środa, 16 września 2026




 

                   „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać…”

 

      Układała się już do snu, gdy przypomniała sobie, że jutro ma spotkanie ze swoim prawnikiem. Zdenerwowała się, bo nie przygotowała dla niego dokumentów, o które ją prosił. Zaczęła się zastanawiać, czy nie przełożyć jutrzejszego spotkania, bo inaczej musiałaby teraz zacząć ich szukać. Zabrałoby jej to co najmniej dwie godziny, a przypuszczalnie później miałaby kłopoty z zaśnięciem. Otuliła się kołdrą i włączyła cichutko relaksacyjną muzykę, przy której zwykle zasypiała. Ale sen nie chciał nadejść. Zaczęły kłębić się w jej głowie wspomnienia różnych scen z przeszłości. Niektóre były przyjemne, ale niektóre stresujące. Odganiała je, ale powracały i męczyły.

 

    Decyzję o wznowieniu sprawy spadkowej po jej adopcyjnych rodzicach podjęła już dość dawno, ale ciągle coś jej przeszkadzało, aby umówić się z prawnikiem. Prawdę mówiąc, to bała się spotkania na rozprawie swojego przybranego brata Janka. Znała go dobrze z jego kłamstw i oszustw. Była święcie przekonana, że testament został przez niego sfałszowany. Nienawidziła Janka, był dla niej przykładem perfidnego łobuza wykorzystującego dobroć i miłość rodziców. Był hołubiony i na wszystko mu pozwalano. A mimo to był zazdrosny o ich miłość do niej. Na każdym kroku ją przedrzeźniał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, nazywał ją Kryśka-Fiśka. Nie skarżyła się rodzicom, bo sądziła, że i tak nie uwierzą. Dopiero, gdy którejś nocy zakradł się do jej łóżka i próbował zgwałcić, powiedziała o tym matce. Była zaskoczona jej reakcją. Matka powiedziała, że z nim porozmawia, ale nie okazywała oburzenia, czy współczucia dla niej. Tak, jakby cała ta sprawa zbytnio jej nie obeszła. A przecież ona miała wtedy szesnaście lat, a on był dwa lata starszy. Dopiero po kilku latach dowiedziała się, że rozmowa matki z Jankiem była stanowcza, a sankcje bardzo dotkliwe. Po roku Janek wyprowadził się z domu, podał adres rodzicom, ale oni mało go odwiedzali.

    W mieście, gdzie mieszkali było wiele uczelni, wybrała Uniwersytet i obroniła dyplom na Wydziale Ekonomicznym. Bardzo szybko dostała dobrze płatną pracę i wynajęła mieszkanie.

    Gdy jej adopcyjni rodzice zaczęli niedomagać, nie tylko z racji wieku, ale też wielu chorób, być może długo nieleczonych, Janek zaciągnął się do wojska i wysłano go na misje ONZ do Afganistanu. Nikt nie rozumiał tej decyzji, a jego wyjazd jeszcze bardziej pogłębił złe samopoczucie, szczególnie matki, oboje zresztą stracili chęć życia. Opiekowała się nimi najlepiej jak potrafiła. Niestety, choroby postępowały i w końcu  zdecydowali, że chcą zostać oddani do domu opieki. Ona nie miała, oczywiście, adresu Janka przebywającego w Afganistanie, ale napisała list i wysłała do dowództwa w Polsce. Prosiła w liście, żeby wziął urlop i pomógł jej znaleźć odpowiednią opiekę dla rodziców. Ale nie dostała odpowiedzi.

      Jakoś z trudem udało jej się znaleźć dwa miejsca w tym samym domu opieki, aby staruszkowie mogli nawzajem się wspierać. Ale coś się w nich odmieniło. Tak, jak kiedyś byli dla niej bardzo serdeczni, tak teraz odczuwała chłód, a nawet niechęć. Domyślała się, że obciążali ją winą za decyzję Janka, ale nie rozmawiali o tym. Ojciec poprosił ją tylko, żeby przeprowadziła się z powrotem do ich domu. Ten właśnie fakt utwierdził ją w przekonaniu, że nie mogła zostać pominięta w ich testamencie.

      Pierwszy odszedł ojciec, a kilka miesięcy później matka. Wysyłała do Janka wiadomość o ich śmierci, jednak listy pozostały bez odpowiedzi. Również na telegramy z domu opieki nie zareagował. Otwarcie testamentu odbyło się także bez jego obecności. Gdy notariusz w obecności dyrekcji domu opieki odczytał go była niemile zaskoczona, gdyż cała ich nieruchomość, dom z ogrodem i działka nad jeziorem, zostały zapisane Jankowi, a jej pozostawiono skromny zachowek i biżuterię po matce. Wiedziała, że dom jest dość stary, że wymaga kapitalnego remontu, ale czuła sentyment do tego miejsca. Bardzo chciała wyremontować go i zamieszkać w nim na stałe.

    Prawnik wyraził zgodę na przełożenie terminu spotkania. Zdążyła zatem odnaleźć dokumenty dotyczące własności rodziców, jak też orzeczenie sądu o jej adopcji. Mecenas przyjął dokumenty i obiecał, że dość szybko sformułuję wniosek do sądu. Pod koniec rozmowy powiedział:

- Pani Krystyno. Zabawiłem się w detektywa i odnalazłem pani przyrodniego brata. Radziłbym pani odwiedzić go zanim złożymy wniosek do sądu – i podał jej zapisany na kartce adres, pod którym przebywał Janek.

Podziękowała i schowała do torebki. Na odchodnym zapytała: - To kiedy się znowu spotkamy? –

- Jak tylko wróci pani od brata. Proszę do mnie zadzwonić, że jest pani gotowa. –

Kartkę z adresem wyjęła dopiero w domu. Miejsce pobytu Janka wprawiło ją w osłupienie. Przeczytała na głos, jakby nie dowierzała: - Ośrodek Rehabilitacyjny dla Inwalidów Wojennych. –

Podany był również numer kontaktowy, więc od razu wystukała numer, chciała się upewnić, że to nie pomyłka. Sympatyczny męski głos odpowiedział jej, że nie podają informacji przez telefon, trzeba przyjechać osobiście. Była zdenerwowana i odpowiedziała coś niezbyt grzecznie.

Wzięła kilka dni bezpłatnego urlopu, bo przysługujący jej już wcześniej wykorzystała i ruszyła w podróż. Przy bramie ośrodka stali dwaj wartownicy i długo musiała im tłumaczyć, dlaczego nie dostała zaproszenia do odwiedzin od brata, tylko wybrała się na własną rękę. W końcu wydano jej przepustkę i otwarto bramę. Jeden z wartowników podał jej numer bloku i pokoju, w którym przebywał Janek. Była bardzo podekscytowana i zastanawiała się, jak ma go przywitać.  Wcześniej chciała uniknąć  spotkania Janka w sądzie, a teraz stoi przed drzwiami jego pokoju nie wiedząc w jakim on jest stanie. Zapukała, ale nikt się nie odezwał, zapukała drugi raz i gdy dalej nie usłyszała zaproszenia nacisnęła klamkę i cicho uchyliła drzwi. Janek siedział w fotelu i coś czytał. Był do połowy okryty kocem, a przy fotelu stał wózek inwalidzki. Nie patrząc na nią odezwał się:

- Dziękuję pani Agnieszko. Proszę postawić na stole. Zjem później. –

Dopiero po chwili zorientował się, że to nie obsługa i obejrzał w kierunku drzwi.

- Hej. I kogo my tu mamy – moja ukochana siostrzyczka mnie odnalazła. Witam cię, rozgość się, proszę. I co cię do mnie sprowadza? Pewnie jakieś interesy, bo przecież chyba nie siostrzana miłość? –

Nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć, bo przecież miał rację, przyjechała załatwić sprawę spadku.

- Przepraszam, że nie szukałam cię wcześniej. Pisałam do ciebie, ale nie dawałeś znaku życia. W końcu za sprawą nieomal detektywa odnalazłam cię. Nie wiedziałam, że byłeś ranny. Ukrywałeś się przede mną, a wcześniej też przed rodzicami. Nie raczyłeś być nawet na ich pogrzebach. –

- No, to gorzko powiedziane. Kiedy oni umierali, ja również byłem na krawędzi życia. Kiedy nas zbierali spod gazika, który wjechał na minę, w meldunku podali, że jestem martwy. Dopiero, gdy dotarliśmy do szpitala polowego lekarz stwierdził, że tli się jeszcze we mnie życie. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, ale skoro zadałaś sobie tyle trudu i tu przyjechałaś… -

- Przepraszam cię Janku. Jak łatwo jest niesłusznie kogoś oskarżyć. Czy możesz mi wybaczyć? Może miałam do ciebie kiedyś dużo złości, ale to już przeszłość. Bardzo chciałabym, abyśmy byli dla siebie siostrą i bratem. Wiesz, że nie mam teraz nikogo bliskiego po śmierci rodziców. –

- No, ja też nie byłem ci dłużny. Tylko ty chowałaś swoje emocje, a ja wyżywałem się na tobie. Myślę, że byłem zazdrosny o miłość rodziców, o to, że traktowali cię jak swoją rodzoną córkę. Ja też mam za co przepraszać. Ale nie chcę twojej siostrzanej bliskości, twojego współczucia, czy litości. Mam tutaj dobre warunki, dbają o nas, inwalidów, aż z przesadą. Zapewniają nie tylko mieszkanie i wyżywienie, ale mamy wiele atrakcyjnych rozrywek, jak kino, czy teatr,  spotykamy się z ciekawymi ludźmi, mam tutaj przyjaciół. –

- Janku, a czy pozwolisz mi mieszkać w domu rodziców? Odremontowała bym go i zadbała o ogród. A ty zawsze będziesz mógł tam wrócić, czy przyjechać na pewien czas. Zaopiekowała bym się tobą lub zapewniła pomoc kompetentnej osoby. Jeżeli już zakopaliśmy topór wojenny, może spróbujmy myśleć o sobie nawzajem z życzliwością. Co ty na to? –

Janek zaczął się głośno śmiać:

- To już teraz wiem, czemu mnie odwiedziłaś. Chciałaś załatwić sobie wygodne lokum z ogródkiem. A mieszkaj sobie i daj mi święty spokój. –

Krystynę zamurowało i dłuższą chwilę milczała. Nie mogła zaprzeczyć, co było celem jej podróży, ale w sytuacji kalectwa Janka sprawa spadku przedstawiała się w zupełnie innej perspektywie.

- Tak, Janku. Nie mogę zaprzeczyć, że głównym problemem, o którym chciałam z tobą rozmawiać to była sprawa spadku po rodzicach. Nie chciało mi się wierzyć, że wszystkie nieruchomości zapisali tobie, a ja dostanę jakieś ochłapy. –

- Ochłapy? Pewnie nie wiesz, że cała biżuteria mamy, którą miała od swoich babek i prababek, jest warta dwa razy więcej niż ten stary dom i działka nad jeziorem. To ja mogę czuć się pokrzywdzony. –

- Przepraszam cię Janku, ale niedługo mam pociąg i muszę jeszcze coś zjeść, bo jestem bardzo głodna. –

- Możesz zjeść mój obiad, stoi na stole. Ja zupełnie nie mam apetytu. Bardzo proszę – odpowiedział Janek. Karmią nas bardzo smacznie i do sytości. Gdybym wszystko zjadał ważyłbym już pewnie ze sto kilogramów. A jak widzisz, mało się ruszam – uśmiechnął się.

- Naprawdę mogę zjeść twój obiad? Dzięki. Nic nie jadłam od wczorajszej kolacji. Denerwowałam się, że nie będziesz chciał  widzieć się ze mną – powiedziała cichym głosem. –

Janek zaczął próbować przemieścić się na wózek, ale szło mu to niezbyt zgrabnie. Krysia podbiegła, uniosła go i pomogła usiąść w wózku. Odkrył się przy tej czynności koc i zobaczyła, że jedna jego noga jest amputowana poniżej kolana. Wzruszyła się, ale nie dała tego po sobie poznać, aby go nie speszyć. On w tym momencie zaczął się śmiać:

- Jak myślisz, odrośnie mi, czy nie odrośnie? Nie bądź skrępowana, ja już jestem pogodzony i nawet wierzę, że stanę na nogi. Zobacz, tam stoi proteza. –

Rzeczywiście, pod ścianą, w specjalnym stojaku, stała  błyszcząca nowością brakująca część nogi.

- Już możesz ją zakładać? – spytała.

- No, właśnie się tego uczę. Jeszcze moja blizna jest zbyt świeża, ale z czasem, podobno będę nawet mógł biegać – znowu z uśmiechem odpowiedział Janek i mówił dalej:

-  Chodzę na długie rozmowy z psychologiem i bardzo mi to pomaga. Staję się pomału innym człowiekiem. Na ciebie też już inaczej patrzę. Może się jeszcze kiedyś spotkamy, to opowiem ci, dlaczego tak cię dręczyłem. Ale do takich wyznań muszę się przygotować na zajęciach terapeutycznych, bo znowu mogę coś schrzanić. O której masz pociąg? Chętnie cię odprowadzę, ale niezbyt daleko, bo nie jestem jeszcze wprawiony w poruszaniu się na wózku. Krysiu, przyjedziesz jeszcze do mnie? –

- Tak, tak, oczywiście, przyjadę. Będę miała trochę wolnego za nadgodziny to wpadnę do ciebie. Czy pozwolisz, że cię przytulę, Janku? –

- Z przyjemnością moja siostrzyczko. Z przyjemnością. –

    Miała jeszcze trochę czasu do odjazdu, ale zrozumiała, że Janek był zmęczony i pewnie chciał odpocząć. Nie miała ochoty chodzić po nieznanym mieście, a tym bardziej przesiadywać w poczekalni dworca. Przypomniała sobie, że ktoś kiedyś opowiadał jej o pięknym, barokowym kościele położonym w pobliżu budynku Dworca Głównego. Zapytała pierwszą napotkaną osobę i wskazała jej kierunek, w który ma się udać. Rzeczywiście, kościół był przepiękny. Bogato rzeźbione filary i stele były pokryte złoceniami, które we wpadającym przez wysmukłe okna słońcu błyszczały, a nawet oślepiały wzrok. Była zdziwiona, że w kościele jest tak wielu ludzi siedzących w ławkach i jakby na coś oczekujących. A przecież nie była to pora na odprawianie Mszy. Po kilkuminutowym oczekiwaniu głośnym dźwiękiem zabrzmiały organy i poznała, że organista wykonuje jeden z koncertów brandenburskich Bacha. Ucieszyła się bardzo, bo dawno nie była na żadnym koncercie. Znane jej dźwięki wybrzmiewały i odbijały się od sklepienia kościoła. Siedziała i słuchała, jak zaczarowana. Niedaleko niej zapaliło się boczne światełko, skręciła głowę i zobaczyła, że światło pada z konfesjonału. Pomyślała:

- A może skorzystać z takiej okazji i się wyspowiadać? –

Sprawdziła ile ma jeszcze czasu do odjazdu pociągu i stanowczym krokiem podeszła do kratek konfesjonału. Spowiadał starszy, zupełnie siwy ksiądz o łagodnym, miłym dla ucha głosie. Brzmiały jeszcze dźwięki organów i nie była pewna, czy ksiądz dobrze słyszy co do niego mówi. Nawet zapytała go o to. A on swoim miłym głosem odpowiedział:

- Dziecko, ja mogę nie słyszeć, ale Jezus na pewno cię słyszy. Mów tak, jakbyś mówiła do Niego. –

Po tych słowach rozpłakała się i zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie, tak trudnym szczególnie dla małego dziecka, o nowej rodzinie, która przyjęła ją całym sercem i w końcu o jej złości i nienawiści do brata, który ją prześladował. Wypowiedziała wszystkie swoje bóle i czekała na pouczenie księdza. A on powiedział:

- Niedaleko jesteś dziecko od Królestwa Bożego, w Imię Pana Jezusa i mocą Kościoła ja odpuszczam tobie wszystkie grzechy. Żyj teraz jak dziecko Boże. „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą.” A za pokutę czytaj sobie często Księgę Izajasza. Pan z tobą. –

Po odejściu od konfesjonału czuła się jakby wyszła z kąpieli, nawet trwający nadal koncert wydawał się jej jakiś bardziej uroczysty, jakby organista grał tylko dla niej.

Sprawdziła czas i wybiegła z kościoła obawiając się, że nie zdąży na pociąg. Weszła na peron minutę przed odjazdem, zdyszana, ale szczęśliwa.

    Minęły dwa miesiące od wizyty u Janka. Kontaktowali się telefonicznie i przekazywali sobie informacje. Janek opowiadał o postępach w ćwiczeniach z protezą, a Krysia informowała go o tym, co już wyremontowała w domu i zasadziła nowego w ogrodzie. Mimo tych kontaktów byli jeszcze oboje skrępowani i brak było pełnej szczerości i radości w ich rozmowach. Na jego zaproszenie do powtórnego odwiedzenia go odpowiedziała pozytywnie, ale nie wyczuwało się w jej głosie radości. Odpowiedziała grzecznie:

- Postaram się, Janku, odwiedzić cię w przyszłym tygodniu, ale długo nie zabawię. Mam mnóstwo zajęć w pracy i w domu. Moje wolne za nadgodziny już wykorzystałam na pilnowanie fachowców remontujących dom. Dam ci znać kiedy się pojawię. –

    Powitanie było bardziej serdeczne niż rozmowy przez telefon. Janek jakoś przemieścił się na wózku na dworzec, aby powitać ją na peronie. Od razu zaproponował, aby skierowali się na drugą stronę ulicy przydworcowej i wspólnie coś przekąsili. Knajpka była przytulna, a gości w niej niewielu, mogli więc spokojnie rozmawiać. Pierwszy zaczął Janek:

- Bardzo się cieszę z tego spotkania Krysiu. Chciałbym opowiedzieć ci o naszym wspólnym dzieciństwie z mojej perspektywy - jedynaka, który był rozpieszczany i hołubiony aż z przesadą. –

Krysia łagodnie zaprotestowała:

- Myślę, że nie jest to dobry pomysł na miłe spędzenie wspólnego czasu. Ale jeżeli masz takie życzenie, to postaram się spokojnie cię wysłuchać. –

- Dzięki. Miałem sporo czasu na przemyślenia i próbę oceny mojego zachowania wobec ciebie. Na pewno główną przeszkodą w naszych kontaktach była moja zazdrość o zabranie przez ciebie sporej części zainteresowania i miłości rodziców. Ale to był jeden z powodów. W miarę, jak obserwowałem twoje zachowanie: grzeczność, cichość i cierpliwość poczułem, że jesteś dużo lepsza ode mnie. Dlatego tak często dokuczałem ci, żeby cię po prostu złamać i doprowadzić do złości. Byłem już nastolatkiem, kiedy odkryłem, że jesteś bardzo ładna i zgrabna. Wtedy nagle poczułem, że się w tobie zakochałem na zabój. Nie była to miłość braterska, ale namiętne uczucie, które oczywiście ukrywałem. A przez dokuczanie ci chciałem zwrócić na siebie twoją uwagę. To taki młodzieńczy, a nawet dziecinny sposób zachowania. Ten przypadek, który uznałaś za próbę zniewolenia ciebie, miał w sobie jedynie potrzebę przytulenia cię i powiedzenia, co do ciebie czuję. Może nie byłem zbyt delikatny i mogłaś to odebrać jako próbę gwałtu. Nie będę ci powtarzał, co do mnie później powiedziała mama. Ona też nie zrozumiała mojego zachowania i nie chciała słuchać o moim uczuciu do ciebie. Kazała mi się natychmiast wyprowadzić z domu. Reszty się domyślasz, byłem zrozpaczony, odczuwałem podwójne odrzucenie i przez ciebie, i przez nią. Jedynym wyjściem dla mnie było po prostu zniknięcie. No i dlatego pojechałem narażać życie do Afganistanu. Resztę opowieści już słyszałaś. Teraz odpokutowuję, a to, że się pojawiłaś przyniosło mi światełko nadziei, że mi wybaczysz. –

      Krysia słuchała ze spuszczoną głową opowieści Janka i rozmyślała, co ma mu odpowiedzieć. Nigdy nie patrzyła na niego, jak na zwykłego chłopaka. Starała się pokochać go jak swojego prawdziwego brata, ale z powodu przykrości, które jej sprawiał nie potrafiła i szczerze go nie lubiła. Czy ma mu to teraz powiedzieć? To może go załamać – pomyślała.

- Janku, mamy dzisiaj godzinę szczerości, przyznam, że nie przepadałam za tobą i twoim towarzystwem. Ale przecież po tych kilku latach jesteśmy innymi ludźmi, dorośliśmy i sądzę, że patrzymy na siebie z serdecznością. Oboje zostaliśmy bez rodziny, samotni i pewnie trochę zgorzkniali. Ja nie mam szczęścia do podrywania porządnych facetów. Z tymi, z którymi byłam blisko, nie chciałabym spędzić całego życia. Byli trochę z innego świata, lubili życie łatwe i przyjemne, a gdy coś im nie pasowało, pojawiały się jakieś problemy, po prostu „zwijali żagle” i odchodzili w siną dal. Nauczyłam się żyć jako singielka i dobrze mi z tym. Trudno byłoby mi teraz dostosowywać swoje przyzwyczajenia i zmieniać je dla drugiej osoby. –

- Doskonale cię rozumiem. Jestem bardzo zagubiony i to nie tylko z powodu mojego kalectwa, ale nie wiem, czy potrafiłbym żyć z drugą osobą. Czy znowu nie poplątał bym w moim zagubieniu jej losu, no i swojego. Teraz żyję z dnia na dzień, w ustalonym harmonogramie, w otoczeniu ciągle tych samych osób. Wszyscy są dla mnie życzliwi, ale brakuje mi prawdziwej bliskości. Ale dosyć narzekania. Chcę już zamknąć ten niezbyt chlubny etap młodzieńczych głupot i złych wyborów. Mam dobrego terapeutę, z którym pracuję nad pozytywnym postrzeganiem siebie i tego, co ten świat może mi jeszcze zaoferować. Byłbym szczęśliwy, gdybyś zechciała pomóc mi w tym. –

- A w jaki sposób mogłabym ci pomóc? Jak ci mówiłam sama jestem nieco zagubiona i nie raz myślę, jak będę sobie radzić w starszym wieku. Czy czeka mnie dom opieki? Przebywanie, może i latami, wśród obcych mi ludzi? Sam to przeżywasz, więc wiesz o czym mówię. –

- Też czasem o tym myślę. Ale znów smucimy. Już lepiej porozmawiajmy o pogodzie lub o ulubionych potrawach. -

Janek uśmiechnął się i wziął do ręki kartę dań.  

     Od tej rozmowy minęły trzy lata. Świat obojga bohaterów opowiadania bardzo się zmienił. Mieszkali wspólnie, jak brat z siostrą, w odnowionym domu rodziców. Podjęli się wychowania dwóch małych chłopców z Domu Dziecka. Krysia prawnie była rodziną zastępczą dla Adasia, a Janek dla jego rówieśnika Dawidka. Obaj chłopcy znali się wcześniej, bo przebywali w tym samym Domu, co znacznie ułatwiało organizowanie wspólnych zabaw. Obaj chłopcy mówili do swoich opiekunów ciociu i wujku, więc później, w dorosłym życiu nie czuli się oszukani, że obce osoby zastępowały im rodziców. W jadalni, na widocznym miejscu wisiały dwa obrazki namalowane przez chłopców, i na jednym i na drugim były dość podobne „portrety” Krysi i Janka z napisami:

„Bardzo Was kochamy !!!”

 

 

 

 

 

 

 






 

              „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać…”

 

      Układała się już do snu, gdy przypomniała sobie, że jutro ma spotkanie ze swoim prawnikiem. Zdenerwowała się, bo nie przygotowała dla niego dokumentów, o które ją prosił. Zaczęła się zastanawiać, czy nie przełożyć jutrzejszego spotkania, bo inaczej musiałaby teraz zacząć ich szukać. Zabrałoby jej to co najmniej dwie godziny, a przypuszczalnie później miałaby kłopoty z zaśnięciem. Otuliła się kołdrą i włączyła cichutko relaksacyjną muzykę, przy której zwykle zasypiała. Ale sen nie chciał nadejść. Zaczęły kłębić się w jej głowie wspomnienia różnych scen z przeszłości. Niektóre były przyjemne, ale niektóre stresujące. Odganiała je, ale powracały i męczyły. 

    Decyzję o wznowieniu sprawy spadkowej po jej adopcyjnych rodzicach podjęła już dość dawno, ale ciągle coś jej przeszkadzało, aby umówić się z prawnikiem. Prawdę mówiąc, to bała się spotkania na rozprawie swojego przybranego brata Janka. Znała go dobrze z jego kłamstw i oszustw. Była święcie przekonana, że testament został przez niego sfałszowany. Nienawidziła Janka, był dla niej przykładem perfidnego łobuza wykorzystującego dobroć i miłość rodziców. Był hołubiony i na wszystko mu pozwalano. A mimo to był zazdrosny o ich miłość do niej. Na każdym kroku ją przedrzeźniał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, nazywał ją Kryśka-Fiśka. Nie skarżyła się rodzicom, bo sądziła, że i tak nie uwierzą. Dopiero, gdy którejś nocy zakradł się do jej łóżka i próbował zgwałcić, powiedziała o tym matce. Była zaskoczona jej reakcją. Matka powiedziała, że z nim porozmawia, ale nie okazywała oburzenia, czy współczucia dla niej. Tak, jakby cała ta sprawa zbytnio jej nie obeszła. A przecież ona miała wtedy szesnaście lat, a on był dwa lata starszy. Dopiero po kilku latach dowiedziała się, że rozmowa matki z Jankiem była stanowcza, a sankcje bardzo dotkliwe. Po roku Janek wyprowadził się z domu, podał adres rodzicom, ale oni mało go odwiedzali.

    W mieście, gdzie mieszkali było wiele uczelni, wybrała Uniwersytet i obroniła dyplom na Wydziale Ekonomicznym. Bardzo szybko dostała dobrze płatną pracę i wynajęła mieszkanie.

    Gdy jej adopcyjni rodzice zaczęli niedomagać, nie tylko z racji wieku, ale też wielu chorób, być może długo nieleczonych, Janek, nagle zaciągnął się do wojska i wysłano go na misje ONZ do Afganistanu. Nikt nie rozumiał tej decyzji, a jego wyjazd jeszcze bardziej pogłębił złe samopoczucie, szczególnie matki, oboje zresztą stracili chęć życia. Opiekowała się nimi najlepiej jak potrafiła. Niestety, choroby postępowały i w końcu  zdecydowali, że chcą zostać oddani do domu opieki. Ona nie miała, oczywiście, adresu Janka przebywającego w Afganistanie, ale napisała list i wysłała do dowództwa w Polsce. Prosiła w liście, żeby wziął urlop i pomógł jej znaleźć odpowiednią opiekę dla rodziców. Ale nie dostała odpowiedzi.

      Jakoś z trudem udało jej się znaleźć dwa miejsca w tym samym domu opieki, aby staruszkowie mogli nawzajem się wspierać. Ale coś się w nich odmieniło. Tak, jak kiedyś byli dla niej bardzo serdeczni, tak teraz odczuwała chłód, a nawet niechęć. Domyślała się, że obciążali ją winą za decyzję Janka, ale nie rozmawiali o tym. Ojciec poprosił ją tylko, żeby przeprowadziła się z powrotem do ich domu. Ten właśnie fakt utwierdził ją w przekonaniu, że nie mogła zostać pominięta w ich testamencie.

      Pierwszy odszedł ojciec, a kilka miesięcy później matka. Wysyłała do Janka wiadomość o ich śmierci, jednak listy pozostały bez odpowiedzi. Również na telegramy z domu opieki nie zareagował. Otwarcie testamentu odbyło się także bez jego obecności. Gdy notariusz w obecności dyrekcji domu opieki odczytał go była niemile zaskoczona, gdyż cała ich nieruchomość, dom z ogrodem i działka nad jeziorem, zostały zapisane Jankowi, a jej pozostawiono skromny zachowek i biżuterię po matce. Wiedziała, że dom jest dość stary, że wymaga kapitalnego remontu, ale czuła sentyment do tego miejsca. Bardzo chciała wyremontować go i zamieszkać w nim na stałe.

    Prawnik wyraził zgodę na przełożenie terminu spotkania. Zdążyła zatem odnaleźć dokumenty dotyczące własności rodziców, jak też orzeczenie sądu o jej adopcji. Mecenas przyjął dokumenty i obiecał, że dość szybko sformułuję wniosek do sądu. Pod koniec rozmowy powiedział:

- Pani Krystyno. Zabawiłem się w detektywa i odnalazłem pani przyrodniego brata. Radziłbym pani odwiedzić go zanim złożymy wniosek do sądu – i podał jej zapisany na kartce adres, pod którym przebywał Janek.

Podziękowała i schowała do torebki. Na odchodnym zapytała: - To kiedy się znowu spotkamy? –

- Jak tylko wróci pani od brata. Proszę do mnie zadzwonić, że jest pani gotowa. –

Kartkę z adresem wyjęła dopiero w domu. Miejsce pobytu Janka wprawiło ją w osłupienie. Przeczytała na głos, jakby nie dowierzała: - Ośrodek Rehabilitacyjny dla Inwalidów Wojennych. –

Podany był również numer kontaktowy, więc od razu wystukała numer, chciała się upewnić, że to nie pomyłka. Sympatyczny męski głos odpowiedział jej, że nie podają informacji przez telefon, trzeba przyjechać osobiście. Była zdenerwowana i odpowiedziała coś niezbyt grzecznie.

Wzięła kilka dni bezpłatnego urlopu, bo przysługujący jej już wcześniej wykorzystała i ruszyła w podróż. Przy bramie ośrodka stali dwaj wartownicy i długo musiała im tłumaczyć, dlaczego nie dostała zaproszenia do odwiedzin od brata, tylko wybrała się na własną rękę. W końcu wydano jej przepustkę i otwarto bramę. Jeden z wartowników podał jej numer bloku i pokoju, w którym przebywał Janek. Była bardzo podekscytowana i zastanawiała się, jak ma go przywitać.  Wcześniej chciała uniknąć  spotkania Janka w sądzie, a teraz stoi przed drzwiami jego pokoju nie wiedząc w jakim on jest stanie. Zapukała, ale nikt się nie odezwał, zapukała drugi raz i gdy dalej nie usłyszała zaproszenia nacisnęła klamkę i cicho uchyliła drzwi. Janek siedział w fotelu i coś czytał. Był do połowy okryty kocem, a przy fotelu stał wózek inwalidzki. Nie patrząc na nią odezwał się:

- Dziękuję pani Agnieszko. Proszę postawić na stole. Zjem później. –

Dopiero po chwili zorientował się, że to nie obsługa i obejrzał w kierunku drzwi.

- Hej. I kogo my tu mamy – moja ukochana siostrzyczka mnie odnalazła. Witam cię, rozgość się, proszę. I co cię do mnie sprowadza? Pewnie jakieś interesy, bo przecież nie siostrzana miłość? –

Nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć, bo przecież miał rację, przyjechała załatwić sprawę spadku.

- Przepraszam, że nie szukałam cię wcześniej. Pisałam do ciebie, ale nie dawałeś znaku życia. W końcu za sprawą nieomal detektywa odnalazłam cię. Nie wiedziałam, że byłeś ranny. Ukrywałeś się przede mną, a wcześniej też przed rodzicami. Nie raczyłeś być nawet na ich pogrzebach. –

- No, to gorzko powiedziane. Kiedy oni umierali, ja również byłem na krawędzi życia. Kiedy nas zbierali spod gazika, który wjechał na minę, w meldunku podali, że jestem martwy. Dopiero, gdy dotarliśmy do szpitala polowego lekarz stwierdził, że tli się jeszcze we mnie życie. Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, ale skoro zadałaś sobie tyle trudu i tu przyjechałaś… -

- Przepraszam cię Janku. Jak łatwo jest niesłusznie kogoś oskarżyć. Czy możesz mi wybaczyć? Może miałam do ciebie kiedyś dużo złości, ale to już przeszłość. Bardzo chciałabym, abyśmy byli dla siebie siostrą i bratem. Wiesz, że nie mam teraz nikogo bliskiego po śmierci rodziców. –

- No, ja też nie byłem ci dłużny. Tylko ty chowałaś swoje emocje, a ja wyżywałem się na tobie. Myślę, że byłem zazdrosny o miłość rodziców, o to, że traktowali cię jak swoją rodzoną córkę. Ja też mam za co przepraszać. Ale nie chcę twojej siostrzanej bliskości, twojego współczucia, czy litości. Mam tutaj dobre warunki, dbają o nas, inwalidów, aż z przesadą. Zapewniają nie tylko mieszkanie i wyżywienie, ale mamy wiele atrakcyjnych rozrywek, jak kino, czy teatr,  spotykamy się z ciekawymi ludźmi, mam tutaj przyjaciół. –

- Janku, a czy pozwolisz mi mieszkać w domu rodziców? Odremontowała bym go i zadbała o ogród. A ty zawsze będziesz mógł tam wrócić, czy przyjechać na pewien czas. Zaopiekowała bym się tobą lub zapewniła pomoc kompetentnej osoby. Jeżeli już zakopaliśmy topór wojenny, może spróbujmy myśleć o sobie nawzajem z życzliwością. Co ty na to? –

Janek zaczął się głośno śmiać:

- To już teraz wiem, czemu mnie odwiedziłaś. Chciałaś załatwić sobie wygodne lokum z ogródkiem. A mieszkaj sobie i daj mi święty spokój. –

Krystynę zamurowało i dłuższą chwilę milczała.  

 

  

Brak komentarzy: