak tata wróci po załatwieniu spraw, to postaramy się kupić nowe mieszkanie. -  

     Przynajmniej raz w tygodniu odbywali ze Staszkiem telefoniczne narady dotyczące jego dalszych działań. Główny problem to była sprzedaż domu z ogrodem położonego w bardzo ekskluzywnej, podmiejskiej dzielnicy, w otulinie parku krajobrazowego.  

      Gdy spodziewała się już powrotu męża do kraju otrzymała wiadomość, że przedłużył swój bezpłatny urlop, bo jeszcze kilka spraw musi załatwić w Stanach. Nie powiedział jej wtedy, że przedłużył go aż o pół roku. Gdy minął kolejny miesiąc  zaczął tłumaczyć Dorocie, że tak naprawdę, to on wolałby tu zostać:

- Mam już zezwolenie na pracę, odnalazłem kolegę ze studiów, który ma swoją firmę i proponuje mi dobre stanowisko. Myślę, że chłopcy mieliby tutaj lepszą przyszłość, możliwość nauki na słynnych uniwersytetach. Pomyśl, o tym, proszę, i nie mów mi od razu, że się nie zgadzasz. –

Dorocie głos się trząsł, gdy mu odpowiadała:

- Jesteś bezdusznym egoistą, przecież to mama oddała nam swoją własność, a teraz zostawilibyśmy ją samą w Polsce? Jak mogłeś o tym zapomnieć! -

 - Ale zabierzemy ją tutaj. Warunki są luksusowe i opieka zdrowotna pewnie lepsza niż w Polsce. Dorotko, opanuj się, przecież znasz mnie i wiesz, że nigdy nie chciałbym jej krzywdy. –

- No, tak. Ale przecież nasi chłopcy nie znają na tyle angielskiego, żeby mogli od razu tam iść do szkoły. –

- No to będą przez pierwszy rok uczyć się języka. Nie stracą na tym, a zyskają szanse na lepsze życie w przyszłości. –

- Jestem zaskoczona twoją propozycją, pozwól, że pomyślę nad tym, a przede wszystkim porozumiem się z mamą. –

- Okey, okey. Tylko proszę, nie przedłużaj decyzji w nieskończoność. Porozmawiamy jeszcze jak tu przylecisz, bo bez ciebie żadna transakcja nie może być zakończona. –

- Do usłyszenia Staszku. Zadzwonię. –

W tym miejscu Dorota przerwała rozmowę i zdenerwowana wyszła z domu, aby na spacerze odreagować emocje. Główna myśl, która nie dawała jej spokoju to była sprawa przekazania propozycji Staszka swojej mamie:

- Przecież to będzie dla niej cios. Ma tutaj swój mały domek, ogródek, miłą opiekunkę, swoje przyzwyczajenia i dostępność pomieszczeń. Wątpię, żeby z jej niepełnosprawnością zechciała na nowo przystosowywać do odmiennych warunków życia, uczyć się języka i poznawać zwyczaje innego kraju. Powiem jej dopiero w niedzielę. –

Tak postanowiła i wróciła do codziennych zajęć. 

    Reakcja Heleny, gdy usłyszała o pomyśle swojego zięcia była dla Doroty szokująca, bo matka uśmiechnęła się i powiedziała:

- Przeczuwałam, że tak będzie i już rozmyślałam nad odpowiedzią. Wiesz, córeczko, jak ważne jest dla mnie wasze szczęście. Nie wyjadę z Polski, jak długo to będzie możliwe pragnę mieszkać w tym domu. Są w nim wspomnienia, których bardzo by mi brakowało. Jestem tutaj szczęśliwa, a dodatkowo odkrywam nowy świat, świat duchowy i jestem tym zafascynowana. Na prośbę Konrada, tego przyjaciela taty, odwiedza mnie dość często zakonnik, franciszkanin i toczymy z nim długie rozmowy o wierze. Coraz bardziej zaczynam ufać Bożemu miłosierdziu i Jego miłości do mnie. Musiałabym te spotkania utracić przenosząc się z wami do Stanów.

Dlatego, kochana moja, jedź za Staszkiem, bo rozłam w rodzinie, to największa tragedia. Będę tęsknić, ale mam już swoje lata i bliżej mi do śmierci niż do intensywnego życia. Uczę się teraz „radosnego oczekiwania”, jak poradziła mi moja siostrzyczka. –

Przytuliły się mocno i długo siedziały w ciszy.

                                                  xxx

„W nocy samotnej, rozmodlonej ciszą,

po falach morza, które nią kołyszą, łódka ma płynęła.

A gdy był pokój na morzu i niebie –

rzekłbyś, że Stwórca mówi sam do ciebie;

lecz nagle wicher wstrząsnął głąb bałwanów

i porwał łódkę na dno oceanu.

Potem przepastnym swoim wirem wchłonął

 cudowną otchłań: Świętej Trójcy łono.

O, już nie ujrzy mnie nikt u wybrzeży,

bom znikła w Panu, Bóg do mnie należy;

w Niezmierzoności dusza ma spoczęła

w bezkresie czasu ze swoimi Trzema.”

 

„Idę do Światła, do Miłości, do Życia.”

św. Elżbieta od Trójcy Świętej.


sobota, 18 kwietnia 2026

A ja się spodziewałem...

 



                       A ja się spodziewałem…

       Takiej burzy nie było w tych okolicach od wielu lat. Wiatr łamał gałęzie, a niebo rozświetlały co chwila oślepiające zygzaki błyskawic. Dziwne było, że nie spadła dotąd ani jedna kropla deszczu. Tak pomyślał i właśnie wtedy nadeszła nawałnica. Wiele razy oglądał takie sceny w informacjach ze świata, ostatnio nawet i w Polsce burze narobiły ogromnych szkód. Ale przelatywał na ekranie te chwile grozy nie przywiązując do nich wielkiej wagi. Owszem, współczuł tym bezradnym wobec żywiołu ludziom, ale to się działo tak daleko i nie dotyczyło jego bezpośrednio, że szybko o tym zapominał. No i teraz sam znalazł się w samym centrum takiej sytuacji.

Pierwsze pytanie jakie sobie zadał dotyczyło szansy na dotarcie do niego pomocy z zewnątrz. Zdecydował, że nikt do niego nie da rady dotrzeć zanim woda nie wtargnie do wnętrza domu. Musi zatem działać sam. Jedyną pocieszającą myślą było to, że jego żona i dzieci wyjechały na krótkie ferie i nie muszą przeżywać tej traumy.

W wielkim pośpiechu pakował najpotrzebniejsze i najcenniejsze rzeczy, po czym biegł po schodach na najwyższe piętro domu. Był tam taki schowek na potrzebne i niepotrzebne starocie, na bibeloty i ubrania, których prawdopodobnie nikt już nie będzie nosił i mały warsztat na potrzeby konserwacji domu. Trochę to próbował porządkować i składać przyniesione pakunki na górze szaf i na regałach. Wzruszył się, gdy  zbierał rzeczy z pokoju dzieci i zobaczył wielkiego misia, ulubieńca Tereski. Oczywiście jego również przetransportował na górę.

W końcu wszedł na dach domu i próbował ocenić sytuację. Było nawet gorzej niż się spodziewał. Już nie miał szans wydostania się na zewnątrz, ulice i chodniki zalewała spieniona, brudno-szara woda. Był to właściwie rwący, głęboki potok. Dopiero teraz mógł ocenić jak duży spadek miała ulica, przy której mieszkał.

Pomyślał, że jeżeli rzeka wylała to może będzie musiał  spędzić wiele dni w tym osamotnieniu. Musi zatem zatroszczyć się o zapasy żywności, tylko jak je przechowa? Nie zatarga przecież sam na górę wielkiej lodówki? Ale okazało się, że prowiant, który przygotowała mu Regina na czas swojego wyjazdu był w większości zamknięty hermetycznie i zawekowany w słoikach. Z wdzięcznością pomyślał o żonie. Sprawdził jeszcze pierwsze piętro, wyjrzał przez okno i doznał szoku. Zobaczył mężczyznę uczepionego obiema rękami do ulicznej latarni, miotanego rwącym strumieniem wody. Nie miał on szans utrzymać się długo w tej pozycji, bo napór wody zwiększał się z każdą chwilą.

- Co ja mam zrobić? Jak mu pomóc? – krzyczały pytania w jego głowie.

Odruchowo zaczął się modlić: - Boże spraw, żeby ten człowiek nie utonął. Proszę, pomóż mi coś wymyśleć. –

A gdybym wyrzucił przez okno na zalany chodnik wszystkie ciężkie meble z pokoju na parterze, może woda nie dałaby rady je porwać?

     Tak zrobił. Mimo zmęczenia noszeniem na górę tak wielu rzeczy, zmobilizował resztki sił i utworzył piramidę z kanapy, części szaf, biurka i komody. Uczepiony do latarni człowiek zauważył jego działanie i widać było, że planuje uchwycić, któryś z mebli. Roman opuścił nogi na zewnątrz okna, aby próbować rzucić mężczyźnie splecione prześcieradło i pomóc mu dostać się na parapet okna. Nie było to łatwe, ale w końcu się udało. Zajęci całą akcją nie zauważyli nawet, że ulewa nieco zmalała, a wiatr zmienił kierunek.

     Mężczyzna był skrajnie wyczerpany, obolały i dusił się wykaszlując wodę, której mocno się opił.

Gdy już kaszel pomału ustawał Roman przeprowadził uratowanego, a właściwie prawie przeniósł go do pokoju obok, posadził na fotelu i okrył kocem. Mężczyzna z wdzięcznością poddawał się tym wszystkim czynnościom.

W końcu Roman uśmiechnął się do niego i powiedział:

- Niewiele brakowało a popłynąłby pan z nurtem rzeki. Cieszę się, że się pan uratował. Myślę, że teraz najważniejsze to odpocząć i rozgrzać się. Deszcz nie jest już tak intensywny, a więc może i woda się cofnie. Przyniosę panu ubranie i zrobię coś ciepłego do picia. Widzi pan, ja od rana przenoszę potrzebniejsze rzeczy na górne piętro i również jestem zmęczony. Te meble wyrzucałem przez okno już ostatkiem sił. Ale dałem jakoś radę. –

Widać było, że mężczyzna chce coś powiedzieć, ale gdy próbował wydobyć z siebie głos chrypiał tylko i trudno było zrozumieć co mówi. Próbował zasnąć, ale najpierw Roman pomógł mu zmienić ubranie. Wytłumaczył mu, że zostawi go w fotelu, aby w czasie snu nie zakrztusił resztkami połkniętej wody.

     Odpoczynek trwał około dwóch godzin. W tym czasie Roman zaglądał do śpiącego i sprawdzał, czy prawidłowo oddycha. Obserwował też, co dzieje się na zewnątrz, czy woda zabrała wszystkie jego meble, czy może uda się coś z nich uratować.

Okazało się, że woda tak samo jak nagle zalała ulice, tak szybko również po ustaniu deszczu opadała. Ocenił, że do jutrzejszego poranka zupełnie opadnie i będzie można wyjść. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy ile błota i śmieci

pozostanie na ulicach i chodnikach po ustąpieniu wody.

    Przypomniał sobie, że dawno nie dzwonił do żony i dzieci. Zaczął nerwowo szukać komórki, ale mógł jej znaleźć. Gdzieś ją położył w bezpieczne miejsce chcąc  ją ochronić przed powodzią, ale gdzie?. Może na strychu? A może była w jego biurku wyrzuconym za okno? To byłaby tragedia. Po żmudnych poszukiwaniach okazało się, że komórka leżała w kuchni wysoko na lodówce. Natychmiast zadzwonił. Okazało się, że jego najbliżsi byli bezpieczni, a w okolicy, gdzie przebywali jedynie lekko pokropiło. Nie przekazał im szczegółów, co działo się u niego, aby ich nie przerazić.

Usiadł jeszcze na chwilę i zastanawiał się, co po kolei musi załatwić.

- Teraz telefon do mamy, co tam u nich, czy są bezpieczni? –

Nacisnął numer do matki, ale po drugiej stronie była cisza. Próbował znowu, ale telefon był głuchy. Trochę się zmartwił tą ciszą, bo mama zawsze nosiła komórkę przy sobie, aby mieć kontakt z leżącym od pewnego czasu ojcem. Miał on niewydolność krążenia i trudności z jakimkolwiek wysiłkiem.

- No, tak. Powinienem wcześniej o nich pomyśleć. - Zdenerwowany zadzwonił do siostry, która mieszkała w pobliżu rodziców. Ale ona również nie odebrała telefonu.

W tym momencie pojawiły się w głowie czarne myśli:

- Może wzięli tatę do szpitala? A może mamie coś się stało, ostatnio też była słaba. Od kogo jeszcze mógłbym się czegoś dowiedzieć? –

Przypomniał sobie jedną ze „złotych” myśli: „Nie zamartwiaj się, dopóki nie dowiesz się, że masz czym się martwić.” Powtarzał ją sobie, ale to mało pomagało.

    Usłyszał wołający go głos uratowanego mężczyzny:

- Panie Romanie, panie Romanie. Czy mógłby mi pan pomóc wstać? Potrzebuję do toalety. –

Pospiesznie podniósł mężczyznę i asekurował go w dojściu do ubikacji. Dopiero teraz zorientował się, że jest on znacznie starszy niż oceniał wcześniej, mógł mieć ponad siedemdziesiąt lat. Był krępy, niezbyt wysoki i miał siwiejący zarost. Mimo jego krępej budowy wyczuwało się w jego ciele jakąś nieokreśloną bliżej kruchość, jakby miał rozpaść się na kawałki przy każdym dotknięciu Romana.

   Po powrocie na miejsce w fotelu mężczyzna zachrypniętym nieco głosem powiedział:

- Dziękuję ci za wszystko. Wyjdę stąd najszybciej jak tylko będzie możliwe. Już się wzmocniłem, ogrzałem i wyspałem. Jeszcze raz dziękuję. Byłem przekonany, że to ostatnie chwile mojego życia. A jednak Bóg zesłał ciebie, ale nie wiem, po co chce mnie jeszcze trzymać na tym świecie. Byłem pogodzony ze śmiercią i powinienem puścić tą latarnię wcześniej, ale w takich chwilach działamy instynktownie. Ja nie jestem już nikomu potrzebny i właściwie to chyba w tej powodzi straciłem moje miejsce do spania. Schroniłem się od niedawna do takiego drewnianego domku na działkach. Nikt mnie do tej pory nie przegonił. –

- Ależ, co ty mówisz: „nie jestem nikomu potrzebny”. Nie chcę tego słuchać. Każdy ma coś do wykonania lub przekazania światu za nim Bóg go zabierze. Trzeba to tylko odkryć. A teraz dość smucenia, zaraz zniosę ze strychu jakiś słoik z obiadem, który przygotowała moja żona. Zjemy i od razu humor ci się poprawi. A w ogóle, to nie dosłyszałem wczoraj twojego imienia: mówiłeś „Alek”, nazywasz się Alek? Aleksander? –

- Nie Aleksander tylko Alfred, a mówią do mnie Alek. Mówiłeś o obiedzie, ale ja nie chcę cię objadać. –

- Co znaczy objadać? Chcesz tu kipnąć z głodu? Z serca cię poczęstuję, zjemy razem. Najwyżej doleję trochę wody do zupy i wrzucę kostkę bulionu. –

     Kiedy już zjedli Roman poprosił:

- Dokończ proszę tę historię o twoich problemach życiowych. –

- E, dajmy spokój. Nie będę cię zanudzał moim nieciekawym życiem. Jakoś muszę dać sobie radę. Mam przy sobie trochę kasy… –

I w tym momencie zawiesił na chwilę głos:

- O rany, przecież one pewnie się rozmoczyły w moich spodniach. Zawinąłem je w folię, ale może i ona przemokła. Przynieś mi, proszę moje portki. –

- Bądź spokojny, twoja forsa już się suszy. Pozwoliłem sobie zajrzeć do twoich kieszeni, wyjąłem dokumenty i pieniądze, jest ich sporo, nie trzymasz ich w banku? – z uśmiechem powiedział Roman i dodał: - Chyba nikogo nie okradłeś? –

- Jak możesz! – zdenerwował się Alek -  jak mogłeś tak w ogóle pomyśleć? –

- Ale ja przecież tylko żartowałem – tłumaczył się Roman.

A Alkowi aż łza zakręciła się w oku i cichym głosem powiedział:

- Te pieniądze to z całego mojego życia. Harowałem jak osioł, miałem gospodarstwo niedaleko Sieradza. Było zadbane, ziemia dobrze rodziła, mieliśmy parę krów, stadko kur i niewielką chlewnię. Jakoś radziliśmy sobie z żoną i pomagaliśmy dzieciom. Oboje są wykształceni, córka jest lekarzem, mieszka tu, niedaleko trzy ulice stąd. A syn został informatykiem i wyjechał za granicę. Rzadko nas odwiedzali, a my nie bardzo mieliśmy jak do nich przyjechać, bo przecież trzeba było codziennie obrządzać inwentarz. Ale moja żona zmarła w zeszłym roku, a bez niej nic mi się nie udawało. Najmowałem ludzi do pomocy, ale więcej z tego było szkody niż pożytku.

Przerwał opowiadanie i zapytał:

- Pewnie jesteś już znudzony tym moim gadaniem. Może już dość? –

- Ależ nie, opowiadaj dalej. Jestem ciekawy, co się dalej działo – zachęcił go Roman.

- Co się działo? Nic takiego, sprzedałem gospodarkę, wyciągnąłem oszczędności i pomyślałem, że  czas teraz odpocząć. Umyśliłem sobie, że dam całe te pieniądze mojej Hani, to znaczy doktor Hani, mojej córce, żeby mnie przyjęła na starość do swojego domu. Ten dom, to właściwie myśmy z żoną finansowali, jeszcze jak Hania była na stażu. A jak wychodziła za mąż to dom był gotowy. Tak po cichu już wcześniej planowaliśmy z żoną, że na starość nas przygarnie do swojej rodziny. Dom był duży, więc jeden pokój z dostępem do kuchni naszej dwójce by wystarczył. No i po roku od śmierci Agaty przyjechałem tutaj spodziewając się serdecznego przyjęcia i opieki.

W tym miejscu przerwał, odwrócił głowę i widać było, że bardzo przeżywa chwilę spotkania ze swoją córką. Po chwili mógł już mówić:

- Owszem, przywitali mnie serdecznie, poczęstowali obiadem, ale kiedy im przedstawiłem cel mojego przyjazdu doznali szoku. Córka zerwała się z miejsca i zapytała:

< Jak to sobie wyobrażasz? Chcesz z nami zamieszkać? Ale wszystkie pokoje są zajęte, dzieci już są prawie dorosłe, mają swoje sympatie, czasem nawet któreś z nich ma gości na całą noc. Mamy z Leszkiem prywatne gabinety i przychodzi nieraz sporo pacjentów. Gdzie ty się w tym wszystkim odnajdziesz? Tu jest miasto, tu się zupełnie inaczej żyje. Możemy cię dziś jakoś przenocować, może jeszcze jutro, ale nie ma możliwości, żebyś z nami zamieszkał. > I tak zakończyły się moje plany. Podziękowałem za obiad, nacisnąłem czapkę i bez pożegnania wyszedłem. Wiesz, mogłem sobie załatwić nocleg w hotelu, czy wynająć jakiś pokój, ale byłem tak rozgniewany i zrozpaczony, że postanowiłem zaszyć się gdzieś w kąt i marzyłem, żeby natychmiast spokojnie umrzeć. Widzisz, to moja głupota była, że ja się spodziewałem innego przyjęcia. Teraz już się wygadałem i chyba mi trochę ulżyło. –

      Roman długo się nie odzywał, siedział zamyślony i zastanawiał się, co może Alkowi powiedzieć, jak go pocieszyć. Doszedł do wniosku, że żadne słowa nie pomogą, więc podszedł do niego i serdecznie go przytulił. Po chwili powiedział:

- Jestem wierzącym chrześcijaninem, a więc ty jesteś moim bratem. Nie martw się, nie zostawię cię w takiej sytuacji samego. Wyremontujemy wspólnie jeden z pokoi na stryszku, tam na razie zamieszkasz. A jak wróci żona pomyślimy, co dalej. Jak tylko wszystko wróci do normy po tym kataklizmie wpłacimy twoje pieniądze do banku. Nie chcę, żebyś myślał, że pomagam ci dla kasy.-

    Spojrzał z czułością na twarz starego człowieka i zobaczył duże krople sączących się łez.

 

     Agata po obejrzeniu w telewizji wiadomości o nawałnicy postanowiła jak najszybciej wrócić do męża. Obawiała się jedynie o to, czy dzieci nie doznają traumy widząc spustoszenia.

     W rozmowie z Romanem ustalili, że jednak wrócą do domu dopiero za tydzień. Na koniec Roman powiedział:

- Mam dla was niespodziankę, z której pewnie szczególnie ucieszą się dzieciaki. W następnej rozmowie powiem ci nieco więcej, żeby twoje zaskoczenie nie było zbyt  gwałtowne – zaśmiał się.

    Dni szybko mijały. Alek bardzo się starał być pomocny przy wszelkiego rodzaju pracach i w przygotowaniu swojego lokum na strychu, i w oczyszczaniu ogrodu z błota i szlamu. Najtrudniejszą sprawą było oczyszczenie pomieszczeń w piwnicy.  Strażacy, co prawda, wypompowali wodę, ale pracy przy zaprowadzeniu jakiego takiego porządku było na parę miesięcy.

   Roman był wdzięczny Opatrzności, że dostał pomocnika i kompana w osobie Alka. Obaj nie ukrywali swojej radości że tak ich los ze sobą skojarzył. Dzieliło ich wiele lat, a Alek mógłby być ojcem Romka, ale traktowali się wzajemnie jak kumple.

   Pewnego razu Roman zapytał:

- Alek, czy zechciałbyś zostać dziadkiem dla moich dzieciaków? Są może nieco hałaśliwi i chcą być zawsze w centrum uwagi, ale mają dobre serduszka. Tereska ma pięć, a Radek dziesięć lat. Na pewno cię polubią i super by było, żebym mógł cię im przedstawić jako drugiego dziadka. –

Alek oczywiście się zgodził i podziękował za taką propozycję.

 Czuł się już w tym domu bardzo swobodnie, nie stresował się, że coś źle zrobił, bo o wszystko pytał, podsuwał też Romanowi nowe pomysły na czasowe zastąpienie zniszczonych mebli. Już wcześniej wymusił na Romku zgodę, że jak tylko zrobi się po powodzi w miarę normalnie, to pojadą do meblowego sklepu i Alek za swoje pieniądze odkupi te sprzęty i meble, których nie dało się ocalić.

     Przyszedł wreszcie moment powrotu Agaty i dzieci. Odwiózł ich kuzyn samochodem terenowym, bo zwykłym autem nie dałoby się miejscami przejechać. Dzieci były przeszczęśliwe: po pierwsze, że są już w domu z tatusiem, a po drugie, że mają nowego dziadka. Początkowo trochę były zawstydzone i zakłopotane, ale okazało się, że już tego samego dnia Alek świetnie się z nimi dogadał i nawet próbował uczyć je nowych zabaw.

Agata również zaakceptowała obecność nowego lokatora, chwaliła go do Romka, że jest taki cichy i samodzielny.

     Gdy zapraszali go na posiłki on wylewnie dziękował, pomagał w sprzątaniu, a nawet chciał zmywać, na co nie pozwalała Agata. Kiedy nie było dla niego zajęcia w domu (nawet piwnica już została przez niego uprzątnięta)

szedł na górę do swojego pokoju. Zastanawiali się, czy  nie jest mu smutno, gdy siedzi sam w tej ciszy, bo nie miał nawet radia. Ale przypomnieli sobie, że przecież ma telefon.

      Pewnego dnia poprosił ich oboje o chwilę rozmowy o ważnych sprawach. Domyślali się, o czym będzie z nimi rozmawiał, a już wcześniej dyskutowali między sobą, co będzie dalej z życiem Alka. Mogli mu zapewnić dom, ale nie będą mogli opiekować się nim w czasie jakiejś obłożnej choroby, czy niepełnosprawności.

     Gdy wreszcie wieczorem usiedli wspólnie przy herbacie Alek z uśmiechem zapytał:

- Chyba macie mnie już dość? –

Oboje w tym samym momencie głośno zaprzeczyli:

- Jak możemy mieć dość dziadka naszych dzieci? Przecież bardzo się lubicie, one potrzebują ciebie, a ty pewnie ich. W niczym nam nie przeszkadzasz. –

- Dziękuję, że tak mówicie, ale ja wiem swoje. Tak dużo dla mnie zrobiliście, że do końca życia wam się nie wypłacę. A teraz chciałbym was prosić o przyjęcie tego drobnego zadośćuczynienia. –

I Alek położył na stole kopertę, w której była dość duża kwota w dolarach.

- Słuchajcie, nie dam tego moim dzieciom, które mnie nie chcą, więc proszę przyjmijcie. Jeżeli to możliwe to przeznaczyłbym te pieniądze na naukę waszych dzieci, kiedyś, na dobrych uczelniach. Nie odmawiajcie mi, proszę. Ja już szukam w Internecie jakiegoś małego mieszkania dla mnie. Pokój z kuchnią mi wystarczy, byle nie było daleko do sklepu, do kościoła i do jakiegoś parku. Nie martwcie się o mnie. To, co zostanie, razem z emeryturą, wystarczy mi na skromne utrzymanie. A drzwi dla was, szczególnie dla dzieci będą u mnie stale otwarte.

Odpowiedział Roman:

    - Nasz drogi Alku, poznaliśmy się przez ten ponad miesiąc chyba dobrze. Bardzo cię cenimy, lubimy, a może nawet kochamy, jak kogoś bliskiego. Dobrze nam z tobą. Nie wiemy tak do końca, czy ty również czujesz się tutaj dobrze i nieskrępowanie. Mógłbyś z nami mieszkać jeszcze bardzo długo. Ale rozumiemy, że masz też swoje potrzeby, może zapoznasz jakąś sympatyczną, starszą panią, z którą spędzisz resztę życia. Planów Pana Boga nie znamy. Szanujemy twoją decyzję, a kopertę z pieniędzmi zabierz, proszę. Dla nas najważniejsza jest twoja wdzięczność i prosimy o modlitwę w naszej intencji. Mam nadzieję, że twoje poszukiwanie mieszkania jeszcze trochę potrwa, aby dzieci zostały przygotowane do rozstania z tobą. Na pewno będą to przeżywać. –

Alek odpowiedział:

- Koperty nie wezmę i jak powiedziałem, przeznaczcie te pieniądze na kształcenie waszych dzieci, a moich wnuków. –

Rozmawiali jeszcze długo. Alek opowiadał o swoim życiu, o ciężkiej pracy, która, dopóki był sprawny, przynosiła mu zadowolenie. Opowiadał o swojej ukochanej żonie, której odejścia jeszcze nie przebolał.

 

       Już ponad miesiąc minął od ich ważnej rozmowy. Mieszkanie zostało kupione i było w trakcie drobnych ulepszeń i odświeżania. Brakowało tylko wymiany wanny na prysznic, urządzenie wygodniejsze dla starszych osób.

      W tym czasie zachorowała Tereska i zdecydowano się na pójście do lekarza. Od razu, gdy tylko Agata weszła z córką do gabinetu przeleciała jej przez głowę myśl, czy lekarka nie jest czasem córką Alka. Już po zbadaniu i zapisaniu leków odważyła się zapytać:

- Pani doktor, czy Alfred Konkel nie jest przypadkiem pani ojcem? –

Wzrok lekarki skierowany na Agatę wyrażał jej zdumienie, ale i złość.

- A skąd pani to przyszło do głowy? I w ogóle to po co pani ta wiadomość? – z gniewem zapytała doktor.

- No, bo od kilku miesięcy mieszka u nas bezdomny pan Alek, któremu mój mąż uratował życie, gdy tonął. –

Wzrok lekarki złagodniał, powiedziała cicho:

- Jak to się stało, że nie zwrócił się do mnie? –

- Tego nie wiem, musiałaby pani sama go o to zapytać – odpowiedziała Agata i wyszła z gabinetu.

     Minęło kilka dni, choroba Tereski minęła, gdy późnym popołudniem do drzwi zadzwoniła jakaś kobieta. Okazało się, że była to lekarka z przychodni, która badała Tereskę.

Otworzyła jej Agata i powiedziała:

- Dzień dobry pani doktor, czy przyszła pani na kontrolę?

Córka jest już zupełnie zdrowa, proszę spojrzeć, jak biega po ogródku. –

- Ale ja przyszłam zobaczyć się z moim ojcem, czy może go pani poprosić? –

- Poprosić mogę, ale nie wiem, czy do pani wyjdzie. Proszę usiąść w saloniku, zrobię pani kawę i pójdę po niego. Ma swój pokój na górze. –

     Agata długo musiała namawiać Alka, żeby zszedł na dół i porozmawiał z córką. W końcu powiedział:

- Pójdę, pod warunkiem, że będziesz przy tej rozmowie.

- Alku drogi, nie wypada mi być świadkiem waszej rozmowy, bo przecież ona jest lekarką moich dzieci i czułaby się skrępowana, gdy znowu ją odwiedzę w przychodni. –

- No, dobrze – odpowiedział po namyśle.

Agata poszła do kuchni przygotowywać kolację, dzieci bawiły się w ogrodzie, a Roman jeszcze pracował w swoim pokoju. W tej ciszy nagle usłyszała podniesiony głos Alka:

- Czy ty myślisz, że ja nie mam swojego honoru? Za tyle pomocy, tyle starań, żebyście mogli się wykształcić i mieć dobre warunki życia, co mnie spotkało? Wyrzuciłaś mnie z domu, na który to ja z matką zapracowaliśmy, żebyś miała luksus. A ja się spodziewałem, że ucieszycie się z mojego pomysłu. Marzyłem sobie jeszcze będąc w swoim domu, że wybiegną moje wnuki, uściskają i powiedzą: „Dziadku, cieszymy się, że będziesz z nami.”

Jak sięgnę pamięcią, to twoje dzieci odwiedzały nas tylko z okazji świąt, oczywiście na krótko, bo zawsze były ważniejsze sprawy. Jak już dorosły, to nawet z tobą nie przyjeżdżały, bo pewnie nie przepadają za towarzystwem starszych ludzi. I tak to się stało, że nie mam rodziny, a właściwie to Bóg dał mi rodzinę, bo tutaj czuję się potrzebny i kochany. Mam też kochające wnuki. – „

      Agata starała się nie podsłuchiwać, co na to odpowie córka Alka, ale ciekawość zwyciężyła i lekko otworzyła drzwi od kuchni. Słyszała jedynie dwa słowa, które ze szlochem wypowiadała kobieta:

- Wybacz mi tato, wybacz mi. Za bardzo mnie kochaliście i rozpieszczaliście. Wyrosłam w poczuciu, że wszystko mi się należy i nie nauczyłam się wdzięczności. Wybacz mi tato, proszę. Już opróżniliśmy dla ciebie pokój na parterze, żebyś miał wygodniej. Nie gniewaj się już. Teraz ja postaram się wynagrodzić ci, że nie okazałam ci należytego szacunku i serca. -

Rozmowa ucichła i po chwili Agata usłyszała trzask zamykanych drzwi wejściowych. I nie wiedziała jaki był koniec spotkania ojca z córką.

Agata wyszła z kuchni i udała się do pracowni Romana.

Ze łzami w oczach zreferowała mu, co takiego wydarzyło się przed chwilą. Po wysłuchaniu Romek powiedział:

- Trzeba będzie nakłaniać Alka, żeby wybaczył córce jej zachowanie. Zrobi jak zechce, ale gorycz w sercu, jaka mu zostanie nie pozwoli mu szczęśliwie dożyć swoich lat. Agatko, musimy bardziej zadbać o relacje z naszymi bliskimi. Jak tylko Alek się wyprowadzi zaprosimy najpierw moich rodziców. Pozwolisz, prawda? Może tata

wróci do zdrowia, może znajdziemy specjalistę, który bardziej się nim zaopiekuje, a mama trochę odpocznie. Co ty na to? -

- Tak, Romku, zgadzam się. Tylko zastanawiam się, dlaczego dopiero ta historia z Alkiem uświadomiła nam, że coś przegapiamy, że za mało w nas empatii i troski o najbliższych…-