Miłością jej życia były górskie wędrówki.
Był to czas odreagowywania stresów, ale też przemyśleń ważnych, życiowych
problemów i podejmowania decyzji. Wspinając się po kamienistym szlaku rozmyślała
tym razem o może najważniejszej życiowej decyzji.
W zeszłym tygodniu Adam zaproponował jej
wspólne zamieszkanie. Miał już obmyślany plan zamiany obu ich mieszkań na jedno
dużo większe. Rozpoczął już nawet rozmowy na temat zakupu lokalu w będącym
jeszcze w budowie trzykondygnacyjnym budynku w dość urokliwej lokalizacji. Opowiadał
o swoim planie barwnie i niezwykle zachęcająco, przymilając się i całując ją po
rękach. Monika odniosła wrażenie, że jest pewien jej pozytywnej odpowiedzi.
Rzeczywiście, był zaskoczony, że poprosiła o czas do namysłu.
Adama znała jeszcze ze studenckich
czasów, ale wtedy oboje mieli swoje sympatie i spotykali się jedynie na
wspólnych rajdach pieszych lub potańcówkach. Ich bliższa znajomość rozpoczęła
się w okresie pisania dyplomów, gdyż mieli do opracowania podobne tematy i zaczęli
wymieniać się informacjami o sposobie pozyskiwania materiałów. Stopniowo
zaczęli coraz więcej czasu spędzać ze sobą i ich znajomość przerodziła się w
zażyłość, a potem w głębsze uczucie. W końcu spotykali się nieomal codziennie. Raczej
nie było to zakochanie, ani fascynacja drugą osobą, ale przyciąganie dwóch
podobnych osobowości. Wszyscy znajomi byli pełni podziwu, że nigdy się nie
spierali, nie narzucali wzajemnie swojego zdania i byli prawie zawsze pogodnie
usposobieni.
Monika często zastanawiała się nad ich
związkiem. Gdy puszczała sobie piosenkę Grechuty ze słowami: „Czy to jest
przyjaźń, czy to jest kochanie?” Myślała o Adamie z czułością, ale nie było w
niej pożądania jego bliskości. Nieraz pytano ich nawet ze śmiechem, czy sypiają
ze sobą? Odpowiadali zgodnie, również ze śmiechem:
-
Pytacie z zazdrości, z ciekawości, czy z troski o nas? Nie obawiajcie się,
jesteśmy już pełnoletni. –
Od
czasu do czasu zdarzało im się wyjeżdżać wspólnie na weekendowy odpoczynek i
nie brali wtedy dwóch osobnych pokoi w hotelu. Było im ze sobą dobrze, ale już
po rozstaniu Monika odczuwała dyskomfort, że znowu nie dotrzymała
przyrzeczenia. Było to, co prawda dawno temu, ale wspomnienie danej sobie
obietnicy życia w czystości aż do ślubu, za każdym wspólnym wyjazdem nękała ją
i nie pozwalała tak do końca być radosną.
Właśnie z tego powodu pojechała w Tatry
sama, aby skonfrontować się w ciszy ze swoim problemem. Szła niezbyt trudnym
szlakiem, ale po godzinie wędrówki odczuła zmęczenie i postanowiła zatrzymać
się na krótki odpoczynek. Szła już tym szlakiem wiele razy i pamiętała, gdzie
będzie dobre miejsce na chwilowe odciążenie nóg i zaspokojenie pragnienia.
Miała ze sobą bidon z wodą, ale szemrzący potok jakby zapraszał ją do napojenia
się jego krystaliczną wodą. Niestety, trzeba by było zejść ze szlaku, a tego
starała się nigdy nie robić, więc wyjęła bidon z plecaka.
Miejsce
jej odpoczynku znajdowało się na wprost cudownego widoku spadającego z
wysokości wodospadu Siklawy. Do doliny Pięciu Stawów czekała ją jeszcze około
godzina drogi, a że słońce było dość wysoko, więc postanowiła zatrzymać się tu
na dłużej. Rozejrzała się, aby wybrać najwygodniejsze miejsce i zobaczyła
płaski kamień, który mógł być odpowiednim na dłuższe posiedzenie. Na kamieniu
wyryty był niewyraźny napis. Monika była oburzona na osobę, która to zrobiła. Jej
zdaniem był to wandalizm godny potępienia. Ale gdy odcyfrowała jego treść
odskoczyła jakby przerażona. Napis brzmiał: „Tu umarła miłość.”
Głośno
zaczęła powtarzać:
- Przecież
nie mogę tu usiąść, nie mogę tu usiąść. –
Zabrała
plecak i nieomal biegiem ruszyła w dalszą drogę cały czas rozmyślając, czy to
był jakiś znak dla niej. A wierzyła w znaki.
Dotarła do schroniska w porze obiadowej,
ale nie miała ochoty na żadną z serwowanych w tym dniu potraw. Zamówiła jedynie
kawę z jabłecznikiem i rozmyślała, którym szlakiem dotrzeć do Murowańca, gdzie
miała zarezerwowany nocleg. Wybrała trasę przez przełęcz Zawrat, znała ją
lepiej niż przez Krzyżne. Rozkoszując się pysznym ciastem postanowiła najpierw
przejść kawałek trasy w kierunku Świstówki, aby tam usiąść na chwilę, podziwiać
wspaniałe widoki tatrzańskich, skalnych łańcuchów, a przede wszystkim podjąć w
końcu decyzję, co dalej z jej życiem. Zdawała sobie sprawę, że jeśli odmówi
zamieszkania wspólnie z Adamem ich związek może się rozpaść i zostanie sama.
Niezbyt miała ochotę szukać kolejnego partnera i znowu zgrywać własne poglądy i
przyzwyczajenia z nową osobą. Dobiegała już trzydziestki i często przypominała
sobie, co do niej mówiła babcia:
”Czas
cię popędza, bo młodsza już nie będziesz.”
Nurtowała
ją myśl, czy wypada, aby próbować wymóc na nim propozycję małżeństwa?
Oczywiście w kościele. Byli ze sobą zżyci i mieli naprawdę wiele wspólnych
poglądów, ale, niestety, Adam był daleko od wiary w Boga i unikał jakichkolwiek
rozmów na ten temat. Ona również unikała dzielenia się z nim swoim stosunkiem
do wiary i Kościoła. Wiedział o tym, że Monika chodzi w niedzielę na Mszę,
widział czasem w jej ręku różaniec, ale nie pytał, nie oceniał.
Monika swoją wiarę wyniosła z rodzinnego
domu. Zarówno jej mama jak i babcia bardzo przestrzegały wszelkich zasad
nakazanych przez Kościół, obchodzenia uroczystości kościelnych, przyjmowania
Sakramentów. Mama chodziła na piesze pielgrzymki. Z ojcem bywało różnie, czasem
przestrzegał uczestniczenia w niedzielnej Mszy, czasem tłumaczył się, że ma
jakieś pilne zajęcia do wykonania. Gdy jako dziewczynka zapytała matkę, czemu
tatuś nie zawsze chodzi z nami do kościoła usłyszała:
- „Postaraj
się nigdy nie pytać, dlaczego ktoś nie chodzi do kościoła, czy nie przyjmuje
Komunii Świętej. Nie mamy prawa osądzać drugiego człowieka po jego zachowaniu.
Czasem jego wiara jest silniejsza niż nasza. Ale może mieć w sercu jakieś lęki,
może nie potrafi uwierzyć, że Bóg mu wybaczy jego grzechy, może ma jakiś żal do
Boga, że mu kogoś, czy coś zabrał. „
Właśnie teraz, rozmyślając,
przypomniała sobie te słowa matki. Odtwarzała w pamięci tamtą chwilę, ale nie pamiętała
już, co dalej jej tłumaczyła.
Teraz
rozkoszowała się wspaniałym widokiem oświetlonych słońcem szczytów. Zaczęła
odgadywać ich nazwy, a nawet w myślach rozmawiać z niektórymi z nich. Zatopiła
się zupełnie w magii tej chwili.
Usłyszała
szelest i obejrzała się za siebie.
Od strony Morskiego Oka szedł szlakiem w jej
kierunku jakiś starszy mężczyzna.
-
Mam nadzieję, że mnie nie zaczepi – pomyślała.
Ale
nadzieja się nie spełniła. Mężczyzna szarmancko się przywitał i spytał, czy
może na chwilę przysiąść się do niej.
-
Nie będę pani przeszkadzał, gdy usiądę na chwilę w pobliżu?
Właśnie
tutaj zaplanowałem sobie krótkie złapanie oddechu i polecę dalej. Spostrzegłem,
że jest pani czymś mocno przejęta i zamyślona. Może mógłbym być pomocny w
rozwiązaniu pani problemu? – Zapytał.
Ton
jego głosu był delikatny i cichy.
Monika
uśmiechnęła się, ale stanowczo zaprzeczyła ruchem głowy i odpowiedziała:
-
Mój problem jest bardzo prozaiczny. Rozważam, czy przejść przez Zawrat do
Murowańca, czy dać sobie spokój i zejść z powrotem do Roztoki. –
-
No i właśnie, mój problem jest podobny, ale już zdecydowałem, gdy spojrzałem w
prognozę pogody. Będzie załamanie, za około półtorej godziny, ma lać i wiać,
więc wybrałem zejście do Doliny Roztoki. I pani również radzę odpuścić i wybrać
łatwiejsze, okrężne przemieszczenie się do Murowańca. –
-
Ja sprawdzałam pogodę przed wyjściem i nie było ostrzeżenia o jakichś
zagrożeniach i załamaniach – odpowiedziała z przekąsem. - Tu jest słaby zasięg,
więc trudno będzie się upewnić, ale dziękuję panu za troskę. –
-
Myślę, że zdaje sobie pani sprawę, że prognoza prognozą, a wyczucie starego,
wytrawnego wspinacza, no i lekkie łamanie w kościach – zaśmiał się nieznajomy –
może być bardziej miarodajne. Proszę popatrzeć, jest już jedna chmura na
widnokręgu. –
Monika
nie skomentowała tego, co usłyszała, tylko powiedziała:
-
Czy ja pana skądś nie znam? Twarz wydaje mi się znajoma, czy pan nie występuje
w telewizji? –
Nieznajomy
zaczął się głośno śmiać.
-
No, ma pani wzrok detektywa. Może nawet tropiciela przestępców. Nie
występowałem w telewizji, ale zamieszczam od czasu do czasu moje podkasty na
you tube. Mogła mnie pani tam wypatrzeć. Pozwoli pani, że się przedstawię, ale
bez nazwiska, mam na imię Łukasz. Jestem z zawodu duchowym terapeutą. –
-
Dziwny zawód - odpowiedziała półgłosem i dodała – ja nazywam się Monika – i
bardzo chciałam posiedzieć chwilę w ciszy. Przepraszam pana, mam do
przemyślenia sporo tematów i moja decyzja nie dotyczy jedynie dalszej trasy, ale
moich życiowych wyborów. Dziękuję za miłe spotkanie. –
Mężczyzna szarmancko się pożegnał, życzył
szczęśliwego wyboru trasy i nie tylko trasy, i dodał, że może spotka go kiedyś
na you tube.
Gdy
patrzyła jak odchodził, pomyślała, że jak na osobę starszą ma lekki i sprężysty
krok. Zaciekawiło ją, co oznaczało określenie jego zawodu: „ duchowy
terapeuta”. No i odgadła:
-
On jest księdzem! A ja się wcześniej nie domyśliłam. Może poprosiłabym go o
radę. Ale przecież mam szansę spotkać się z nim w schronisku w Roztoce. Tak,
zejdę na dół. –
I
pomyślała jeszcze, że pierwszą, może nie najważniejszą decyzję, właśnie
podjęła. –
Szybkim
krokiem skierowała się do szlaku i, o dziwo, na trasie spotkała znajomego
mężczyznę siedzącego na tym kamieniu z napisem: „Tu umarła miłość.”
Przystanęła
i powiedziała:
-
Ja prawie biegnę za panem, bo rzeczywiście może mi pan doradzić w moim
problemie. Oczywiście, jeśli będzie pan skłonny do rozmowy. –
-
Dziecko drogie. Pozwoli mi pani tak mówić siebie? –
Kiwnęła
potakująco głową.
-
Otóż moje dziecko. Ja nie daję gotowych porad, co można w danej sytuacji zrobić,
jak się zachować. Spokojnie wysłuchuję tego, co ktoś chce mi powiedzieć i
przeważnie, gdy „pacjent” opowiada, to on wyraźniej dostrzega, gdzie popełnił
błąd i jak można go naprawić. Czasem proponuję mu spojrzenie na sprawę od
drugiej strony, czyli od strony osoby, która go rani lub jedynie denerwuje. A
uważam, że większość problemów na świecie rodzi się z braku miłości lub braku
umiejętności jej okazywania. I to nie dotyczy tylko małżeństw, rodzin, ale i tych
nieznajomych osób spotykanych na naszej drodze. Kochanie ludzi jest naszym
zadaniem i powinnością. Gdy otwieramy się na drugiego człowieka mniej jest w
nas zapatrzenia w siebie, rozmyślania, czego nam brakuje i rodzi się akceptacja
tego, co jest „tu i teraz”. No, dość mojego gadania, zejdźmy już do schroniska,
bo mój żołądek zaciska się z głodu. –
Monika
podała mu rękę, aby pomóc wstać i zapytała:
-
Czy pan czasem nie jest kapłanem? –
Łukasz
zaśmiał się radośnie:
-
Bingo! Odgadła pani Moniko! Jestem nie tylko księdzem, ale aż księdzem
profesorem – powiedział śmiejąc się jakby trochę drwił ze swojego tytułu.
-,
Ale można mieć tytuł profesorski i nie mieć mądrości, która pochodzi jedynie od
Pana Boga. O taką mądrość często Go proszę – dodał.
-
Czy mogłabym zaprosić pana, to znaczy księdza, na posiłek w schronisku i
podzielić się problemem, który spędza mi sen z oczu? –
-
Oczywiście służę ci dziecko moim czasem, ale nie przy posiłku. Usiądziemy
gdzieś później i spokojnie skupimy się jedynie na tej sprawie. Mam tylko
warunek, chciałbym wrócić do Zakopanego przed zmrokiem. Myślę, że złapiemy
jakiś bus na parkingu. –
Obiad
zjedli w milczeniu, dopiero po deserze Łukasz powiedział:
- No dobrze, przejdźmy teraz za te
chojaki, tam są przygotowane dla turystów stoły i ławy. Mam nadzieję, że
znajdziemy ciche miejsce – powiedział Łukasz.
Usiedli
w cieniu i znowu chwilę milczeli.
Zaczął
Łukasz:
-
Zwracaj się do mnie po imieniu, ja również do ciebie nie będę już mówił „drogie
dziecko”, ale po prostu: „Moniko”. A więc, Moniko, jaki jest twój problem? –
Starała
się mówić powoli, często się zatrzymując i zastanawiając, co mogłaby jeszcze o
swojej sprawie powiedzieć Łukaszowi. A on słuchał jej uważnie lekko kiwając
głową. Po zakończeniu jej opowiadania zapytał:
-
Czy bardzo go kochasz? Czy wyobrażasz sobie życie bez niego? –
-
To właśnie jest mój główny problem. Ja nie wiem, czy go kocham i w ogóle nie
wiem, co to jest miłość. Na pewno dałabym sobie radę bez niego, ale nie
wyobrażam sobie życia w samotności. Poza tym, bardzo pragnę urodzić dziecko. –
-,
Czyli można powiedzieć, że jesteś bardziej nastawiona na zaspokojenie twoich
pragnień, niż życia z nim w związku po to, aby on również mógł zaspokoić swoje
pragnienia? –
-,
Co ksiądz sugeruje? Czy żyjemy po to, żeby zadowalać innych? Przecież mamy tylko
jedno życie na ziemi i czy musimy wyrzekać się siebie i żyć tylko dla tej
drugiej osoby? To chyba niemożliwe. –
-
Jak się domyśliłem, jesteś chrześcijanką, nawet katoliczką. Jezus nie wymaga od
nas, zwykłych „zjadaczy chleba”, jakiegoś heroizmu. Pokazuje nam tylko, jak
wygląda prawdziwa miłość. Poświęca Siebie dla nas, dla ciebie i dla mnie. Z
mojego doświadczenia terapeuty wynika, że niewielu ludzi jest gotowych na
jakieś poświęcenia, oddania siebie innym. Nawet, gdy tymi „innymi” są
najbliższe osoby: mąż, rodzice, dzieci. To jest temat do częstej dyskusji w
związkach, w relacjach. Nie na zasadzie:„ co mogę od ciebie dostać i co w
zamian chcesz dostać ode mnie.” Tylko, co cię uszczęśliwia? Co mogę dla ciebie
zrobić? Większość rozdźwięków w małżeństwach bierze się właśnie z powodu
unikania takich pytań. Mężczyzna myśli zupełnie inaczej niż kobieta. Na
przykład: kupuje żonie w prezencie bransoletkę, która jemu się podoba. A jej
podoba się zupełnie inna, a w ogóle, to wolałaby za te pieniądze pojechać z nim
na krótki wypad w góry. I tak można by mnożyć przykłady. –
Monika
przerwała ten monolog i zapytała:
-,
Ale jeśli już się uporam z przemyśleniami, czy łączy nas miłość i zechcę z nim
zamieszkać, to jak mam postąpić ze ślubem? Jak mówiłam, on jest daleko od kościoła
-.
-
Tak, tak. To ważne pytanie. No masz dwie możliwości: Pierwsza poprosić go o
ślub przed ołtarzem. Wtedy powtarzasz za księdzem słowa przysięgi z
przywołaniem Trójcy Świętej, a on nie wypowiada Imienia Boga.
Druga
ustalić z twoim przyszłym mężem, że będziecie żyli w tak zwanym „białym
małżeństwie”, no i wtedy, niestety, nie będzie potomstwa. To wielkie wyzwanie,
dlatego miłość pomiędzy takimi małżonkami jest miłością heroiczną. –
Po
chwili ujął Monikę za rękę i powiedział:
-
Teraz muszę już iść, chcę zdążyć na nieszpory.
Wstań, proszę, pobłogosławię cię, rozejdziemy się i pewnie nigdy już nie
spotkamy. Będę się modlił w twojej intencji, i ja też proszę, pomódl się za
mnie, choćby krótkim westchnieniem do Boga. Pamiętaj także, że nasze spotkanie to
nie był przypadek. To znak, który może kiedyś odczytasz. Żegnaj drogie dziecko,
a przepraszam, Moniko. –
Podszedł
do niej, pobłogosławił, przytulił, a potem szybkim krokiem ruszył w stronę
parkingu. Po kilku krokach zawrócił i wręczył jej swoją wizytówkę mówiąc:
-
Jak będziesz miała kryzys to dzwoń, postaram się znaleźć trochę czasu na
przegadanie problemu. -
Ona pozostała jeszcze chwilę na miejscu i
potem, zamyślona weszła do schroniska, aby posiedzieć jeszcze przy następnej kawie.
Chciała poukładać w myślach to, co sama powiedziała o sobie i to, co usłyszała
od księdza Łukasza. Właściwie, to nie dowiedziała się niczego nowego i zdała
sobie sprawę, że nikt za nią nie rozwiąże jej problemu.
Powrót do domu był koszmarny, bo
postanowiła wyjechać wcześniej, już następnego dnia, czyli w sobotę i pociąg
był zatłoczony, a podróżni dość hałaśliwi. Jechała w jej wagonie duża grupa
młodzieży i sporo czasu minęło, aż przestali przekrzykiwać się wzajemnie i
skupili się na ekranach swoich komórek. Nie powiadamiała Adama, że wcześniej
wraca, chciała jeszcze pobyć w domu sama. Była trochę zdziwiona, że dawno nie
dzwonił.
Jej zdziwienie było jeszcze większe, gdy
zastała go w swoim mieszkaniu, a z kuchni dochodził zapach pieczonego mięsa. I
zamiast się najpierw przywitać usiadła z wrażenia i zapytała:
-
A skąd ty wiedziałeś, że ja dzisiaj wracam i że o tej porze? –
Adam
podszedł do niej, usiadł obok, przytulił ją i zaśmiał się:
- Już dawno ci mówiłem, że mam cię w komórce,
ale mnie nie słuchałaś. Nawet ci proponowałem, że i tobie zainstaluję tą
aplikację. Wtedy nie zareagowałaś, a teraz widzisz, jakie super niespodzianki
można sprawiać kochanej osobie. A jak widzisz w komórce, gdzie się znajduje w
danej chwili, to już nie masz zmartwienia, że dzieje się z nią coś złego. –
Monika
długo się namyślała, co ma odpowiedzieć. Przecież to był akurat przykład
zachowania, o którym mówił Łukasz. Niespodzianka, która faktycznie była miła,
niestety, pokrzyżowała jej plany; poza tym, czemu bez jej zgody śledził miejsca,
w których się znajdowała? No, ale jeżeli zgani za to Adama, to on nawet nie
zrozumie, o co jej chodzi, przecież chce dla niej dobrze. Odłożyła poważną
rozmowę na ten temat na jakąś lepszą porę i powiedziała:
-
Sorry, Adasiu, że tak zamilkłam, ale jestem zmęczona podróżą, a szczególnie
hałasem w pociągu. Pozwolisz mi trochę odsapnąć zanim siądziemy do zjedzenia
tego pachnącego obiadu? Dziękuję, że zatroszczyłeś się o mnie. –
-
Oczywiście Moniko, odpocznij, a obiad jest w piekarniku i tak szybko nie
wystygnie. Pozwolisz mi przytulić się do ciebie? Może trochę przyśniesz? –
Monika
przesunęła się nieco na kanapie, aby zrobić Adamowi miejsce. Nie sądziła, że
zaśnie, ale postanowiła udawać głęboki sen. Poczuła jak Adam obejmuje ją i całuje
we włosy.
Podniosła
głowę i powiedziała:
-
Kochanie, ja na prawdę chcę odpocząć. Pamiętasz naszą umowę? Nic na siłę. Jak
trochę odpocznę poproszę cię, abyśmy poważnie o nas porozmawiali. –
-
Okey, okey niedotyczko. Zostawiam cię na pół godziny samą. –
Adam
wyszedł z pokoju, cicho zamknął drzwi, usiadł przy kuchennym stole i pomyślał:
-
Ona mnie po prostu nie chce. Co się takiego stało? –
Był
przekonany, że coś się wydarzyło w trakcie wyprawy Moniki.
-
Może spotkała się tam z kimś? Ale ona zawsze była szczera, nic przecież przed
sobą nie ukrywaliśmy. Co się takiego stało?
Przygotowywał
się na najgorsze, że usłyszy wiadomość o zakończeniu ich związku.
-
To od początku było trochę dziwne, że ona odtrąca mnie, kiedy jesteśmy u niej
lub u mnie, a jednak kocha się ze mną, gdy wyjeżdżamy razem. Muszę ją o to
koniecznie wprost zapytać. I to dzisiaj. –
Obiad
był naprawdę pyszny. Duszona polędwica w pieczeniowym sosie z gryczaną kaszą i
buraczkami. Było to ulubione danie Moniki.
-
Pamiętałeś, co lubię? Jesteś kochany, a ja taka niewdzięczna. Adasiu, tęsknię
za twoją bliskością, ale jestem ciągle rozdarta. Mówiłam ci kiedyś o moim
przyrzeczeniu. Wiem, że to było dawno, ale to ciągle wraca i nie pozwala mi
cieszyć się tobą tak, jakbym pragnęła. Pojechałam w góry, aby przemyśleć twoją
propozycję zamieszkania razem. I powiem ci: tak, chcę z tobą zamieszkać, ale
jako małżeństwo, które zawarte zostanie w kościele. –
-
Tego się spodziewałem, ale wiesz, że ja też mam problem. Nie mówiłem ci, że w
dzieciństwie byłem nawet ministrantem, do czasu, gdy mój ulubiony ksiądz nie
został oskarżony o niewłaściwe zachowanie i molestowanie mojego kolegi. Żadna
siła nie zmusi mnie, abym poszedł do spowiedzi, bo byłaby to farsa. Zostawmy
już tą sprawę i na razie niech będzie tak jak jest. Może coś wymyślimy, a może
twój Bóg coś nam podpowie. –
-
Adasiu, a czy ty w ogóle wierzysz, że Ktoś nas stworzył, że stworzył ten świat?
Że jest jakaś Kosmiczna Inteligencja, która dała nam wskazówki, jak żyć, żeby
być szczęśliwym? Jak żyć we wspólnocie ludzkiej? Że jest jakiś Absolut, do
którego dążymy i za którym, w głębi duszy, tęsknimy? –
-
Staram się nad tym nie zastanawiać, może jest, możne nie ma. Jeśli pozwolisz mi
siebie ocenić, uważam, że jestem przyzwoitym egzemplarzem istoty rozumnej, umiarkowanie
dobrym, życzliwym, nieskorumpowanym, pomagającym najsłabszym. Nie mam zbyt
wielu wad, nie mam uzależnień, chyba, że jestem uzależniony od ciebie –
uśmiechnął się.
-
No właśnie. Czy nasz związek nie jest jedynie uzależnieniem? To jest ważne pytanie
do przemyślenia. Można się przecież
uzależnić od osoby – odpowiedziała Monika.
Po
chwili zapytała:
-
Czy wiesz, że istnieją małżeństwa, które żyją w czystości, jak siostra z
bratem? Mają jakieś przeszkody w zawarciu związku przed ołtarzem i rezygnują ze
współżycia dla Niego, dla Jezusa, aby móc przyjmować Komunię. –
-
Nie byłoby mnie stać na takie poświęcenie. Czy wspominając o tym myślisz o nas?
Dla mnie to nie do przyjęcia. Za bardzo cię kocham i pragnę twojej bliskości.
Może zakończmy tę dyskusję, to do niczego nie prowadzi. Różnimy się zasadniczo
w naszych poglądach i prawdę mówiąc, nie widzę rozwiązania tego problemu. –
Monika
spuściła głowę, dostrzegł, że miała łzy w oczach.
-
Dobrze, zakończmy. Może jest jeszcze inne rozwiązanie. Rozstańmy się na
tydzień, dwa, a potem wrócimy do sprawy. Myślę, że bylibyśmy wspaniałym
małżeństwem, ja dobrym ojcem, a ty matką – powiedział cichym głosem. I dodał
cichym głosem: - Jakoś to ułożymy, albo i nie. –
Gdy
już odchodził Monika uśmiechnęła się przez łzy:
-
Nie ukrywam, że będzie mi trudno.-
Wrócił
się i mocno ją przytulił.
Pierwszy tydzień po rozstaniu minął dość
szybko, bo do firmy, w której pracowała przyjechało kilka osób przyglądać się
pracy w szwalni. Byli to przedstawiciele kooperującego z nimi zakładu ze
Szwajcarii. Zadaniem Moniki, oprócz oprowadzania ich po zakładzie, było
zapewnienie im wygodnego zakwaterowania, smacznych posiłków oraz popołudniowych
rozrywek i atrakcji. A więc wieczorami była zmęczona, szybko zasypiała i rzadko
wspominała Adama.
Dopiero w czasie weekendu zatęskniła za nim
i nawet chciała do niego zadzwonić, ale przecież obowiązywał ich układ dwutygodniowego
milczenia. Włączyła telewizor, ale nigdy nie była fanką oglądania „gadających
głów”, głupawych programów rozrywkowych, czy filmów. Puściła, więc jakiś spokojny
jazz i zaczęła czytać najnowszą książkę ulubionego autora o podróżach na krańce
Ziemi. Ale cały czas z tyłu głowy słyszała przynaglenie do kontaktu z Adamem.
Tak wiele przychodziło jej na myśl pytań i domysłów:
-
Może on zadzwoni? Ciekawe, co tam u niego? Czy już zakończył swój projekt? A co
on pomyślałby o mnie gdybym teraz do niego zadzwoniła? A może pije gdzieś piwo
z kolegami? Może im mówi o naszym problemie i śmieją się ze mnie? –
W
końcu odłożyła książkę i wybrała jego numer telefonu. Nie odbierał, ale była
pewna, że oddzwoni. Ale telefon milczał. Po kilku godzinach znów próbowała się
z nim połączyć. Niestety, dalej było głucho. Zadzwoniła do bliskiej koleżanki –
Doroty, z propozycją, żeby się z nią spotkała gdzieś na kawie lub do żeby
poszły razem do kina. Ale Dorota wyjechała na ten weekend do swoich rodziców na
wieś.
-
Sorry, Moniko, ale wrócę dopiero w poniedziałek po południu, wzięłam sobie
dzień urlopu – odpowiedziała na jej propozycję.
Nieco
podenerwowana wyszła sama i postanowiła pochodzić po sklepach z ciuchami, może
nawet coś sobie kupić na pocieszenie. Stwierdziła po godzinie, że to też nie
był dobry pomysł i wróciła do domu. Zakupiła jednak po drodze dwie duże
kremówki i zastanawiała się, czy ma znów zadzwonić do Adama.
-
Nie, nie mogę do niego dzwonić, to byłoby natręctwo – pomyślała. Tylko, czemu
on nie odbiera? A może coś mu się stało? A co by sobie pomyślał, gdybym go
teraz odwiedziła? On też lubi kremówki, może zjedlibyśmy je razem? Nie, dzisiaj
nie, ale jeżeli jutro nie odbierze to zapukam do jego drzwi. Myślę, że mi
otworzy. –
Tak
rozmyślając wróciła do domu, zaparzyła kawę, zjadła oba ciastka i włączyła
program National Geografic. Akurat był film o niszczeniu Puszczy Amazońskiej.
Trudno jej było go oglądać, bo była miłośniczką wszelkiego życia na Ziemi i
problem wycinania lasów deszczowych bardzo ją poruszył. Chciałaby coś w tej
sprawie zrobić, czy chociaż z kimś o tym porozmawiać, ale, z kim? Gdyby był tu
Adam na pewno wysłuchałby ją, pocieszył, poradził, jak można by wspomóc
organizacje walczące z tym procederem. Przyznała przed sobą, że bardzo brakuje
jej Adama z jego czułością, cierpliwością, umiejętnością cieszenia się
drobiazgami.
Z
tą myślą zasnęła.
Letni,
niedzielny poranek zapowiadał piękny, pogodny dzień. Postanowiła jak
najszybciej wyjść z domu, najpierw na poranną Mszę, a potem? No, właśnie, co
potem? Potem pójdę do Adama, do jego domu i postaram się być dla niego
szczególnie miła. Rozmyślała jak go powita, co mu powie. Ale przed jego
drzwiami przeżyła kolejne rozczarowanie, bo nikt jej nie otworzył. Miała, co
prawda do niego klucze, ale obawiała się tak wtargnąć do środka bez zapowiedzi.
Adam miał w zwyczaju dość długo sypiać w wolne dni, ale dochodziła już godzina
jedenasta i o tej porze zwykle był na nogach.
-
I co mam teraz ze sobą zrobić? – Pomyślała.
Czasem
lubiła samotne spacery, czy nawet spokojne poczytanie gazety w jakiejś
kawiarni. Ale teraz jakoś dziwnie się
nakręciła, że może Adam znalazł kogoś w jej miejsce i dobrze się bawią i
chciała koniecznie go odnaleźć. Ta myśl stawała się natrętna i zepsuła do
reszty jej samopoczucie.
Znowu
zadzwoniła na jego komórkę, ale automat odpowiedział, że nie odbiera.
Następnego dnia poprosiła szefa o dzień
wolny. Zgodził się, a nawet pochwalił za jej zaangażowanie w opiekę nad gośćmi.
-
Cały tydzień tak wspaniale zajmowałaś się gośćmi, że chętnie dałbym ci jeszcze
jeden dzień wolny. –
-
Dziękuję – odpowiedziała, – ale poproszę o ten drugi w innym czasie, jeśli pan
pozwoli.
Szef
się zgodził, a ona wróciła z powrotem do domu z silnym bólem głowy. Wcześniej
planowała pojechać nad jezioro, trochę popływać i poopalać się. Ale nie mogła z
powodu tej dolegliwości.
Leżała w ciszy i rozmyślała:
-,
Dlaczego Bóg postawił przede mną taki wybór? On albo Adam? Potrzebuję ich
obydwóch. Szczególnie Jezusa, nie mogłabym Go przyjmować, gdybym żyła z Adamem
bez ślubu. Ale przecież została mi jeszcze jedna możliwość. Napiszę do Adasia
list, to wspaniały pomysł. Napiszę list i wszystko w nim opiszę i moje
zagubienie bez jego obecności, bez kontaktu z nim, i o tym, że go kocham, ale
też o tym, że kocham Jezusa. A potem przedstawię mu propozycję zawarcia
sakramentu małżeństwa, jako katoliczka z ateistą. Chociaż nie wierzę, żeby on
był tak do końca przekonany, że Boga nie ma. Ma przecież w sobie tyle empatii,
życzliwości i miłości, że Bóg musi być z nim. –
Zakończyła
rozmyślania i usiadła do pisania listu. Postanowiła, że napisze go na laptopie,
odczeka godzinkę i może coś poprawi w jego treści. Ale potem przepisze
odręcznie, włoży w kopertę i wsadzi do jego skrzynki pocztowej. Już w trakcie
przepisywania przestała ją boleć głowa, co prawda pochlipywała cicho ze
wzruszenia, ale po zakończeniu poczuła wielką ulgę.
I
dalej nic się nie działo, telefon milczał. Zadzwoniła jedynie sekretarka szefa,
że jutro z rana ma przyjść do niego, bo ma dla niej niespodziankę.
Niespodzianką
okazało się zaproszenie do Szwajcarii od delegacji, którą się opiekowała
tydzień temu. Byli bardzo zadowoleni z pobytu w Polsce i w ramach rewanżu
skierowali oficjalne zaproszenie dla dyrekcji ich zakładu wymieniając również Monikę,
jako specjalnego gościa. To było dla niej duże wyróżnienie i satysfakcja, że
jest pozytywnie postrzegana.
Adam odezwał się dopiero w piątek.
Zadzwonił i jakby nigdy nic się między nimi nie stało, powitał Monikę radosnym
głosem:
-
Witam cię moje kochanie. Co tam u ciebie? Tęskniłaś trochę za mną? –
Monika
osłupiała, o co on pyta? Przecież w liście wszystko było napisane! Pewnie
jeszcze go nie czytał. Odpowiedziała krótko:
-
Witaj, witaj. Niedługo się dowiesz. –
-
Słuchaj Moniu, ja dopiero jutro do ciebie przyjdę, bo jestem jeszcze w podróży.
To podróż z przygodami, bo zostawiłem w domu telefon. Po prostu zapomniałem go
wziąć. Dlatego miałem mnóstwo przygód, niektóre fajne, ale niektóre groziły
niebezpieczeństwem. To, co? Jutro wszystko ci opowiem. –
-
Tak Adasiu. Jutro wszystko mi opowiesz. –
Po
odłożeniu telefonu zaczęła się głośno śmiać:
-,
Jaki głuptas ze mnie. On wyjechał i zapomniał komórki. A ja już włączałam w
głowie jakieś negatywne projekcje. Jutro przyjdzie, cieszę się. –
Ale
następnego dnia Adam zadzwonił i poprosił ją, aby ona przyszła do niego, bo ma
jej coś do pokazania. Nie bardzo chciało się jej wychodzić z domu, tym bardziej,
że już nakryła odświętnie stół i przygotowała smaczny obiad. A na deser upiekła
wczoraj ulubioną przez Adasia szarlotkę. Ale po przemyśleniu zgodziła się.
Gdy
otworzyły się drzwi mieszkania Adama ta „niespodzianka” wybiegła, aby ją
przywitać szczekając i merdając ogonem. Nawet zaczęła podskakiwać chcąc Monikę
polizać po twarzy.
-
To twoja psiunia? Fajna, bardzo przyjazna. Skąd go masz? –
-
Może to moja, a może nasza? – Uśmiechnął się tajemniczo -
Na
nasze nowe mieszkanie. –
-
Przeczytałeś mój list? Zgadzasz się? To cudownie! –
-
Zgadzam się, tak. Mam tylko prośbę, żeby to odbyło się w ciszy, bez śpiewów,
gromady gości, sypania ryżu itp. –
-
Tak, postaram się tak załatwić. Wiesz, spotkałam w górach bardzo sympatycznego
księdza, a właściwie księdza profesora, starszego pana, z którym odbyłam
dłuższą rozmowę. Dał mi do siebie kontakt. Cieszyłabym się gdybyś się zgodził
żebyśmy do niego się zwrócili i poprosili o udzielenie nam ślubu. –
-
Okey, załatwiaj jak uważasz. A teraz zostawimy Burka w domu i pójdziemy do
ciebie, bo pewnie coś pysznego przygotowałaś? –
-
Zostawimy? O nie, on pójdzie z nami, myślę, że od razu nie zdemoluje mi
mieszkania. Kocham cię Adasiu i tak się cieszę, że będę twoją prawdziwą żoną. –
-
Ja też bardzo cię kocham, Moniu. I nie będę się już zamartwiał, że znalazłaś
sobie jakiegoś innego kandydata na męża – poważnym głosem powiedział Adam.
Ksiądz Łukasz bardzo się ucieszył z
informacji usłyszanej od Moniki.
-
Mam teraz, co prawda, dwa sympozja, ale za jakieś dwa tygodnie chętnie się z
wami spotkam. Możemy już dziś wstępnie ustalić jakiś termin. Dacie radę tyle
wytrzymać ? – Zaśmiał się. Od was do Krakowa to tylko 3 godziny drogi. A mój
adres jest na wizytówce. –
Gdy zbliżał się czas spotkania Monika
zauważyła, że jej narzeczony jest jakiś ciągle zamyślony, a nawet zestresowany.
Nie wypytywała go, żeby nie usłyszeć, że się wycofuje.
Ksiądz Łukasz powitał ich serdecznym
uśmiechem i zaprosił do swojego mieszkania. Zdziwili się skromnością wystroju i
umeblowania. Nie było żadnych miękkich foteli, czy kanapy, tylko kilka
wyściełanych krzeseł, biurko, stół, półki z książkami, no i klęcznik przed
obrazem Jezusa Miłosiernego. Jedyną ozdobą pokoju były piękne, stojące lampy
oraz zwisający z sufitu szklany kandelabr. No i jeszcze dużo ozdobnych roślin w
dużych donicach.
Po
krótkim przedstawieniu się i powitaniu dość szybko ustalili datę ślubu. Ksiądz
Łukasz ze zrozumieniem przyjął propozycje Adama dotyczące oprawy uroczystości:
-
Ja również nie jestem entuzjastą nadmiernego przywiązywania wagi do tych
wymyślnych strojów, jakiegoś obsypywania monetami, czy ryżem. To przecież
czyste zabobony. Ale radziłbym wam jednak skorzystać z oprawy muzycznej. W tym
kościele, który proponuję jest wspaniały organista i nawet można umówić się z
nim i ustalić, co chcielibyście, aby wam zagrał. I jeszcze pamiętajcie, że to
wy ślubujecie sobie nawzajem w obecności Boga, a pan, panie Adamie, w obecności
mojej osoby. Teraz jeszcze poproszę pana na rozmowę, z Moniką rozmawiałem
wcześniej, a z panem jeszcze nie. Wymagane są, co prawda wspólne nauki
przedślubne, ale zastąpimy je moją dzisiejszą rozmową z panem.
I ksiądz Łukasz poprosił Adama o
przejście do kaplicy. Rozmowa trwała prawie pół godziny, a w tym czasie Monika
modliła się przed obrazem Jezusa Miłosiernego, żeby jej wynik był pozytywny.
Bardzo
dziękowali księdzu przy pożegnaniu za poświęcony im czas i pomoc w ich
zamierzeniu.
Po wyjściu Adam długo nic nie mówił i
widać było, że rozmyśla nad tym, co usłyszał od księdza Łukasza. W drodze do
domu zatrzymali się, aby zjeść obiad, ale dopiero, gdy wrócili do domu zaczął
opowiadać:
-
Nie spodziewałem się spotkać w życiu takiego wspaniałego człowieka, a w dodatku
księdza. Zaskoczył mnie totalnie. Naszą rozmowę potraktował, jako moją
spowiedź, rozgrzeszył i pobłogosławił mówiąc: „Jesteś wolny od swoich grzechów.
A co z tym dalej zrobisz zależy od ciebie.”
Monika
zaczęła się śmiać: - No, więc, co z tym dalej zrobisz kochany Adasiu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz