sobota, 10 października 2026

" Jeżeli więc Syn Boży was wyzwoli..."

 


                           „ Jeżeli więc Syn Boży was wyzwoli…”

    

     Obudziła się oświetlona ostrym światłem wschodzącego słońca. Dopiero po chwili  zorientowała się, że nie jest w swojej przytulnej sypialni, tylko w jakimś obcym pokoju. Drażnił ją ostry zapach jakby kopcącego się zioła. Domyśliła się, że może to być żarzący się kwiatostan konopi indyjskich. Znała ten zapach z pewnego spotkania w tak zwanym „Klubie Pociechy”. Zaprowadził ją tam kiedyś znajomy z pracy. Była tam tylko raz, ale zapach palonych ziół utrwalił się w jej pamięci.

     Podniosła się, usiadła na łóżku i próbowała rozejrzeć się po pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Szukała jakichś znajomych sobie  mebli, czy innych przedmiotów, ale nie znalazła. Chciała podejść do okna i sprawdzić otoczenie miejsca, w którym przebywała, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa, lekko się zachwiała i siadła z powrotem na łóżku. Pomyślała:

- Ile jeszcze potrwa moje dochodzenie do normalności? Kiedy będę już sprawna? –

Zrezygnowana położyła się z powrotem na łóżku i próbowała zasnąć. Niestety, sen nie nadchodził, a w zamian, pod zamkniętymi powiekami pokazywały się jakieś wykrzywione twarze zwierzęco – ludzkie.  Usłyszała trzask otwieranych drzwi i nieznane jej głosy kobiety i mężczyzny.

- Ona jeszcze śpi – powiedział głos kobiecy. Może dajmy jej jeszcze pospać, to jej dobrze zrobi. - Mężczyzna odpowiedział szeptem, więc nie usłyszała, co odpowiedział. Zorientowała się jednak, że raczej nic złego z ich strony jej nie zagraża. Nie otwierała zatem oczu i udawała, że głęboko śpi. Oni oboje starali zachowywać się cicho, weszli do kuchni i zamknęli drzwi. Po dłuższej chwili drzwi się otworzyły i weszła nieznajoma kobieta niosąc talerz pachnącego rosołu. Leżąc jeszcze z zamkniętymi oczami usłyszała, jak woła ją po imieniu:

- Pani Irenko, proszę się obudzić, musi pani coś zjeść. Nie jadła pani od wczoraj. Jedzenie jest bardzo ważne. Musi pani mieć siłę do powstania na nogi. Niosę dla pani rosołek. Jeśli trzeba mogę panią pokarmić. –

Zanim odwróciła głowę zaczęła w myślach zgadywać skąd ta kobieta może znać jej imię. Postanowiła zapytać ją o to.

- Jak ja się tutaj znalazłam i skąd zna pani moje imię? Ja nigdy nie byłam w tym mieszkaniu i nigdy pani nie widziałam. –

- To wszystko wyjaśnię, jak tylko pani zje rosół. Specjalnie  ugotowałam go już wczoraj, ale wczoraj pani Irenko nie była pani w stanie czegokolwiek przełknąć. – Głos kobiety był łagodny i kojący.

Odpowiedziała:

- Już chwilkę, proszę poczekać, postaram się wstać. Gdyby mi pani troszkę pomogła usiadłabym przy stole. –

Jakoś się udało wspólnymi siłami usiąść na krześle i Irena, trzęsącą się ręką, z apetytem zjadła pełną miseczkę rosołu. Podziękowała i przeprosiła za kłopot, który sprawia swoją obecnością. I znowu zadała te same pytania.

Kobieta z uśmiechem przedstawiła się, że ma na imię Paula i  pracuje od niedawna w tej samej firmie, w której zatrudniona jest Irena, tylko jej pokój mieści się dwa piętra wyżej.

- Początkowo, gdy zobaczyłam panią siedzącą na chodniku i opartą o ścianę domu chciałam zadzwonić po policję i pogotowie. Gdy jednak przyjrzałam się pani uważniej i zobaczyłam znajomą twarz, pomyślałam, że najpierw spróbuję wypytać o okoliczności tej sytuacji, aby nie wpadła pani w niepotrzebne tarapaty. I myślę, że miałam rację. Zorientowałam się, że nie jest pani pijana, ale odurzona. Zawołałam męża, aby pomógł mi doprowadzić panią do windy i do naszego skromnego mieszkania. To tyle moich informacji. A teraz może dowiem się czegoś od pani, co takiego zaszło wcześniej. –

- Trudno mi wyrazić swoją wdzięczność za to, co pani zrobiła. Uratowała mnie pani od skandalu, a może i utraty życia. Zanim opowiem, jak do tego doszło może zapytam, czy mogę mówić do pani po imieniu? Nasz, polski język jest piękny, ale z niektórymi zwrotami grzecznościowymi trudno jest prowadzić rozmowę. Jak mówiłam, mam na imię Irena, a czy mogę zwracać się do pani po prostu – Paula? –

- Oczywiście, bardzo proszę. –

- A więc, Paulo, wczorajszego wieczoru odbywało się uroczyste spotkanie z okazji urodzin Karola, dobrego znajomego naszej rodziny, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem z moim byłym mężem. Lubiliśmy się, więc gdy zadzwonił, aby mnie zaprosić nie byłam zdziwiona. Zapytałam tylko, czy będzie na tym spotkaniu także mój „były”. Gdy odpowiedział, że mój „były” wyjechał i na pewno się nie pojawi, postanowiłam pójść. Wiedziałam, że mogę czuć się niezręcznie, bo większość z gości bywała kiedyś również na naszych przyjęciach i mogło dojść do jakichś docinków, czy wypytywania, jak sobie radzę. Ale zdecydowałam, że nic złego nie zrobiłam i nie mam powodu, aby rezygnować ze starych przyjaźni. 

    Wieczór rozpoczął się bardzo sympatycznie, wielu znajomych podchodziło do mnie, witali się, a niektórzy wyrażali swoje współczucie z powodu rozstania się z Karolem. Podszedł do mnie też mężczyzna w średnim wieku, którego nie znałam. Miał długie, gęste włosy, które spadały mu na czoło i  które odgarniał co chwila. Przedstawił się i z uśmiechem zaoferował swoje towarzystwo mówiąc:

 - Od dłuższego czasu obserwuję panią i zauważyłem, że chyba wszyscy tutaj panią znają. Postanowiłem więc, że ja również chcę być pani znajomym. Nazywam się Rokicki, a na imię mam Marek. Przyjechałem niedawno z Kopenhagi, mam tam swoją firmę i biuro. Teraz jestem na urlopie i odwiedzam w Polsce dawnych przyjaciół. –

    Taki był wstęp do naszej znajomości. Marek nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym: był średnio przystojny, średnio inteligentny, raczej uprzejmy na swój sposób, ale miał szczególnie ujmujący głos, który ocieplał nawet uszczypliwe uwagi w stosunku do obecnych gości, które szeptał mi do ucha.  To wskazywało na jego poczucie wyższości własnej osoby. Zabawiał mnie rozmową przez nieomal cały wieczór i odwiózł  do domu swoim wspaniałym Jaguarem. Po drodze tak mnie namawiał do zjedzenia z nim kolacji następnego wieczoru, że w końcu uległam. W restauracji dosiedli do nas jego dawni koledzy, podobno jeszcze ze szkoły. Trochę się głupio czułam, bo przypuszczałam, że oni znali mojego byłego męża, gdyż chodził on do tej samej szkoły. No, a potem po kilku drinkach zabawa się rozwinęła, nawet zaczęliśmy tańczyć. Kelner, pewnie na prośbę Marka, zaprowadził nas do osobnego pokoju na zapleczu knajpy. I po kilkunastu minutach i po wypaleniu jednego jointa po prostu odjechałam. Co było dalej nie wiem. Obudziłam się dopiero w waszym mieszkaniu. Zresztą, trudno powiedzieć, że się obudziłam, jeżeli jeszcze do tej pory wiruje mi w głowie. To chyba wszystko. –

- Droga moja, pewnie zmęczyło cię to opowiadanie. Może na trochę zakończmy i zastanówmy się, jak można było by ci pomóc, abyś jutro mogła zjawić się w pracy. Rosół cię odżywił, ale nie wiem, co ci jeszcze podać, aby złagodzić skutki przedawkowania. Właściwie, to powinnaś trafić do szpitala na ratunkowy.-

     Głos Pauli wskazywał na jej zaniepokojenie i jednocześnie bezradność, bo bała się, że nie kierując Ireny do lekarza może narazić ją na przykre konsekwencje zdrowotne. Ale Irena szybko odpowiedziała na jej sugestię:

- Wybij sobie z głowy, że mnie zawieziecie do szpitala. Przyznam ci się, że to nie pierwszy raz zdarza mi się odjechać po skręcie. To minie, tylko muszę na jutro załatwić sobie wolne i we wtorek będę już czysta. –

Paula jakby zastygła, długo nic nie mówiła i w końcu wyszeptała:

- Nigdy bym cię nie posądzała, że palisz jointy. Wyglądasz na grzeczną, potulną dziewczynę, którą skrzywdził mąż i ją zostawił. A może sytuacja wygląda odwrotnie. Może ćpiesz nałogowo i dlatego zostałaś sama? Przepraszam, że nie owijam w bawełnę, ale jestem przerażona tym, co słyszę. -

 - Hola, hola. Nie jestem żadnym ćpunem. To tylko od czasu do czasu sobie przypalam. Kontroluję to. Ten ostatni przypadek nie był planowany, po prostu nie sprawdziłam, co mi podali. –

- Powiedz mi, zatem dlaczego, gdy cię znaleźliśmy trzymałaś w ręku kartkę z napisem: „Pozdrowienia od Karolka.” ? Miałam ci chwilowo nie mówić o tym, aż dojdziesz do siebie. Ale chyba już nadszedł ten czas. Proszę, oto ona. –

    Irena wzięła kartkę i przyglądała się temu, co było na niej napisane. Nie znała charakteru pisma, ale zauważyła, że na kartce był jeszcze dalszy tekst, ale zamazany korektorem. Zastanawiała się, jak  odczytać resztę napisu. Zapytała Paulę:

- A czy dalszy tekst został może zamazany przez ciebie? –

- Jaki dalszy tekst? Nic nie zauważyłam. Pokaż. –

Zastanawiały się teraz obie, jak usunąć korektor. Paula wzięła kartkę, wyszła do kuchni i pokazała ją mężowi z prośbą o pomoc. Zaczęli oboje próbować trzymać ją nad parującą wodą, a potem zeskrobywać ostrym nożem biały korektor. Po mozolnych próbach ledwo udało im się odczytać niektóre wyrazy. Ale ponieważ zapis był krótki odgadli jego całość. Brzmiał on: „Tęsknię za Tobą. Poddaj się terapii.” Spojrzeli na siebie i Paula powiedziała:

- Teraz już się nie wyprze. Biedna dziewczyna, może da się jej pomóc. –

- Tylko działaj ostrożnie i powoli. Ja sądzę, że to do niej było napisane, więc ma prawo znać treść. Gdyby trzeba było cię wesprzeć zawsze jestem blisko, ale ona może mieć uprzedzenie do mężczyzn. Nie wiemy, co tak naprawdę wydarzyło się wczoraj, czy jej nie skrzywdzono. –

- Postaram się, kochanie. A co dziś serwujesz na obiad? –

Stefan uśmiechnął się i powiedział: - Niespodzianka. Nie poznajesz po zapachu? –

- A właśnie, to na pewno sos grzybowy i chyba ziemniaczane kotlety? A co jeszcze ? –

- Musisz poczekać, aż skończę i was poproszę. –

  Stefan był wspaniałym kucharzem i zawsze przygotowywał niedzielne obiady. Bardzo lubił przebywać w kuchni, która była przestronnym pomieszczeniem, mieszczącym oprócz wyposażenia kuchennego okrągły stół do spożywania posiłków, a nawet niewielką kanapę do zrelaksowania się. Tak się złożyło, że Stefan był terapeutą od uzależnień i pracował w poradni dla młodzieży. Miał również swoje dawne doświadczenia z narkotykami, dlatego rozumiał problemy tych młodych, uzależnionych ludzi, nad którymi sprawował opiekę. Nic nie mówił żonie Pauli, że w jego ocenie Irena nie wygląda, ani nie zachowuje się jak narkomanka. Spokojnie czekał na wspólny czas przy obiedzie, kiedy będzie mógł rozmawiać bezpośrednio z Ireną. Ale ona podziękowała i stwierdziła, że nie jest jeszcze głodna:

- Ten pyszny rosół tak mnie zasycił, że pewnie zjem dopiero kolację. 

Próbowali zachęcać ją oboje, ale ona zdecydowanie odmawiała. Zrozumieli, że chce już ich opuścić i wrócić do siebie. Paula powiedziała: - Moja droga, jest nam naprawdę przykro i będziemy martwić się o ciebie, bo nie wiemy, czy już całe twoje złe samopoczucie minęło. Wiesz, bardzo cię polubiłam, a przecież Stefan też chciałby cię bliżej poznać, bo dotąd nie bardzo miał czas na przebywanie z nami. On na dzisiejszy obiad przygotował coś specjalnego i to na pewno na twoją cześć. –

- Skoro tak nalegacie, byłoby niegrzecznie z mojej strony upierać się. Jestem zawstydzona, że narobiłam wam kłopotu, a jeszcze dodatkowo nie bardzo wiem, jak mogę się wam odwdzięczyć. –

- No, właśnie twoje towarzystwo będzie dla nas wystarczającym podziękowaniem – z uśmiechem odpowiedział Stefan. I dodał: - nakryłem w kuchni, bo dla nas obojga to takie przyjazne miejsce z okrągłym stołem i wygodnymi siedzeniami. Myślę, że tobie też się spodoba. –

- Bardzo chętnie, moja babcia mówiła, że w kuchni jest najprzytulniej. –

Gdy przeszli z pokoju i usiedli przy stole, Irena była zachwycona wystrojem wnętrza i nawet powiedziała, że czuje się tutaj zupełnie jak w salonie. Zaintrygował ją napis oprawiony w ramki i zawieszony na wprost wejścia:


 MIŁOŚĆ, RADOŚĆ, WOLNOŚĆ, PIĘKNO, ZDROWIE,

*ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * ŻYCIE * 

 „JEŻELI WIĘC SYN (BOŻY) WAS WYZWOLI

WÓWCZAS BĘDZIECIE RZECZYWIŚCIE WOLNI. „J 8,36.

 

- Nie dziwię się, Stefanie, że lubisz tu przebywać. I takie piękne przesłanie – wskazała ręką na napis. Ciekawa jestem, kto je zredagował i tak pięknie oprawił? –

Odpowiedziała jej Paula: - Jak to kto? Mój ukochany mąż. Przesłanie bardzo mu pomaga, nie ukrywam, że mnie także. –  On jej przerwał : - Zabierzmy się już do obiadu, bardzo się starałem, aby wam dogodzić. Przyrządziłem ulubioną potrawę Pauli, mam nadzieję, że tobie też zasmakuje. –

Rzeczywiście, wszystko było pyszne i Irena, chwaląc, poprosiła nawet o dokładkę.

Już przy kawie i deserze Stefan zapytał: - Czy chciałabyś się dowiedzieć, Irenko, skąd wziął się ten obrazek z napisem? Jest to zwieńczenie mrocznej historii sporego kawałka mojego życia. Zauważ, że obok niego powiesiłem krzyż. Razem odczytane przedstawiają mój powrót z ciemności do światła. Dlatego pewnie lubię tu przebywać, patrzeć na nie często, aby nie zapomnieć. –

- Nie będę cię wypytywała o szczegóły, bo to na pewno intymne wspomnienia – powiedziała Irena.

- Nie obawiaj się, o tej części mojej historii opowiadam często moim podopiecznym. To biedne dzieciaki, przeważnie z patologicznych rodzin, niektóre wpadły w nałóg naśladując rodziców, niektóre były poniżane i nigdy nie zaznały ich  miłości, a niektóre, po prostu zapragnęły być jak ich starsi kumple i brały, aby im dorównać. To jest wielka plaga naszych czasów – brak celu i sensu życia. Nie umiemy kochać, bo jesteśmy ofiarami ofiar, z pokolenia na pokolenie. Ale dosyć narzekania. Wielu z nich wychodzi z tego, uczy się szacunku i miłości do siebie. Dopiero potem może nauczyć się kochać innych. To są naprawdę mądre dzieciaki. Kiedy już załapią, o co naprawdę chodzi w życiu, nadrabiają zaległości i często kończą nawet dobre studia. -  

 - Czyli pracujesz jako terapeuta uzależnień? To wspaniałe zajęcie, na pewno dające dużo satysfakcji. –

- Satysfakcji? O czym ty mówisz? To codzienna walka o zmianę ich sposobu myślenia, szczególnie o sobie samych, to ciągła uważność na ich odbiór tego, co im proponuję. Mam ich dwudziestu i każdy jest inny, każdy z nich ma swoją historię do przerobienia. Zapraszam cię, przyjdź kiedyś na miting otwarty, przychodzą wtedy ich rodzice, jeżeli są w stanie, a także zaproszeni przez nich goście. –

- Wiesz, chyba nie skorzystam z twojego zaproszenia, tyle ludzkich traum na raz, to może mnie załamać. Ale miałeś coś powiedzieć o sobie. –

- Może kiedyś opowiem ci więcej szczegółów. Dziś jakoś już straciłem ochotę na osobiste zwierzenia. Powiem tylko, że trafiłem do Ośrodka, w którym teraz pracuję, jako młody pacjent potrzebujący pomocy. Miałem za sobą wtedy już dwie próby samobójcze. Cóż można tu więcej dodać. Jeśli ktoś nie przeżył tego sam bardzo trudno jest mu zrozumieć narkomana. Wiele zawdzięczam dyrektorowi Ośrodka, był nim ksiądz, salezjanin, który naprawdę kochał ludzi, szczególnie tych połamanych przez życie. On pokazał mi na Kim zawsze mogę się oprzeć i Kogo prosić o pomoc w potrzebie. Nawróciłem się, zakończyłem terapię, dostałem od księdza Jana krzyż, który tutaj wisi wraz z propozycją pracy w Ośrodku po ukończeniu studiów. Ksiądz Jan już nie żyje, ale jestem pewien, że trafił do nieba i dostaje tam zasłużoną nagrodę przebywania z Najwyższym. A ten oprawiony napis dostałem niedawno od moich chłopców. I tutaj masz rację, ten prezent daje mi faktycznie satysfakcję. Ale dosyć drogie panie, nie będę was już zanudzał. A ty, Irenko, gdybyś miała jakieś problemy, zawsze możesz podzielić się tym ze mną. Wyganiam was już z kuchni – zaśmiał się Stefan – bo będę zmywał. - 

- Powiedz mi jeszcze tylko, skąd wziął się w pokoju, w którym się obudziłam zapach marihuany ? - zapytała Irena.

- On po prostu zapisał się w twoim nosie, w twoim mózgu i myślę, że twoje ubranie również było nim przesiąknięte. Radzę ci z całego serca, nie zadawaj się z ludźmi, którzy proponują ci chwilowe odprężenie. Wyobraź sobie wtedy siebie leżącą pod murem i nieprzytomną i przeproś siebie w myślach, że pozwoliłaś się tak się poniżyć. - 

    *************************************************