czwartek, 5 lutego 2026

Pułapka




                                       Opowiadanie

      Miłością jej życia były górskie wędrówki. Był to czas odreagowywania stresów, ale też przemyśleń ważnych, życiowych problemów i podejmowania decyzji. Wspinając się po kamienistym szlaku rozmyślała tym razem o może najważniejszej życiowej decyzji.

     W zeszłym tygodniu Adam zaproponował jej wspólne zamieszkanie. Miał już obmyślany plan zamiany obu ich mieszkań na jedno dużo większe. Rozpoczął już nawet rozmowy na temat zakupu lokalu w będącym jeszcze w budowie trzykondygnacyjnym budynku w dość urokliwej lokalizacji. Opowiadał o swoim planie barwnie i niezwykle zachęcająco, przymilając się i całując ją po rękach. Monika odniosła wrażenie, że jest pewien jej pozytywnej odpowiedzi. Rzeczywiście, był zaskoczony, że poprosiła o czas do namysłu.

      Adama znała jeszcze ze studenckich czasów, ale wtedy oboje mieli swoje sympatie i spotykali się jedynie na wspólnych rajdach pieszych lub potańcówkach. Ich bliższa znajomość rozpoczęła się w okresie pisania dyplomów, gdyż mieli do opracowania podobne tematy i zaczęli wymieniać się informacjami o sposobie pozyskiwania materiałów. Stopniowo zaczęli coraz więcej czasu spędzać ze sobą i ich znajomość przerodziła się w zażyłość, a potem w głębsze uczucie. W końcu spotykali się nieomal codziennie. Raczej nie było to zakochanie, ani fascynacja drugą osobą, ale przyciąganie dwóch podobnych osobowości. Wszyscy znajomi byli pełni podziwu, że nigdy się nie spierali, nie narzucali wzajemnie swojego zdania i byli prawie zawsze pogodnie usposobieni.

      Monika często zastanawiała się nad ich związkiem. Gdy puszczała sobie piosenkę Grechuty ze słowami: „Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?” Myślała o Adamie z czułością, ale nie było w niej pożądania jego bliskości. Nieraz pytano ich nawet ze śmiechem, czy sypiają ze sobą? Odpowiadali zgodnie, również ze śmiechem:

- Pytacie z zazdrości, z ciekawości, czy z troski o nas? Nie obawiajcie się, jesteśmy już pełnoletni. –

Od czasu do czasu zdarzało im się wyjeżdżać wspólnie na weekendowy odpoczynek i nie brali wtedy dwóch osobnych pokoi w hotelu. Było im ze sobą dobrze, ale już po rozstaniu Monika odczuwała dyskomfort, że znowu nie dotrzymała przyrzeczenia. Było to, co prawda dawno temu, ale wspomnienie danej sobie obietnicy życia w czystości aż do ślubu, za każdym wspólnym wyjazdem nękała ją i nie pozwalała tak do końca być radosną.

 

     Właśnie z tego powodu pojechała w Tatry sama, aby skonfrontować się w ciszy ze swoim problemem. Szła niezbyt trudnym szlakiem, ale po godzinie wędrówki odczuła zmęczenie i postanowiła zatrzymać się na krótki odpoczynek. Szła już tym szlakiem wiele razy i pamiętała, gdzie będzie dobre miejsce na chwilowe odciążenie nóg i zaspokojenie pragnienia. Miała ze sobą bidon z wodą, ale szemrzący potok jakby zapraszał ją do napojenia się jego krystaliczną wodą. Niestety, trzeba by było zejść ze szlaku, a tego starała się nigdy nie robić, więc wyjęła bidon z plecaka.

Miejsce jej odpoczynku znajdowało się na wprost cudownego widoku spadającego z wysokości wodospadu Siklawy. Do doliny Pięciu Stawów czekała ją jeszcze około godzina drogi, a że słońce było dość wysoko, więc postanowiła zatrzymać się tu na dłużej. Rozejrzała się, aby wybrać najwygodniejsze miejsce i zobaczyła płaski kamień, który mógł być odpowiednim na dłuższe posiedzenie. Na kamieniu wyryty był niewyraźny napis. Monika była oburzona na osobę, która to zrobiła. Jej zdaniem był to wandalizm godny potępienia. Ale gdy odcyfrowała jego treść odskoczyła jakby przerażona. Napis brzmiał: „Tu umarła miłość.”

Głośno zaczęła powtarzać:

- Przecież nie mogę tu usiąść, nie mogę tu usiąść. –

Zabrała plecak i nieomal biegiem ruszyła w dalszą drogę cały czas rozmyślając, czy to był jakiś znak dla niej. A wierzyła w znaki. 

     Dotarła do schroniska w porze obiadowej, ale nie miała ochoty na żadną z serwowanych w tym dniu potraw. Zamówiła jedynie kawę z jabłecznikiem i rozmyślała, którym szlakiem dotrzeć do Murowańca, gdzie miała zarezerwowany nocleg. Wybrała trasę przez przełęcz Zawrat, znała ją lepiej niż przez Krzyżne. Rozkoszując się pysznym ciastem postanowiła najpierw przejść kawałek trasy w kierunku Świstówki, aby tam usiąść na chwilę, podziwiać wspaniałe widoki tatrzańskich, skalnych łańcuchów, a przede wszystkim podjąć w końcu decyzję, co dalej z jej życiem. Zdawała sobie sprawę, że jeśli odmówi zamieszkania wspólnie z Adamem ich związek może się rozpaść i zostanie sama. Niezbyt miała ochotę szukać kolejnego partnera i znowu zgrywać własne poglądy i przyzwyczajenia z nową osobą. Dobiegała już trzydziestki i często przypominała sobie, co do niej mówiła babcia:

”Czas cię popędza, bo młodsza już nie będziesz.”

Nurtowała ją myśl, czy wypada, aby próbować wymóc na nim propozycję małżeństwa? Oczywiście w kościele. Byli ze sobą zżyci i mieli naprawdę wiele wspólnych poglądów, ale, niestety, Adam był daleko od wiary w Boga i unikał jakichkolwiek rozmów na ten temat. Ona również unikała dzielenia się z nim swoim stosunkiem do wiary i Kościoła. Wiedział o tym, że Monika chodzi w niedzielę na Mszę, widział czasem w jej ręku różaniec, ale nie pytał, nie oceniał.

      Monika swoją wiarę wyniosła z rodzinnego domu. Zarówno jej mama jak i babcia bardzo przestrzegały wszelkich zasad nakazanych przez Kościół, obchodzenia uroczystości kościelnych, przyjmowania Sakramentów. Mama chodziła na piesze pielgrzymki. Z ojcem bywało różnie, czasem przestrzegał uczestniczenia w niedzielnej Mszy, czasem tłumaczył się, że ma jakieś pilne zajęcia do wykonania. Gdy jako dziewczynka zapytała matkę, czemu tatuś nie zawsze chodzi z nami do kościoła usłyszała:

- „Postaraj się nigdy nie pytać, dlaczego ktoś nie chodzi do kościoła, czy nie przyjmuje Komunii Świętej. Nie mamy prawa osądzać drugiego człowieka po jego zachowaniu. Czasem jego wiara jest silniejsza niż nasza. Ale może mieć w sercu jakieś lęki, może nie potrafi uwierzyć, że Bóg mu wybaczy jego grzechy, może ma jakiś żal do Boga, że mu kogoś, czy coś zabrał. „

         Właśnie teraz, rozmyślając, przypomniała sobie te słowa matki. Odtwarzała w pamięci tamtą chwilę, ale nie pamiętała już, co dalej jej tłumaczyła.

Teraz rozkoszowała się wspaniałym widokiem oświetlonych słońcem szczytów. Zaczęła odgadywać ich nazwy, a nawet w myślach rozmawiać z niektórymi z nich. Zatopiła się zupełnie w magii tej chwili.

Usłyszała szelest i obejrzała się za siebie.

 Od strony Morskiego Oka szedł szlakiem w jej kierunku jakiś starszy mężczyzna.

- Mam nadzieję, że mnie nie zaczepi – pomyślała.

Ale nadzieja się nie spełniła. Mężczyzna szarmancko się przywitał i spytał, czy może na chwilę przysiąść się do niej.

- Nie będę pani przeszkadzał, gdy usiądę na chwilę w pobliżu?

Właśnie tutaj zaplanowałem sobie krótkie złapanie oddechu i polecę dalej. Spostrzegłem, że jest pani czymś mocno przejęta i zamyślona. Może mógłbym być pomocny w rozwiązaniu pani problemu? – Zapytał.

Ton jego głosu był delikatny i cichy.

Monika uśmiechnęła się, ale stanowczo zaprzeczyła ruchem głowy i odpowiedziała:

- Mój problem jest bardzo prozaiczny. Rozważam, czy przejść przez Zawrat do Murowańca, czy dać sobie spokój i zejść z powrotem do Roztoki. –

- No i właśnie, mój problem jest podobny, ale już zdecydowałem, gdy spojrzałem w prognozę pogody. Będzie załamanie, za około półtorej godziny, ma lać i wiać, więc wybrałem zejście do Doliny Roztoki. I pani również radzę odpuścić i wybrać łatwiejsze, okrężne przemieszczenie się do Murowańca. –

- Ja sprawdzałam pogodę przed wyjściem i nie było ostrzeżenia o jakichś zagrożeniach i załamaniach – odpowiedziała z przekąsem. - Tu jest słaby zasięg, więc trudno będzie się upewnić, ale dziękuję panu za troskę. –

- Myślę, że zdaje sobie pani sprawę, że prognoza prognozą, a wyczucie starego, wytrawnego wspinacza, no i lekkie łamanie w kościach – zaśmiał się nieznajomy – może być bardziej miarodajne. Proszę popatrzeć, jest już jedna chmura na widnokręgu. –

Monika nie skomentowała tego, co usłyszała, tylko powiedziała:

- Czy ja pana skądś nie znam? Twarz wydaje mi się znajoma, czy pan nie występuje w telewizji? –

Nieznajomy zaczął się głośno śmiać.

- No, ma pani wzrok detektywa. Może nawet tropiciela przestępców. Nie występowałem w telewizji, ale zamieszczam od czasu do czasu moje podkasty na you tube. Mogła mnie pani tam wypatrzeć. Pozwoli pani, że się przedstawię, ale bez nazwiska, mam na imię Łukasz. Jestem z zawodu duchowym terapeutą. –

- Dziwny zawód - odpowiedziała półgłosem i dodała – ja nazywam się Monika – i bardzo chciałam posiedzieć chwilę w ciszy. Przepraszam pana, mam do przemyślenia sporo tematów i moja decyzja nie dotyczy jedynie dalszej trasy, ale moich życiowych wyborów. Dziękuję za miłe spotkanie. –

    Mężczyzna szarmancko się pożegnał, życzył szczęśliwego wyboru trasy i nie tylko trasy, i dodał, że może spotka go kiedyś na you tube.

Gdy patrzyła jak odchodził, pomyślała, że jak na osobę starszą ma lekki i sprężysty krok. Zaciekawiło ją, co oznaczało określenie jego zawodu: „ duchowy terapeuta”. No i odgadła:

- On jest księdzem! A ja się wcześniej nie domyśliłam. Może poprosiłabym go o radę. Ale przecież mam szansę spotkać się z nim w schronisku w Roztoce. Tak, zejdę na dół. –

I pomyślała jeszcze, że pierwszą, może nie najważniejszą decyzję, właśnie podjęła. –

Szybkim krokiem skierowała się do szlaku i, o dziwo, na trasie spotkała znajomego mężczyznę siedzącego na tym kamieniu z napisem: „Tu umarła miłość.”

Przystanęła i powiedziała:

- Ja prawie biegnę za panem, bo rzeczywiście może mi pan doradzić w moim problemie. Oczywiście, jeśli będzie pan skłonny do rozmowy. –

- Dziecko drogie. Pozwoli mi pani tak mówić siebie? –

Kiwnęła potakująco głową.

- Otóż moje dziecko. Ja nie daję gotowych porad, co można w danej sytuacji zrobić, jak się zachować. Spokojnie wysłuchuję tego, co ktoś chce mi powiedzieć i przeważnie, gdy „pacjent” opowiada, to on wyraźniej dostrzega, gdzie popełnił błąd i jak można go naprawić. Czasem proponuję mu spojrzenie na sprawę od drugiej strony, czyli od strony osoby, która go rani lub jedynie denerwuje. A uważam, że większość problemów na świecie rodzi się z braku miłości lub braku umiejętności jej okazywania. I to nie dotyczy tylko małżeństw, rodzin, ale i tych nieznajomych osób spotykanych na naszej drodze. Kochanie ludzi jest naszym zadaniem i powinnością. Gdy otwieramy się na drugiego człowieka mniej jest w nas zapatrzenia w siebie, rozmyślania, czego nam brakuje i rodzi się akceptacja tego, co jest „tu i teraz”. No, dość mojego gadania, zejdźmy już do schroniska, bo mój żołądek zaciska się z głodu. –

Monika podała mu rękę, aby pomóc wstać i zapytała:

- Czy pan czasem nie jest kapłanem? –

Łukasz zaśmiał się radośnie:

- Bingo! Odgadła pani Moniko! Jestem nie tylko księdzem, ale aż księdzem profesorem – powiedział śmiejąc się jakby trochę drwił ze swojego tytułu.

-, Ale można mieć tytuł profesorski i nie mieć mądrości, która pochodzi jedynie od Pana Boga. O taką mądrość często Go proszę – dodał.

- Czy mogłabym zaprosić pana, to znaczy księdza, na posiłek w schronisku i podzielić się problemem, który spędza mi sen z oczu? –

- Oczywiście służę ci dziecko moim czasem, ale nie przy posiłku. Usiądziemy gdzieś później i spokojnie skupimy się jedynie na tej sprawie. Mam tylko warunek, chciałbym wrócić do Zakopanego przed zmrokiem. Myślę, że złapiemy jakiś bus na parkingu. –

Obiad zjedli w milczeniu, dopiero po deserze Łukasz powiedział:      

        - No dobrze, przejdźmy teraz za te chojaki, tam są przygotowane dla turystów stoły i ławy. Mam nadzieję, że znajdziemy ciche miejsce – powiedział Łukasz.

Usiedli w cieniu i znowu chwilę milczeli.

Zaczął Łukasz:

- Zwracaj się do mnie po imieniu, ja również do ciebie nie będę już mówił „drogie dziecko”, ale po prostu: „Moniko”. A więc, Moniko, jaki jest twój problem? –

Starała się mówić powoli, często się zatrzymując i zastanawiając, co mogłaby jeszcze o swojej sprawie powiedzieć Łukaszowi. A on słuchał jej uważnie lekko kiwając głową. Po zakończeniu jej opowiadania zapytał:

- Czy bardzo go kochasz? Czy wyobrażasz sobie życie bez niego? –

- To właśnie jest mój główny problem. Ja nie wiem, czy go kocham i w ogóle nie wiem, co to jest miłość. Na pewno dałabym sobie radę bez niego, ale nie wyobrażam sobie życia w samotności. Poza tym, bardzo pragnę urodzić dziecko. –

-, Czyli można powiedzieć, że jesteś bardziej nastawiona na zaspokojenie twoich pragnień, niż życia z nim w związku po to, aby on również mógł zaspokoić swoje pragnienia? –

-, Co ksiądz sugeruje? Czy żyjemy po to, żeby zadowalać innych? Przecież mamy tylko jedno życie na ziemi i czy musimy wyrzekać się siebie i żyć tylko dla tej drugiej osoby? To chyba niemożliwe. –

- Jak się domyśliłem, jesteś chrześcijanką, nawet katoliczką. Jezus nie wymaga od nas, zwykłych „zjadaczy chleba”, jakiegoś heroizmu. Pokazuje nam tylko, jak wygląda prawdziwa miłość. Poświęca Siebie dla nas, dla ciebie i dla mnie. Z mojego doświadczenia terapeuty wynika, że niewielu ludzi jest gotowych na jakieś poświęcenia, oddania siebie innym. Nawet, gdy tymi „innymi” są najbliższe osoby: mąż, rodzice, dzieci. To jest temat do częstej dyskusji w związkach, w relacjach. Nie na zasadzie:„ co mogę od ciebie dostać i co w zamian chcesz dostać ode mnie.” Tylko, co cię uszczęśliwia? Co mogę dla ciebie zrobić? Większość rozdźwięków w małżeństwach bierze się właśnie z powodu unikania takich pytań. Mężczyzna myśli zupełnie inaczej niż kobieta. Na przykład: kupuje żonie w prezencie bransoletkę, która jemu się podoba. A jej podoba się zupełnie inna, a w ogóle, to wolałaby za te pieniądze pojechać z nim na krótki wypad w góry. I tak można by mnożyć przykłady. –

Monika przerwała ten monolog i zapytała:

-, Ale jeśli już się uporam z przemyśleniami, czy łączy nas miłość i zechcę z nim zamieszkać, to jak mam postąpić ze ślubem? Jak mówiłam, on jest daleko od kościoła -.

- Tak, tak. To ważne pytanie. No masz dwie możliwości: Pierwsza poprosić go o ślub przed ołtarzem. Wtedy powtarzasz za księdzem słowa przysięgi z przywołaniem Trójcy Świętej, a on nie wypowiada Imienia Boga.

Druga ustalić z twoim przyszłym mężem, że będziecie żyli w tak zwanym „białym małżeństwie”, no i wtedy, niestety, nie będzie potomstwa. To wielkie wyzwanie, dlatego miłość pomiędzy takimi małżonkami jest miłością heroiczną. –

Po chwili ujął Monikę za rękę i powiedział:

- Teraz muszę już iść, chcę zdążyć na nieszpory.  Wstań, proszę, pobłogosławię cię, rozejdziemy się i pewnie nigdy już nie spotkamy. Będę się modlił w twojej intencji, i ja też proszę, pomódl się za mnie, choćby krótkim westchnieniem do Boga. Pamiętaj także, że nasze spotkanie to nie był przypadek. To znak, który może kiedyś odczytasz. Żegnaj drogie dziecko, a przepraszam, Moniko. –

Podszedł do niej, pobłogosławił, przytulił, a potem szybkim krokiem ruszył w stronę parkingu. Po kilku krokach zawrócił i wręczył jej swoją wizytówkę mówiąc:

- Jak będziesz miała kryzys to dzwoń, postaram się znaleźć trochę czasu na przegadanie problemu. -  

      Ona pozostała jeszcze chwilę na miejscu i potem, zamyślona weszła do schroniska, aby posiedzieć jeszcze przy następnej kawie. Chciała poukładać w myślach to, co sama powiedziała o sobie i to, co usłyszała od księdza Łukasza. Właściwie, to nie dowiedziała się niczego nowego i zdała sobie sprawę, że nikt za nią nie rozwiąże jej problemu.

 

    Powrót do domu był koszmarny, bo postanowiła wyjechać wcześniej, już następnego dnia, czyli w sobotę i pociąg był zatłoczony, a podróżni dość hałaśliwi. Jechała w jej wagonie duża grupa młodzieży i sporo czasu minęło, aż przestali przekrzykiwać się wzajemnie i skupili się na ekranach swoich komórek. Nie powiadamiała Adama, że wcześniej wraca, chciała jeszcze pobyć w domu sama. Była trochę zdziwiona, że dawno nie dzwonił.

     Jej zdziwienie było jeszcze większe, gdy zastała go w swoim mieszkaniu, a z kuchni dochodził zapach pieczonego mięsa. I zamiast się najpierw przywitać usiadła z wrażenia i zapytała:

- A skąd ty wiedziałeś, że ja dzisiaj wracam i że o tej porze? –

Adam podszedł do niej, usiadł obok, przytulił ją i zaśmiał się:

 - Już dawno ci mówiłem, że mam cię w komórce, ale mnie nie słuchałaś. Nawet ci proponowałem, że i tobie zainstaluję tą aplikację. Wtedy nie zareagowałaś, a teraz widzisz, jakie super niespodzianki można sprawiać kochanej osobie. A jak widzisz w komórce, gdzie się znajduje w danej chwili, to już nie masz zmartwienia, że dzieje się z nią coś złego. –

Monika długo się namyślała, co ma odpowiedzieć. Przecież to był akurat przykład zachowania, o którym mówił Łukasz. Niespodzianka, która faktycznie była miła, niestety, pokrzyżowała jej plany; poza tym, czemu bez jej zgody śledził miejsca, w których się znajdowała? No, ale jeżeli zgani za to Adama, to on nawet nie zrozumie, o co jej chodzi, przecież chce dla niej dobrze. Odłożyła poważną rozmowę na ten temat na jakąś lepszą porę i powiedziała:

- Sorry, Adasiu, że tak zamilkłam, ale jestem zmęczona podróżą, a szczególnie hałasem w pociągu. Pozwolisz mi trochę odsapnąć zanim siądziemy do zjedzenia tego pachnącego obiadu? Dziękuję, że zatroszczyłeś się o mnie. –

- Oczywiście Moniko, odpocznij, a obiad jest w piekarniku i tak szybko nie wystygnie. Pozwolisz mi przytulić się do ciebie? Może trochę przyśniesz? –

Monika przesunęła się nieco na kanapie, aby zrobić Adamowi miejsce. Nie sądziła, że zaśnie, ale postanowiła udawać głęboki sen. Poczuła jak Adam obejmuje ją i całuje we włosy.

Podniosła głowę i powiedziała:

- Kochanie, ja na prawdę chcę odpocząć. Pamiętasz naszą umowę? Nic na siłę. Jak trochę odpocznę poproszę cię, abyśmy poważnie o nas porozmawiali. –

- Okey, okey niedotyczko. Zostawiam cię na pół godziny samą. –

Adam wyszedł z pokoju, cicho zamknął drzwi, usiadł przy kuchennym stole i pomyślał:

- Ona mnie po prostu nie chce. Co się takiego stało? –

Był przekonany, że coś się wydarzyło w trakcie wyprawy Moniki.

- Może spotkała się tam z kimś? Ale ona zawsze była szczera, nic przecież przed sobą nie ukrywaliśmy. Co się takiego stało?  

Przygotowywał się na najgorsze, że usłyszy wiadomość o zakończeniu ich związku.

- To od początku było trochę dziwne, że ona odtrąca mnie, kiedy jesteśmy u niej lub u mnie, a jednak kocha się ze mną, gdy wyjeżdżamy razem. Muszę ją o to koniecznie wprost zapytać. I to dzisiaj. –

Obiad był naprawdę pyszny. Duszona polędwica w pieczeniowym sosie z gryczaną kaszą i buraczkami. Było to ulubione danie Moniki.

- Pamiętałeś, co lubię? Jesteś kochany, a ja taka niewdzięczna. Adasiu, tęsknię za twoją bliskością, ale jestem ciągle rozdarta. Mówiłam ci kiedyś o moim przyrzeczeniu. Wiem, że to było dawno, ale to ciągle wraca i nie pozwala mi cieszyć się tobą tak, jakbym pragnęła. Pojechałam w góry, aby przemyśleć twoją propozycję zamieszkania razem. I powiem ci: tak, chcę z tobą zamieszkać, ale jako małżeństwo, które zawarte zostanie w kościele. –

- Tego się spodziewałem, ale wiesz, że ja też mam problem. Nie mówiłem ci, że w dzieciństwie byłem nawet ministrantem, do czasu, gdy mój ulubiony ksiądz nie został oskarżony o niewłaściwe zachowanie i molestowanie mojego kolegi. Żadna siła nie zmusi mnie, abym poszedł do spowiedzi, bo byłaby to farsa. Zostawmy już tą sprawę i na razie niech będzie tak jak jest. Może coś wymyślimy, a może twój Bóg coś nam podpowie. –

- Adasiu, a czy ty w ogóle wierzysz, że Ktoś nas stworzył, że stworzył ten świat? Że jest jakaś Kosmiczna Inteligencja, która dała nam wskazówki, jak żyć, żeby być szczęśliwym? Jak żyć we wspólnocie ludzkiej? Że jest jakiś Absolut, do którego dążymy i za którym, w głębi duszy, tęsknimy? –

- Staram się nad tym nie zastanawiać, może jest, możne nie ma. Jeśli pozwolisz mi siebie ocenić, uważam, że jestem przyzwoitym egzemplarzem istoty rozumnej, umiarkowanie dobrym, życzliwym, nieskorumpowanym, pomagającym najsłabszym. Nie mam zbyt wielu wad, nie mam uzależnień, chyba, że jestem uzależniony od ciebie – uśmiechnął się.

- No właśnie. Czy nasz związek nie jest jedynie uzależnieniem? To jest ważne pytanie do przemyślenia.  Można się przecież uzależnić od osoby – odpowiedziała Monika.

Po chwili zapytała:

- Czy wiesz, że istnieją małżeństwa, które żyją w czystości, jak siostra z bratem? Mają jakieś przeszkody w zawarciu związku przed ołtarzem i rezygnują ze współżycia dla Niego, dla Jezusa, aby móc przyjmować Komunię. –

- Nie byłoby mnie stać na takie poświęcenie. Czy wspominając o tym myślisz o nas? Dla mnie to nie do przyjęcia. Za bardzo cię kocham i pragnę twojej bliskości. Może zakończmy tę dyskusję, to do niczego nie prowadzi. Różnimy się zasadniczo w naszych poglądach i prawdę mówiąc, nie widzę rozwiązania tego problemu. –

Monika spuściła głowę, dostrzegł, że miała łzy w oczach.

- Dobrze, zakończmy. Może jest jeszcze inne rozwiązanie. Rozstańmy się na tydzień, dwa, a potem wrócimy do sprawy. Myślę, że bylibyśmy wspaniałym małżeństwem, ja dobrym ojcem, a ty matką – powiedział cichym głosem. I dodał cichym głosem: - Jakoś to ułożymy, albo i nie. –

Gdy już odchodził Monika uśmiechnęła się przez łzy:

- Nie ukrywam, że będzie mi trudno.-

Wrócił się i mocno ją przytulił.

 

      Pierwszy tydzień po rozstaniu minął dość szybko, bo do firmy, w której pracowała przyjechało kilka osób przyglądać się pracy w szwalni. Byli to przedstawiciele kooperującego z nimi zakładu ze Szwajcarii. Zadaniem Moniki, oprócz oprowadzania ich po zakładzie, było zapewnienie im wygodnego zakwaterowania, smacznych posiłków oraz popołudniowych rozrywek i atrakcji. A więc wieczorami była zmęczona, szybko zasypiała i rzadko wspominała Adama.

    Dopiero w czasie weekendu zatęskniła za nim i nawet chciała do niego zadzwonić, ale przecież obowiązywał ich układ dwutygodniowego milczenia. Włączyła telewizor, ale nigdy nie była fanką oglądania „gadających głów”, głupawych programów rozrywkowych, czy filmów. Puściła, więc jakiś spokojny jazz i zaczęła czytać najnowszą książkę ulubionego autora o podróżach na krańce Ziemi. Ale cały czas z tyłu głowy słyszała przynaglenie do kontaktu z Adamem. Tak wiele przychodziło jej na myśl pytań i domysłów:

- Może on zadzwoni? Ciekawe, co tam u niego? Czy już zakończył swój projekt? A co on pomyślałby o mnie gdybym teraz do niego zadzwoniła? A może pije gdzieś piwo z kolegami? Może im mówi o naszym problemie i śmieją się ze mnie? –

W końcu odłożyła książkę i wybrała jego numer telefonu. Nie odbierał, ale była pewna, że oddzwoni. Ale telefon milczał. Po kilku godzinach znów próbowała się z nim połączyć. Niestety, dalej było głucho. Zadzwoniła do bliskiej koleżanki – Doroty, z propozycją, żeby się z nią spotkała gdzieś na kawie lub do żeby poszły razem do kina. Ale Dorota wyjechała na ten weekend do swoich rodziców na wieś.

- Sorry, Moniko, ale wrócę dopiero w poniedziałek po południu, wzięłam sobie dzień urlopu – odpowiedziała na jej propozycję.

Nieco podenerwowana wyszła sama i postanowiła pochodzić po sklepach z ciuchami, może nawet coś sobie kupić na pocieszenie. Stwierdziła po godzinie, że to też nie był dobry pomysł i wróciła do domu. Zakupiła jednak po drodze dwie duże kremówki i zastanawiała się, czy ma znów zadzwonić do Adama.

- Nie, nie mogę do niego dzwonić, to byłoby natręctwo – pomyślała. Tylko, czemu on nie odbiera? A może coś mu się stało? A co by sobie pomyślał, gdybym go teraz odwiedziła? On też lubi kremówki, może zjedlibyśmy je razem? Nie, dzisiaj nie, ale jeżeli jutro nie odbierze to zapukam do jego drzwi. Myślę, że mi otworzy. –

Tak rozmyślając wróciła do domu, zaparzyła kawę, zjadła oba ciastka i włączyła program National Geografic. Akurat był film o niszczeniu Puszczy Amazońskiej. Trudno jej było go oglądać, bo była miłośniczką wszelkiego życia na Ziemi i problem wycinania lasów deszczowych bardzo ją poruszył. Chciałaby coś w tej sprawie zrobić, czy chociaż z kimś o tym porozmawiać, ale, z kim? Gdyby był tu Adam na pewno wysłuchałby ją, pocieszył, poradził, jak można by wspomóc organizacje walczące z tym procederem. Przyznała przed sobą, że bardzo brakuje jej Adama z jego czułością, cierpliwością, umiejętnością cieszenia się drobiazgami.

Z tą myślą zasnęła.

     Letni, niedzielny poranek zapowiadał piękny, pogodny dzień. Postanowiła jak najszybciej wyjść z domu, najpierw na poranną Mszę, a potem? No, właśnie, co potem? Potem pójdę do Adama, do jego domu i postaram się być dla niego szczególnie miła. Rozmyślała jak go powita, co mu powie. Ale przed jego drzwiami przeżyła kolejne rozczarowanie, bo nikt jej nie otworzył. Miała, co prawda do niego klucze, ale obawiała się tak wtargnąć do środka bez zapowiedzi. Adam miał w zwyczaju dość długo sypiać w wolne dni, ale dochodziła już godzina jedenasta i o tej porze zwykle był na nogach.

- I co mam teraz ze sobą zrobić? – Pomyślała.

Czasem lubiła samotne spacery, czy nawet spokojne poczytanie gazety w jakiejś kawiarni.  Ale teraz jakoś dziwnie się nakręciła, że może Adam znalazł kogoś w jej miejsce i dobrze się bawią i chciała koniecznie go odnaleźć. Ta myśl stawała się natrętna i zepsuła do reszty jej samopoczucie.

Znowu zadzwoniła na jego komórkę, ale automat odpowiedział, że nie odbiera.

   Następnego dnia poprosiła szefa o dzień wolny. Zgodził się, a nawet pochwalił za jej zaangażowanie w opiekę nad gośćmi.

- Cały tydzień tak wspaniale zajmowałaś się gośćmi, że chętnie dałbym ci jeszcze jeden dzień wolny. –

- Dziękuję – odpowiedziała, – ale poproszę o ten drugi w innym czasie, jeśli pan pozwoli.

Szef się zgodził, a ona wróciła z powrotem do domu z silnym bólem głowy. Wcześniej planowała pojechać nad jezioro, trochę popływać i poopalać się. Ale nie mogła z powodu tej dolegliwości.

    Leżała w ciszy i rozmyślała:

-, Dlaczego Bóg postawił przede mną taki wybór? On albo Adam? Potrzebuję ich obydwóch. Szczególnie Jezusa, nie mogłabym Go przyjmować, gdybym żyła z Adamem bez ślubu. Ale przecież została mi jeszcze jedna możliwość. Napiszę do Adasia list, to wspaniały pomysł. Napiszę list i wszystko w nim opiszę i moje zagubienie bez jego obecności, bez kontaktu z nim, i o tym, że go kocham, ale też o tym, że kocham Jezusa. A potem przedstawię mu propozycję zawarcia sakramentu małżeństwa, jako katoliczka z ateistą. Chociaż nie wierzę, żeby on był tak do końca przekonany, że Boga nie ma. Ma przecież w sobie tyle empatii, życzliwości i miłości, że Bóg musi być z nim. –

Zakończyła rozmyślania i usiadła do pisania listu. Postanowiła, że napisze go na laptopie, odczeka godzinkę i może coś poprawi w jego treści. Ale potem przepisze odręcznie, włoży w kopertę i wsadzi do jego skrzynki pocztowej. Już w trakcie przepisywania przestała ją boleć głowa, co prawda pochlipywała cicho ze wzruszenia, ale po zakończeniu poczuła wielką ulgę.

I dalej nic się nie działo, telefon milczał. Zadzwoniła jedynie sekretarka szefa, że jutro z rana ma przyjść do niego, bo ma dla niej niespodziankę.

Niespodzianką okazało się zaproszenie do Szwajcarii od delegacji, którą się opiekowała tydzień temu. Byli bardzo zadowoleni z pobytu w Polsce i w ramach rewanżu skierowali oficjalne zaproszenie dla dyrekcji ich zakładu wymieniając również Monikę, jako specjalnego gościa. To było dla niej duże wyróżnienie i satysfakcja, że jest pozytywnie postrzegana.

      Adam odezwał się dopiero w piątek. Zadzwonił i jakby nigdy nic się między nimi nie stało, powitał Monikę radosnym głosem:

- Witam cię moje kochanie. Co tam u ciebie? Tęskniłaś trochę za mną? –

Monika osłupiała, o co on pyta? Przecież w liście wszystko było napisane! Pewnie jeszcze go nie czytał. Odpowiedziała krótko:

- Witaj, witaj. Niedługo się dowiesz. –

- Słuchaj Moniu, ja dopiero jutro do ciebie przyjdę, bo jestem jeszcze w podróży. To podróż z przygodami, bo zostawiłem w domu telefon. Po prostu zapomniałem go wziąć. Dlatego miałem mnóstwo przygód, niektóre fajne, ale niektóre groziły niebezpieczeństwem. To, co? Jutro wszystko ci opowiem. –

- Tak Adasiu. Jutro wszystko mi opowiesz. –

Po odłożeniu telefonu zaczęła się głośno śmiać:

-, Jaki głuptas ze mnie. On wyjechał i zapomniał komórki. A ja już włączałam w głowie jakieś negatywne projekcje. Jutro przyjdzie, cieszę się. –

Ale następnego dnia Adam zadzwonił i poprosił ją, aby ona przyszła do niego, bo ma jej coś do pokazania. Nie bardzo chciało się jej wychodzić z domu, tym bardziej, że już nakryła odświętnie stół i przygotowała smaczny obiad. A na deser upiekła wczoraj ulubioną przez Adasia szarlotkę. Ale po przemyśleniu zgodziła się.

Gdy otworzyły się drzwi mieszkania Adama ta „niespodzianka” wybiegła, aby ją przywitać szczekając i merdając ogonem. Nawet zaczęła podskakiwać chcąc Monikę polizać po twarzy.

- To twoja psiunia? Fajna, bardzo przyjazna. Skąd go masz? –

- Może to moja, a może nasza? – Uśmiechnął się tajemniczo -

Na nasze nowe mieszkanie. –

- Przeczytałeś mój list? Zgadzasz się? To cudownie! –

- Zgadzam się, tak. Mam tylko prośbę, żeby to odbyło się w ciszy, bez śpiewów, gromady gości, sypania ryżu itp. –

- Tak, postaram się tak załatwić. Wiesz, spotkałam w górach bardzo sympatycznego księdza, a właściwie księdza profesora, starszego pana, z którym odbyłam dłuższą rozmowę. Dał mi do siebie kontakt. Cieszyłabym się gdybyś się zgodził żebyśmy do niego się zwrócili i poprosili o udzielenie nam ślubu. –

 

- Okey, załatwiaj jak uważasz. A teraz zostawimy Burka w domu i pójdziemy do ciebie, bo pewnie coś pysznego przygotowałaś? –

- Zostawimy? O nie, on pójdzie z nami, myślę, że od razu nie zdemoluje mi mieszkania. Kocham cię Adasiu i tak się cieszę, że będę twoją prawdziwą żoną. –

- Ja też bardzo cię kocham, Moniu. I nie będę się już zamartwiał, że znalazłaś sobie jakiegoś innego kandydata na męża – poważnym głosem powiedział Adam.

       Ksiądz Łukasz bardzo się ucieszył z informacji usłyszanej od Moniki.

- Mam teraz, co prawda, dwa sympozja, ale za jakieś dwa tygodnie chętnie się z wami spotkam. Możemy już dziś wstępnie ustalić jakiś termin. Dacie radę tyle wytrzymać ? – Zaśmiał się. Od was do Krakowa to tylko 3 godziny drogi. A mój adres jest na wizytówce. –

        Gdy zbliżał się czas spotkania Monika zauważyła, że jej narzeczony jest jakiś ciągle zamyślony, a nawet zestresowany. Nie wypytywała go, żeby nie usłyszeć, że się wycofuje.

        Ksiądz Łukasz powitał ich serdecznym uśmiechem i zaprosił do swojego mieszkania. Zdziwili się skromnością wystroju i umeblowania. Nie było żadnych miękkich foteli, czy kanapy, tylko kilka wyściełanych krzeseł, biurko, stół, półki z książkami, no i klęcznik przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Jedyną ozdobą pokoju były piękne, stojące lampy oraz zwisający z sufitu szklany kandelabr. No i jeszcze dużo ozdobnych roślin w dużych donicach.

Po krótkim przedstawieniu się i powitaniu dość szybko ustalili datę ślubu. Ksiądz Łukasz ze zrozumieniem przyjął propozycje Adama dotyczące oprawy uroczystości:

- Ja również nie jestem entuzjastą nadmiernego przywiązywania wagi do tych wymyślnych strojów, jakiegoś obsypywania monetami, czy ryżem. To przecież czyste zabobony. Ale radziłbym wam jednak skorzystać z oprawy muzycznej. W tym kościele, który proponuję jest wspaniały organista i nawet można umówić się z nim i ustalić, co chcielibyście, aby wam zagrał. I jeszcze pamiętajcie, że to wy ślubujecie sobie nawzajem w obecności Boga, a pan, panie Adamie, w obecności mojej osoby. Teraz jeszcze poproszę pana na rozmowę, z Moniką rozmawiałem wcześniej, a z panem jeszcze nie. Wymagane są, co prawda wspólne nauki przedślubne, ale zastąpimy je moją dzisiejszą rozmową z panem.

       I ksiądz Łukasz poprosił Adama o przejście do kaplicy. Rozmowa trwała prawie pół godziny, a w tym czasie Monika modliła się przed obrazem Jezusa Miłosiernego, żeby jej wynik był pozytywny.

Bardzo dziękowali księdzu przy pożegnaniu za poświęcony im czas i pomoc w ich zamierzeniu.

       Po wyjściu Adam długo nic nie mówił i widać było, że rozmyśla nad tym, co usłyszał od księdza Łukasza. W drodze do domu zatrzymali się, aby zjeść obiad, ale dopiero, gdy wrócili do domu zaczął opowiadać:

- Nie spodziewałem się spotkać w życiu takiego wspaniałego człowieka, a w dodatku księdza. Zaskoczył mnie totalnie. Naszą rozmowę potraktował, jako moją spowiedź, rozgrzeszył i pobłogosławił mówiąc: „Jesteś wolny od swoich grzechów. A co z tym dalej zrobisz zależy od ciebie.”

Monika zaczęła się śmiać: - No, więc, co z tym dalej zrobisz kochany Adasiu?

 

 

 

  

 

 

 

 

Brak komentarzy: