Prawie zasypiał, gdy zegar na ratuszowej
wieży zaczął dzwonić. Naliczył jedenaście uderzeń. Nie chciało mu się wierzyć,
że to minęły już trzy godziny, a on dalej nie może zasnąć. Położył się przecież
specjalnie wcześniej, bo o piątej nad ranem miał być już na lotnisku. Był
wściekły na te dźwięki zegara, na swoje mieszkanie w samym centrum miasta, na
to, że wybrał akurat ten lot i na to, że pewnie już nie zaśnie. Nalał pełną
szklankę mleka i podgrzał w mikrofali. Kiedyś słyszał, że wypicie ciepłego
mleka pomaga w zaśnięciu. Ale jemu nie pomogło. W końcu spasował, położył się
na kanapie w saloniku i zaczął przeglądać jakiś kolorowy magazyn. Trochę
przeszła mu złość, odprężył się i w końcu zasnął.
Przyśniło mu się, że płynie żaglowcem, w dali widać jakąś wyspę i palmy, a
na plaży tańczące dziewczęta w egzotycznych strojach. Czuł wielkie pragnienie,
żeby żaglowiec dopłynął do wyspy, ale ten coraz bardziej się oddalał i w końcu
wyspa zniknęła z widnokręgu. W tym momencie obudził się cały spocony i
przypomniał sobie, że budzik i komórka zostały w sypialni i może nie słyszeć
ich dzwonienia. I znowu zły na siebie przeniósł się z powrotem do
sypialni.
Tak właśnie, niezbyt radośnie, zaczęła się jedna z największych przygód
jego życia.
Zdążył na swój lot, zajął miejsce i już w nieco lepszym
nastroju opuścił oparcie fotela i zapadł w sen. Nie zbudziły go nawet
turbulencje i głos pilota informujący o zakłóceniach.
Dopiero po łagodnym dotknięciu jego
ramienia przez stewardessę ocknął się i zapytał ją:
- Czy już wylądowaliśmy? –
- Nie, jeszcze pół godziny do Aten. Budzę pana, bo może podać panu
przekąskę przed zakończeniem podróży? Zanim zje pan obiad minie jeszcze trochę
czasu. -
- Dziękuję pani. Bardzo chętnie, tylko trochę się ogarnę. Mocno zasnąłem i
muszę się rozbudzić. –
Był wdzięczny stewardessie, że go obudziła i zadbała, aby nie wysiadł z
samolotu głodny.
Uświadomił sobie, że z Aten do docelowego miejsca pobytu ma jeszcze do
pokonania sporą trasę.
Nawet dość sprawnie i szybko
zdołał załatwić formalności na lotnisku, złapał taksówkę i zadzwonił. Ale nikt
nie odbierał, była tylko denerwująca go cisza. Zapytał taksówkarza, ile zapłaci
za kurs do Pireusu i ucieszył się, że cena nie była wygórowana.
- A czy zna pan miasto na tyle, że mógłby mnie pan zawieźć pod wskazany
adres? –
- Tylko musi mi pan go podać, mam przecież GPS – odpowiedział kierowca. Był
trochę zaskoczony, że cudzoziemiec zwrócił się do niego po grecku.
- Oczywiście, podam panu, ale problem polega na tym, że jest on zapisany w
moim laptopie, który leży w bagażniku. –
- To śmieszna przeszkoda, zaraz się zatrzymamy – odpowiedział właściciel
taksówki.
Dzielnica, do której dojechali
była położona tuż przy plaży. Wjechali do niej ulicą, wzdłuż której ciągnęła
się zabudowa urokliwych, parterowych domków otoczonych drzewami z
dojrzewającymi owocami cytrusów, w
większości pomarańczy. Taksówka zatrzymała się przed jednym z nich. Tomasz
poprosił kierowcę, aby zaczekał, aż sprawdzi, czy to rzeczywiście jest
poszukiwana lokalizacja.
Zadzwonił do furtki i gdy w drzwiach domu pojawił się rosły mężczyzna witając
go uprzejmym uśmiechem, podziękował kierowcy i
wszedł na posesję. Powitanie było dość oficjalne, gospodarz ukłonił się i
czekał, aż Tomasz wyciągnie rękę na powitanie. Widać było, że chce okazać swój
szacunek dla przybyłego gościa. Jeszcze raz się skłonił powiedział:
- Witam bardzo serdecznie pana profesora. Jesteśmy gotowi, tylko musi pan
trochę odpocząć po podróży. –
- Podróż nie była zbyt męcząca, bo całą drogę przespałem. Napijmy się,
zatem waszej wspaniałej kawy i możemy ruszać.-
- A może nie tak szybko, panie profesorze. Przygotowaliśmy dla pana skromny
poczęstunek – uśmiechnął się gospodarz i zaprosił go do ogrodu, gdzie w
otoczonym kwitnącymi krzewami patio krzątała się gospodyni domu. Była bardzo
piękna, o typowej urodzie greckich kobiet. Powitała go uroczym uśmiechem i była
zaskoczona, gdy obdarzył ją komplementami w jej ojczystym języku.
Stół zastawiony był wspaniałymi przysmakami greckiej kuchni. Najbardziej
ucieszył go widok moussaki - zapiekanki z bakłażana, ziemniaków i mielonego
mięsa w pysznym, beszamelowym sosie. Były też grillowane owoce morza – kalmary,
ośmiornice i krewetki w sosie z fetą, była typowa sałatka grecka, ale
najbardziej ucieszył się z baklavy, przepysznego ciasta z orzechami i syropem
miodowym.
Powiedział:
- Jestem zaskoczony i zauroczony państwa gościnnością. Obawiam się, że gdy
rzucę się na te pyszności będzie mi ciężko oderwać się od nich. –
Podszedł do gospodyni, ujął jej rękę i serdecznie ucałował.
No i faktycznie, zamiast od razu podróżować dalej do zaplanowanego celu z wielką
przyjemnością spędził nieomal pół dnia na sympatycznej rozmowie przy suto
zastawionym stole.
W końcu Dimitris, (takie było
imię sympatycznego gospodarza i właściciela małego kutra, który miał ich
przetransportować na jedną z wysp) powiedział:
- Panie profesorze, a może odłożymy na jutrzejszy ranek wypłynięcie? Myślę,
że dobrze się pan z nami czuje i proponuję, aby zanocował pan w bungalowie na
zapleczu ogrodu. Sofia przygotowała tam wcześniej nocleg dla pana. Moja żona
jest bardzo przewidująca. –
- Bardzo dziękuję. Zawsze podziwiałem waszą, grecką gościnność. A w ogóle
to znowu mówisz do mnie per pan, a prosiłem, żeby zwracać się do mnie po
imieniu. Nie jesteśmy na uniwersytecie. Powiem szczerze, że chętnie spędzę
jeszcze z wami ten wieczór. Ale zapraszam was do jakiejś dobrej restauracji na
kolację. Wybierzcie taką, gdzie grają waszą wspaniałą muzykę. To właśnie
takie dźwięki, szczególnie buzuki, utrwalają się w mojej pamięci i jeszcze
długo je słyszę. No i wtedy wspominam.
A miał co wspominać…To właśnie te
wspomnienia powodowały jego nerwowość przed wylotem i teraz znowu powracały,
gdy wspomniał o buzuki.
- Przyznam się wam, że mało brakowało, a został bym w waszym kraju na
stałe. Wiele lat temu, jeszcze w czasie studiów, wysłano mnie z całą grupą
studentów na praktyki właśnie na Kythnos. Nie prowadziliśmy wykopalisk, a
jedynie opisywaliśmy z natury ten niesamowity zamek Oria, ruiny kościołów oraz inne
stanowiska archeologiczne, których jest tam tak wiele. A jak to młodzi chodziliśmy co wieczór na tańce.
Zakochałem się wtedy w waszej muzyce, żywiołowości i życzliwości. Ale
najbardziej pokochałem śliczną Eleni. Trudno mi opisać jej wspaniałą urodę,
piękno jej oczu, kruczoczarnych włosów, jej delikatność i zachwycający uśmiech.
–
Tu przerwał na chwilę i głęboko się zamyślił. Sofia i Dimitris słuchali z
zaciekawieniem, siedzieli obok siebie przytulając się i trzymając za ręce.
Tomasz popatrzył na nich i powiedział:
- No, dosyć na dziś. Chodźmy się zabawić, bo wpadłem w sentymentalne
klimaty. –
- Ależ słuchamy cię z wielkim zaciekawieniem. Nie zostawiaj nas z taką
urwaną historią. Chyba, że dokończysz ją przy dobrym winie i pięknych dźwiękach
buzuki. Sofio, ty oczywiście idziesz z nami – powiedział Dimitris. –
- Przepraszam, ale nie pójdę z wami. Pewnie chcesz zaprowadzić Tomasza do tawerny, gdzie będziecie wkoło tańczyć zorbę. Wiesz, że nie przepadam za tego typu zabawą. Tomasz wstał i powiedział:
- Droga Sofio, nie zostawimy cię samą.
Jeśli macie jeszcze to wspaniałe wino i jakąś płytę z dobrą, grecką muzyką, to może
zostańmy na miejscu. Jutro czeka nas
przecież poranne wstawanie i dotarcie na Kythnos. Wtedy spokojnie dokończę wam
moją opowieść. –
Zatem zostali w ogrodzie sącząc wspaniałe wino i zanim Tomasz zaczął opowiadać
siedzieli w ciszy rozkoszując się zapachami i ciepłem tropikalnego wieczoru.
- Eleni to była największa miłość mojego życia. Może wasz klimat to sprawia, że krew zaczyna
szybciej krążyć. A może to młodość wyzwoliła spotęgowanie uczuć. Dość, że
postanowiłem ożenić się z Eleni, pozostać na wyspie, uprawiać tą kamienistą
ziemię lub łowić ryby, a może udostępniać w sezonie kwatery turystom. Zresztą
nie zastanawiałem się tak bardzo nad tym, co będę robił. Wiedziałem tylko, że życie
bez mojej ukochanej straci sens. Nie myślałem
nawet o tym, co powiedzą moi rodzice. Byli oni dobrze sytuowani i nigdy niczego
mi nie odmawiali, więc byłem przyzwyczajony do spełniania swoich zachcianek.
Z moją ukochaną spotykaliśmy się
codziennie po zakończeniu moich zajęć przy wykopaliskach. Czasem nasze randki
wydłużały się do późnej nocy. Piasek plaży był nagrzany i wystarczyło rozłożyć
chustę Eleni, aby wygodnie się ułożyć i marzyć o wspólnym życiu.
Eleni bała się powiedzieć swoim
rodzicom, że planujemy się pobrać. Kiedy ją pytałem odpowiadała wymijająco i
czułem, że jest to jej wielki problem. Czasem wypytywała mnie jak to jest być
katolikiem, czy moi rodzice chodzą do kościoła, czy nie brakuje mi tutaj
uczestnictwa w liturgii. Pewnego razu zapytała mnie, czy nie zechciałbym pójść
z nią na Eucharystię. Oczywiście wiedziałem, że jest wyznania grecko prawosławnego,
czyli liturgia sprawowana jest w języku greckim. Nie przeszkadzało mi to, bo
już wtedy dość biegle znałem wasz język. Więc poszedłem, ale bardziej z
ciekawości niż z potrzeby. Liturgia w obrządku bizantyjskim z jej śpiewami, pięknym
ikonostasem i ikonami, z ukłonami, z Komunią pod dwiema postaciami zawsze przyciągała
moje zainteresowanie. W cerkwi byli wtedy również rodzice Eleni i po zakończonej
Mszy zostaliśmy sobie przedstawieni. Zaproszono mnie do jej rodzinnego domu,
gdzie mimo mojej ograniczonej znajomości potocznego języka, wspaniale się
dogadywaliśmy. No, ale chyba diabeł mnie podkusił, że zwierzyłem się z naszych
wspólnych zamiarów. Wtedy najpierw zapadła cisza, a po chwili z ust matki Eleni
wypłynął potok słów, z których nie wszystkie zdołałem zrozumieć. W końcu
kobieta odwróciła się do mnie tyłem i powiedziała do męża:
- Wytłumacz mu dokładnie, dlaczego jestem taka oburzona i zagniewana. Ja
teraz muszę wyjść zagonić owce, nie chcę już słuchać tych bzdur. –
Ojciec Eleni nie bardzo wiedział, jak wytłumaczyć mi zachowanie jego żony. Początkowo próbował mnie przeprosić, potem mówił coś o ich religii, że trudno im się zgodzić na małżeństwo z kimś, kto nie jest prawosławnym, a może nawet jest niewierzącym. Po tym jego monologu wypadało mi tylko pożegnać się i wyjść.
No i to był koniec. Zabroniono nam nie tylko spotykania się, ale nawet
wymiany listów pod groźbą wykluczenia Eleni z rodziny. Za kilka dni od tego
zdarzenia dowiedziałem się, że rodzice wysłali ją do dalekich krewnych na
pobliską wyspę Syros. Byłem załamany. Po zakończeniu praktyki jedyną myślą
zaprzątającą moją głowę było, jak porozumieć się z ukochaną. Zwierzyłem się z
tego problemu pewnemu znajomemu mieszkańcowi wyspy, który pomagał nam w badaniach.
I obiecał mi pomóc. Kilka dni przed wyznaczonym terminem wyjazdu naszej ekipy
zgłosił się do mnie i z szerokim uśmiechem powiedział:
- Jutro cię do niej zawiozę, pożyczyłem motorówkę, bądź przed świtem w
porcie. –
O mało nie rzuciłem mu się na szyję z radości. Przez całą noc rozmyślałem, co jej zaproponuję. Byłem gotowy
nawet na jej porwanie. Skracając moją opowieść powiem tylko, że spotkanie było
dość oficjalne. Eleni oświadczyła, że pomimo wielkiej miłości do mnie nie
wyobraża sobie zerwania kontaktów z rodziną. Poprosiła tylko, abyśmy zrobili
sobie wspólne zdjęcie na pamiątkę naszej miłości i pożegnaliśmy się w wielkim
smutku. Właściwie to koniec moich zwierzeń. Tamten moment był dla mnie tak
wielkim przeżyciem zranienia i odrzucenia, że nie odważyłem się do tej pory
zdecydować na związanie się z inną kobietą. No i zostałem singlem. –
- I myślisz, że teraz ją znowu spotkasz ? – zapytała Sofia.
- Nie, nie chciałbym jej spotkać. Znowu odżyłyby wspomnienia i dawne
traumy. Właśnie dlatego byłem i jestem taki spięty. I zamiast cieszyć się, że
wracam do miejsc tak niesamowitych dla badacza, że wracam jako profesor
znamienitej uczelni, najchętniej uciekłbym stąd.
No, ale propozycja greckich konserwatorów zabytków, abym kontynuował prace waszego zmarłego uczonego to wielki zaszczyt dla mnie. Nie mogłem odmówić. –
Gdy następnego ranka, po około
dwu godzinnej przeprawie dopłynęli do portu na Kythnos Tomasz zdziwił się, że
tak niewiele się zmieniło od czasu jego pierwszego pobytu. Podzielił się tym
spostrzeżeniem z Dimitriosem, a ten powiedział:
- Nie ma tutaj możliwości przemysłowej hodowli, nieliczne stada owiec pasące się na tych
prawie nagich wzgórzach nie przynoszą wielkiego zysku. Nie mówiąc o trudności
upraw na tej kamienistej ziemi. Mieszkańcy, a jest ich niewielu, żyją przede
wszystkim z turystyki, w tych małych domkach udostępniają w sezonie po kilka
kwater. W zasadzie nie ma tu hoteli, a jedynie bary i tawerny z pysznymi,
miejscowymi przysmakami. A z tego co wiem, turyści bardzo chwalą sobie ciche,
przytulne plaże, możliwość podróżowania kutrami na inne pobliskie wyspy Cyklad,
czy także do stolicy, do której kursują normalne promy. –
Tomasz odpowiedział: - Wiesz, nadal żałuję, że nie udało mi się tutaj osiedlić. –
Dimitrios nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Po chwili zabrał głos:
- Nie zawsze stanie się tak, jak sobie wymyślimy. I nigdy nie wiemy tak do
końca, jakie rozwiązanie jest dla nas lepsze. Pomyśl, że może znudziłoby ci się
skromne życie z kochaną, ale ciągle zabieganą i nie mającą dla ciebie czasu kobietą,
otoczony gromadką krzyczących dzieci. Może zbrzydłoby ci wysiadywanie w
tawernach i głupie rozmowy przy sączeniu ouzo i dużo, bardzo dużo pracy
fizycznej. –
- Pewnie masz rację. Ale żeby wiedzieć, co lepsze trzeba by być
jasnowidzem. –
- No, nie zupełnie. Ja nie wierzę w jakieś jasnowidztwo, w przepowiadanie
przyszłości. Wierzę, że naszym życiem kieruję Bóg, Boska Inteligencja,
jakkolwiek Go pojmujemy. A my mamy Go pytać i wsłuchiwać się w to, co chce nam
doradzić. Tego nauczyła mnie Sofia, wiele jej zawdzięczam, bo moja przeszłość miała
wiele ciemnych zakrętów. Bez niej pewnie zagubiłbym się i wylądował w
więzieniu. –
Po chwili dodał:
- A teraz mógłbyś pomóc mi przy cumowaniu, bo potem muszę jeszcze pójść do
kapitana portu zameldować się. –
- A czy ty jesteś dobrze zorientowany, gdzie jest moja kwatera i gdzie mam
się spotkać z profesorem Koriolisem? –
- Tak. Dzisiaj będę twoim przewodnikiem, a jutro poradzisz sobie sam. Przecież
znasz wyspę dokładnie z poprzedniego pobytu. Tutaj, blisko portu możesz
wypożyczyć auto. –
- Okey. To spotkajmy się za około godzinę w tym samym miejscu. Nie musisz się spieszyć, bo ja z radością będę podziwiał i cieszył się widokiem tych domków, jak z bajki. Tęskniłem za tą bielą ścian, błękitem drzwi i okiennic. Żadne zdjęcie tego nie odda w pełni. Wybacz, ale rozkleiłem się Dimitriosie. –
Dzień przybycia na wyspę nieomal
w całości poświęcony był sprawom organizacyjnym. Kwatera Tomasza mieściła się w
jednym z niewielkich domów przy głównej ulicy portowej wioski. Był zachwycony
widokiem tego miejsca. W pełnym słońcu biel ścian domu aż raziła wzrok, a jaskrawo
czerwone kwiaty bugenwilli wspaniale kontrastowały z błękitem wejściowych
drzwi. Powitała go w nich sympatyczna kobieta, która została zatrudniona jako
jego gospodyni. Miała utrzymywać porządek, robić zakupy i przygotowywać posiłki
w ustalonych wspólnie dniach i godzinach. Ucieszył się, że nie będzie musiał
chodzić codziennie na posiłki do tawerny, jak również z tego, że gospodyni będzie
gotowała obiady u siebie i dostarczała w odpowiedniej porze. Przy opisywaniu artefaktów znalezionych w miejscach badań bardzo potrzebny był przecież spokój.
Wypożyczone auto nie było
najnowszym modelem, może nawet zasługiwało na miano zabytku. Ale polubił je, bo
było przystosowane do jazdy terenowej i pozwalało mu docierać w różne, niedostępne
dla innych pojazdów miejsca. A w związku z tym, że termin przybycie profesora
Koriolisa nieco się wydłużył wykorzystywał każdą chwilę na jazdę po górzystych
zboczach lub na wylegiwanie się na plaży. Szukał miejsc wspólnych spotkań wspominając tamten szczęśliwy czas sprzed dwudziestu lat.
Pewnego dnia jego gospodyni nie
pojawiła się rano, aby przygotować mu śniadanie. Gdy minęło pół godziny
postanowił sam zabrać się do zaparzenia porannej kawy i usmażenia jajecznicy. Ale
gdy drzwi wejściowe skrzypnęły ucieszył się, że przyszła i tylko się spóźniła. Lecz
gdy odwrócił się w kierunku drzwi osłupiał, bo stanęła przed nim ona, ukochana Eleni. Jej zdumienie na jego widok
uświadomiło mu, że ona także nie spodziewała się tego spotkania. Wstał,
podszedł do niej i powiedział szeptem:
- To naprawdę ty? Nie spodziewałem się, że cię spotkam. -
Ona nie odpowiedziała tylko patrzyła na niego w milczeniu. Po kilku
chwilach odwróciła się i skierowała w
kierunku wyjścia. Tomasz zagrodził jej drogę:
- Eleni, jeżeli los chciał, żebyśmy się spotkali, usiądźmy choć na chwilę.
Nie musimy nic mówić – głos Tomasza drżał.
Dalej nic nie mówiła, ale usiadła przy stole. Torby z zakupami postawiła na podłodze i patrzyła na niego załzawionymi oczami.
On mówił dalej:
- Moja ukochana. Nie było nocy, żebyś mi się nie śniła, nie było dnia żebym
nie pamiętał o tobie. Bardzo się przed tym broniłem, nawet korzystałem z pomocy
terapeuty. Nic nie pomagało. Rzuciłem się w wir pracy, badań i odkryć w wielu
miejscach na świecie. Zawsze w myślach byłaś tam ze mną . Nasze ostatnie, wspólne zdjęcie
noszę zawsze przy sobie, popatrz. Przyjechałem tutaj, nie dlatego, żeby zakłócić
twoje życie. Sądziłem, że jakoś ułożyłaś je sobie i może zapomniałaś o mnie. Zaproszono mnie na wyspę, abym dalej kontynuował badania
zmarłego niedawno waszego wybitnego archeologa. Długo się wahałem, w końcu
podjąłem decyzję i jestem.
Przypuszczam, że poproszono cię o zastąpienie Marii. A ona nie mogła tego zrobić celowo, przecież
nikt, po tylu latach, nie może pamiętać o naszej miłości. –
Umilkł oczekując, że Eleni zdecyduje się w końcu, aby coś powiedzieć.
Dalej milczała, więc zachęcił ją:
- Proszę, powiedz coś, niech chociaż usłyszę twój głos. –
Ona podniosła się z krzesła, zabrała za rozpakowywanie zakupów i przygotowywanie
produktów do następnego posiłku. Tomasz również wstał, powiedział:
- Nie będę ci przeszkadzał. –
I wyszedł z kuchni.
Mnóstwo myśli przelatywało mu przez głowę: czym mógł ją urazić, co za
tajemnica kryje się za jej milczeniem. Był załamany. W końcu skierował się ku
wyjściu z domu i tylko w drzwiach zapytał:
- Czy masz klucze żeby zamknąć dom? Ja muszę pilnie wyjść. –
Gdy usłyszał jej „tak”, jak najszybciej wsiadł do auta i popędził jak szalony
przed siebie.
Wrócił po kilku godzinach. Na
tyle rozładował swoje emocje, że był przygotowany nawet na ponowne spotkanie z nią. Ale w domu była cisza, która go trochę przerażała. Postanowił się odświeżyć
i wszedł do łazienki. Ze zdziwieniem zobaczył napis na lustrze:
„Ja też nadal cię kocham i nigdy nie zapomniałam o tobie. E.„
Ucieszył się, a nawet wzruszył, ale zadawał sobie pytanie:
- I co my teraz z tym zrobimy? Przecież przez tyle lat bardzo się
zmieniliśmy, czy dalibyśmy radę budować od nowa naszą bliskość? Nawet nie wiem,
czy ona ma męża, czy żyją jeszcze jej rodzice i czy ja miałbym siłę i odwagę,
aby zamknąć się do końca życia w świecie,
w którym ona żyje? –
Wziął szybki prysznic. Wychodząc z kąpieli poczuł głód i skierował się do
kuchni.
Czekała tam na niego niespodzianka: długi list od Eleni.
Najpierw chciał jak najszybciej go przeczytać, ale po przemyśleniu
zdecydował, że najpierw zje obiad, bo treść listu, być może, odebrałaby mu
apetyt. Obiad był bardzo smaczny, a on jedząc, cieszył się, że przygotowała go
Eleni.
Gdy już najedzony, w spokoju, rozpoczął czytanie nie mógł opanować
wzruszenia. Powtarzał w myślach
fragmenty najbardziej go rozczulające, a zakończenie zwierzeń listu
wprawiło go w osłupienie. Okazało się, że ma on dwudziestoletniego syna! Nie
wiedział, że jego ukochana była w ciąży, nie powiedziała mu tego, gdy się rozstawali.
Zadawał sobie pytania:
- Co teraz? Co ja mam zrobić? Czy mój syn wie o moim istnieniu? Co mu
powiem, jeśli się spotkamy? A może lepiej, żebym go nie spotkał? –
Nawet przyszło mu do głowy, żeby natychmiast opuścić wyspę. Najtrudniejsze
było to, że nie miał z kim porozmawiać o tej sytuacji, przedyskutować,
posłuchać rady, jakiegoś życzliwego mu
człowieka.
- A może zwrócić się do Dymitrisa? Był dla mnie uprzejmy, a nawet
serdeczny i taką ma sympatyczną żonę. –
Spróbował zadzwonić do niego, ale telefon milczał. Zbliżał się wieczór i
znowu mogła przyjść Eleni, zastępująca gospodynię, więc szybko musiał sam
zdecydować, co jej powie.
Ale Eleni nie przyszła. Pojawiła się w zamian bardzo zaawansowana w latach
kobieta, mrucząca coś pod nosem, więc nie wiedział, czy to do niego, czy do
siebie.
Przywitał się i przedstawił, ale ona machnęła tylko ręką, postawiła przed
nim na stole posiłek i dalej coś mrucząc pospiesznie wyszła.
Zjadł i mimo tego, że miał się przygotowywać do jutrzejszej rozmowy z profesorem,
wyszedł z domu, aby pospacerować po uroczych uliczkach portu. Chciał
uporządkować ten mętlik w swojej głowie. W pewnej chwili zorientował się, że
stoi przed tawerną, do której tak często przychodzili z Eleni. Nie mógł się
oprzeć, żeby nie wstąpić i nie napić się miejscowego wina.
Usiadł przy stoliku na zewnątrz baru i znowu rozmyślał:
- No, tak, przecież to właśnie za tym również tęskniłem, za gwarem, muzyką,
zapachami i ciepłem wieczoru.
No i za tym „napojem greckich bogów”.
Od stolika obok dobiegły do niego głosy mężczyzn rozmawiających po polsku. Obejrzał
się. Dwaj mężczyźni prowadzili dość głośną dyskusję. Chwilę się im
przysłuchiwał, ale nie zorientował się o czym dyskutowali. Ocenił, że nie
wyglądali na turystów. Odważył się i podszedł do ich stolika.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale usłyszałem, że rozmawiacie panowie po
polsku, więc odważyłem się podejść. Jestem na Kythnos od dwóch dni, ale
zamierzam tutaj pobyć aż do zakończenia sezonu, a może i dłużej. Byłbym wdzięczny za nieco informacji
o tutejszych zwyczajach, o najlepszych tawernach, o tym jak zaprzyjaźnić się z
mieszkańcami itp. –
Zaczęli się śmiać, a jeden z nich odpowiedział:
- Zaprzyjaźnić może się pan już od zaraz, bo my jesteśmy mieszkańcami
wyspy. Proszę, niech się pan przysiądzie. -
Z radością usiadł z nimi i po przedstawieniu się wzajemnym, poprosił, aby
opowiedzieli w jaki sposób osiedlili się na Kythnos. Najpierw zabrał głos
mężczyzna wyglądający na około pięćdziesięciu lat:
- Widzisz, mamy różne nazwiska, ale jesteśmy braćmi, co prawda przyrodnimi,
ale kochamy się jak rodzeni. To Jan namówił mnie na podróż do Grecji, na
wynajęcie jachtu i opłynięcie całych Cyklad. Było to dokładnie dziesięć lat
temu. No i zakochaliśmy się w tym kraju, w krajobrazach, klimacie i życzliwości
Greków. Decyzja o zamieszkaniu tutaj na stałe była długo rozważana. Główną
przeszkodą była nieznajomość języka, wiesz, szczególnie ten inny alfabet. –
Tomasz ze zrozumieniem potakiwał głową wspominając swoje zmagania z opanowaniem
greki.
Po chwili głos zabrał Jan:
- Tadek wszystko zwala na mnie, że to ja go namówiłem, ale przecież nie
żałujesz, braciszku, że tu mieszkamy? –
- Oczywiście, że nie żałuję. Tu jest inny, spokojniejszy świat, mniej
zwariowany niż w naszym kraju. Nie ma takiej gonitwy, nie odczuwa się naporu
spraw, które zabierają radość życia. Prowadzimy wspólnie mały pensjonat, mamy
wspaniałe układy z tubylcami, których zatrudniamy i zapewniamy im godziwą
zapłatę. A goszczą u nas turyści z całego nieomal świata i to oni robią nam
dobrą reklamę, więc nie narzekamy. –
Tomasz zapytał:
- Przepraszam, że o to pytam, ale są tutaj z wami wasze rodziny? –
- A jak myślisz? Pewnie, że są. Obaj mamy żony Greczynki i sporą gromadkę
dzieciaków. Każdy po trójce, ale mieszkamy po sąsiedzku, więc to tak, jakbyśmy
mieli sześcioro. Zaprosimy cię, może w przyszły weekend, jeśli jeszcze nie
wyjedziesz. Teraz nasze rodzinki są u przyjaciół w Atenach. Chcemy, żeby poznały
ten inny świat: wspaniałe starożytne budowle, ale i nowoczesne dzielnice
stolicy. Obawiamy się tylko, że nasze dzieciaki nie będą chciały tutaj wrócić,
że zafascynują się życiem w metropolii. Zobaczymy – odpowiedział Tadeusz.
Tadeusz słuchał z uwagą i zadał jeszcze kolejne pytanie:
- A macie kontakt również z waszymi rodzinami, które żyją w Polsce? –
- No, jakżeby nie? Odwiedzamy się, oni przyjeżdżają do nas po sezonie, gdy nie
jest tak gorąco, a my przeważnie zimą, poszaleć na nartach. –
- Wybaczcie mi moją wścibskość, ale około dwudziestu lat temu ja również
byłem zdecydowany zamieszkać tutaj, założyć rodzinę i mieć spokojne życie.
Niestety, rodzice mojej ukochanej, ze względu na moją, katolicką wiarę
zabronili nam wszelkich kontaktów. Moja narzeczona była bardzo przywiązana do
swoich rodziców i dziadków. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby być szczęśliwa będąc
odrzucona. I wróciłem nieszczęśliwy do
Polski, nawet się nie ożeniłem. –
- I teraz chcesz ją odnaleźć? – przerwał mu Janek.
- Nie tylko odnaleźć, ale zostać z nią na zawsze, czy tutaj czy w moim
kraju. I wiecie, los zrządził, że się przypadkowo spotkaliśmy. Ale nie będę wam
opowiadał, co dalej z tego wynikło. Może kiedyś, jeżeli się z wami będę
spotykał. A od jutra rozpoczynam pracę na wykopaliskach i będę zajęty od rana
do nocy, więc do zobaczenia. –
- Hej, hej, nie tak szybko. Powiedz chociaż gdzie się zakwaterowałeś? Czy
jest ci tam wygodnie, bo może udostępnimy ci jakąś cichą kwaterę w naszym
hotelu? –
odezwał się Tadeusz.
- Dziękuję za waszą troskę, ale już się rozlokowałem, rozpakowałem i mam sympatyczną
panią, która o mnie dba. To znaczy, pomaga mi w porządkach i gotowaniu. Teraz
lecę, bo już się mocno ściemniło, a ja muszę trafić do kwatery – uśmiechnął się
Tomasz.
Do swojej kwatery szedł bardzo powoli rozkoszując się ciepłem wieczoru i zapachami
kwitnących krzewów w przydomowych ogródkach. Gdy już skręcił w uliczkę blisko
swojego domu zobaczył, że na ławce przed drzwiami ktoś siedzi. Serce mocniej mu
zabiło, pomyślał, że to może Eleni przyszła z nim porozmawiać.
I nie pomylił się, to była ona. Odświętnie ubrana, nawet buty miała na dość
wysokich obcasach. Podniosła się kiedy go zobaczyła, jej twarz kryła w sobie
napięcie, czarne oczy pod zmrużonymi brwiami świeciły odbiciem świateł
ulicznych latarni. Podbiegł i wyciągnął do niej ręce:
- Tak czekałem, tak czekałem na ciebie moja piękności. Dziękuję, że
przyszłaś. Możemy nawet nic nie mówić, tylko posiedzimy razem, potrzymamy się
za ręce. Tyle lat minęło, a ja cały czas marzyłem o tej chwili.-
Usiedli wtulając się w siebie. Minęło sporo czasu zanim rozpoczęli rozmowę.
- Gardło mam ściśnięte ze wzruszenia, bo tak trudno opowiedzieć o tych
dwudziestu latach bez ciebie. Dużo musiałam znosić upokorzeń i drwin przed
urodzeniem Kosmy, a jeszcze więcej gdy dorastał. Pomagali mi sąsiedzi, a rodzina
odwróciła się ode mnie. Żałowałam, że odtrąciłam cię dla nich, byłam bardzo
zagubiona. Chciałam cię odszukać, ale nie bardzo wiedziałam jak to zrobić.
Wiesz, to jeszcze nie była era Facebooków i innych komunikatorów. A poza tym, na
tym naszym odludziu…-
- Och, żebym ja o tym wiedział, przyleciałbym po ciebie na skrzydłach.
Eleni, moja słodka, przykro mi, że tak cierpiałaś. To teraz nasz syn ma około
dwudziestu lat? –
- Skończy w maju. Znowu cię zaskoczę, bo wybrał życie mnicha. Jest w
monastyrze na Syros, u jezuitów. On zna naszą historię i powód, dla którego musieliśmy
się rozstać. Jego powołanie było szczere, ale czuję, że za tym kryje się również
chęć udowodnienia dziadkom, że Jezus Chrystus jest w każdej wspólnocie, czy to
prawosławnej, czy katolickiej. Moglibyśmy odwiedzić Kosmę, ale to wymaga zgody
przeora, no i oczywiście, was obydwóch. Zapewniam cię, że nigdy nie powiedziałam naszemu synowi złego słowa o tobie. Mówiłam mu o naszej miłości, że chciałeś wziąć ze mną ślub i zostać tutaj, na wyspie. On jest bardzo skryty i zawsze był samotnikiem, ale bardzo dobrze się uczył i ostatnią klasę zdał z wyróżnieniem. Możesz być z niego dumny. -
- Nie za szybko, Tomku, proszę cię, nie za szybko podejmuj decyzję. Mieliśmy
już swój czas na ślub, ale nie wyszło. Ja nie dam rady przechodzić znowu
takiego stresu jak wtedy. Mamy swoje nawyki, żyjemy w innej zupełnie
społeczności, nie wiem, czy potrafiłbyś
przystosować się do naszych zwyczajów, do naszej wyspowej codzienności.
Tu nic się nie dzieje, wczasowicze chodzą lub jeżdżą na plaże, my ich
obsługujemy i cieszymy się, że zarobiliśmy na ten trudny czas po sezonie, gdy
już wyjadą. –
- Eleni, moja kochana, ja mam odłożone sporo oszczędności, starczy na
kupienie lub wybudowanie pięknego domu, starczy na przetrwanie tych okresów bez
dochodów z turystyki. A poza tym, myślę, że Akademia zgodziłaby się na stałe
zatrudnienie mnie przy dalszych badaniach podziemnych skarbów, które są jeszcze
nieodkryte. Właśnie jutro przyjeżdża profesor Koriolis i będziemy określać
zakres prac, które są dla mnie przewidziane. Jako naukowiec z dużym dorobkiem
mam ustaloną wysoką stawkę za każdy dzień na wykopaliskach, a dodatkowo
przewidziana jest premia za odnalezienie jakichś szczególnie cennych artefaktów.
Proszę, uwierz mi, że całe te dwadzieścia lat marzyłem o tym, abyśmy mogli być
razem. –
- Naprawdę, nie przyspieszaj, proszę Tomku. Jeśli mielibyśmy razem
zamieszkać, to daj mi czas na uporządkowanie moich spraw. Jakoś musiałam sobie
poukładać życie i nie będzie mi łatwo zrezygnować z czegoś, co było jego
częścią. –
Tomasz tonem wyrażającym niepokój powiedział:
- Nic nie rozumiem, ale pewnie w odpowiednim czasie powierzysz mi swoje
tajemnice. –
- Gdyby to była jedynie moja tajemnica, ale ona dotyczy również pewnych, nieznanych
ci osób. Może Tomku na dziś dość już tłumaczeń i domysłów. Jestem ci wdzięczna
za twoją propozycję i przyjmuję ją całym sercem. Tylko proszę, abyśmy w
pośpiechu nie popełnili kolejnego błędu. Przyjrzyjmy się sobie, swoim nawykom, priorytetom,
może nasze charaktery po tylu latach zmieniły się i nie będzie między nami tak,
jak było kiedyś. Przyjdzie rozczarowanie, może kłótnie i spory. Bardzo cię
kocham, ale zmieniłam się, nie jestem już młodą, zakochaną dziewczyną, mam
dorosłego syna, mam swoich przyjaciół. Teraz nasza miłość też musi dorosnąć i
okrzepnąć. Pocałuj mnie teraz i pożegnajmy się, muszę wracać do domu. –
Po odejściu Eleni Tomasz długo
jeszcze siedział na ławce przed domem. Przeczuwał, że i tak nie zaśnie. Zastanawiał
się, skąd tyle życiowej mądrości w tej prostej kobiecie, bo rzeczywiście miała
rację. Wspólne życie wymaga poznania się od nowa.
Wszedł do domu, zrobił sobie herbatę i już był w sypialni, gdy usłyszał
głośne walenie w wejściowe drzwi. Był pewny, że to nie Eleni, bo odgłosy były
natarczywe. W końcu jakiś zachrypnięty, męski głos zaczął wołać:
- Otwórz, chcę z tobą porozmawiać. Nic ci nie zrobię, chcę tylko coś ci
powiedzieć. Otwórz, bo rozwalę te drzwi. –
Tomasz pospiesznie włożył spodnie, zszedł na parter i podszedł do drzwi.
Przez zamknięte drzwi zapytał:
- Kto jesteś i kto ci dał prawo, żeby mnie budzić w nocy? Nie otworzę ci, tak
też cię dobrze słyszę, więc powiedz, o co chodzi? –
- O, nie, nie. To nie jest sprawa, którą można załatwiać przez zamknięte
drzwi. Naprawdę, nie zrobię ci krzywdy.-
- To pokaż mi swój dokument tożsamości przez szybę w oknie. –
- Dobrze. Zaraz ci pokażę. –
Gdy Tomasz zobaczył paszport
nieproszonego gościa zdecydował się wpuścić go i z nim porozmawiać. Mężczyzna
był średniego wzrostu, z mocnym, czarnym zarostem. Na policzku miał dużą
bliznę, jakby po oparzeniu. Ale jego wygląd nie budził lęku, czy odrazy.
Wchodząc do środka powiedział do Tomasza:
- Nie musisz mi się przedstawiać, już mówi się o tobie w mieście i co nieco
się dowiedziałem. Chciałbym cię zapytać o twoje plany dotyczące Eleni, mojej żony.
Ona od twojego przyjazdu bardzo się zmieniła, prawie nie odzywa się do mnie,
jest smutna i czasem płacze. Czy mógłbyś mi wytłumaczyć, o co w tym wszystkim
chodzi? Słyszałem, że byliście kiedyś parą i że zostawiłeś ją, mimo, że nosiła w
sobie twoje dziecko. –
- Ja ją zostawiłem? – z oburzeniem wykrzyknął Tomasz. Skąd masz takie
informacje? Pewnie od jej rodziców? Co za potworne kłamstwa! To oni zabronili
nam wziąć ślub, a nawet widywać się ze sobą! Nie mogli pogodzić się z tym, że
inaczej wyznajemy wiarę, oni byli prawosławnymi, ja
katolikiem. A mogliśmy przecież ślubować w kościele grekokatolickim. Ty
serio jesteś jej mężem? Nic mi nie powiedziała, gdy się spotkaliśmy. –
- Tak, braliśmy ślub w cerkwi. To prawda, że było to pod presją jej
rodziców, ale wyraziła zgodę. Nigdy nie rozmawialiśmy o tobie, był to temat
tabu. Wiedziałem, że dziecko, które się urodzi nie jest moje, ale kochałem
Eleni i postanowiłem jej pomóc. Tak, pomóc. Nie wiem jakby sobie poradziła beze
mnie: z małym dzieckiem, odrzucona przez rodziców, praktycznie bez dochodów.
Musisz to wziąć pod uwagę, że to ja wychowywałem twojego syna, dawałem mu
utrzymanie i bezpieczeństwo. I za to miałaby mnie spotkać zniewaga i porzucenie.
Wiesz, jak reagują na takie sytuacje wszystkie plotkary i ciekawscy żyjący na
wyspie? Byłbym wytykany palcami, w rozmowie okazywali by mi współczucie, ale za
plecami…-
Tomasz stał chwilę w milczeniu ze zwieszoną głową. W końcu powiedział:
- Usiądźmy proszę, i napijmy się czegoś mocniejszego dla odprężenia. Ja na
razie nie mogę zebrać myśli. Chodźmy do salonu, jest tam nieźle zaopatrzony
barek, może dobre wino pomoże nam dojść do porozumienia. –
Upłynęło dobrych kilkanaście
minut i ubyło sporo mocnego trunku zanim Tomasz zdecydował się coś powiedzieć:
- Mam prośbę, abyś mnie cierpliwie wysłuchał. Chcę opowiedzieć moją wersję
wydarzeń sprzed dwudziestu lat. –
Jego opowieść trwała dość długo. Ale gdy zaczął opisywać motywy swojego powrotu
na Kythnos i obaw o ponowne spotkanie Eleni, mężczyzna siedzący na wprost niego
wstał i zaczął nerwowo chodzić po salonie. Widać było, że nie chce uwierzyć, że
nie wrócił on tutaj, aby odnowić swoją znajomość. Tomasz zauważył jego niedowierzanie
i powiedział:
- Jeszcze raz powtarzam, że nie było moim celem rujnowanie jej dotychczasowego
życia. Zdawałem sobie sprawę, że mogła założyć rodzinę, mogła o mnie zapomnieć,
mogła wyjechać. Przypadek zrządził, że się spotkaliśmy i odżyły wspomnienia.
Bardzo chciałbym, abyśmy zamieszkali razem, ale w tej sytuacji nie jest to
możliwe. Ja mam podpisany kontrakt na dwa lata i muszę, niestety, wywiązać się
z umowy, bo grożą mi duże kary za odstąpienie od jej warunków. Nie stanę
się niewidzialny i nie mam zamiaru się
ukrywać. Pomyślę nad tą sytuacją na spokojnie i dam ci odpowiedź w przyszłym
tygodniu. A teraz podajmy sobie ręce i prośmy o dobre natchnienia. -
Mąż Eleni odpowiedział:
- Dobrze. Spotkamy się w przyszłym tygodniu, a ja nie będę o naszej dzisiejszej
rozmowie informował mojej żony. –
- No, to tak się umawiamy. I ja także, jeżeli ją w międzyczasie spotkam,
nic nie powiem o naszej rozmowie. Chciałbym tylko bardzo spotkać się z Kosmą.
Może ty mi w tym pomożesz? –
Mężczyzna odpowiedział:
- Rozumiem cię, spróbuję ci pomóc. –
Pożegnali się, ale tej nocy, ani
jeden, ani drugi nie zmrużyli oka. Tomasz był zły na siebie, obawiał się, że będzie
zbyt zmęczony, aby jego spotkanie z profesorem Koriolisem dobrze wypadło. Miał
przecież dyskutować z jednym z najwybitniejszych archeologów, badających starożytną kulturę grecką. Sam, mimo swojej rozległej
wiedzy, jak również znanych w świecie naukowym odkryć odczuwał wielką tremę,
jakby miał zdawać egzamin. Ale rozmowa przebiegła nadzwyczaj serdecznie, profesor
był nawet zbyt wylewny i szarmancki w stosunku do swojego kolegi z Polski. Obaj
zgodnie potwierdzili harmonogram prac w terenie i ostateczny termin przekazania
opracowanych wyników badań. Tomasz zaprosił profesora na lampkę wina, ale ten
wymówił się koniecznością powrotu wieczornym promem do Aten.
Po pozytywnym załatwieniu spraw
organizacyjnych, miał przed sobą cały wolny wieczór. Ale nie bardzo wiedział, co
ze sobą zrobić, obawiał się spotkania z Eleni, ale również z mieszkańcami wyspy,
którzy już pewnie plotkowali o niej i o nim. Przypomniał sobie, że powinien
odrobić zaległości w spaniu i wrócił do domu.
Dopiero w następnym tygodniu dostał wiadomość
od Nikosa, bo tak miał na imię mąż Eleni, że może w tym tygodniu spotkać się z
Kosmą. Podał mu też kontakt na furtę klasztorną. Tomasz znał ten klasztor ze
swojego wcześniejszego pobytu na Syros. Był wtedy zauroczony krętymi, wąskimi uliczkami
i dużą ilością schodów prowadzących do średniowiecznej osady na wzgórzu. W
pamięci miał jeszcze przepiękną katedrę św. Jerzego, główny ośrodek katolicyzmu
na Cykladach. Właśnie w jej sąsiedztwie zlokalizowany był klasztor. Ucieszył
się, że znowu odwiedzi to miejsce, ale najbardziej z tego, że pozna swojego
syna.
Wreszcie przyszedł ten dzień, a ponieważ
była to sobota już dużo wcześniej musiał zadbać o rezerwację biletu na prom.
Był bardzo podekscytowany ujrzeniem swojego dorosłego syna. Rozmyślał, czy
będzie w habicie, czy serdecznie go powita, co mu powie w pierwszych słowach?
Po informacji usłyszanej od Eleni, że zawsze wypowiadała się do syna o nim serdecznie
i że znał on historię ich miłości, miał nadzieję na obustronną radość ze
spotkania.
Jego nadzieja spełniła się nawet z nadmiarem. Szczupły, czarnowłosy chłopak,
wyższy od Tomasza o pół głowy rzucił się mu na szyję i wyszeptał:
- Tak czekałem tatusiu, modliłem się i czekałem z nadzieją na nasze
spotkanie. Codziennie wspominam mojemu Bogu o tobie. Dziękuję, że zechciałeś
mnie odwiedzić. –
Wzruszony Tomasz odpowiedział:
- Ja nie wiedziałem, że ty istniejesz. Nie założyłem rodziny, nie mam
dzieci, a tu nagle dostaję prezent – wspaniałego syna. To niesamowite, gdy
patrzę teraz na ciebie wzruszenie nie pozwala mi wyrazić mojej radości i dumy. Jaka
dzielna jest twoja mama, że podołała tym wszystkim przeciwnościom i trudom. Uwierz
mi, że przyjazd na Kythnos nie miał na celu spotkania z twoją mamą, a wręcz
odwrotnie. Bardzo nie chciałem jej spotkać, bo nie chciałem zakłócać życia,
które sobie ułożyła po naszym rozstaniu. Ale los chciał inaczej i gdybym jej
nie spotkał, nie dowiedziałbym się, że na świecie jest mój rodzony syn. Powiedz,
czy jest możliwość, abyśmy wyszli poza tą furtę, na zewnątrz klasztoru, usiedli
gdzieś i nacieszyli się sobą? –
- Dostałem pozwolenie od ojca przeora na godzinę opuszczenia klasztoru.
Powiedziałem mu o twojej wizycie. –
- A więc chodźmy. Pewnie nie znasz za bardzo miejsc, gdzie można spokojnie
porozmawiać? Szczególnie, że dzisiaj jest weekend – powiedział Tomasz.
- Wiesz, tato, jest taki zakątek w parku przy katedrze św. Jerzego. Myślę,
że tam nikt nam nie przeszkodzi. –
Gdy
usiedli długo milczeli oparci ramionami o siebie, nie bardzo wiedzieli, jak opowiedzieć
o tych latach, gdy jeszcze się nie znali. Najpierw zaczął Kosma:
- Mimo trudności miałem szczęśliwe dzieciństwo i wczesną młodość. Pewnie
wiesz, że mama wyszła za mąż? Nikos jest moim przybranym ojcem i rzeczywiście
traktował mnie jak swojego syna. Dopiero kiedy miałem dwanaście lat dowiedziałem
się o tobie. Bardzo trudno było mi wybaczyć dziadkom ich fanatyczną wiarę, a przecież
i w prawosławiu i u nas, katolików, wyznawany jest ten sam Jezus, jako nasz Pan
i Zbawiciel. Jak często przez fanatyzm i uprzedzenia unieszczęśliwia się ludzi,
nawet swoich najbliższych. –
- Tak, masz rację. To, że rozdzielono nas tak traumatycznie i dla twojej
mamy i dla mnie było ciężkim ciosem. Do tej pory, kiedy wspominam tamte chwile,
czuję ciarki na plecach. Mówiłem ci już, że żyję samotnie oddając się jedynie
mojej fascynującej pracy. -
-A, właśnie, jesteś naukowcem, badaczem starożytności? Tak się domyśliłem,
gdy zadzwonił do mnie Nikos i trochę opowiadał o tobie. –
- Tak, mam podpisany kontrakt na dwa lata i to jest właśnie problem.
Chętnie opuściłbym wyspę, ale nie mogę. Przyznam ci się, że każde spotkanie z
twoją mamą budzi we mnie silne emocje. Znowu marzę o tym, aby być z nią do
końca życia. Nawet nie wiedząc jeszcze o tym, że ma męża zaproponowałem jej
kupno domu i wspólne zamieszkanie. Nie wiem czemu, ale nie powiedziała mi o
tym, że wyszła za mąż. Może i w jej głowie narodził się pomysł, żebyśmy
zamieszkali razem. Wiem tylko, że nie możemy tego zrobić, byłoby to
nieprzyzwoite wobec Nikosa, żeby zamiast okazać wdzięczność, zniszczyć mu życie. –
Kosma siedział ze zwieszoną głową
i nic nie mówił. Minęło może pięć minut, gdy wstał i zaczął nerwowo chodzić
wzdłuż ławki.
- Przykro mi, tato, że znowu macie trudny czas. Chciałbym bardzo, żebyście byli
szczęśliwi. Dla mnie, co prawda, to ziemskie szczęście to tylko ułuda i chwilowe
pocieszenie na drodze do nieba, ale dla zwykłych „zjadaczy chleba” liczy się
tylko „tu i teraz”. Jeśli masz głęboką wiarę, kochasz Boga i wierzysz, że On
kocha ciebie żadne ziemskie pocieszenia nie są ci potrzebne. -
Tomasz odpowiedział:
- To, co się wydarzyło dwadzieścia lat temu było i radością, i goryczą. Nie
chciałbym przechodzić tego jeszcze raz. Muszę wymyśleć sposób na oddzielenie
się od nich obojga. Życzę im szczęśliwego przeżycia dalszych lat we wspólnym
związku. Czy nie zechciałbyś pomóc mi wymyśleć, jak to zrobić? Gdy zerwę
kontrakt stracę nie tylko duże pieniądze w ramach kary, ale stracę także dobre
imię w moim zawodowym środowisku. Byłoby to dla mnie bardzo przykre. Po tylu
nagrodach i osiągnięciach na arenie międzynarodowej nagle wycofuję się z
jednego z najważniejszych, być może, w moim życiu, kontraktów. -
Kosma zaczął się uśmiechać i powiedział:
- Mam rozwiązanie, za które możesz dostać najwyższą nagrodę. Kup im obojgu
taki dom, jaki proponowałeś mojej mamie, ale na przykład na Syros lub na innej
wyspie Cyklad. Wtedy nie będziesz ich spotykał, a zrobisz dobry uczynek,
odwdzięczysz się za te lata mojego wychowania. Ja będę modlił się za was
wszystkich, a nagrodę otrzymasz w wieczności. –
- Żartujesz sobie ze mnie synu, to nie przystoi zakonnikowi – odpowiedział
Tomasz zaskoczony propozycją Kosmy.
- Nie żartuję. Jeśli nie masz żony i dzieci, masz mieszkanie, dobrze
zarabiasz, to na cóż gromadzisz oszczędności? Jak mówiłeś bywałeś i pewnie
dalej będziesz bywał w różnych ciekawych zakątkach świata, więc nie musisz
oszczędzać na podróże. Pomyśl o tym tato, możesz pomóc mojej mamie, bo ona pewnie
jak i ty, zamartwia się tą sytuacją. Oczywiście zdecydujesz sam, ale nie rób
tego pochopnie. Przepraszam, jeżeli cię uraziłem. A teraz muszę już biec do
klasztoru, bo nie chcę przekroczyć wyznaczonego mi czasu. Nie mówię żegnaj, ale
do zobaczenia wkrótce. Kocham cię tatusiu. Pamiętaj, że codziennie oddaję cię
Jezusowi. –
Minęło około dwóch tygodni od
czasu spotkania z synem. Był to okres wytężonej pracy, ale też głębokiej
refleksji nad tym, co usłyszał od Kosmy. Długo nie mógł się pogodzić z myślą,
że mógłby podzielić się swoimi oszczędnościami z Eleni i jej mężem. Przecież
zarobił je uczciwie, wpłacał na różne cele charytatywne, pożyczał przyjaciołom
i znajomym, nie zawsze oczekując, że mu oddadzą. Ale uszczęśliwianie tych
dwojga nie mieściło się w zakresie pomocy ubogim, bo mieli swoje mieszkanie i
oboje pracowali. Czuł, że należy im się obojgu wdzięczność, ale obawiał się, że
będzie go ciągle dręczyła zazdrość o ich wspólne życie w pięknym domu kupionym
za jego, Tomasza, pieniądze. Postanowił, że znowu spotka się ze swoim synem,
aby go zapytać, czy jego propozycja to nie był żart. Był już zmęczony ciągłym
rozpamiętywaniem i użalaniem się nad sobą. Tylko raz w ciągu tych dwóch tygodni
przechodząc przez główną ulicę spostrzegł idącą po drugiej stronie Eleni.
Przestał nazywać ją w myślach swoją ukochaną, a wręcz odczuwał jakby niechęć
rozmowy z nią. Przyspieszył kroku i wszedł do tawerny. W głębi zobaczył znajomych
Polaków pijących kawę. Nie miał ochoty na rozmowę również z nimi, ale ten
starszy zaczął machać do niego ręką gestem zapraszającym do ich stolika. Podszedł,
ale już za chwilę gorzko tego pożałował, bo Jan przywitał go z dziwnym uśmiechem
i powiedział:
- Człowieku, stałeś się sławny. Pół miasteczka mówi o tobie, a każdy dorzuca
jakieś nowe informacje o twoich przygodach miłosnych. Opowiedz nam, jak to jest
naprawdę, czy zamierzasz zabrać swoją dawną dziewczynę do Polski? Takie ostatnio
słyszałem plotki. –
Tomasz chętnie nawymyślałby
Janowi, ale nic by to nie zmieniło, nic by nie zyskał, chyba jedynie wroga.
Opowiedział:
- A jak myślisz? Przykro mi, że interesujesz się moim problemem i słuchasz
plotek. Inaczej cię postrzegałem, mieliśmy być przecież przyjaciółmi. Na głupie
plotki nie odpowiadam i na dziś żegnam was. –
Po powrocie do domu w jego
głowie ciągle powracała myśl, że jeżeli on nie wyjedzie lub ona nie zmieni
miejsca zamieszkania będą ciągle śledzeni i obgadywani. To był kolejny problem,
który zostałby rozwiązany przez wyjazd z wyspy Nikosa i Eleni. I to
przypieczętowało jego decyzję. Następnego dnia po zakończonej pracy zadzwonił do
Nikosa i poprosił, aby przyszli oboje razem do jego domu. Umówili się na
konkretną godzinę, ale nie zdradził przed nimi o czym mają rozmawiać.
To były trudne chwile oczekiwania
na nich i formułowania w głowie, jak ma się zachować, jak przedstawić im swoją
propozycję.
Gdy ich zobaczył wydali mu się jakby przestraszeni i pomyślał, że oni też nie
mają lekko, że również ich dotyka zjadliwość języków nieprzyjaznych ludzi.
Zrobiło mu się ich żal i powiedział:
- Dziękuję, że daliście się zaprosić. Chciałbym was zapytać, czy przyjęlibyście
ode mnie prezent? To byłoby moje podziękowanie za wychowanie Kosmy. Jest
wspaniałym mężczyzną, świadomie wybrał życie zakonne i w tej wspólnocie dobrze
się czuje. Sądzę, że jest tam szczęśliwy. Chcę wam zaproponować kupienie domu
na Syros. Kosma na pewno pomoże w tej sprawie. Jego przełożony zna zapewne większość
mieszkańców i znajdzie takiego, który zamierza sprzedać działkę lub dom. Będziecie
bliżej niego, a poza tym zmiana miejsca zamieszkania załatwi i inne problemy dotykające
naszą trójkę. Myślę, że domyślacie się o czym myślę. To właściwie tyle na dziś.
Jeżeli przemyślicie sprawę i podejmiecie decyzję – dajcie znać. –
Eleni i Nikos patrzyli z
niedowierzaniem na Tomasza i widać było, że nie bardzo rozumieli, o co mu
naprawdę chodzi.
- Czy ty chcesz nam kupić dom? Przecież to niemożliwe, to ogromne
pieniądze. Jak moglibyśmy przyjąć taki prezent? Gdyby to była pożyczka, może dalibyśmy
jakoś radę pomału ci spłacać. Ale chyba i na to nas nie stać. Tomaszu, co ci
przyszło do głowy? Chyba nie mieszkałbyś z nami? –
- Oczywiście, że nie mieszkałbym z wami. A jeżeli chcecie to spłacać, nie
mam nic przeciwko. Niech to będą raty odpowiednie do waszych zarobków. –
- No, jestem w szoku – powiedział Nikos i zwrócił się do Eleni – co na to
powiesz?
Ale ona nadal nie odzywała
się, tylko po jej policzkach płynęły łzy.
Nikos mówił dalej:
- Jeżeli płaczesz, to znaczy, że się zgadzasz. –
I dodał patrząc na Tomasza:
- Myślę, że z serca proponujesz i my całym sercem przyjmujemy. Niech ci Bóg wynagrodzi i niech uwolni cię od smutku. On na pewno ma swój plan dla ciebie i sprawi, że odnajdziesz prawdziwe szczęście. -
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz